Arystoteles miał rację

Wywiad poniższy pierwotnie ukazał się drukiem w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 247 (2003-04). W całości ma ukazać się w zbiorze „Dzieci entropii i marketingu” Dominiki Materskiej, nakładem wydawnictwa SuperNOWA. Tutaj prezentujemy wywiad w postaci okrojonej do połowy pierwotnej objętości.

Dominika Materska: Jak to się stało, że został pan pisarzem SF?

Jacek Dukaj: Ojciec miał kolekcję pierwszych wydań Lema, od małego dawał mi do poczytania, miałem chyba pięć lat, gdy wpadło mi w ręce „Śledztwo”; do tej pory wracam do tej książki co rok czy dwa lata. Ale właściwie ja nie pamiętam czasu, żebym czegoś tam sobie nie wymyślał i nie skrobał po zeszytach. Zadecydował, jak sądzę, przypadek: jako piętnastolatek dostałem maszynę do pisania, a że akurat siedziałem nad „Złotą Galerą”, przepisałem ją od razu na maszynie i posłałem do „Fantastyki”. Tak się zaczęło. Trudno mi powiedzieć, co pisałbym dziś, gdyby pierwsze moje opublikowane opowiadanie należało do innego gatunku czy poruszało inne kwestie. To, co piszę, a na pewno to, co pisałem wtedy jako nastolatek - było w pewnym sensie rezultatem sprzężenia między zewnętrznym wizerunkiem mojej osoby stworzonym przez czytelników i krytykę, a tym, jak ja sam siebie postrzegałem. Mawiam czasem, że nie należy debiutować przed dwudziestką, osobowość człowieka jest jeszcze nazbyt miękka, narażona na deformacje, niczym główka niemowlęcia. Literatura daje tu jeszcze największą szansę na anonimowość, nieraz żałowałem, że nie zdecydowałem się na pseudonim.

DM: Bierze pan udział w dyskusjach internetowych na temat swoich tekstów, wyjaśnia, odpowiada. Czy takie konfrontacje z odbiorcami wpływają na pańskie pisarstwo?

JD: Wydaje mi się, że nie bardziej niż inne. Jeśli dyskusje są interesujące, włączam się w nie, ale podobny efekt miałyby rozmowy na konwentach czy spotkaniach autorskich. Internet jest po prostu szybszy, głosy nadchodzą bezpośrednio po publikacji tekstu. Ale moje rzeczy czekają zwykle bardzo długo na wydanie i w chwili, gdy pisze się o nich w Internecie, ja jestem zajęty już czymś zupełnie innym, a o omawianych tekstach sam przeważnie myślę z największą niechęcią, żałując, że w ogóle się ukazały.

(...)

DM: Ale skoro przy wciąż spadającym czytelnictwie śmierć słowa pisanego i tak nastąpi, to może należy szukać innych mediów?

JD: Nie wierzę w rychłą śmierć słowa pisanego, ani w to, że ludzie przestaną czytać, przynajmniej nie do połowy czy nawet do końca tego wieku. W Polsce w tej chwili sytuacja na rynku księgarskim nie jest dobra, ale np. w Stanach w sensie komercyjnym popularność książki wzrasta, a i Czechy wypadają w porównaniu bardzo dobrze. Stanowczo sprzeciwiam się tezie, że czytelnictwo umiera; wpierw musieliby wymrzeć czytelnicy, mowa więc tu o wymianie pokoleniowej, a przecież średnia długość życia człowieka Zachodu rośnie. Być może w XXII wieku będzie czytelników bardzo mało, ale na pewno nie już za trzydzieści lat.

DM: Nie widzi pan siebie w innych mediach? Myślę przede wszystkim o filmie, zwłaszcza, że „Katedra”, zrealizowana przez Tomasza Bagińskiego na podstawie pana opowiadania, jest artystycznym sukcesem.

JD: Na pewno nie przestanę teraz pisać książek, by przerzucić się na scenariusze; co najwyżej mogłoby się to stać okresowym zajęciem równoległym. Razem z Tomkiem planujemy w tej chwili większy projekt, pełnometrażową ekranizację innego mojego opowiadania, „Ruchu Generała”, ale tu już wszystko jest kwestią pieniędzy, czyli zdobycia odpowiedniego budżetu, przekraczającego polskie możliwości. Na razie przerzucamy się pomysłami - wiadomo na przykład, że nie może być to film aktorski, ale pozostaje pytanie, czy pójść w stronę realistycznej animacji, która poniosła klęskę w „Final Fantasy”, czy artystycznej umowności animacji bardziej klasycznych.

DM: „Ruch Generała” klasyfikowany jest zazwyczaj jako opowiadanie fantasy, zgadza się pan?

