Czarne oceany (rozdziały 1-7)

fragment

I

1. Z kraju i ze świata

Nad wszystkim stały Alpy, wielkie, zimne, milczące. Chodzący po terenie posiadłości policjanci co jakiś czas oglądali się na nie, bo kontrast był zbyt potworny. Pierwsze ciała znaleźli nad strumieniem. Pięć osób uklękło na brzegu, w równym szeregu, pochyliło się nisko, jakby próbując w ten sposób sięgnąć ustami wody, i wtedy ktoś odstrzelił im głowy. Strzelano z tyłu, w potylice, prawie pionowo, z pump-gunu. Policję zawiadomili wczasowicze z domku poniżej, gdy spostrzegli płynące strumieniem strzępy mózgu, podskakującą na falach gałkę oczną. Posiadłość figurowała w rejestrze sekt i policja zjawiła się od razu w wielkiej sile, ściągając z miejsca dwie ekipy do skanu A-V. Obchodzili teraz pastwiska, sprawdzali wnętrze i okolicę drewnianej willi. Na werandzie stało wielkie blaszane wiadro pełne odciętych palców. Opróżniwszy je, znaleźli na dnie czyjąś głowę. Do tej pory nie natrafili na pasującą doń resztę ciała. W piwnicy znajdowało się dwanaście bezpalcych zwłok dzieci, w tym niemowlęta. Kevorkianki iniekcyjne, orzekł wstępnie koroner. Na piętrze mieściła się świątynia. Długie, żółtobrązowe węże jelit zwieszały się ciężkimi girlandami z żyrandola, stromymi łukami biegły pod sufitem do mebli, okien i futryny drzwi – anatomiczny gotyk. Policjanci wchodzili tu pod parasolami, krew wciąż kapała – nieustanne pak-pak-pak-pak-pak o monopłótno. Guru, a on był ostatni, siedział w pozycji lotosu na tatami pod samym żyrandolem. Utrzymywał go pośmiertnie w tej pozycji fidiasz w końskiej dawce. Guru (który miał czterdzieści siedem lat i zanim doznał objawienia był pisarzem science fiction) sam sobie wydłubał oczy i poobcinał palce nożem wibracyjnym umieszczonym w imadlanej obejmie. Gdy otworzono drzwi do pomieszczenia, włączyły się głośniki i popłynął z nich jego głęboki, charyzmatyczny głos, recytujący spisaną przez niego samego „Księgę Nie-ciała”: „Jako na ducha, tak i na materię. Ciało to więzienie, ciało to kamień formy, maska i bielmo na oczach. Po nim, jak po schodach, wespniesz się do nieśmiertelności”. Chwilę trwało, zanim znaleziono wszystkie głośniki i wyłączono je. Tymczasem guru mówił: „Słuchajcie, słuchajcie, słuchajcie: zarażam was”. Policjanci poruszali się pośród owego horroru powoli, ostrożnie, zważając na każdy krok, zawsze puszczając przodem wślepionych na zapis skanerów. Wchodziło się do wnętrza tego domu jak do kesonu o niskiej zawartości tlenu – po kilku minutach trzeba było wyjść z powrotem na zewnątrz, popatrzeć na Alpy, zapalić papierosa, nawet nikotynowca (tu, w Szwajcarii, wciąż były one legalne). Inaczej umysł zapadał się w bagno dzikich skojarzeń, zaciągały się nad nim chmury depresji, duszność i mdłości dopadały człowieka. Stali więc pod werandą, oddychali górskim powietrzem i wymieniali półgłosem uwagi. – Jaty jak u Barkera. – Popierdoleńce cholerne. – Ja się poddaję, w ogóle już nie próbuję tego zrozumieć. – Co za chory umysł...? – A powystrzelać ich wszystkich. – Przecież widzisz, sami się strzelają.

Biel śniegu Alp paliła ich w oczy, mrugali, gdy wzbierały w nich piekące łzy.

W nocy wygląda to jak pożar w lunaparku. Przez okno schodzącego do lądowania samolotu (lot nr 4582 z Atlanty, druga przesiadka) Czarny patrzył na Nowy Jork pod fosforyzującą kołdrą miasta sterowców, rozkołysanego lekko od nadatlantyckiego wiatru. Blask gigantycznych reklam i światła apartamentów podwieszonych pod zakotwiczone na szklanych linach wieloryby gorącego powietrza – wyznaczały w naniebnym rzucie mapę dobrobytu. Było to koło w okręgu: wysokie luksusy centrum otoczone strefą luksusów zeszłowiecznych, samą otoczoną z kolei nieskończonymi przedmieściami. Kiedy nad nimi przelatywali, widział zimne refleksy światła w niezliczonych przydomowych basenach.

W oddali błyskały szerokopasmowe lasery klasycznych holografii reklamowych, z tej odległości, a zwłaszcza pod tym kątem – zupełnie nieczytelnych. Po zestawieniach kolorów można było jednak wnioskować o przynależności logo.

Samolot schodził do La Guardii po jakiejś przedziwnej spirali, coraz to inna część metropolii płonęła jasnymi kolorami za iluminatorem. Zimna rozpacz zalewała umysł Czarnego, choć odwracał głowę od ekranów widokowych. Tam ludzie, miliony ludzi. Utonę. Tsunami czerni. Kto uratuje, gdym samotny w tysięcznym tłumie. Jezu Chryste.

Pasażerka z żeńskiego przedziału onanizowała się w myślach, biznesmen z fotela na przodzie upokarzał się wspomnieniem pogardy szefa, niemowlę w ramionach matki śniło o analnych rozkoszach, matka zaś z zimną nienawiścią do samej siebie wyrzucała sobie słabą wolę, która nie pozwoliła wówczas jej dłoni opaść na TERMINATE inkuba; a steward marzył o ataku terrorystów, krwi pasażerów na suficie.

Czarny z trudem powstrzymywał szloch. Kogoś musiał tu boleć żołądek, bo Czarnego aż skręcało, kulił się mimo pasów. Próbował się skupić na celu, na konieczności – ale oni wszyscy też mieli ojców i obraz się rozmywał, miłość, nienawiść i obojętność odkształcały wspomnienia, również te nadmiarowe. Steward się zaniepokoił, już chciał podejść, zapytać – więc Czarny się wyprostował, wygładził twarz.

Gdy wylądowali, odczekał, aż wszyscy wyjdą i wstał na końcu. Biały rękaw był jak pępowina łącząca kadłub maszyny z Tłumem-matką. Szedł naprzód, śmiertelnie przerażony. Buchało mu w twarz gęstą czernią. Spojrzał na bilet, by przypomnieć sobie swe nazwisko; zaraz zgubił myśl o przyczynie spojrzenia. Kilkakrotnie przystawał. Potwornie bolały go nogi. Za bramką naszła go urzędnicza frustracja, nakrzyczał na celnika w zapożyczonym języku. W sumie był tak zdezorientowany i ogłuszony, że nie miałby szans z największymi partaczami.

A oni – oni wypracowali już przecież optymalną pod względem bezpieczeństwa procedurę i podeszli z wielką ostrożnością. Gdy Czarny odebrał bagaż i ruszył ku wyjściu, usadowiony na galerii po drugiej stronie sali snajper otrzymał przez ukryty w małżowinie usznej telefon opis i położenie celu, do tej pory nie miał bowiem zielonego pojęcia, o kogo chodzi.

Poinstruowano go, że ma oddać strzał najpóźniej w pięć sekund. Oddał w cztery.

Zatruta igła trafiła Czarnego w kark. Odruchowo poruszył barkami. Obejrzał się, zdziwiony.

Siedmiu innych mężczyzn, wmieszanych w tłum podróżnych, odebrało teraz swoje rozkazy – identyczną drogą co snajper, tak samo zwięzłe. Zlokalizowawszy obiekt, ruszyli ku niemu biegiem. Czarny już giął się w kolanach. Złapali go pod ramiona, otoczyli pierścieniem ciał. Siódmy podniósł upuszczony bagaż.

Na ulicy czekały limuzyny. Nieprzytomny Czarny załadowany został do drugiej.

Siedzący obok jej kierowcy łysy fenoazjata podał swemu telefonowi hasło numeru.

– Powiedzcie Huntowi, że wszystko okay – rzekł. – Niech szykują wahadłowiec.

Spadało tętno, ruchy gałek ocznych sugerowały fazę REM – choć przecież Numer nie spał. Dyżurny lekarz nadzorujący polecił kompowi wstrzyknąć stymulującą dawkę hormonów. Delikwent po iniekcji zadygotał kilkakrotnie, otworzył usta, jęknął. Nieświadomymi szarpnięciami ciała (a wyglądało to, jakby martwy połeć mięsa miotał się pod uderzeniami prądu) usiłował się wyrwać, lecz pasy trzymały mocno. Kropelki śliny odrywały się od jego dziąseł i dryfowały w powietrzu ku najbliższemu otworowi wymiennika atmosfery.

Naraz zaczęła szaleć alfa, program analizujący pracę mózgu zapiszczał alarmem, wewnątrz i na zewnątrz zaślepu A dyżurnego medyka.

– Odciąć go! – krzyknął na firmowej linii Preslawny.

Lekarz spojrzał na wirtualne wykresy i włosy stanęły mu dęba.

– Musiałbym go wypłaszczyć! Osfan poszedł już potrójnie!

– Czekaj!

Mężczyzna w pomieszczeniu widocznym na zaledowanej ścianie przestał się już poruszać na łóżku, do którego był przypięty. Wszystko w nim gasło, obumierało: mózg, płuca, serce. Widać to było na ekranie, tym bardziej widział to medyk. Pacjent zapadał w głęboką komę. Ruszyła się nawet temperatura, choć na razie zaledwie o kilkanaście setnych.

Do dyżurki wszedł Preslawny, jeszcze ścierał sobie ketchup z ust.

– Zapada się – mruknął ledwo rzuciwszy okiem. – Jak bardzo możesz szarpnąć?

– Trzeciego straciliśmy na migotaniu, defibrylacja – grób.

– Ale on się, kurwa, zapada. Pełna szpryca!

Lekarz wydał w OVR polecenie.

– O mój Boże... – jęknął cicho pacjent, tym bardziej przejmująco, że zupełnie niespodziewanie: zazwyczaj nie mówili nic. Głośniki przekazały ten jęk do salki obserwacyjnej zwielokrotniony w decybelach i podbity ciemnym basem. Preslawny aż się wzdrygnął i zaraz wściekł na siebie za ów dreszcz, kompromitujący sygnał od słabeuszowatej duszy.

– Co, widzi już światełko w tunelu? – zazgrzytał.

– Pan spojrzy na EEG.

Preslawny spojrzał i zwalił się bezwładnie na krzesło. Chciał się złapać za głowę, ale ręce zorientowały się w banale i opadły mu w pół gestu.

– Czwarty – westchnął, i to było epitafium dla katatonika z ekranu.

– Trzeba by powiadomić pana Hunta – zauważył beznamiętnym głosem wychodzący z półzaślepu doktor.

– Ano.

W Bostonie doktor Vassone (stały kontrakt profesorski na Uniwersytecie Bostońskim) kończyła właśnie śniadanie w hotelowej restauracji. Dziennikarz, z którym umówiła się tutaj na wywiad, odszedł już od stolika, zbyty standardowym pakietem kłamstw o przesadzonych plotkach i absurdalnych (tu puścić porozumiewawczo oko) zobowiązaniach podpisywanych przy okazji rządowych grantów: CNS i CAS, gdzie wykładała, były finansowe ze źródeł prywatnych zaledwie w kilku procentach. Mogła teraz całą uwagę poświęcić stygnącym potrawom.

Kelner oraz piszący na ledpadzie dwa stoliki dalej biznesmen widzieli wszystko bardzo dokładnie i złożyli później wyczerpujące zeznania.

Doktor Vassone upuściła filiżankę, rozległ się ostry grzechot – i to wtedy na nią spojrzeli.

Mrugała szybko, z oczu płynęły jej łzy. Dolną wargę przygryzła tak mocno, że pojawiły się na niej drobne krople krwi. Dłońmi zaczęła miąć obrus, ściągając go tym samym ku sobie; zadzwoniła zastawa. Vassone westchnęła głośno. Szarpnęła głową, wisiorek z logo jurydykatora uderzył ją w brodę. Wyraz jej twarzy zmieniał się od strachu, przez cierpienie, do najgłębszej rozpaczy. Załkała z głębi piersi. Prawą rękę uniosła i wyciągnęła w przód, ale ruchowi zabrakło zdecydowania i palce nie sięgnęły celu, jakikolwiek on był. Zaraz zawróciły i, zgięte w szpony, uderzyły w policzek Vassone. Paznokcie wbiły się w skórę. Jęcząc, zaczęła rozdrapywać sobie twarz.

W tym momencie zareagował kelner. Podbiegł do Vassone i złapał ją za nadgarstki. Wyrywała się. Wołając o lekarza, ruszył z kolei pomóc kelnerowi biznesmen. Wspólnymi siłami w końcu obezwładnili kobietę – ale też tak to właśnie wyglądało: brutalne obezwładnienie. Nie dało się uniknąć głośnej szamotaniny, zrzucenia na podłogę całej zastawy, zniszczenia marynarek mężczyzn i koszuli Vassone. Drapała na oślep, po sobie i po nich. Szerokie, krwawe bruzdy przydawały jej obliczu upiorne podobieństwo do indiańskich malunków wojennych.

– Co, co, no co się dzieje...? – szeptał do niej biznesmen.

– Moje dzieci, moje dzieci – jęczała, drżąc w ich rękach. I taki żal, taka rozpacz brzmiała w tym jęku, że obaj mimowolnie rozglądnęli się po sali za jakimiś dziećmi, ale akurat nie było żadnych.

– Co?

– Zabiłam je, zabiłam, mój Boże, zabiłam je oboje...

Pojawiło się więcej ludzi z obsługi hotelowej, między innymi hotelowy lekarz – zabrali ją z głównej sali na zaplecze. Płakała na głos, gdy ją wlekli. Inni goście (choć o tej porze nie było ich tu wielu) półszeptem wymieniali między sobą uwagi. Cały hotel objęty był NEti i komentując zdarzenie, odruchowo rozglądali się za poukrywanymi kamerami.

Przyjechała karetka i zabrano doktor Vassone do szpitala (nie znali kodu jej medykatora, nie miała medalarmu na cashchipie). Sanitariusze wcisnęli ją w kaftan bezpieczeństwa, chociaż przestała się już wyrywać. Opatrzyli rany na jej twarzy. Miała także kilka złamanych paznokci i zdarty z przedramion naskórek. Obserwowali ją czujnie.

Marina Vassone, starannie wyrzeźbiona, pomimo czterdziestu siedmiu lat zachowała sylwetkę modelki, cerę bez zmarszczek, oczy nastolatki – bladoniebieskie, bardzo zimne. Krótkie białe włosy zaczesane do tyłu. Zdecydowanie skandynawski typ urody.

Najpierw szeptała coś do siebie w obcym języku. Potem się uspokoiła, zrobiła kilka głębokich wdechów i przemówiła po angielsku do sanitariusza. Powtarzała w kółko jeden i ten sam numer telefonu przekonując, grożąc i błagając, by natychmiast podeń zadzwonił. Prosić pana Hunta. To ważne. Niech ruszy tyłek. Ale sanitariusz surfował na falach muzyki płynącej z implantowanych mu pod kość czaszki rezonatorów: z pobłażliwym uśmiechem ignorował kobietę w kaftanie.

