Dlaczego Jacek Dukaj ...

Wywiad poniższy pierwotnie ukazał się w fanzinie „Inne planety” nr 3/4 (1999-07).

Inne Planety: (jeśli nie jest zbyt osobiste) Dlaczego Jacek Dukaj jest taką tajemniczą postacią? Skąd bierze się niechęć do konwentów czy do niedawna wywiadów i dłuższych wypowiedzi w mediach?

Jacek Dukaj: Na konwenty nie jeżdżę głównie z tzw. przyczyn obiektywnych (tzn. często po prostu nie mogę), ale przyznaję, że też nie ciągnie mnie tam zbytnio. Nie lubię mówić o pisaniu, ani prezentować się jako pisarz; jeśli posiadam w ogóle jakiś talent, z pewnością nie jest to talent medialny.

IP: Nawiązując do terminu „ukutego” przez Macieja Parowskiego, czy czuje się Pan częścią tzw. Piątej Generacji? Czy uważa Pan, że to tylko zbieżność w czasie, czy też istnieją wg Pana jakieś elementy łączące twórczość Pańską z twórczością chociażby Soboty czy Żerdzińskiego?

JD: W kwestii generacji przyznaję Parowskiemu rację o tyle, iż faktycznie istnieje różnica w pewnych doświadczeniach historycznych - społecznych, kulturowych, w punktach zmiany mentalności społecznej - które dane było przeżyć osobom urodzonym wystarczająco wcześnie; tak więc co innego konstytuuje świadomość 20- i 30-latka. Czy są to rzeczy na tyle silnie odbijające się w ich twórczości, by mówić o Generacjach? Nie wiem. Obecnie różnorodność wydaje mi się na to zbyt wielka. Żaden schemat nie jest adekwatny na wszystkich poziomach, choć do niektórych opisów bywa użyteczny.

IP: Znów powołam się na Parowskiego. Według niego w pisarstwie Dukaja najsilniej zaznacza się obraz świata jako nieustannej walki Dobra ze Złem. A jak widzi to sam autor?

JD: Z pewnością nie piszę z intencją odmalowania takiego obrazu.

IP: Bóg jest tematem wielu Pana opowiadań. „Złota Galera” była ostrym atakiem antyklerykalnym. Podobne założenia miała antologia „Czarna Msza”. Z kolei w „Ziemi Chrystusa” widać doprowadzoną do skrajności miłość chrześcijańską i bezsilność wobec niej (ale bez specjalnej wrogości) ludzi „z zewnątrz”. Jak skomentuje Pan tę ewolucję?

JD: Bo ja wiem, czy to ewolucja... Najpierw zawsze jest pomysł i jeśli miałbym teraz jakiś rewelacyjny pomysł na tekst, który mógłby zostać odczytany jako antyklerykalny, z pewnością bym go wykorzystał. Oczywiście można zadać pytanie: dlaczego mi dziś takie pomysły nie przychodzą, a na „Galerę” wtedy przyszedł? Mogę się tylko domyślać. Młodość zawsze ekstremalizuje.

IP: Według Jacka Inglota, jest Pan pisarzem, piszącym „książki o książkach”. Na ile pisarstwo musi być odbiciem przeżyć i doświadczeń osobistych, a na ile można opierać się na innych źródłach?

JD: Tu w ogóle nie ma kwestii wyboru źródła. Skąd przychodzą pomysły, to nie zależy od autora. Zresztą pomysły do hard SF w większości muszą pochodzić z książek - konia z rzędem temu, kto mi dowiedzie, że wysnuł ideę ansibla czy działa protonowego na podstawie swych doświadczeń osobistych. Istnieje natomiast kwestia wiarygodności psychologicznej postaci, ich zachowań, emocji - i tu nie można popełnić większego błędu, jak sądzić podług lektur. W rzeczy samej rozpoznaję coś takiego ze zgrozą w coraz większej ilości utworów: potworną wtórność, operowanie już wykorzystanymi modułami słownymi, sytuacyjnymi, uczuciowymi. Robię wszystko, by nie można było rzec o moich postaciach, że są „papierowe”. Czy to miał na myśli Inglot? Sądzę, że chodziło mu raczej o gęsty „trop literacki”, jaki pozostawiam za sobą, te wszystkie świadome odwołania, dygresje, małe zabawy stylem. Czy to źle? Bawi mnie to. Zresztą odpowiedzieć mogę krótko: gdyby pisarstwo istotnie miało być prostym odbiciem przeżyć autora, jedyną dobrą literaturę stanowiłyby autobiografie - od tego jest pisarz, żeby uczynić wiarygodnym to, czego nie przeżył, nie mógł przeżyć i nikt nigdy nie przeżyje.

IP: Jak zareagował Pan na częste porównania „IACTE” i „Serca Mroku” z twórczością Stanisława Lema?

JD: O porównaniach „IACTE” nic nie wiem; porównań „Serca” się spodziewałem. Cóż mogę powiedzieć? Piszę to, co sam chciałbym przeczytać - a Lema bardzo lubię.

IP: „Serce Mroku”. Skąd pomysł by sięgnąć do opowiadania Conrada, wydawałoby się wyeksploatowanego już nie tylko przez samego autora, ale i przez F.F. Coppolę?