JD: Klasyfikowany jest różnie, natomiast ja trzymam się wersji, iż jest to utwór pokazujący świat fantasy przeprocesowany podług reguł hard SF. Definiując fantasy przyjmuje się zazwyczaj, że pokazuje ona świat niezmienny, jakby zamrożony, a główną siłą jest w nim magia, również niezmienna. Nie ma postępu, ani rozwoju. Mogą się jedynie zmieniać rządzące dynastie i granice na mapach, nic ponadto. W „Ruchu Generała” zabawiłem się z konwencją, próbując wyobrazić sobie dynamiczną fantasy, gdzie magia podlega postępowi - jak w SF trzonem wizji jest zawsze postęp nauki, sto, tysiąc lat w przód, w potęgi już niewyobrażalne. Tak samo w „Ruchu” postąpiłem z magią.

DM: „Ruch Generała” był jednorazowym eksperymentem, czy też planuje pan powracać do gatunku fantasy?

JD: Kilka lat temu zacząłem pisać „Baśń”, pierwsze sto kilkadziesiąt stron jest dostępne w sieci; wkrótce wrócę do tej powieści. W odróżnieniu od „Ruchu Generała”, traktuje ona polemikę z tradycją fantasy zupełnie serio. W jej rzeczywistości istnieje przejście między naszym światem a Baśnią, gdzie aktywnie działa magia. To dzięki magii może np. rozwijać się na Baśni życie - wbrew niesprzyjającym warunkom środowiska. Tamta planeta jest zwrócona stale tą samą stroną do słońca, tak że Dzień i Noc są nazwami geograficznymi, Dzień stanowi synonim porządku, życia, Noc - rozkładu, entropii. Zmarli koabitują z żywymi, rzeczywistość pośmiertna jest oczywistym przedłużeniem dzieciństwa, dorosłości i starości. Zderzenie tych światów - Baśni i naszego - chcę rozegrać maksymalnie realistycznie, niezależnie od fabularnych konwencji fantasy, chociaż oczywiście moi bohaterowie znają te konwencje, bo przecież czytali Tolkiena, grywali w RPG. Opowieść rozpoczyna się z naszego punktu widzenia. Nawiązujemy stosunki dyplomatyczne, chcemy eksploatować Baśń, sprowadzać jej zasoby, wykorzystywać magię, w pewnym sensie podbijać tę krainę, chociażby przez samo narzucenie postrzegania racjonalistycznego. Następuje jednak kontrinwazja myślenia magicznego na nasz świat. Książka będzie gotowa dopiero za kilka lat; po pierwsze, musi być dość długa, po drugie, póki co, zwyciężają nowsze fascynacje, na warsztacie jest powieść, którą dopiero co zacząłem.

DM: Co to za powieść?

JD: „Inne pieśni” - na początku miały być opowiadaniem do „NF”, ale ostatecznie zamarzły w formie powieści. Wydaje mi się, że mają szansę na oryginalność nawet w skali światowej, w każdym razie ja nie spotkałem się dotąd z takim pomysłem. Rozumowanie biegnie następująco: W dowolnym momencie w historii dysponujemy wyobrażeniem o naturze rzeczywistości, które potem zawsze w części okazuje się fałszywe i prowadzi nas do kolejnych wyobrażeń, bardziej akuratnych, i tak dalej; póki co jednak, w owym momencie, każdy z wariantów może okazać się prawdziwy, świat pozostaje opisywalny przez konkurencyjne teorie. Im bardziej się cofniemy w czasie, tym rozpiętość tych prawdziwych-nieprawdziwych teorii jest większa. Ja cofnąłem się do starożytnej Grecji, gdzie obok atomistycznej teorii Demokryta, między innymi funkcjonowała (i, w istocie, lepiej sobie radziła) hilemorficzna teoria Arystotelesa. Oczywiście, my wiemy, które domysły filozofów były bardziej prawdziwe i doprowadziły nas w końcu do komputerów i fizyki kwantowej - ale wykonajmy taki „niemożliwy eksperyment” i wyobraźmy sobie, że przez kolejne stulecia rozwoju nauki i cywilizacji doświadczenia poprowadziły nas właśnie ścieżką otwartą przez Arystotelesa. Nie dlatego, że kultura popadła w jakiś epistemiczny fałsz, albo że natura rzeczywistości jest relatywna; nie - ona obiektywnie jest bliższa hilemorfizmowi. Nie ma elektronów, protonów, neutronów - jest Forma i Materia, składające się na Substancję, ousię. Ludzie nie wyewoluowali ze zwierząt, a zwierzęta z form niższych przez ślepe mutacje i selekcję naturalną - lecz przyciągani z Form mniej doskonałych ku doskonalszym przez ostateczną Przyczynę i Cel, Formę Najdoskonalszą. Wszystkie planety i Słońce, znacznie mniejsze, krążą wokół Ziemi, naturalnego środka układu. Kultury ludzkie organizują się w naturalne struktury feudalne, ponieważ ten system zapisany jest w samych „kościach rzeczywistości”: silniejsza wola narzuca swą Formę słabszej, hierarchia to porządek, egalitaryzm to chaos. Nowotwór to oznaka choroby psychicznej. I tak dalej, konsekwentnie wyciągając wnioski. Akcja dzieje się mniej więcej w XVIII wieku, ale ichnia chronologia nie ma odniesienia do naszej, tamta historia jest historią silnych jednostek.