W szpitalu ściągnęli jej DNAM, skontaktowali się z miejscowym biurem medykatora, zrobili badania, dali jej kilka zastrzyków i odstawili na salę, przypiętą do łóżka bardzo szerokimi pasami. Tu znów ją dopadło. Pomimo chemicznego wytłumienia jęła wrzeszczeć, że jest morderczynią, że powinni ją wysłać na krzesło elektryczne, że palić się będzie w piekle, i tym podobne rzeczy.

Podwojono dawkę. Zasnęła.

Powiadomiona najbliższa (geograficznie) rodzina okazała się siedemnastoletnim synem. Co prawda nie był to już syn w sensie prawnym, bo kontrakt wychowawczy Vassone wygasł sześć lat temu i w rozumieniu Giddensonowego kodeksu rodzinnego nic już ich nie łączyło; niemniej dane zostały w rejestrach.

Przybył, cierpliwie czuwał przy niej i był tam też, gdy się ocknęła. Z miejsca wyrecytowała mu numer. Zadzwoń, zadzwoń, zadzwoń.

Zadzwonił.

– Mogę rozmawiać z panem Huntem?

Odezwała się kobieta lub posługujący się kobiecym dialogantem program sekretaryjny.

– Kto mówi?

– Jas Vassone, dzwonię w imieniu mojej matki, to pilne, prosiła, żebym...

– Skąd pan ma ten numer?

– No przecież mówię, moja matka, doktor Marina S. Vassone, słyszy pani, czy przeliterować, no więc ona leży w szpitalu i prosiła, żebym...

Zmiana po tamtej stronie.

– Tu Hunt. Co się stało?

– Trzymają ją w szpitalu, na oddziale psychiatrycznym, prosiła...

– Który to szpital?

Pół godziny po tej rozmowie przyjechało dwóch cywili wyglądających na przebranych w ostatniej chwili żołnierzy. Z miejsca wdali się w kłótnię z personelem. Ściągnięto prawników szpitala i medykatora. Strażnicy z pobliskich posterunków nie zdejmowali dłoni z kabur.

Jas przypatrywał się temu wszystkiemu z progu sali matki, niepewny, czy nie lepiej ukryć się przed wzrokiem tamtych. Brały w nim górę lęki dziecięce: może przyjdą i zabronią, może przegonią.

Gdy spojrzała nieco przytomniej, podszedł i pochylił się nad nią.

– Co się stało, mamo? Ty rzeczywiście jesteś chora?

– Dopadła mnie – szepnęła zwilżywszy wargi. – Lepiej już stąd odejdź.

– Ale...

– Proszę. Nie, nie jestem chora. Idź już.

Nie poszedł.

Tymczasem dwaj ponurzy cywile osiągnęli najwyraźniej jakieś porozumienie z władzami szpitala.

Zajęli posterunek opuszczony przez Jasa: w drzwiach sali.

– Teraz trzeba czekać – oznajmił jeden z nich. – Oby się tylko pospieszyli.

– Kto? – spytał Jas. – Kim wy jesteście?

Drugi mężczyzna uśmiechnął się.

– Co, filmów nie oglądasz? My jesteśmy z tego spisku rządowego, który stał za Roswell, zabójstwem Kennedy'ego i zanieczyszczeniem środowiska. Nie poznajesz garniturów?

– Ale mogę zostać?

– A co, wygania cię ktoś?

Tamci zapalili beznikotynowce. Stali pod ścianą i obserwowali. Doktor Vassone przepowiadała sobie półgłosem tabliczkę mnożenia, w tę i z powrotem, siedem razy osiem, siedem razy dziewięć, siedem razy dziesięć. Niespodziewanie jeden z pozostałych pacjentów zaczął wrzeszczeć po hiszpańsku, że jest potępiony i że diabeł już czeka na niego. Przyszła pielęgniarka, zmieniła program jego dozownika; wkrótce się uspokoił.

Dwóch w garniturach obserwowało to beznamiętnie.

Po ponad trzech godzinach przybyli ci, na których czekali owi pseudocywile. Jasowi opadła szczęka. Było to siedmiu mnichów buddyjskich, z wygolonymi czaszkami, w długich brązowych i pomarańczowych szatach, w sandałach i z jakimiś modlitewnymi przyrządami w dłoniach. Rozsiedli się dookoła łóżka doktor Vassone, po czym zamknęli oczy, znieruchomieli, prawie przestali oddychać.

– Dobra jest – mruknął jeden z agentów, gasząc swego papierosa. – Medytują. Zawiadom Hunta – rzucił do partnera.

– Kim oni są? – żachnął się Jas. – O co tu chodzi?

– Nic się nie przejmuj – poklepał go po ramieniu drugi, unosząc do warg dłoń z telefonem. – To strażnicy. Twoja mama jest już bezpieczna.

McFly z ekipą już trzeci dzień koczował w tym domu. Budynek stał opuszczony od ponad dziesięciu lat i zmienił się przez ten czas w ponurą ruderę. Stał na samym końcu miasteczka, dalej już tylko łąka, szosa i rozległe złomowisko, od którego wieczorami wiatr przynosił krwisty zapach rdzy.

Ekipa McFly'a składała się z dwóch mężczyzn i kobiety. Kobietę zwerbowano dzięki ogłoszeniom na okultystycznej stronie WWW. Kazała się nazywać „Madame Florence”. W rzeczywistości była nierzeźbioną córką alkoholiczki z Alabamy, ledwo skończyła szkołę średnią i znała góra dwadzieścia francuskich zwrotów, które zresztą niemiłosiernie kaleczyła swym drewnianym akcentem. Za plecami przezywali ją Klempą. Ona sypiała na piętrze, oni na parterze: to na piętrze popełniono wszystkie morderstwa.

Harcott, który w istocie był lekarzem wojskowym, odpowiadał za sprzęt: elektroniczny czepek, który Madame Florence zobligowana była nosić dwadzieścia cztery godziny na dobę, oraz dwie walizki wypełnione sprzężonymi z nim komputerami i ich peryferiami. McFly, de facto kierownik zespołu, „w cywilu” porucznik US Navy (kontrwywiad marynarki), utrzymywał łączność z Zespołem Hunta oraz zajmował się tak zwanym „zabezpieczeniem” terenu, i choć nie miał wiele do roboty, do pomocy dano mu jeszcze Vace'a. Vace jeździł do centrum miasteczka po zakupy. Wszyscy trzej byli smukłymi, dobrze zbudowanymi, dwumetrowymi blondynami o siwych oczach: ich poczęcie przypadło na okres największej popularności Franka di Mozzy.

Pierwszej nocy Madame Florence spała jak zabita, czuwający przy niej Harcott mało sam nie zasnął: wszystkie wykresy regularne, dane w środku przedziałów, nic wyjątkowego. Drugiej nocy pojawiły się pierwsze wychylenia. Potem, rankiem, gdy Harcott odsypiał swoje, McFly nagrał relację ze snów Madame Florence: coś o morzu, i o kształtach w ciemności, i strachu bezosobowym, i pomieszczeniu, z którego nie można się wydostać. Wtedy, zgodnie z instrukcją, dał jej do przeczytania przygotowane przez jeden z wydziałów Zespołu Hunta streszczenie historii tego domu i jego mieszkańców, i ich zbrodni. W gwarze Zespołu lektura podobnych dzieł – a zwłaszcza studiowanie dołączonych zdjęć – nazywała się „przecieraniem łączy”.

I nocą po ich „przetarciu” nastąpił kontakt.

McFly'a obudził pisk w uchu. Alarm. Vace też już się podnosił. Instrukcja zakazywała posiadania podczas operacji jakiejkolwiek broni: nie mieli nawet noży. – Harcott, Harcott! – szeptał McFly do sygnetalnego mikrofonu Nokii. – Zgłoś się, do cholery! Co tam się dzieje? – Ale cisza. McFly machnął na Vace'a. Schody. Wnętrze budynku tonęło w mroku. Założyli okulary noktowizyjne. Zapłonął chropowaty monochrom. Na piętrze trzeszczała podłoga. Kroki? Czyje? Wsłuchiwali się przez chwilę. Z zewnątrz budynku szedł niski szum budzącej się burzy, grzechot ciskanych po podwórzu śmieci. Znowu trzaski. McFly machnął w kierunku schodów. Ruszyli skokami, wzajemnie się ubezpieczając – z braku broni palnej, w bardzo bliskiej odległości. Robactwo uciekało im spod stóp. W holu nikogo. Przez strzaskany witraż naddrzwiowy wieje deszczem: zapach nocy, zapach burzy, ozon na falach zimnego powietrza. McFly pokazał: ja pierwszy. Wspinał się tuż przy balustradzie, nie opierając się na poręczy. Mimo wszystko kilka stopni stęknęło pod nim i pod Vace'em. W korytarzu na piętrze też spokój. Drzwi sypialni Madame Florence uchylone, ciemność zza nich. Zaczęli nasłuchiwać oddechów, szmerów poruszeń – ale burza to wszystko głuszyła. McFly znowu pokazał: ja. Przyskoczył do drzwi, kucnął, zajrzał. Krew zalała mu oczy, uderzenie przewróciło go na plecy, spadły okulary. Cięcie przez pół głowy piekło jak jasna cholera. Usiłował się odturlać w bok, jednocześnie macając się po czaszce, ale w szoku pomylił strony i wtoczył się Vace'owi pod nogi. Vace chciał go przeskoczyć – uderzył w pchnięte przez Madame Florence drzwi. Wypadła z krzywym zębem ułamanej szyby w dłoni, ze szkła skapywała krew McFly'a. – Rzuć to! – krzyknął odskakujący w tył z czworaków Vace. – Co się dzieje, co się dzieje...?! – pytał rozpaczliwie McFly, przecierając rękawem zalane czerwienią okulary. – Rzuć to! – Ale Madame Florence tylko uniosła szklany nóż wyżej. Czepek z elektrodami przekrzywił się jej na głowie, włosy wystawały spodeń na wszystkie strony. Na twarzy i na szlafroku miała plamy, które Vace postrzegał przez noktowizor kleksami głębokiej czerni, lecz przecież wiedział, czym są w rzeczywistości. – Harcott...?! Harcott, na miłość boską...?! – Doktor nie odpowiadał. Klempa rzuciła się na Vace'a, porucznik uskoczył. Tymczasem McFly podniósł się na nogi. Lewą ręką ścierał i strzepywał krew z czoła, prawą pokazał Vace'owi zza pleców Madame Florence: złapię ją od tyłu. Raz, dwa, trzy. Skoczyli równocześnie. W tym momencie rąbnął gdzieś bardzo blisko piorun, McFly'a oślepiło, wpadł na Vace'a. Klempa zawyła, zamachała szkłem. Vace złapał się za brzuch. McFly z zaciśniętymi powiekami postąpił kilka kroków wstecz. Od upływu krwi zaczynało mu się już kręcić w głowie. – Na dół, Vace, wezwij pomoc! – Jeeeeezuu, rozpruła mnie... – Vace! – McFly uniósł powieki. Madame Florence biegła na niego z wzniesionym zębem brudnego szkła, usta miała wykrzywione w jakiś dziki grymas, oczy wybałuszone. McFly trzasnął ją kantem stopy w krtań, poprawił w kolano, złapał za prawą rękę, złamał, wytrącił z dłoni ułamek szyby. Nieprzytomną kobietę złożył na podłodze. Potem musiał się oprzeć o ścianę, ćmiło mu wzrok. Ktoś płakał. McFly ruszył z powrotem ku schodom. Tu, pod drzwiami sypialni, leżał Vace z jelitami na wierzchu. Obejmował je trzęsącymi się straszliwie rękami, łzy płynęły mu z oczu. McFly spojrzał do wnętrza sypialni. Na poduszce łóżka leżała odcięta głowa Harcotta. Nogi ugięły się pod MacFly'em, klęknął obok Vace'a, który zaczynał już tracić dech. Machinalnie pogłaskał go po twarzy. – Mój Boże, co to jest, co tu się dzieje, no horror dla ubogich...

Oczywiście nie był to wahadłowiec w ubiegłowiecznym rozumieniu tego słowa – choć pełnił tę samą funkcję – lecz po prostu samolot orbitalny trwale przystosowany do wysokich tras, grubo powyżej pułapu koniecznego dla zawiśnięcia ponad obracającym się globem podczas zwykłych transkontynentalnych lotów pasażerskich. Od godziny gotował się do startu na pasie sąsiednim do tego, na którym stał teraz Boeing, którym przyleciał Czarny.

Podjechali limuzynami pod same schodki, załadowali Czarnego do tylnej kabiny, przypięli do fotela.

Wraz z nim leciał odpowiednio przeszkolony sanitariusz. Nazywał się Timothy Flowers. Posiadał on już niejakie doświadczenie w tej pracy. W rzeczy samej obsługiwał trasę od samego początku.

Kręcąc głową, przeczytał rozkaz, jak zwykle maksymalnie zwięzły. W tym samym locie „JFK” zabierze na dół Numer 4. Widać też nie wytrzymał długo.

Skontrolowawszy stan jedynego poza nim pasażera (mężczyzna był nieprzytomny), Flowers usiadł z westchnieniem na swoim miejscu.

Czarny ocknął się kilka minut po starcie. Nie było już teraz potrzeby faszerowania go środkami nasennymi, a Flowers nie wyczytał w rozkazie takiego zalecenia. Znał procedurę i był przyzwyczajony, więc tylko sprawdził puls Czarnego i zajrzał mu w oczy. Wiedział, że nie musi niczego tłumaczyć.

– Co stało się czwartemu? – spytał go Czarny.

– Nie wiem – odparł Flowers. Nie było rozkazu utrzymywania tajemnicy przed wynoszonymi. – Śpiączka jakaś. Zawsze to samo. Ściągamy ich z powrotem do Nowego Jorku.

– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Tim.

– Dziękuję.

– Możesz mi dać coś do przepłukania gardła?

– Oczywiście. Proszę.

Ręce miał Czarny przymocowane rzepami do poręczy fotela, lecz podany przez Flowersa pojemnik z sokiem pomarańczowym zawisł usłużnie przed jego twarzą. Byli już na orbicie.

Flowers obserwował pacjenta kątem oka (siedzieli w fotelach po dwóch stronach przejścia, za przepierzeniem oddzielającym kabinę pilotów). Rzeźbiony, nierzeźbiony, Flowers nie potrafił zdecydować. Zazwyczaj byli to ewidentni nierzeźbieni. I zazwyczaj absolutnie spokojni. Jak ten: nic już nie mówił, nic nie robił, aż do przycumowania do Labu 13.

Bo inni mówili, robili – i po części nawet myśleli – za niego; jak zawsze. Timothy Flowers, który miał się nim opiekować – wypełniał swe zadanie samą obecnością.

Numer 5, Numer 5 – tak widział go Flowers, taką etykietą sobie opowiadał. I Czarny automatycznie też zaczął się tak postrzegać: piąty z kolei posyłany do orbitalnego eremu, na stracenie, na komę, na śmierć umysłu. I widział się również anonimowym pasażerem, ludzkim cargo – w oczach pary pilotów „JFK”. Jakieś małe zamieszanie w ich dookolnych asocjacjach: pierwotnie mieli go dostarczyć do Labu 9, potem nagle zmieniono destynację. Czarny bez problemu połączył dane z krążących po głowach pilotów i sanitariusza skojarzeń: to z powodu nagłej zapaści Numeru 4. Zwalnia się Lab 13 i tam mnie od razu zainstalują. (Trzynaście, feralna liczba).