JD: To nie było tak. Pomysł z odwołaniem się do „Jądra ciemności” był na końcu, gdy miałem już wszystkie inne elementy - planetę, hitlerowców w kosmosie, gatunek „złodziei formy” - i szukałem czegoś, co nadałoby temu oryginalną formę, ten dodatkowy poziom. Skojarzenie z Conradem bardzo mi się spodobało, jakoś nikt dotychczas czegoś takiego nie zrobił, nie mogłem się oprzeć.

IP: Krążą pogłoski, że opowiadanie „Panie, pobłogosław morderców” zostało odrzucone przez M. Parowskiego ze względów hmm... światopoglądowych. Jak to rzeczywiście było?

JD: To nieprawda. Tekstów odrzuconych nie drukuję w ogóle.

IP: Opowiadanie „Ponieważ kot” przyjęte zostało jako wynik studiów filozoficznych. Czy to jakiś świadomy zwrot w twórczości i należy oczekiwać kontynuacji „takiego” Dukaja?

JD: E, nie sądzę... Tak się akurat złożyło, iż Kowal gromadził wówczas teksty do antologii o kotach, a że ja i tak musiałem cały dzień siedzieć przy komputerze, drukując na mojej dychawicznej drukarce „Wyżryna”, pogrzebałem w zgromadzonych konspektach, znalazłem jeden, do którego dałoby się podpiąć kota, i sprokurowałem taki miniwykład. Nie przywiązywałbym do tego wielkiej wagi. Zresztą nie trzeba studiów filozoficznych, żeby zadawać podstawowe epistemologiczne pytania.

IP: Według artykułu na Pana temat w „Machinie” najlepszym Pańskim tekstem jest „Szkoła”. Tymczasem czytelnicy raczej wskazują na „Złotą Galerę” lub „Xavrasa Wyżryna”. A z czego Pan jest najbardziej dumny?

JD: Pojęcia nie mam, co napisali w „Machinie”, słyszałem tylko o tym artykule. Z czego jestem najbardziej dumny? Prawdę mówiąc od ich powstania minęło już tyle czasu, że widzę w tych tekstach jedynie wady i prawie się ich wstydzę. Dumny to ja jestem zawsze z tego, co akurat skończyłem pisać, i to nie dłużej, niż przez jakieś dwa miesiące; potem widzę już tylko banalizmy, nieskładności językowe, luki etc.

IP: Czy surowość Dukaja-krytyka bierze się z ogromnych wymagań wobec własnej twórczości Dukaja-pisarza? Sedeńko wspominał kiedyś o powieściach pisanych do szuflady, liczących parę tysięcy stron...

JD: A owszem. To, co wychodzi drukiem, to zawsze jest tylko ułamek tego, co piszę. W ogóle im starszy jestem, im więcej przeczytałem, tym trudniej zdecydować mi się na ostateczne zakończenie i „wypuszczenie” jakiegokolwiek tekstu, bo widzę, jak w rzeczy samej jest on marny, płytki, nieznaczący. Boję się, że czułość mojego smaku, ostrość spojrzenia krytycznego rosnąć będą szybciej niż moje umiejętności, i w końcu nie pozostanie mi nic innego, jak pisać już tylko do szuflady.

IP: Jaki jest Pana stosunek do modnego ostatnio określenia „getto” w stosunku do fantastyki w Polsce?

JD: Ono nie jest „ostatnio modne”. Funkcjonuje od niepamiętnych czasów, i to nie tylko w Polsce. Co jakiś czas podnoszą się fale większego buntu przeciwko takiej klasyfikacji, teraz chyba mamy taki okres. Jest nadzieja, bo w szeregach Krytyków postępuje wymiana pokoleniowa i tzw. „środowisko literackie” staje się bardziej przenikalne.

IP: Na koniec pytania, na które na naszych łamach odpowiedziało już kilku autorów:

Maszyna do pisania czy komputer? (pytanie z ankiety Inglota)

JD: Komputer. (Oszczędza wiele czasu).

IP: Co uważa Pan za najważniejsze pozytywne i negatywne zjawisko w polskiej fantastyce lat dziewięćdziesiątych?

JD: Pozytywne - wolny rynek książki. Negatywne - dalsze odejście od hard SF.

IP: Przyszłość fantastyki w Polsce. (Temat głównego panelu poznańskiego Dnia z Fantastyką (Parowski, Oramus, Inglot, Zimniak, Ziemkiewicz i profesor Smuszkiewicz) brzmiał: „Czy warto jeszcze pisać i czytać fantastykę?”).

JD: Błąd w pytaniu. Nie ma żadnego „warto”. Fantastyka nie jest instrumentem służącym do osiągnięcia czegoś, który mógłby zostać zastąpiony przez jakiś inny - lepszy - instrument. To rodzaj skazy umysłowej. Wyobrażam sobie, że gdyby karano za czytanie, miłośnicy fantastyki byliby ostatnimi, którzy by się poddali. Jaka będzie polska fantastyka w XXI wieku? Pojęcia nie mam. Ja nie wiem nawet, co sam będę wówczas pisał. Ale czytać będę na pewno. I nie sądzę również, by inni przestali nagle czytać.

W imieniu „Innych planet” rozmawiał Marcin Bronhard