DM: Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam - alternatywna będzie nie historia, tylko fizyka, tak? Przypomina mi to słynne opowiadanie „Sail on, sail on”, w którym wyprawa płynąca odkryć Amerykę dociera do krańca planety i spada, bo Ziemia jest płaska.

JD: Tak, zasada tworzenia świata „Innych pieśni” jest podobna, co u Philipa Jose Farmera: dawna teoria, która w naszym przypadku okazała się fałszywa, tam wygrywa i staje się obowiązująca. Chociaż u mnie nie ma zaskoczenia i od początku wszystko potwierdza ścieżkę Arystotelesa. Rozmawiając i myśląc o takim kosmosie cały czas trzeba walczyć z inercją wyobrażeń. To nawet nie o to chodzi, że „Innych pieśniach” fizyka jest inna - czym się bawię w „Perfekcyjnej niedoskonałości”, manipulując wszystkimi możliwymi stałymi fizycznymi i dodając nowe - ale że w ogóle przyłożenie do tego świata kategorii fizyki i nauki w rozumieniu oświeceniowym nie ma najmniejszego sensu. Tam „fizyka” to bezpośrednio „fizys”, czyli „natura”, „przyroda”; większość dzieł filozofów przedplatońskich ma jeden i ten sam tytuł: „Peri fizeos”, „O naturze”.

(...)

DM: Dlaczego pana książki są tak śmiertelnie poważne, czy uważa pan, że humor i fantastyka wykluczają się wzajemnie?

JD: Nie lubię większości komicznych powieści SF i fantasy. Terry Pratchett czy Douglas Adams wydają mi się nudni, nie wciągają mnie opowieści, których sami autorzy nie traktują serio; a to na dodatek są raczej kolekcje wewnątrzgatunkowych dowcipów niż pełnokrwiste powieści, przynajmniej te, które czytałem. Z drugiej strony bardzo podobał mi się „Poniedziałek zaczyna się w sobotę” Strugackich... Na humor w moich własnych utworach mam jeszcze czas. Za dziesięć, dwadzieścia lat nabiorę może takiego dystansu do własnej prozy, że sam siebie zacznę parodiować. Ale mówiąc serio: nie jest powiedziane, że każdy pisarz musi dostarczać literaturę wszystkich konwencji i stylów. Jeśli ktoś nie lubi poważnej SF, niech sięga po innych autorów. Mnie przychodzą akurat takie pomysły do głowy. Może nie umiem inaczej, może taki już jestem, a może jeszcze kiedyś stworzę świat żartobliwy - zobaczymy. Na razie niech się krytycy zastanawiają.

(...)

DM: Gdzie w fantastyce jest jeszcze coś do zrobienia i do odkrycia - jaki podgatunek ma pana zdaniem największą przyszłość?

JD: Bezwzględnie fantasy - do tej pory wszyscy powielali w niej taki sam scenariusz, jedną wersję historii i świata, i nikt nawet nie próbował wyjść poza sztampę. To tak jakby w SF powstało 15 milionów opowieści o podróży na obcą planetę i kontakcie z myślącym drzewem i nikt nie pokusił się o nic innego. Fantasy czeka na zagospodarowanie. Wcale nie musi traktować o zdobywaniu zaczarowanych przedmiotów i pokonywaniu złych królestw. Jej istotą jest tworzenie światów opartych o dowolne nieracjonalne, „magiczne” założenia. Na palcach jednej ręki można policzyć pisarzy, którzy tak traktują jej możliwości: Sean Stewart, Michael Swanwick, może Walter Jon Williams, ostatnio jestem pod wrażeniem Chiny Mieville'a. Na terenie twardej fantastyki znacznie więcej już zrobiono i więcej wątków wyeksploatowano, trudniej więc tam o oryginalność.

(...)

DM: Czy nie boi się pan, że pisze za trudno, że pana książki są nie zrozumiałe dla większości czytelników?

JD: Chciałbym oczywiście, by podobały się jak największej liczbie osób, ale istnieją tu granice kompromisu. Kiedy siadam do pisania, nie myślę o tym, ile osób zrozumie tekst, tylko o tym, by podobał się mnie, by najpełniej wyrazić pomysł, który mnie akurat zafascynował. Można ten pomysł uprościć, ale nie za wiele, nie tak, by zaginęła jego istota. Po cóż wtedy miałbym pisać?

Rozmawiała Dominika Materska