Porwali go, wystrzelili w kosmos, zostawią samego w blaszanej puszce otoczonej śmiertelną próżnią – czy się bał? Ależ to wszystko były zamierzenia i działania ludzi, żadna tam klęska żywiołowa, żadna złośliwość natury. A jakże bać się ludzi? Rozpacz – owszem; czarna depresja – jak najbardziej; ale – strach? W istocie nie opuszczało Czarnego delikatne zadziwienie, rodzaj małostkowej ciekawości: spojrzy tu, spojrzy tam, poczeka, zastanowi się... Lubił być zaskakiwany.

Po przycumowaniu i wyrównaniu ciśnień, Flowers odpiął się i popłynął do włazu Labu13. Czarny oglądał jego oczyma wnętrze habitatu, przypatrywał się pogrążonemu w śpiączce Numerowi 4. Z wyglądu – przeciętny dzikus.

Flowers bardzo ostrożnie odpinał od śpiącego całe medyczne oprzyrządowanie, którym był on opleciony, wyciągał z żył igły, odrywał plastry.

Numer 4 – skonstatował Czarny – sam musiał na siebie to wszystko pozakładać, samemu opiąć sobie ciało owym instrumentarium zdalnej tortury. Nikogo innego wszak tu nie było.

Przeciętny mężczyzna. Śpi? Nawet nie to. Bije odeń cisza spokojnego morza, szmer fal: drobnych i powolnych jak letnia bryza na jeziorze. Odszedł, nie ma go tu.

Flowers przeciągnął bezwładne ciało do środkowej kabiny samolotu. Nogi Czwórki były związane razem, ręce przymocowane do tułowia, sanitariusz operował ciałem nieprzytomnego niczym plastyczną kukłą. Usadził je, zabezpieczył, podpiął do czujników samolotu.

Potem wrócił do Czarnego. Wyjął i załadował injektor. Czarny wciąż był przytwierdzony do fotela elastycznymi pasami.

– Taka procedura – mruknął doń Flowers, raczej bezmyślnie, bo z pewnością nie była to próba usprawiedliwienia się. – Mógłbyś się rzucać, a tu wszystko delikatne, lepiej nie ryzykować rozróby w zero gie. Na chwilę zaśniesz, przeniosę cię spokojnie do labu.

– Wiem.

Flowers odbezpieczył injektor, spojrzał przelotnie Czarnemu w oczy.

– Wiem, że wiesz. Wy zawsze wiecie.

2. Nicholas Hunt

Nicholas Hunt spacerował w wiszących ogrodach ponad Nowym Jorkiem. Ogrody kołysały się lekko wraz ze sterowcem, pod którym były podwieszone, nie przyzwyczajeni wizytanci skyhouse'ów nierzadko zapadali podczas silniejszych wiatrów na rodzaj choroby morskiej, opowiadano dowcipy o rzygających przez balustrady na leżące w dole miasto. Hunt był z tych już przyzwyczajonych. Co prawda sam nie mieszkał w owych podniebnych enklawach nadluksusu, ale bywał tu wystarczająco częstym gościem, by oswoić organizm z charakterystyczną dezorientacją błędnika.

Ogrody senatora (drugi podpoziom jego sterowca) posiadały powierzchnię blisko półtora kilometra kwadratowego. Rosły tu głównie rośliny tropikalne, było dużo pnączy, kryjących liczne mechanizmy i filary nośne platformy. W dzień systemy światłowodowych pryzmatów, dwadzieścia metrów wyżej kryjące szczelnie cały sufit podpoziomu, zapalały w ogrodach sztuczne słońca. Noc natomiast była prawdziwa.

Ów sufit stanowił zarazem podłogę pierwszego podpoziomu, gdzie mieściły się apartamenty i biura senatora, a gdzie teraz trwała feta z okazji uchwalenia promowanej przezeń ustawy o ochronie nieintencjonalnych produktów intelektualnych.

Szanowny Gaspar R. Tito, samozwańczy trybun mieszkańców stanu Nowy Jork; szwagier Nicholasa Hunta. Żelazne łańcuchy skojarzeń i odruchów wywoływały u Hunta lekkie skrzywienie ust na samą myśl o senatorze. Po prawdzie to ani się oni lubili, ani nienawidzili. Kilka wzajemnych przysług – na zasadzie transakcji handlowej. U Gaspara spotykało się ważnych ludzi, czyniło wartościowe znajomości; prędzej niż na gwiazdę showbusinessu, mogłeś tu wpaść na tajemniczego multimiliardera, którego nazwisko nigdy nie zagościło na łamach „Forbesa”.

Mimo to Hunt nie przyszedłby, gdyby nie nalegania siostry. Uczyń, uczyń mi tę przyjemność. No więc uczynił. Imeldę zawsze lubił; teraz także szanował. Pięć lat temu, gdy wektory ich karier posiadały zwroty dokładnie przeciwne aktualnym, to on wybłagał towarzystwo siostry na jednym z półoficjalnych przyjęć w stolicy. Wówczas dzierżył jeszcze berło Prawdziwej Władzy. W czasach przed wygnaniem z raju dwa jego spojrzenia wystarczały, by wzbudzić powszechne zainteresowanie tak wyróżnioną osobą. Nic więc dziwnego, że Imelda zaciekawiła Tito. Jeśli przyjrzeć się sprawie z tej strony, za ów kontrakt małżeński mógł winić tylko siebie. Ale czy istotnie był niezadowolony z senatora w rodzinie?

Chwilami zdawało mu się, że rozmyślając w ten sposób tylko rozdrapuje stare rany. Częściej jednak podejrzewał siebie o podświadomą perfidię (o, w takich podejrzeniach się lubował!). Że niby zaplanował tę koligację jako zabezpieczenie na taką właśnie okazję, gdy aniołowie ogniści zastąpią mu wejście do Ogrodu i nie będzie ucieczki z krainy potu i błota. Że na podobną okoliczność pozostanie mu przynajmniej substytut: ogrody senatora Tito. W takich podejrzeniach się lubował, za takim sobą tęsknił, takiego siebie chętnie sobie wyobrażał.

Tymczasem w niedostatku autentycznego skurwysyństwa czynił tylko pod nieobecność senatora Tito złe grymasy.

W jego to ogrodach dopadł Nicholasa telefon od Jasa Vassone. Hunt uciekł bowiem z przyjęcia już po kwadransie: to był właśnie jeden z tych przypadków, gdy wręcz fizycznie czuł zżerającą go ambicję. Stanowisko – nie dosyć, że na prowincji (bo prowincją jest wszystko, co leży na zewnątrz waszyngtońskiej obwodnicy), to jeszcze tajne. Jakże miał się im teraz przedstawiać? Wciąż nie potrafił się odnaleźć. Patrzyli i nie widzieli, patrzyli i nie zazdrościli.

Toteż umknął przy pierwszej okazji.

Ogrody były prawie puste, raz tylko spostrzegł cienie przemykającej między roślinnością pary. Muzykę i głosy słyszał, ale potrafił się przekonać, że tak naprawdę ich nie słyszy, że tylko dżungla, miasto, światła nocy... Gdy odezwał mu się w uchu telefon, Hunt był już całkowicie oczyszczony z miazmatów niespełnionych ambicji.

Tu, w chłodnej ciemności, pośród splątanych cieni, w symfonicznym szumie liści, mówił do swego sygnetu. (Ewolucja środków prywatnej komunikacji, ergonomia samotności: rozmawiamy z samym sobą. Najpierw miniaturyzacja aparatów, potem sieci komórkowe, potem miniaturyzacja aparatów komórkowych, wszechglobalna sieć satelitarna; a potem aparatów dekompozycja i standaryzacja).

– Trzymają ją w szpitalu, na oddziale psychiatrycznym, prosiła...

– Który to szpital?... Dobrze, zaraz się tym zajmiemy.

Wyłączył się i wywołał Centralę Zespołu.

– Hunt.

Checking. Okay.

– Daj Anzelma.

– Anzelm.

– Hunt. Kłopoty z Vassone. Prawdopodobnie siadła na niej animalna.

– Animalna...? Nie mów, naprawdę...?

– Na razie tak to wygląda.

– Przypadek? Nie wierzę.

– Ja też nie.

– Żółtki?

– Nie wiem. Nieważne, nie teraz. Oto, co zrobisz...

Przekazawszy Preslawny'emu instrukcje, wcisnął agat. Marina, Marina, że też na ciebie padło...

Podszedł do balustrady, przez mgłę pajęczyn siatki asekuracyjnej spojrzał na Nowy Jork, setki metrów poniżej wrzeszczący w synestetycznej histerii tysiącami jaskrawych świateł. Noc przełamywała się z późnego wieczoru we wczesny ranek, w wiecznie oświetlonych metropoliach świata zachodniego nie istnieją żadne pory pośrednie. Zerknął na zegarek. Po trzeciej. Numer 5 już powinien znajdować się w Labie. Gdzie rzeczy z jego domu? Gonią właśnie północ nad Atlantykiem. Kto zrobi mu profil psychologiczny, skoro Vassone zaklajstrowało mózg?

Sygnał. Odebrał.

– Hunt.

– Informacja od ekipy McFly'a. Kontakt potwierdzony, kontakt potwierdzony. Wyjściowo: pierwsza kategoria. Straty w ludziach: dwóch z ekipy. Łącznik ranny, McFly ranny. Prośba o pomoc. Wysłaliśmy.

– Co z zapisem?

– Nie wiadomo. Ale to i tak bardzo dużo: minimalna wrażliwość wystarcza. Zyskaliśmy dowód, iż Wojny Monadalne są możliwe.

– Historia spirytyzmu pełna jest takich dowodów. Dajcie znać, gdy się wyjaśni sprawa z tym zapisem.

Rozłączył się.

Straty, straty, straty. Jaka procedura byłaby absolutnie bezpieczna? Czy w ogóle istnieje takowa? Prawdopodobnie nie. Oparł się o poręcz, zapatrzył na wełniście rozmyte światła miasta. Ba, żeby to byli Obcy! – zaśmiał się w duchu. Żeby to byli ci poczciwi Obcy: jakieś pająki, jakieś ośmiornice, kolorowe kurduple, myślące planety, cokolwiek z hollywoodzkiej menażerii superdziwactw – ale materialne, namacalne, doświadczalne zwykłymi zmysłami! A tu co? Duchy, zjawy, omamy, abstrakcje. W cholerę z tym. To już te kwarki interpolowane z błysków w komorach próżniowych są bardziej realne. Zawszeć to coś przynależącego do naszej rzeczywistości: sami przecież też składamy się z kwarków.

Oszaleć można. Och, mój Boże, z jaką przyjemnością bym się upił! Kilka godzin wolnego. Hunt zalany. Pójść tak do Centrali. A dajmy ludziom poplotkować.

Ale nawet kroku nie zrobił. Tylko garbił się coraz mocniej, coraz bardziej pochylał nad miastem. Marina, kto by pomyślał... Że też akurat na ciebie padło. Czy rzeczywiście Chińczycy...? Cóż, pokój to wojna, wojna to biznes, a biznesem jest wszystko.

Nowy Jork, megapolia, dziesiątki milionów ludzi, dziesiątki milionów umysłów, śpią lub nie; żyją, myślą. Co tam rośnie? No co takiego rośnie na tej kupie gorącego nawozu?

Skontaktowała się z nim właśnie przez senatora Tito. Wtedy nie nazywało się to jeszcze Zespołem Hunta, nie było nawet Programu Kontakt. Zajmowali pół piętra w budynku waszyngtońskiej filii NSA. Większość powierzchni pomieszczeń i tak zagarnęły superkomputery post-PDP mielące swymi quasigenowymi algorytmami terabajtowe pakiety DNAM milionów obywateli USA. Hunt kierował kilkunastoosobowym zespołem informatyków i techników, na pół etatu miał zaś dwóch zaprzysiężonych genetyków, którzy w ten sposób dorabiali sobie do uniwersyteckich pensji. No i zdalnie – Krasnowa; Krasnow był od samego początku. Niesamowita kreatura. Nierzeźbiony starzec o ambicji nastolatka. Stanowił klasyczny przykład dożywotniej pijawki budżetowej, gatunku występującego bodaj endemicznie na terenie Dystryktu Kolumbia. Tytułował się profesorem. Jak to naprawdę było z jego tytułami naukowymi, sam już chyba nie wiedział, zagubiony w gąszczu swych konfabulacji i po prostu łgarstw. Co się tyczy specjalizacji, to specjalizował się Krasnow w tym, co aktualnie było na fali. Swego czasu odoił parę fundacji na dobre kilkadziesiąt milionów z przeznaczeniem na badania nad sztuczną inteligencją. Przez pół dekady sam rozporządzał podobnymi sumami, wkręciwszy się do kolejnej reinkarnacji programu Gwiezdnych Wojen, którego duch nawiedzać będzie Pentagon chyba aż po kres jego istnienia. Nazwisko Krasnowa pojawiało się również w kontekście badań nad szczepionką na ostatnią mutację HIV, nanotechnologią, łączami neuronalno-elektronicznymi, bionanotechnologią, analogami hormonów, pikotechnologią, Bóg wie, czym jeszcze. W świecie oficjalnej nauki nie był znany prawie wcale – lecz tu, w Krainach Cienia, wysokość współczynnika cytowań pozostaje zazwyczaj odwrotnie proporcjonalna do sumy rocznych dotacji. Spłodzony ostatnio przez Krasnowa elaborat pod tytułem „Chaos Genowy: dynamika Amerykańskiego Genomu” zapewnił mu ciepłą posadkę, znaczną pensyjkę i, co najważniejsze, wcale wysokie miejsce w hierarchii jemu podobnych roninów nauki – na co najmniej rok, potencjalnie zaś i lat pięć, bo Krasnow w Hacjendzie zabrał się od razu do pichcenia rezolucji głoszącej konieczność rozszerzenia badań na całość ziemskiej populacji.

Finansował to Departament Obrony i z tego też powodu trafił tam Hunt. O jedna chybiona salonowa intryga za dużo (tak lubił o tym myśleć) – i już: odstawka. Gdy wynosił swoje rzeczy ze starego gabinetu, przechwycił kilka suchych uśmieszków członków personelu: widzicie te krwawe kikuty? to otwarte złamanie kariery, nieuleczalne.

De facto był martwy; i czuł się jak zombie. Stanowisko w rodzaju kierownika wykonawczego programu typu Krasnowego – to, bądźmy szczerzy, jest już przejaw życia pośmiertnego waszyngtońskich maklerów politycznych. Czas tu zwalnia, świat prawdziwy, świat władzy i pieniędzy – odpływa, oddala się poza zasięg ręki i wzroku. Trzydziestokilkuletni starcy spotykają się w barach podczas przydługich przerw na lunch i, nigdzie się już nie spiesząc, dzielą się wspomnieniami z przedwcześnie a tragicznie zakończonych żywotów.

Vassone zadzwoniła do Tito, Tito zadzwonił do Hunta.

– Jest taka jedna, już wcześniej robiła coś dla rządu, Vassone, Marina S. Vassone, prosiła mnie, rozumiesz, przysługa, czy byłbyś, Nicholas, tak uprzejmy i...

– A o czym ona wie? Ma w ogóle dostęp?

– Ma, ma, tym się nie przejmuj. Zdaje się, że po prostu trafiła na jakieś odnośniki do tego, czym się tam teraz zajmujecie, cokolwiek by to było, bo, pojmujesz, ja się nie orientuję, powtarzam tylko po niej, otóż ona też się stara o forsę na jakieś badania i częściowo się chyba pokrywacie, to znaczy, czy ja wiem, w każdym razie chodzi o to, żeby mogła zajrzeć w szczegóły, FBI ją prześwietlało, twoja dobra wola, wiszę przysługę ludziom, którzy dłużni byli jej, rozumiesz...

– Okay, co mi tam, daj mi jej namiary.

Nie chciała przez telefon, przyjechała osobiście. Już to niedwuznacznie wskazywało na stopień poufności tematu. Hunt przyjął ją w swym nowym gabinecie, w istocie nędznej klitce. Przez ściany słychać było niski pomruk systemów chłodzących pracujące bez odpoczynku superkomputery NSA. Hunt był nawet zadowolony z tej wizyty, stanowiącej spore urozmaicenie w codziennej nudzie jego pozorowanej pracy. A poza tą pracą wszak też nie najlepiej: Charlotte znalazła sobie nowego tygrysa; matka znowu na odwyku; akcje, w których umoczył ponad połowę oszczędności, wytrwale idą w dół, a on ich nie sprzeda, bo gdyby się po tej ich ratunkowej wyprzedaży jakimś cudem odbiły, nie wytrzymałby już nerwowo. Doszło do tego, że, w ucieczce przed depresją, zaczął na służbowym terminalu pisać mroczny, przesycony alkoholowym cynizmem, polityczny thriller, którego główny bohater był medalowym okazem młodej waszyngtońskiej świni, zły aż po spirale swego DNA, i któremu wszystko się udawało wręcz nieprzyzwoicie, bo nie liczył się z nikim i z niczym. Gdzieś przy czwartym rozdziale Hunt spostrzegł się, iż darzy tę postać mimowolną a wciąż rosnącą sympatią, przenosząc na nią coraz więcej swych cech. Zadzwonił do psychoanalityka on-line. Psychoanalityk poradził mu pisać dalej, a w finale zniszczyć i upokorzyć swego mrocznego bliźniaka. Hunt, posługując się frazeologią swego powieściowego bohatera, nabluzgał potwornie w sygnet. Potem skasował z kryształów swe dzieło. Na to przyjechała Marina Vassone.

Nieskazitelna uroda rzeźbionej oznajmiała wiek kobiety pomimo braku oznak starzenia: czterdzieści lat, może kilka mniej, może kilka więcej. Genetyczne mody są bowiem nieodwracalne. Ostatnie pokolenie (a raczej przedostatnie, bo decyzja należy przecież zawsze do rodziców) hołdowało już innym ideałom piękna: twarzom asymetrycznym, aproporcjonalności i pozornej dysharmonii ich elementów, indywidualnym, charakterystycznym rysom projektowanym przez drogo opłacanych pomocników genetic sculptors, artystów w sztuce designu ciał niepoczętych. Rodzice Mariny poddali się natomiast modzie ich własnych czasów i stąd komputerowa doskonałość sylwetki i oblicza kobiety: czaszka zgoła egipska, łuki brwiowe niczym pociągnięte japońskim tuszem, witrażowa jasność włosów i oczu. W garniturze z czarnego polijedwabiu, o szerokich rękawach i nogawkach z wysokim rozcięciem, wyglądała zdecydowanie na bizneswoman czy prawniczkę, nie zaś naukowca, takiego, jakim wzorcowo malował go sobie Hunt – stanowiła fizyczne przeciwieństwo abnegata Krasnowa.

– Rozumiem, że interesuje się pani prowadzonymi przez nas pracami jak najbardziej zawodowo – rzekł Hunt włączywszy pospiesznie mikrofony i kamery ubezpieczenia prawnego, zamroziwszy twarz w bezwyrazową maskę i odprawiwszy rytuały powitania podług reguł NEti. – Tymczasem pokazało mi tu, że jest pani z wykształcenia neurofizjologiem, cokolwiek by to w istocie miało znaczyć. Profesor na Bostońskim, Departament Kognitywistyki i Systemów Neuralnych, Centrum Systemów Adaptatywnych. Mhm, pisze mi tu także: psychiatria, matematyka... Ta matematyka – to skąd?

– Sieci neuronowe – odparła lakonicznie. – Analogi mózgu.

– Tak czy owak, co to ma wspólnego z nami? Czytała pani „Chaos Genowy” Krasnowa?

– Tak. Właśnie dlatego. Chcę wykorzystać wasze banki danych do wyszukania osób o DNAM o pewnych specyficznych parametrach.

– Żeby tak być całkowicie szczerym, to jest to właściwie nielegalne.

– Dlatego przyszłam tutaj, a nie do Departamentu Zdrowia.

– No cóż. Zasadniczo upoważniona pani jest. Ale proszę zdać sobie sprawę, że sama wiedza nic pani nie da, bo dla jej wykorzystania czy ogłoszenia gdziekolwiek na zewnątrz tych murów potrzebować pani będzie wysokiego, oficjalnego błogosławieństwa, dobre słowo od senatora Tito z pewnością nie wystarczy.

– Kiedy już to znajdę, pobłogosławią mi wszyscy.

– A co to właściwie jest?

– A mam pana zgodę?

– Tak, tak.

– Potrzebuję waszych komputerów do interpolacji DNA telepaty i szerokiego przesiania populacji przez sprofilowany według tego filtr.

– Telepaty? – zaśmiał się Hunt.

– Biernego.

– Żartuje pani.

– Tak, oczywiście. Może mi pan wypisać papierek? Chciałabym ruszyć z tym już dzisiaj.

– Pani doktor, ja nie mogę opóźniać programu, angażując nasze moce obliczeniowe dla podobnych głupot.

– Pół procenta? Promil? Ile pan straci, parę godzin?

– Na taką zabawę w science fiction? Kwadrans zbyt wiele. Żywcem obdarliby mnie ze skóry.

– Na początku wszystko jest jedynie science fiction. Mogę przedstawić dowody. Mam setki godzin filmu z niepodważalnymi eksperymentami.

– Wszystko da się podważyć. Jeśli to faktycznie telepatia, trzeba było z tym pójść prosto do Langley, Fortu Meade czy Pentagonu, przyjęliby tych złodziei myśli z otwartymi ramionami.

– Ale ja nie chcę ich wyszukać, żeby potem prześwietlali chińskich dyplomatów albo gonili za podwójnymi agentami.

– A po co?

– Oni znajdą mi Boga.

Czarny obudził się i poczuł ciszę. Pustka huczała dookoła niego. Ani śladu myśli. Ciało informowało go o nieważkości. Kosmos. Sam na sam. Po raz pierwszy bez odbić, bez zanieczyszczeń – cudzych fizjologii, cudzych psychik. Wy zawsze wiecie. Leżał w bezruchu, jak sparaliżowany, nie otwierając oczu. Zaplanowane, zaplanowane, wszystko zaplanowane. Miejsce idealnego odosobnienia, dla mnie i takich jak ja. Numer 5. Czterech moich poprzedników sprowadzono tu do poziomu roślin.

Uniósł powieki i zobaczył na własne oczy, co wcześniej widział przez mgłę peryferyjnych doznań i myśli Flowersa. Habitat był wielkości dwóch przedziałów pociągu. Dwa małe, okrągłe okienka w przeciwległych ścianach. A ściany do ostatniego centymetra zabudowane. U góry, nad łóżkiem – rozległa tapeta ekranu z miniLEDów.

Ledwo Czarny zdążył po przebudzeniu zamrugać – bluzgnęło mu w oczy obliczem uśmiechniętego uprzejmie mężczyzny. Rzeźbiony z półtora pokolenia wstecz, skonstatował Czarny. Wzorzec indiańsko-kreolski á la Hollywood, choć rysy bardziej ostre i cera złotawa, i wąsy czarne, zupełnie nie pasujące do aktualnego telewizyjnego ideału.

– To jest nagranie – rzekł mężczyzna z ekranu. Ukryte głośniki wypełniły habitat jego spokojnym głosem. – Nazywam się Nicholas Hunt. Proszę się uspokoić, nic panu nie grozi. W istocie osobiście odpowiadam za pańskie bezpieczeństwo i w ramach moich możliwości postaram się zapewnić panu warunki maksymalnie komfortowe. Nie mogę zaprzeczyć, że został pan porwany. Jednak i to jest w pełni usprawiedliwione troską o pańskie bezpieczeństwo. Nie jest naszym zamiarem wyrządzenie panu krzywdy. Nie wiem, przez jaki czas będzie pan musiał pozostawać w tej orbitalnej placówce. W każdym razie niewielu ludzi może sobie pozwolić na podobne wycieczki; wszystko ma swoje dobre strony – Hunt uśmiechnął się szerzej, pokazując śnieżnobiałe zęby. – Wkrótce się z panem skontaktujemy w celu przedyskutowania szczegółów naszej współpracy. Wszelkie informacje dotyczące habitatu i jego wyposażenia może pan uzyskać bezpośrednio z kompa labu, wychodząc od menu, które za chwilę pan ujrzy. Ekran jest sensoryczny. Proszę się nie obawiać: prowadzimy ciągły monitoring i na wszystko mamy baczenie. W sytuacji alarmowej wszakże może się pan połączyć z oficerem dyżurnym, korzystając z opcji HELP2 lub po prostu wypowiadając na głos takie życzenie. Jeszcze raz: przepraszamy i zapewniamy o pańskim całkowitym bezpieczeństwie. Tymczasem proszę się zapoznać ze swoim nowym domem. Koniec.

Twarz zniknęła, ekran pokrył się mozaiką mniejszych i większych ikon.

– Chcę rozmawiać z oficerem dyżurnym – powiedział Czarny.

W lewym górnym rogu zaczęła się obracać mała Ziemia z nałożonymi słuchawkami.

– Dyżurny – odezwały się głośniki.

– Tylko fonia?

– Niestety. W czym mogę pomóc?

– Czy jestem o coś oskarżony?

– Nie. Nie reprezentujemy wymiaru sprawiedliwości.

– A co lub kogo reprezentujecie?

– Przecież pan wie.

– Tak. Rozumiem, że nie mogę się z nikim skontaktować, ani przesłać żadnej wiadomości.

– Nie może pan.

– To o wypadku mojego ojca – to było kłamstwo?

– Tak. Przykro mi, nie było innego sposobu na ściągnięcie pana do Stanów.

– Czego ode mnie chcecie?

– To nie należy do moich kompetencji.

– A gdybym popełnił samobójstwo?

– Proszę spróbować.

– Gaz?

– Między innymi.

– To jest afera na skalę międzynarodową. Nigdy mnie nie wypuścicie.

– To nie należy do moich kompetencji.

– Czy ja rozmawiam z żywym człowiekiem, czy z turingówką?

– Z żywym człowiekiem, proszę pana.

– O co chodzi z tym „usprawiedliwieniem troską o moje bezpieczeństwo”?

– Pan Hunt panu wytłumaczy.

– Kiedy?

– Wkrótce.

– Macie mnie tam na ciągłym podglądzie i podsłuchu?

– Tak.

– Numer czwarty też mieliście?

– Tak.

– Co mu się stało?

– To nie należy do moich kompetencji.

– Dziękuję.

Globus ze słuchawkami zniknął.

Czarny ostrożnie usiadł na łóżku. W samolocie orbitalnym jakoś tego nie odczuwał, ale teraz mroczyło mu wzrok aż do zupełnego chwilowego wyciemnienia. Krew uderzała falami do głowy. Na szczęście nie rzygał, przynajmniej tyle. Odnalazł wzrokiem zainstalowane w ścianach liczne uchwyty. Kosmonautom na filmach jakoś nigdy nie były potrzebne, zawisali sobie w bezruchu jakby samą siłą woli. Czarnemu zabrało pół minuty ustawienie się „nad” bulajem. Niewiele zobaczył. Krzyknął na światło. Zgasło. Przytknął nos do plastiku. Tak, tak, to prawda: tam w dole obracała się planeta. Błękit oceanu, biel chmur, brudna żółć kontynentu. Słońce w takim razie musiał mieć za plecami, terminator w nadirze, zbyt ostry kąt, drugiego też nie widać, za nisko. W habitacie panowała cisza, tylko własny oddech szumiał mu w uszach. Minuty mijały, a on patrzył i patrzył, nawet nie mrugając. Kiedyś w ten sposób zahipnotyzowany został przez ruch fal morskich, przesiedział na plaży pół dnia, w ogóle nie zdając sobie sprawy z upływu czasu. Ale to teraz – to jest jeszcze potężniejsze. Oczy, przyzwyczajone do upośledzenia bielmem powietrza, kłamliwie zapewniają Czarnego o bliskości Ziemi: kilka kilometrów, tuż-tuż. A to nieprawda. Obejmuje wszak wzrokiem prawie całą półkulę, nie musi nawet kręcić głową. Jak to mówią na owych filmach? Wysoka grzęda.

Spokój, spokój, spokój, spokójspokójspokój... Obracaj swą mantrę w umyśle aż wymiecie zeń wszystko inne i pozostanie tylko wyrugowana z sensu zbitka dźwięków. Umysł jak jezioro. Umysł jak wiatr nad polami. Umysł jak niebo błękitne. Jak próżnia kosmosu.

...wszystkie moje konie, Alabaster, Wiedźma, co z wami, gdzie jesteście...

Jakie, do cholery, konie?! „Konie” – inkluzja podstępna, nic innego...! Znowu chwycił go strach. To nie do wytrzymania, zszarpie sobie tu nerwy na strzępy – a jeszcze nawet nie rozmawiał z tym Huntem.

Skonsultował się przez tapetę ekranową z kompem habitatu, przylepił sobie do ramienia końcówkę injektora, po czym zaordynował silny środek nasenny.

Aż mu się niedobrze zrobiło od tego świetlistego ogromu rozciągniętego pod siatką i musiał usiąść na ogrodowej ławce. Był przyzwyczajony do buntu fizjologii, lecz nie – buntu wyobraźni. Miasto go przeraziło. Nie chciał patrzeć, skojarzenia przytłaczały.

Wrócił na górę. Przyjęcie tempem i nastrojem wchodziło właśnie w klimaty ciężko bluesowe. Wymienił kilka zdawkowych formułek i pożegnał się z siostrą i szwagrem. Kamerdyner przy drzwiach męskiej windy oddał mu płaszcz.

Poczekalnia wind cała była w lustrach. Hunt czterofasetowy. Gdzie się nie obejrzy – on, on, on. Może nie był postacią imponującą, ale na pewno wywierał wrażenie. Ciało i ciała tego oprawa, ubiór ze wszystkimi dodatkami – zaprojektowano je z identyczną dbałością o szczegóły oraz ostateczny wygląd całości. Kompozycja w pełni harmoniczna, ujmująca jakąś wyciszoną, naturalną elegancją. A nosił je w taki sposób, że prawie każda osoba bezpośrednio, fizycznie z nim skonfrontowana – automatycznie popadała w formy poddańcze i zaczynała się zachowywać niczym średniowieczny lennik. No, bez przesady. Niemniej uosabiał arystokrację tych czasów, tę prawdziwą: nie dziedziczną, nie opartą na tradycji, wiedzy, ani nawet pieniądzu – lecz miejscu zajmowanym w strukturze przepływu informacji.

Oczywiście, w rzeczywistości już do niej nie należał i obraz był fałszywy. Spoglądał sobie w oczy i opuszczał wzrok.

Ale jednak: wyprostowany, głowa wysoko, ramiona do tyłu, ręce symetrycznie za plecami, wysunięta do przodu noga ugięta lekko w manierze rzymskich imperatorów. Kruczoczarne włosy w lustrach prawie lśnią, mocno ściągnięte i splecione w krótki warkoczyk. Sztywny halsztuk wypiętrza się białą falą na purpurową marynarkę, pośrodku fioletowy hieroglif: logo jurydykatora. Czarne spodnie, białe tabi: proste linie i proste barwy. Śnieżne koronki eksplodują spod rękawów. Na wymanicurowanych palcach jedyna biżuteria: sygnet Sony z kociookim agatem. Wszystkie tkaniny w widoczny sposób naturalne, żadnej monoprzędzy. Kiedy się porusza, słychać ich szelest. A porusza się zawsze energicznie, z onieśmielającym zdecydowaniem (to też jest po części wrodzone, a po części wytrenowane). Jest przystojny, ale tak przystojni są tu wszyscy.

Podniósł wzrok i uśmiechnął się do siebie pod wąsem, i przez tę chwilę było w nim także coś z filmowego łotra.

Monostrunówką spadł na dach WTC (na szczęście jej kabina pozbawiona była okien), tu przesiadł się do drugiej, wewnętrznej windy, i spłynął bezpośrednio na poziom garaży. Ktoś właśnie przyjechał razem z psem, małym, jazgotliwym kundelkiem. Bydlę małe, a zaciekłe jęło z czystej złośliwości oszczekiwać Nicholasa i ten w końcu się wściekł i odwrócił, gotów je skopać na betonową ścianę; lecz pół sekundy wcześniej kundel podkulił ogon i uciekł do swego pana.

Wreszcie podtoczył się wezwany samochód.

– Centrala – powiedział mu Hunt wsiadłszy.

– Tak jest, Centrala, już jedziemy, sir – i faktycznie, już jechali.

Hunt spolaryzował szyby i wywołał na przedniej serwis CNN-u, sprofilowany dla niego przez osobisty program filtracyjny. W newsach pod „Ogólne” rzucała się w oczy informacja o jakiejś tragedii w południowym Meksyku, wiele trupów. Znowu reinkarnacja Trockiego? – zaciekawił się Nicholas i wywołał info. W etykiecie było o sekcie. Mord rytualny? Ale nie. Sekta należała do gatunku apokaliptycznych, tych, co to: wodzu miał objawienie, nawiedzili go mali zieloni, i teraz zbiera naród wybrany dla wypełnienia kosmicznej arki. Zazwyczaj okazuje się, że arka zabierze tylko dusze – więc odcinają ciała. Na to wyglądało i w tym przypadku: pewnej nocy zaczęli się wieszać i strzelać sobie w łeb. Sto czterdzieści trupów. Pierwsze linki prowadziły do tylko odrobinę mniej krwawej rzeźni w podalpejskiej willi w Szwajcarii: ciała rozczłonkowane, czerwień na śniegu...

Odkąd Hunt pamiętał, od dzieciństwa, bez przerwy słyszał o podobnych wypadkach. Wychowywał się w przeświadczeniu, iż świat jest ze swej istoty szalony i tylko gdzieniegdzie trafić w nim można na oazy zdrowego rozsądku. Co więcej: postrzegał rzeczywistość jako konglomerat ożywionych i nieożywionych elementów, pozostających w bezustannym a bezcelowym ruchu, bo targanych siłami, które znajdują się całkowicie poza tych elementów kontrolą i zrozumieniem.

Podążając w głąb i w głąb wirtualnych bibliotek (które mają to do siebie, że za każdym przyswojonym tekstem otwierają drogę do dziesięciu dalszych, jeszcze ciekawszych), śledził był młody Hunt, niczym na puszczonym wstecz poklatkowym filmie, proces dezintegracji rzeczywistości.

Chaos zaczął brać górę nad porządkiem wraz z końcem zimnej wojny – bo zimna wojna stanowiła mimo wszystko jakiś schemat, a gdy przestał być on adekwatny, nie znaleziono na to miejsce nowego. Przełożenie z perspektywy historiozoficznej na egzystencjalną było prawie natychmiastowe: jak gdyby nacelowane wzajem na siebie rakiety z głowicami jądrowymi nadawały sens życiu każdego przeciętnego obywatela z obu stron Kurtyny! Czaił się w tym brudny absurd, niemniej koincydencja była w oczach Hunta niepodważalna.

Od owego punktu rozsprzęgnięcia kolejne elementy postrzeganego świata wymykały się, jeden po drugim, zrozumieniu, opisowi i celowej analizie. Coraz trudniej było rzec, dlaczego i po co dzieje się, co się dzieje; a, co gorsza – w ogóle co takiego się właściwie dzieje. Człowiek włączał telewizor i mógł tylko oglądać kalejdoskopy kolorowych reportaży z miejsc szaleństwa, słuchać oficjalnych oświadczeń i histerycznych zaklęć. Powiązanie ich ze sobą, wytyczenie jakiegoś kursu, sięgnięcie wstecz ku korzeniom, jasne nazwanie – pozostawało już poza jego możliwościami. Postawą dominującą stawała się więc postawa bezrefleksyjnej akceptacji, jako jedyna gwarantująca jaki taki spokój psychiczny.

Nie chodzi o to, że ludzie nagle stracili cel życia albo też dopadł ich ból istnienia. Hunt nie żywił złudzeń co do natury ludzkiej – tak czy owak przeważająca większość żyje jeno siłą inercji, a mąk wegetacji doświadcza co najwyżej w postaci porannego kaca, depresji postcoitalnej lub wizyt u dentysty. Lecz utraciwszy poczucie przynależności, uczestnictwa, pozbawieni imaginacyjnego aparatu dla tłumaczeń dookolnej rzeczywistości, przestali ludzie, każdy z osobna, odgrywać w niej jakąkolwiek rolę, choćby negatywną. Świat, historia, życie – wybuchały obok, i były to dzikie żywioły, o których człek potrafił rzec tyle, co jego włochaty przodek sprzed tysięcy lat o piorunie zapalającym sąsiednie drzewo.

Teraz zaś już nie było dnia bez informacji, z kraju lub ze świata, o jakimś kolejnym zbiorowym szaleństwie. Tych poniżej tuzina trupów w ogóle już nie dołączano do standardowych serwisów, chyba że były wyjątkowo malownicze zdjęcia.

Co to się dzieje, dumał Hunt, podczas gdy na wyciemnionej przedniej szybie BMW migotały kadry relacji z konferencji prasowej Południowoamerykańskiego Kartelu Drzewnego, na której jego zarząd dyplomatycznymi słowy de facto wypowiadał Holdingowi Syberyjskiemu średnioterminową wojnę; co to się dzieje, że ludziom coraz mniej waży ich życie? Przecież to nie tylko te samobójstwa, irracjonalizm szerzy się jak zaraza. Czy cywilizacja może zapaść na chorobę psychiczną? I jaka kuracja byłaby w takiej sytuacji dla niej odpowiednia?

Telefon, drugi priorytet. Strzelił sygnetem.

– Anzelm. Dostaliśmy szkic projektu budżetu na przyszły rok. Sto procent spod Korpusu, przesunięcie bez rekompensaty.

– Cholera.

– No. Pożerają nas.

– Kleist?

– Kleist, Fortzhauser, ktoś z tej paczki. A-aaa...

– Co?

– Nic, spać mi się chce, nerwową noc mieliśmy.

Hunt przewinął w myśli listę wasali oraz spadających suwerenów. Wybrał Oiola. O ile wiedział, miał u niego najwyższy priorytet.

Oiol najwyraźniej też nie spał.

– Hunt. Kto wszedł do podkomisji?

– Której?

– Naszej, a której?

– A co?

– Czy mi się wydaje, czy Bronstein faktycznie coś słabuje? Wypuszczają nas z rąk.

– Naprawdę?

– Nie słyszałeś o budżecie? Uzależniają nas od EDC. Od kiedy to prezydenci dobrowolnie rezygnują z drugich kadencji?

– He he, może właśnie dlatego. Zrzuca zbędny balast.

– Ale mantryków bierzecie. Więc jak to jest?

– Nie wiem. To chyba Krutsch, on jest McManamary.

– Ale przecież McManamara to emeryci!

– Już nie. Na dzień dobry pójdzie w CNN wywiad, senator pochyla się z troską nad młodzieżą i następnymi pokoleniami Amerykanów.

– Psiakrew. To ile to będzie?

– Troje na troje, ale Szczurek jest proenklawistyczny.

– Tuzin bogów i wszyscy ślepi.

Zakończywszy tym sarkastycznym słowomemem z „Hunów”, połączył się Hunt z kolei z niejakim Gonzalesem Redem, ksywa Flak, który był głównym saperem memetycznym „Washington Post”.

Flak spał; ale Flak wisiał Huntowi tyle przysług, że pora dnia nie miała tu znaczenia.

– Ofensywa McManamary – rzucił Nicholas. – Kto to robi?

– Brodsky and Brodsky Adv. – odparł szybko Red. – Dobre są, sukinsyny.

– Wiem, sam noszę wąsy.

– Rzeczywiście. Ostatnio robili jeszcze współczucie dla imigrantów i kilka narkofajek dla dzikusów, wiesz, białe anioły. Łamię ich – pochwalił się.

– To dobrze. Jak mocno?

– Będzie wstępniak. A co ty myślisz? Co tydzień mamy wkładki z jakiegoś funduszu.

– Pójdziesz na Krutscha.

– Krutsch, Krutsch... Już chwytam! Na czym on płynie?

– Zwolnienia podatkowe z dochodów z inwestycji. Ale na dniach wykona nagły przeskok. Strącisz go w locie.

– Spróbujemy.

– Strącisz go w locie, Flak.

Polityczne aikido nakazuje zawsze wykorzystywać cudzy impet, a kto będzie najmocniej bił w McManamarę, jeśli nie prezydenckie kolobbies, Radick i emeryci? Huntowi pozostało tam jeszcze wystarczająco dużo znajomych.

Zadzwonił do prezesa Bezpiecznej Starości. Pięć minut zajęło mu przebijanie się przez program sekretaryjny.

– Nicholas Hunt. Pani mnie pamięta?

– Owszem.

– Wie pani o McManamarze.

– Tak.

– Kiedy będzie składała mu pani propozycję... proszę napomknąć o czarnych orchideach.

– Czarne orchidee.

– Tak. Można mnie sprawdzić. Bronstein, Krutsch. Mam powody. Niewiele pani ryzykuje. Proszę spróbować. Powodzenia.

– Dziękuję.

Przyszło mu coś do głowy i ponownie zadzwonił do Oiola.

– Słuchaj, jeśli to jednak przejdzie, zasugeruj naszym wyrównanie reguł. Dlaczego tylko my? A taki Krasnow? Masz pojęcie, ile żrą Suche Źródła? I jak popieprzone ma on struktury finansowania?

– Ha, dobra myśl.

Liczył na to, że Krasnow jest silniejszy. Jeśli idziesz na dno, wczepiaj się w co tylko możesz. A coś nie wierzył, żeby Krasnow miał nagle zatonąć.

Hunt dotąd spotkał się ze starcem wszystkiego dwa razy, lecz to wystarczyło, by Rosjanin wżarł mu się na stałe w pamięć i strukturę skojarzeń. O, Krasnow to była figura, Krasnow to była legenda! On miał nosa, posiadał owo charakterystyczne wyczucie rodzących się właśnie w nauce trendów – tej umiejętności nikt mu nie odmawiał. Wszelako wydawało się, iż była to jedyna jego prawdziwie wybitna cecha i całość „sukcesów” Krasnowa należało przypisać po prostu jego nienasycalnej ambicji.

Nie inaczej w przypadku ostatniego projektu starego „profesora” (o ile Hunt wiedział, Krasnow nigdy nie miał stałego etatu na żadnym z uniwersytetów). Wystosowane przezeń półtajne memorandum, zatytułowane pompatycznie: „Chaos Genowy: dynamika Amerykańskiego Genomu”, stanowiło nie więcej, niż zbiór pytań i niezsyntetyzowanych informacji z różnych dziedzin, co splotły się w umyśle Krasnowa w zalążek nowej teorii. Nowej jak nowej: Hunt postrzegał ją raczej jako ciąg wyekstremalizowanych truizmów. Ale Krasnow wiedział, jak pisać, by wystarczająco zaniepokoić rządzących biurokratów, umiał w swych artykułach łączyć pozory naukowego obiektywizmu z patetyzmem telewizyjnych wieszczów kresu cywilizacji – i to chwytało. Resztę, czyli właściwą pracę umysłową, wykonywali zań inni. Aktualnie teoria Chaosu Genowego prezentowała się jako w dziewięćdziesięciu pięciu procentach dzieło grupy płatnych konsultantów zatrudnionych na początku istnienia Programu przez Hunta – wówczas jeszcze (kiedy to było, zdumiał się w duchu Nicholas, przecież nawet jeszcze rok nie minął!) był to zupełnie inny Program. Lecz nikt nie miał wątpliwości, iż rzecz zapamiętana zostanie jako „teoria Krasnowa”.

Autoewolucja, pisał Krasnow, jest to kreacja genetycznej przyszłości gatunku przez jego przedstawicieli. Zaczęto powszechnie używać tego terminu po komercjalizacji technologii „rzeźbienia” DNA planowanego dziecka. Całkowicie błędnie.

Otóż aby móc mówić o jakiejkolwiek ewolucji, musi zachodzić ciągły proces dziedziczenia, a tu z niczym podobnym nie mamy do czynienia, bo genetyczne rzeźbienie nie ogranicza się do jednego pokolenia, lecz dotyczy w równym stopniu całej rozciągniętej wzdłuż osi czasu linii „potomków”. Gdyby jeszcze rzeźbiarze dokonywali swych operacji na DNA faktycznie pochodzącym od rodziców, dziedziczono by przynajmniej introny. Ale firmy genetic sculptors mają swoje – identyczne dla wszystkich klientów – genomy ramowe, od których zawsze rozpoczynają proces komputerowego doboru dezoksyrybonukleotydów. Nic zatem, dosłownie nic nie przechodzi z matki i ojca na „ich” dziecko, nawet kody mitochondrialne. Ewolucja gatunku została ucięta niczym lancetem, dalej już tylko ewolucja mód.

Po drugie zaś – i tu Krasnow docierał do źródła zagrożenia/szansy – owo cięcie było „nieczyste”. Żeby ono faktycznie dotyczyło całego gatunku...! Ale nie dotyczy. Dżdżownica światowej ekonomii rozciąga się i rozciąga – my tu biedzimy się nad genetycznymi modami, a w sercu Afryki wciąż wyrzynają się kałasznikowami, dzidami, maczetami i mnożą zgodnie z plemienną tradycją, po dwunastu z jednej matki, umiera dziesięciu, Darwin w zenicie, czysty żywioł. Samo w sobie z genetycznego punktu widzenia nie jest to nic złego, wręcz przeciwnie, to stan naturalny, tak było przez tysiąclecia i tak być powinno, nie z tego powodu kłopot. I nie kłopot z powodu rzeźbienia jako takiego, bo gdyby było ono obligatoryjne dla każdego mieszkańca Ziemi – również nie stanowiłoby żadnego zagrożenia. Problem natomiast powstaje z pomieszania obu tych systemów, ich równoczesnego funkcjonowania w blisko ośmiomiliardowej populacji – przy czym swym genomem manipuluje zaledwie osiem jej procent.

Powiedzmy sobie jasno – grzmiał Krasnow – fakt, że rozpisaliśmy DNA Homo sapiens na grupy genów podług ich embriogenetycznych funkcji bynajmniej nie oznacza, iż wiemy, co może dać w fenotypie dowolna ich konfiguracja, w istocie wątpliwe, byśmy kiedykolwiek w przyszłości to wiedzieli. Genetyczni rzeźbiarze codziennie aktywizują tysiące takich zestawów genów, które nie występują i nigdy nie występowały w naturalnej historii gatunku, bądź występowały, lecz zostały wyeliminowane w procesie dalszej selekcji. Dla pojedynczego osobnika noszącego je w swych komórkowych jądrach nie posiada to najmniejszego znaczenia: on ma – wynikającą z uprzednich testów – gwarancję firmy od poczęcia aż do śmierci. Nie miałoby to również znaczenia, gdyby nie pozostawiał on po sobie innych potomków, jak tylko rzeźbionych. Jednak to byłby stan idealny, modelowy, nie do osiągnięcia w rzeczywistości, gdzie ma miejsce nieustanny przepływ genów z populacji z upowszechnionym genetycznym projektowaniem do populacji wciąż podległych jedynie prawom Darwina. Ta rzeka wykoncypowanych w odmętach fuzzy logic naszych superkomputerów, artefaktycznych genów – rwie z siłą Amazonki na zewnątrz, do oceanu siedmiu miliardów Homo sapiens, rekombinujących następnie w naturalny sposób owo obce, nowe DNA z DNA nierzeźbionym lub, co gorsza, z innym DNA rzeźbionym; i jeszcze raz; i jeszcze raz; i wciąż ze świeżymi domieszkami... Rozprzestrzenia się po populacji niczym pożar w dżungli.

Kto jest w stanie przewidzieć, jakimi odgałęzieniami od gatunkowego pnia zaowocuje w przyszłości – lub owocuje już teraz – ten w pełni chaotyczny proces?

Przyszła Vassone i stwierdziła:

– Telepatami, między innymi.

Marina, Marina, westchnął w duchu Hunt, taka pewność siebie przystoi jedynie prorokom, a i im nie wychodzi na zdrowie.

Samochód zatrzymał się, z szyb zeszła zaćma.

– Jesteśmy na miejscu – rzekł wóz.

Znowu podziemny garaż. Hunt wysiadł, ruszył do windy. Obie windy, męska i żeńska, były prywatne, wynajęte wraz z dwoma najwyższymi piętrami Cygnus Tower przez atrapową firmę, którą zwykła się posługiwać w takich sytuacjach DIA. Drzwi zakluczano kartą elektroniczną oraz odciskiem kciuka, nadto już po wejściu do kabiny sprawdzał gościa przez kamerę żywy strażnik z posterunku na górze. Hunt zrobił do obiektywu ponurą minę. Winda wystartowała, ugiął nogi w kolanach. Przy hamowaniu jeszcze gorzej, senatorski szampan podszedł mu do gardła.

Moment niedoważkości przypomniał mu o Numerze 5. Trzeba będzie z nim pogadać. Co z Vassone, przecież profiler pilnie potrzebny. Robota dla esesmanów, psiakrew.

Poszedł prosto do Anzelma. Preslawny chrapał, rozciągnięty na swoim biurku jak na krzyżu, jedna ręka w szufladzie, druga przewieszona przez usztywnioną płachtę ledekranu.

Hunt zamachnął się i huknął drzwiami aż mu w uszach zadzwoniło.

Anzelm zleciał na podłogę. Zawył.

– Co jest? – zagadnął uprzejmie Hunt, zaglądając pod mebel.

Anzelmowi krew ciekła z nosa. Zezował, usiłując spoglądać równocześnie na swoją dłoń z szerokimi smugami czerwieni na grzbiecie oraz na pochylającego się nad nim Hunta.

– Huntobicie – warknął i rzucił się na Nicholasa.

Tamten odskoczył.

Anzelm zaczął gramolić się z czworaków.

– Sukinsyn.

– Spałeś na służbie.

– Kurewski służbista.

– Miło mi.

– Podam cię do sądu.

– Nie możesz, podpisałeś zrzeczenie się praw, a tu nie ma sieci ubezpieczenia. Zresztą sram na NEti.

– Ty sadystyczny...

– Dobra, dobra, spuść już parę. Gdzie pan pułkownik?

– Poleciał po McFly'a. Jego ludzie, będzie musiał pisać listy. Szykuj się na oberwanie chmury. – Wyciągnął w górę dłoń. – Podaj mi rękę.

– Akurat! Ściągnąłbyś mnie do parteru. Zresztą upaprałeś się cały we krwi, idź się umyj.

– Chciałbym zobaczyć minę tego kardiologa, który otworzy ci klatkę piersiową. Pieprzony wybryk natury. Może chociaż chusteczki daj.

Hunt rzucił mu pudełko i przysiadł na krawędzi biurka.

Anzelm ulokował się na podłodze, w kącie pokoju, i podjął z góry skazaną na niepowodzenie walkę z plamami.

– Jak Numer Piąty? – spytał Nicholas.

– Obudził się i od razu zaczął się rzucać. Zatkałem go standardowymi formułkami i odesłałem do ciebie. Nie sprawia wrażenia wariata.

– Co z Mariną?

– Zaraz zjawią się przy niej braciszkowie.

– Jeśli przez dziesięć godzin będzie czysto, niech ją wiozą tutaj.

– Tutaj? A jak draństwo przywlecze się za nią?

– To się przywlecze. Co możemy poradzić, w fortecy się zamknąć?

– Mówię ci, to od początku był poroniony pomysł. Wetknęliśmy kij w mrowisko.

– Vassone to powiedz.

– Kto mieczem wojuje. Aha, znowu dzwonili z Departamentu Stanu. Ktoś od nas powinien im rutynowo opiniować te raporty z inwigilacji ichnich bonzów. Niepotrzebnie posłaliśmy im wtedy kopię, co drugą chybioną prognozę decyzji tłumaczą teraz monadami na smyczach obcych wywiadów. Casus Vassone to woda na ich młyn. W poczcie elektronicznej jest analiza tych urojonych Wojen Monadalnych, autorstwa niejakiego Hatzu czy Katzu. Dopuszczony z ramienia Departamentu Obrony, przyjedzie tu, będzie na dniach. W Hacjendzie szaleje Krasnow, zamiast cisnąć doktorków na estepa, bawi się blockerami bionano, efesem i płodzi wielkie teorie, znowu był monit, żeby kogoś tam posłać do nadzoru.

– Efes? Co on w nim widzi?

– Ba! Jak wpadli na to miesiąc temu – asystentowi Krasnowa się przyśniło, uwierzysz? – tak poszło to piorunem. W życiu nie widziałem takiego przyspieszenia technologicznego, od eksperymentu do zastosowań użytkowych w tygodnie, ani jednej ślepej uliczki, Krasnow błogosławi, wszystko jak po maśle. Poczekaj jeszcze miesiąc, a powie ci, że w ten sposób wygra Wojny.

– Przynajmniej jest to jakiś punkt zaczepienia przy rewizji podań o dofinansowanie. Ktoś zamawiał ten efes?

– Nikt. Nikt nawet o nim nie myślał.

– Więc właśnie. Marnowanie środków budżetowych, wydatki niezgodne ze specyfikacją, malwersacje. Jeszcze zobaczymy, kto na kim pojedzie.

– A ty co usłyszałeś na przyjęciu w sferach niebiańskich? Jak w stolicy przechylają się nastroje? Czas nas teraz oskarżać, czy wyśmiewać?

– Jedno chyba nie wyklucza drugiego, w każdym razie według nich – mruknął Hunt w zamyśleniu; w międzyczasie obróciły mu się wiatraki skojarzeń. – Słuchaj, chciałbym, żebyś posadził kogoś nad analizą tych wszystkich masowych szaleństw, wiesz, sekty, samobójstwa, te rzeczy.

– W jakim kontekście? Myślni? Co to ma być, może rys historyczny dla edukacji dziatwy?

– Niee. Posadź kogoś z łbem na karku, niech spróbuje to jakoś zsyntetyzować, mamy tu przecież do czynienia z wyraźną tendencją, długofalowym procesem... No nie wiem, cholera, niech pogłówkuje. Sam kiedyś próbowałem, ale... Idę się przespać, nie chce mi się jechać do domu. – Wstał, ziewnął. – Anzelm, na miłość boską, umyj się, wyglądasz jak kapłan voodoo przy pracy.

– Pokój z tobą, Nicholas, pokój z tobą.

„JFK” wylądował, celnicy sprawdzili przebieg lotu, Flowers podpisał papiery i wynajęci pielęgniarze przenieśli nieprzytomnego mężczyznę do ambulansu. Jechali w szarówce miejskiego świtu, siedzący za kierownicą spał, komp obudził go po dotarciu na miejsce. Wynieśli nieprzytomnego na noszach. Zgodnie z instrukcją, położyli je na podłodze windy i odjechali.

Winda zatrzymała się piętro pod Centralą. Numer 4 przetoczony został na noszowym wózku przez białe korytarze do pogrążonej w półmroku sali. Tu zajęli się nim lekarz i pielęgniarka: rozebrali go, pobieżnie zbadali, opisali. W sali stało pół tuzina maszyn pełnej opieki medycznej, trzy z tych sarkofagów były już wypełnione – oddychały w nich, powoli i z mozołem, organizmy oczyszczone z pneumy.

Kolejny sarkofag otworzył się jak kwiat, asymetrycznymi metalowymi, plastikowymi i szklanymi płatkami, sięgając po mężczyznę w śpiączce. Maszyna przyjęła go w swe łono, otoczyła niezliczonymi ramionami, okryła półprzezroczystymi błonami i wtargnęła w ciało igłami, sondami, czujnikami, elektrodami. Obudziły się – tu i w sali obok – czwarte zestawy małych ledekranów, liczników i diod, zapłonęły kanciaste hieroglify życia.

Doktor i pielęgniarka wyszli. Tamci spali bezsennie. Czworo przeterminowanych. Maszyny ich tuliły. Tylko twarze widać było wyraźnie.

3. Czerń

Przyjechała do Nowego Jorku wieczorem. Aż do samej Centrali eskortowało ją tych dwóch goryli przydzielonych jeszcze w Bostonie.

W jej gabinecie czekał Hunt. Obudził się dopiero późno po południu; kładąc się, zdjął i wyłączył telefon, a programowi sekretaryjnemu nakazał mówić, że jest „nieosiągalny”, co w dzisiejszych czasach oznaczać mogło jedynie stan bardzo już bliski śmierci klinicznej.

Wieczorem wdział jasne spodnie i ciemną kamizelkę. Halsztuk miał obowiązkowo śnieżnobiały, w nim, srebrną tym razem, szpilkę z logo swej korporacji jurydycznej, harcap ściągnięty zaś złotą nicią – nadal ubierał się jak waszyngtoński urzędnik, chociaż przestał się już identyfikować z sobą z tamtych czasów. Ale przyzwyczajenia pozostały. Standardowy makijaż wokół oczu i wyprofilowane brwi przydawały jego obliczu pewnej drapieżności, który to rys również przynależał do stołecznego (czytaj: hollywoodzkiego) kanonu męskiej urody.

– Jakie to uczucie? – spytał Vassone, wymieniwszy z nią wpierw rytualne grzeczności NEti, co zajęło blisko kwadrans. Ich stosunki wciąż pozostawały ściśle sformalizowane, nie chcieli popełnić jakiegoś nieodwracalnego błędu, wykraczając pochopnie poza ramy etykiety. Coś to oznaczało, lecz Hunt nie był pewien, co właściwie. Po raz kolejny zapytywał się w myśli: Czy powinienem posłać do niej swatkę?

– Paskudne – mruknęła Vassone, zapadając się w przyokienny fotel.

– Po co pani w ogóle jechała do tego Bostonu? Lepiej, żeby dała pani sobie spokój z wykładami i całą resztą, tu jest wystarczająco dużo roboty. Przyszły rzeczy piątego, czekam na profil i wskazówki, wkrótce będę musiał zacząć z nim negocjacje. I tak dobrze, że tymczasem dał sobie w żyłę i śpi. U-uu, ależ to wygląda. Paznokciami?

– Yhmy.

– Chyba bez operacji się nie obejdzie, to się tak samo z siebie bez blizn nie zagoi. Boli?

– Teraz nie.

– Słyszała pani o McFly'u?

– Ten nawiedzony dom w Montanie? Co się stało?

– Weszło w medium z kopytami. Masakra. Dwa trupy. Ale mamy zapis. No właśnie, niech pani powie: jakie to uczucie?

Marina zapatrzyła się przez całościenne okno na budzące się do nocnego życia miasto. Jak zwykle, była całkowicie opanowana: ani jednego niekontrolowanego drgnięcia mięśni twarzy. Mogła tak trwać godzinami – a Hunt godzinami mógł na nią patrzyć. Szerokie szramy koloru skrzepłej krwi kreśliły jej policzki z góry na dół i w skos.

– To wcale nie jest tak, jak sobie wyobrażaliśmy – rzekła wreszcie. – Wcale nie przymus; i nie przejęcie kontroli ciała; nawet nie podział osobowości. Już raczej szukałabym analogii z narkotykami. Otóż, rozumie pan, ja naprawdę nienawidziłam się za zabicie swoich dzieci.

– Pani ma tylko jedno dziecko, syna Jasona.

– Wiem. Wiem! Ale ich wspomnienie było takie wyraźne, pamiętałam ich imiona, wygląd, pamiętałam, jak siadywałam w salonie przed inkubem i patrzyłam, jak rosną... wciąż pamiętam, jeszcze wyraźniej. Wnętrze jakiegoś domu, i tego mężczyznę, to był mój mąż. Takie rzeczy... zapach jego skóry, odblask słońca na meblach, przez okna widać było ocean... wiem, że to ocean... Ja – to znaczy nie ja: ona, ta kobieta – ale ja to pamiętam, więc jakoś i ja... Były takie małe, dwa i trzy lata, on pojechał gdzieś za pracą, nie wracał, a one wrzeszczały i wrzeszczały, a ja byłam młoda, bardzo młoda... Rozumie pan, pamiętam nawet jej usprawiedliwienia. Ale przede wszystkim dzieci, mój Boże, te dzieci. Wyłączyła je, jak się wyłącza kompa. Przestała karmić, zakneblowała, zamknęła w łazience, poszła się zabawić. Spokój. Pamiętam, jak to robię. Rozumie pan? Ja to pamiętam. I żeby to jeszcze było całkowicie obce, przekopiowane z cudzego życia... ale to się miesza, miksuje, przeplata, adaptuje do mojej własnej pamięci! W jednym ze wspomnień kocham się z tym jej/moim mężem pod lustrem – i w odbiciu to jestem ja, ja! Monada odpadła, ale zostawiła kawałek siebie, żądło, jad, i to się teraz wżera we mnie, rozrasta, wpycha macki. Nowotwór fałszywej pamięci. A tam, w restauracji, spadła na mnie, jakby ktoś nagle uleczył mnie z wielkiej amnezji. Przypomniałam sobie – tak to wyglądało: przypomniałam sobie.

Hunt taktownie odczekał chwilę w milczeniu, po czym spytał, starannie manifestując tonem głosu obojętność:

– Więc czy to rzeczywiście może być konkurencja? Bo chyba pani nie wierzy w przypadek?

Skrzywiła się.

– Nie, przypadek to nie był.

– A zatem? Kto? Francuzi? A może Kompania Hongkongijska? Trzeba coś z tym zrobić, wysmażyć jakiś uspokajający raport, bo jak się historia rozniesie w panicznej wersji... Zgroza. Tam każdy uważa się za potencjalny cel. Co, będą im robić codziennie na wejściu ciężką psychoanalizę dla stwierdzenia tożsamości umysłowej?

Vassone uśmiechnęła się kątem ust.

– A za tym domkiem – zanuciła – nad brzegiem oceanu, omal na plaży – tam znajdowała się stadnina, i to była moja stadnina, bardzo moja, moje konie, araby, każdy minimum mega. – Spojrzała na Hunta. – Logiki w tym za grosz, prawda?

– Zaraz-zaraz...

– No właśnie.

– Nie miałem pojęcia, że z czwórki był taki mściwy drań. Kiedy on ją zdążył wytresować?

– Wtedy, gdy niby bolała go głowa – parsknęła Marina. – Potem wypłaszczyło go i bestia urwała się ze smyczy, zresztą zniknęła przecież sama smycz. Pewnie nie tak to zaplanował. Może chciał nas szantażować. Dziwne, że w pana czegoś nie wycelował. Chyba nie starczyło mu już czasu.

– Nie powinna się pani wdawać z nim wtedy w kłótnię. W ogóle... Dzień po dniu, długie rozmowy, pani twarz na ekranie... Miał wszystkie dane po temu, by zaprogramować na panią tę monadę, nawet z siebie samego. Z piątką będę już rozmawiał tylko ja.

– Tym bardziej się pan podłoży. Skoro czwarty na to wpadł, piąty wpadnie prawie na pewno. Szkoda, że nie zdecydował się pan na zafałszowanie w przekazach wyglądu, to raczej uniemożliwiłoby mu wycelowanie. A tak? Nie zna pan dnia, ani godziny. Przebywa w tym samym labie, psychomemy się kumulują, w końcu wpadnie na ten sam pomysł. Ktoś teraz powinien pana pilnować dwadzieścia cztery godziny na dobę.

– Jak mi się niespodziewanie zachce wyskoczyć przez okno, to i tak nikt nie zdoła mnie powstrzymać.

– Też prawda.

Znowu siedzieli w milczeniu.

Nad Nowym Jorkiem zachodziło słońce. Obróciła się wraz ze swym fotelem, widział ją teraz z profilu, jasne włosy rozszczepiały światło dookoła jej głowy, otaczając ją aureolą pastelowych barw, ciepłego blasku; podczas gdy ona sama pozostawała blada, chłodna. Hunt poprawił halsztuk, odwrócił wzrok ku ciemnym menhirom budynków. Posłać swatkę, czy nie posłać?

Status prawny Mariny Vassone przy Zespole nie był do końca zdefiniowany, co z czasem coraz mocniej irytowało Hunta. Nominalnie był tu przecież kierownikiem, lecz statut Programu oraz szeptane odgórne dyrektywy pozostawiały mu na tyle małe pole manewru, że taki Fortzhauser mógł się uważać za de facto równorzędnego mu stanowiskiem zarządcę samodzielnego pionu. Nie inaczej zachowywała się Vassone. Z jednej strony – to ona, jej praca, jej eksperymenty, jej teorie przyczyniły się do powołania Zespołu. Z drugiej zaś – gdy już powstał, nie chciała się weń za bardzo angażować i oficjalnie służyła jedynie jako konsultant przy tworzeniu profilów psychologicznych kolejnych wyłapywanych telepatów. Hunt żywił przekonanie, iż z chęcią wykręciłaby się także od tego, gdyby tylko nie oznaczało to w konsekwencji całkowitego odcięcia jej od informacji o prowadzonych badaniach, których to danych najwyraźniej potrzebowała do swoich prac. Zastanawiająca była owa ambiwalencja w jej postawie. Zresztą większość jej słów i decyzji pozostawała dla Hunta niejasna, niezrozumiała, obdarzona jakimś pokrętnym podtekstem.

Ale i tak nie pozwoliłby jej odejść. Wróciwszy do swego gabinetu, wywołał na zaledowanych oknach pliki Numeru 5. Życiorys – suchy i zdawkowy. Ojciec: reemigrant z USA (czwarte pokolenie), rzeźbiony, fenosłowianin. Matka: rodowita Polka, nierzeźbiona. DNAM ojca wydostali tylnymi drzwiami z Departamentu Zdrowia, DNAM matki po prostu wykradli z brukselskiego banku danych o dawcach narządów UE.

Dla potrzeb Zespołu Hunta pracowało bowiem w Stanach i poza ich granicami ponad pięćdziesięciu sneakerów, ściągali ze świata DNAM terabajtami, komputery Centrali bezustannie rozrastały się na wszystkie strony blokami kryształowych pamięci, już zajmowały pół dolnego piętra. Sami sneakerzy wynajmowani byli przez ślepych pośredników do pojedynczych zadań, nie mieli pojęcia, dla kogo i co właściwie robią. To znaczy – Hunt żywił nadzieję, że tak właśnie jest. Co naprawdę wiedzą sneakerzy... Nie bez kozery z pomieszczeń Centrali wymontowano sieć ubezpieczenia prawnego.

Zeskanowany i przetłumaczony pamiętnik Numeru 5 stanowił dla Hunta jeden stek bzdur i ciąg bełkotu, skreślony drobnym, precyzyjnym, prawie technicznym pismem. Przebrnął przezeń z wysiłkiem. Ale Vassone z takich rzeczy czyta ich dusze. Tylko ona tak potrafi. Niech sneakerzy zapośredniczą wszystkie jego kanały informacyjne, poleciła, gdy zastanawiali się nad sposobem przechwycenia Numeru 5. Niech zasymulują poważny wypadek jego ojca i wezwanie jedynego syna do łoża śmierci. Przyleci. Dlaczegóż miałby przylecieć, dziwowali się w Zespole, przecież to telepata, on nikogo nie kocha, a już na pewno nie swego ojca. Przyleci, powtarzała niewzruszenie Vassone. I przyleciał.

W końcu to jej teoria.

– Oni nie są szaleni, ale nie są i normalni w zwykłym znaczeniu słowa – powiedziała mu podczas lunchu w przerwie negocjacji z Numerem 2, cztery miesiące temu. – Niech pan zapomni o tych filmach pełnych efektów specjalnych, rojących się od maniaków władzy, psychopatów. Wszystko nonsens.

Hunt słuchał w milczeniu, wzrokiem opartym na jej twarzy manifestując swe zainteresowanie tematem. Nie przerywa się ekspertom perorującym o swych specjalnościach, tego rodzaju pokory zdążył się już na swym wygnaniu nauczyć. Jedli w restauracji na siedemdziesiątym piętrze, przez otwarte na taras drzwi i okna widać było lustrzane szyby dwóch pięter Centrali w Cygnus Tower po drugiej stronie ulicy. Tu, w „Santuccio”, jadała większość zatrudnionych w Zespole.

– Najpierw proszę przyjąć do wiadomości – kontynuowała Vassone, pozornie skupiona na swym steku – iż telepatia – bierna, czyli jednokierunkowa, bo z inną na razie nie zetknęliśmy się, chyba że wszystkich ludzi uznamy za telepatów – jest immanentną cechą osobniczą, determinowaną genetycznie i w żadnym razie nie podlegającą wytłumieniu, zanikowi czy zewnętrznym manipulacjom, farmakologicznym bądź innym. Hacjenda to nic innego, jak wyrzucanie pieniędzy w błoto.

– Ale ewolucjoniści – wtrącił się jednak Hunt, by popisać się podkradzioną wiedzą – utrzymują, że skoro telepatia byłaby możliwa, to kiedyś pojawiłaby się w mutacji i stała dominantą gatunkową; a nie jest.

– Argumentacja taka – odparła Vassone, unosząc widelec – opiera się na domyślnym założeniu, iż telepatia jest z punktu widzenia doboru naturalnego czynnikiem pozytywnym, czyli zwiększającym szanse rozprzestrzenienia się genomu, w skład którego wchodzą geny ją kodujące. Tymczasem jest to twierdzenie bezpodstawne. Co więcej, w oparciu o dotychczasowe doświadczenia z naszymi telepatami mógłby ktoś wysnuć wniosek, iż stanowi ona wręcz mutację letalną. Na przykład Krasnow tak uważa.

– Krasnow...! – parsknął Hunt. Nigdy nie zaszkodzi zgodzić się z osobistymi uprzedzeniami eksperta.

– Ja nie posuwałabym się aż tak daleko – wzruszyła ramionami Marina – niemniej w oczywisty sposób jest to cecha upośledzająca. A cofnąwszy się do poziomu zwierzęcego, mamy pełne prawo uważać ją za zgoła kalectwo: proszę sobie wyobrazić mięsożercę, który czuje to samo, co jego ofiara. Nic dziwnego, że te geny, pojawiwszy się, giną „bezpotomnie”. Na dodatek pojawiają się bardzo rzadko. No, chyba że mamy właśnie taką erę Chaosu Genowego.

Szybkimi, chirurgicznymi cięciami odkroiła kawałek mięsa, uniosła do ust, przeżuła, połknęła. Miała małe, ładnie wykrojone usta, warg nie malowała. Błyskały między nimi drobne, śnieżnobiałe zęby.

Mięsożerca, pomyślał Hunt, mięsożerca.

– Ale wróćmy do ludzi. – Upiła wina. – Chcąc mieć jakie takie pojęcie o psychice telepatów, zacząć należy od ich dzieciństwa, a nawet jeszcze wcześniej – od fazy prenatalnej. Nie jest bowiem tak, iż płód stanowi niewrażliwy na wszystko przedorganizm o nie funkcjonującym mózgu. W istocie każdy chyba zdaje sobie sprawę, iż do płodu dociera bardzo wiele z rzeczy rozgrywających się w otoczeniu. Nie mówię tu aż o Grofowskiej psychologii transpersonalnej, bo upowszechnienie inkubów sfalsyfikowało jej dogmaty traumy połogowej; ale życie psychiczne człowieka bez wątpienia nie zaczyna się w momencie odcięcia jego pępowiny. Dziecko rozpoznaje i lubi muzykę, którą szczególnie często puszczano blisko jego inkuba – te i tym podobne banały znajdzie pan w byle poradniku inkubologicznym. Jednak w przypadku telepaty dochodzi kolejny bardzo ważny zmysł. Już bowiem w fazie prenatalnej, gdy tworzą się i zaczynają krystalizować struktury mózgu, telepata otwarty jest na obce myśli. Jego coraz bardziej świadomy umysł tonie w powodzi odczuć i uczuć należących do osób przebywających w bezpośredniej bliskości inkuba. Normalne dziecko nie pozna pełnego spektrum doznań wzrokowych, słuchowych, węchowych, dotykowych i tak dalej – wcześniej niż na określonym etapie rozwoju. Telepata zaś napakowany jest tym wszystkim zanim jeszcze w ogóle posiada odpowiednie dla owych zmysłów organy: widzi bez gałek ocznych, smakuje bez kubków smakowych.

Co powiedziawszy pociągnęła kolejny mały łyk wina, uniosła wzrok i uśmiechnęła się porozumiewawczo do Hunta kątem ust. Czego miałoby dotyczyć to porozumienie? żartu? jego podtekstu? sytuacji? Hunt mógł się tylko domyślać. Lecz i tak odpowiedział uśmiechem. W ten oto sposób wzajemnie wprowadzali się w błąd. Piętrowe nieporozumienia kumulowały się obustronnym skrępowaniem i konfuzją. Nicholas nie wykluczał, iż Marina ma go za podobnie tajemniczego, jak on ją. Tej bariery nie da się w żaden sposób przebić.

Jakże w takich momentach zazdrościł telepatom ich pewności obiektywnej prawdy o ludziach, umiejętności spojrzenia na siebie z zewnątrz.

– Zresztą – podjęła Vassone, odstawiwszy kieliszek – wydaje się to mniej ważne w porównaniu z drugim rodzajem wpływu: importowanymi bezpośrednio do jego umysłu cudzymi myślami i uczuciami. Nie dziwota, że telepaci charakteryzują się tak wysoką inteligencją i zdolnościami lingwistycznymi, prawie wszystko poszło im w płaty czołowe. Otrzymujemy tu wizję brutalnej inwazji językowej na młody, dopiero organizujący się umysł. Wyobraźmy sobie sytuację następującą: w fotelu przy inkubie ktoś czyta książkę. Nie dosyć, że umysł płodu skuwany jest przedwcześnie formalizmami języka, to na dodatek dostaje gigantyczną dawkę kontekstowych wrażeń i sztywnych denotacji. Zauważmy: w desygnacie konkretnych słów każdy z nas widzi jednak co innego, zależnego od jego skumulowanych jednostkowych doświadczeń, i czytając słowo „ptak” co innego automatycznie wyświetla mu się pod czaszką. A skąd pochodzą doświadczenia telepaty? To doświadczenia doświadczeń; kradnie je od innych ludzi, od wielu różnych ludzi.

– Chce pani powiedzieć, że on, mhm, dziedziczy psychikę rodziców?

– To zbyt duże uproszczenie. Wszak to niekoniecznie muszą być prawni rodzice, zresztą zazwyczaj wchodzi w grę znacznie większa liczba osób: sąsiedzi, krewni, znajomi, technik inkubacyjny, fachowcy wezwani do naprawy klimatyzacji... Pojmuje pan? I nie jest to też żadna prosta wypadkowa, jak to sobie można wyobrażać przez analogię z dziedziczeniem losowego puzzle'a DNA matki i ojca w naturalnym procesie rozmnażania. Ale jednak część prawdy w tym jest: to są fundamenty, na których wzniesie się psychika telepaty. Wszakże nigdy – i tu docieramy do kolejnej istotnej kwestii – nie będzie to psychika choćby przystająca do uznawanej za normalną u nietelepatów. Nie chcę tu wchodzić w subtelności psychologii, spróbuję rzecz zobrazować prostymi przykładami. Ma pan dzieci?

– Nie.

– A zetknął się pan? Małe, kilkuletnie.

– To znaczy, wie pani...

– Małe dziecko nie wyodrębnia się ze świata w sposób, który my, dorośli, uznajemy za do tego stopnia naturalny, że aż pomijalny w opisie. Gdy już zacznie mówić – proszę kiedyś przy okazji zwrócić uwagę – nie używa nawet zaimka „ja”. Przejście od zewnętrza do własnej jaźni jest ciągłe. „Jasiowi zimno”. „Jaś chce to zobaczyć”. „Jaś jest głodny”. Tak właśnie, w trzeciej osobie. A teraz proszę sobie wyobrazić dziecko, które postrzega świat tyleż własnymi zmysłami, co poprzez zmysły cudze, ludzi go otaczających. Dziecko, które postrzega samego siebie – z zewnątrz właśnie. Z cudzymi myślami, wrażeniami. Moim zdaniem to w ogóle jest cud, że oni wykształcają jakąkolwiek osobowość i że są zdolni do samodzielnej egzystencji.

– Noo, nie wszyscy.

– Na szczęście dla nas. Dla mnie. – Uniosła w toaście kieliszek. Znowu uśmiech.

Dla kogo szczęście, dla tego szczęście, mamrotał w duchu Hunt, scrollując pamiętnik Numeru 5. Ale to prawda, że Vassone miała nieziemski fart, znajdując w tej zapadłej klinice psychiatrycznej owego półkatatonika, Numer 0. Naopowiadał jej bujd o Bogu. Czy rzeczywiście uwierzyła? Trudno orzec, chwilami wydaje się, że i do tego byłaby zdolna. W każdym razie wywiodła z owych zbełkoceń teorię myślni, psychomemów, monad... Cały Program Kontakt – wyciągnięty niczym królik z kapelusza, z jednego poczynionego przez Vassone założenia. Ale trzeba jej przyznać: miała rację. Miała tę cholerną rację w stu procentach. Aż strach bierze. Co za kobieta. To jak otworzyć butelkę z dżinnem.

Wywołał numer swojej swatki.

A w pamiętniku Czarnego – wykradzionym z jego willi (wraz ze wszystkimi innymi znalezionymi tam pamięciami kryształowymi, dyskami optycznymi i magnetycznymi oraz dokumentami papierowymi) przez trzech byłych pracowników miejscowej agencji detektywistycznej, wynajętych do zadania poprzez długi łańcuch pośredników, którego ostatnie ogniwo pozostawało im już całkowicie nieznane – w pamiętniku tym stało, co następuje:

Teraz będę kłamał. Żebym chociaż wiedział, komu. Do kłamstwa potrzeba przecież nie tylko kłamiącego, lecz – przede wszystkim – okłamywanego. A kogo ja tu okłamuję? Siebie? Cóż znaczy: okłamywać siebie? Ile pięter nie zeszedłbym w podświadomość, zawsze na koniec stanę przed wyborem kłamstwa jako mimowolnego błędu (a więc nie kłamstwa) lub premedytowanego fałszerstwa (a skoro planuję je, to nie jest mi nie znane, nawet więc nie udaje prawdy, cóż to zatem za kłamstwo?).

Lecz dla kogo właściwie pisze się pamiętniki? Czyż doprawdy taka wielka różnica istnieje między autobiografiami sław, wydawanymi za ich życia i z zamiarem wydania tworzonymi – a sekretnymi zapiskami gospodyń domowych? Ja wiem, ponieważ mogę porównać: każdy kłamie. Kłamie czytelnikowi spodziewanemu, potencjalnemu, bądź jedynie czytelnika tego swemu wyobrażeniu, przy czym nierzadko jest to wyobrażenie siebie samego z przyszłości, czytającego te stare zapiski. I w tym sensie możliwe jest okłamywanie samego siebie, o ile wystarczająco częste, rozległe i tyczące rzeczy drobnych. Wówczas bowiem pamięć pierwotna ulega bezsilnie pamięci wtórnej, fałszywemu przypomnieniu zainicjowanemu łgarstwem własnych notatek sprzed lat. Mogę nawet pamiętać, że pisałem to niezbyt szczerze, mogę pamiętać zamysł – lecz nie podważę wszak wszystkiego i słowo pisane w końcu zwycięży.

Ale zazwyczaj nie ma mowy ani o prawdzie, ani o kłamstwie. Zmiana następuje samoistnie. Ja wiem, ja wiem, to niczyja wina: pamięć nie jest martwa. Żyje swym równoległym życiem, żyje w naszych głowach „w bok” od strumienia czasu, w którym poruszamy się sami, dostarczając jej wciąż nowej pożywki. Chwila, widok, wrażenie – przeskoczywszy z realnego „teraz” do wirtualnego „wczoraj”, nie zamarza na wieki, lecz ewoluuje zgodnie z achronologicznymi regułami pamięci. Nasza przeszłość, nasze dzieciństwo dorasta razem z nami, „w bok”.

Co zostaje z prawdy nagich zmysłów w pamiętnikach sześćdziesięciolatków? Zanim zasiedli do ich spisania, musieli najpierw przez czas jakiś zastanawiać się nad tym, a więc katalogować, odkurzać, przewietrzać wspomnienia. Otwierali je i zamykali, otwierali i zamykali. Niektórym może rzeczywiście wydaje się, że są szczerzy, że piszą prawdę i tylko prawdę. Zanotują: „tego nie pamiętam”, „tego nie jestem pewien”. Ostateczny dowód przedstawią, nie omijając faktów dla nich samych przykrych i stawiających ich w złym świetle – „szczerzy aż do bólu”.

Doprawdy, czytając te memuary trudno oprzeć się wrażeniu, iż w taki oto sposób manifestuje się podświadomy masochizm autorów, zakompleksienie jakieś infantylne: każda nieświadoma modyfikacja była zmianą ku ich pognębieniu – za każdym przypomnieniem sobie owej bójki dziecięcej o kanapkę z szynką czy kapsel po piwie, okazywali się w niej coraz bardziej tchórzliwi i godni pogardy. Oczywista, nierzadko idzie to także w drugą stronę, lecz nie posiada już wówczas pozorów owej psychologicznej głębi, wygląda po prostu na bezczelną bufonadę i głupie samochwalstwo.

W każdym razie, choć zazwyczaj niezdolni uświadomić sobie zachodzącego procesu ewolucji pamięci (piszę: „my” – ludzie), to zmianę, ruch, sukcesywne metamorfozy – oznaki życia – przecież dostrzegamy. Mówi się: „wspomnienia zatarły mi się”. Mówi się: „niewyraźnie to pamiętam”. A tu wszak nie chodzi o zanik wspomnień absolutny, lecz o ich podświadomą deformację. Bo zachowana informacja jest zawsze informacją niepełną, nie sposób zapamiętać całości danych percepcyjnych.

Mój najdawniejszy obraz... reminiscencja smutku: samotny, spoglądam przez wielkie okno kuchenne na śnieżny krajobraz budowy, a na pierwszym planie smętnie zgarbiony dźwig. Kiedy sobie przypominam, widzę to wszystko bardzo dokładnie. I smugi brudu na szybie, i labirynt wykopów, kładek, nagich fundamentów, bruzd zamarzniętego błota, i szarość zimowego nieba rozpostartego nad blokowiskiem, i ów dźwig, ramię krzywo wychylone, błyskającą szkłem kabinę operatora. Gdybym wysilił pamięć, pojawiłyby się zapewne detale jeszcze drobniejsze.

Ja wiem, jak ludzie „przypominają” sobie rzeczy. Samym swoim istnieniem wprowadzam obiektywizm w sferę odwiecznego subiektywizmu. Wiem: każdorazowe przypomnienie sobie tamtej chwili wypaczało wspomnienie w mym umyśle. Prawda odeszła na postronku czasu. Spójrz na dowolny przedmiot, co tam ci najbliżej, stół, krzesło, talerz, długopis, ledpad. Jak myślisz, co zapamiętasz? Widzisz krzesło; zapamiętasz krzesło. Otóż właśnie: „krzesło”. Jeśli to mebel z twojego mieszkania, który służy ci od dłuższego czasu i często go widujesz, zapamiętasz go szczególnie: „to krzesło”. Rodzajnik określony symbolu pamięci definiuje odsyłacze: na „tym” krześle zwykłem jadać, na „to” krzesło wylałem herbatę, „to” krzesło pogryzł pies znajomego. Lecz bez tych odsyłaczy pozostaje sam symbol, ikona: „krzesło”. W stanie nierozwiniętym, nieprzypomnianym – nieaktywnym – ogranicza się do schematycznego wyobrażenia przeważnie plastikowej lub drewnianej konstrukcji o czterech nogach, siedzisku i oparciu. Dopiero po otworzeniu wspomnienia ikona – klik, klik – rozwija się, w mig puchnąc szczegółami i kolorami, realniejąc od kontekstu gęstego od mnogości innych symboli. Naraz krzesło otrzymuje konkretną barwę, wyściółkę, obicia kantów, rysy na drewnie (bo oto okazuje się, że jest drewniane). Przeszłość jak żywa, nieprawdaż? Przerzucisz myśl na coś innego – i ponownie zwinie się do suchego szkieletu symboli. Lecz niekoniecznie muszą to być już te same – takie same – symbole, niekoniecznie w tej samej kombinacji, czasami osadza się i chowa do ikon jakiś element dodany w rozwinięciu, w nieuświadomionej sobie improwizacji umysłu; wchodzi do genetycznej puli. Czyż ewolucja nie wynika z błędów w kopiowaniu? Identycznie w pamięci: fenotypalne (to szerokie, barwne, udekorowane wykradzionymi z magazynu stereotypów bibelotami) rozwinięcie genotypu (ciągu ikon) wpływa na zapis pierwotny.

Pomyśl: książki. To też zapis jeno symboliczny. Rzadko znajdziesz opisy układów zmarszczek na twarzach bohaterów, odcieni ich skóry w świetle Księżyca, intonacji głosu, z jaką wypowiadają zdania pytające, oznajmujące, rozkazujące, w śmiechu, gniewie, irytacji, rozpaczy. A wszak nie zieje ci w tym miejscu w wyobraźni czarna dziura, pustka imaginacyjna. Rozwinięcie ikon dokonuje się bez udziału twej woli, nie panujesz nad doborem przydawanych im detali, realizm rośnie wysoką krzywą, choćbyś czytał bajkę o Jasiu i Małgosi. Czy znasz to uczucie – znasz to uczucie, gdy oglądasz ekranizację ulubionej powieści, czytanej wcześniej kilkakrotnie – czy znasz ten odruch odrzucenia, jakim reaguje immunologia twej pamięci na obce, „nieprawdziwe” fizjonomie postaci? Fałsz, nieprawda, podmiana! – krzyczy pamięć. To nie tak było! Przecież pamiętam! Czasami sprzeciw przybiera rozmiary wymagające zamiany psychologii na socjologię. Nieskończone są utrapienia ekranizatorów klasyki. Jaki tam Kmicic z tego Olbrychskiego! Rozerwaliby Hoffmana na strzępy. A dzisiaj – czy znajdzie się taki, co czytając „Trylogię”, inną twarz będzie widział pod Babiniczowym kołpaczkiem?

Po co piszę to wszystko? Dla usprawiedliwienia? Przed kim? – przed samym sobą? Prościej ograniczyć się do owego bezczelnego stwierdzenia, jakim zacząłem: będę kłamał. Pomińmy intencje. Pamiętam, co pamiętam, i nic na to nie poradzę. Procent prawdy obiektywnej zawartej w tych wspomnieniach pozostaje dziś tak czy owak nie do ustalenia. Zapewne nie jest najwyższy, zważywszy na mą introwertyczną naturę, każącą mi wielokroć analizować każde przeszłe zdarzenie – klik, klik, klik, klik, klik – coraz to inne rozwinięcie ikony za kolejnym z tysięcznych otwarć. Czy na tej budowie stał w ogóle jakikolwiek dźwig?

Co zatem odrzekłby Czarny na owe eleganckie wywody doktor Vassone? Czy przyznałby jej rację? Że trudne miał dzieciństwo i że nie jest jak inni ludzie? Wielkie mi odkrycie; jasne, że nie jestem jak inni, nie jestem jak ludzie.

Ale cóż mogę powiedzieć o mym własnym rozwoju psychicznym? Co odziedziczyłem? Jeno czerń, gęstą, tłustą, cuchnącą czerń.

Ojciec wyjechał z powrotem do USA zanim skończyłem dwa lata. Wiem, bo specjalnie sprawdziłem po tym, jak zadzwonili z tą fałszywą informacją o jego wypadku. Więc nie miałem jeszcze dwóch lat; nie zachowałem jego obrazów z zewnątrz: ani rysów twarzy, ani tonu głosu, ani kształtu sylwetki. Co przetrwało – czerń, bo ona jest wieczna, niezniszczalna, niewymazywalna. Gdy chodził do szkoły w Chicago, próbował zgwałcić swoją siostrę, ale nic z tego nie wyszło, potem ją pobił, żeby nie naskarżyła, wybił dwa zęby, mleczne. Plama wypływała mu bez przerwy na powierzchnię przez pamięć owej pierwszej impotencji, coraz straszniejszej z upływającymi latami. Kobiety musiały dlań głośno jęczeć i nigdy, przenigdy nie patrzeć mu w oczy, bo inaczej wracał do niego tamten strach. Matka nienawidziła tych nocy, ciemnych, milczących, gdy walczył z nią we wściekłej miłości, jak się walczy z psem, który nie chce się poddać rygorom smyczy i kagańca. Jego gorące dłonie, oddech niczym rzężenie konającego. Jego rozpacz, jej pogarda. A nie miałem nawet dwóch lat.

Czerń, czerń, czerń pokrywa wszystko. Matka. Kość z kości? Dolar z dolara. Przychodziła i stawała nad inkubem, stała tak minuty całe, w bezruchu. Ja wewnątrz: mroczny kłąb krótkich kończyn, wielkiej głowy, spirali sztucznej pępowiny. Wyłączyć zasilanie. Walnąć stołkiem. Zrzucić na podłogę. Nie chcę, nie chcę, nie chcę. To był głupi, beznadziejnie głupi pomysł, on i tak odejdzie, zostanę bez forsy, a z tym tu na karku. Boże, gdzie te czasy, kiedy faktycznie można było złapać nadzianego faceta na dziecko! Teraz oni tam wszyscy sterylni. A co się namęczysz, co naupokarzasz, zanim podpisze umowę! A potem i tak zwieje. I na co mi to? Wyłączyć, rozwalić; i tak żeś nierzeźbiony, więc wiele nie stracę. Niech cię diabli wezmą, pierdolony pasożycie. Oczywiście wiedziała, że tak naprawdę nic podobnego nie zrobi – ale wyobrażała sobie. Jak wypływam w ciemnych cieczach na dywan. Czerń, czerń zalewa wszystko.

Ich nienawiść; i co pomiędzy. Jakieś małe sadyzmy, satysfakcje bólu. Dzień po dniu, noc po nocy, tygodniami, miesiącami. Ocean czerni. Wtedy zapewne, ograniczony w swych doświadczeniach oraz doświadczeniach doświadczeń, nie mogłem oczekiwać niczego innego – ale przecież to wcale nie musiało być regułą, ich dwoje to nie świat cały.

Lecz to właśnie jest regułą. Wszyscy ci ludzie... setki, tysiące... Dzieci w przedszkolu, i dzieci w szkole, i nauczyciele, i przechodnie na ulicach, ekspedienci w sklepach, i policjanci, księża, pijacy, dziwki, robotnicy, kierowcy w samochodach, lokatorzy w mieszkaniach, chorzy w szpitalach, więźniowie w aresztach i więzieniach, żołnierze na przepustkach. Pływają w mojej głowie, unoszeni falami czerni, odbijając się jeden od drugiego, mieszając, rozpływając.

Rzeczy drobne, rzeczy wielkie, tysiące, dziesiątki tysięcy, otchłanie niezmierzone, czerń, czerń, ocean czerni.

Za pierwszy wygrany w pokera milion kupiłem tę willę na wsi, z dala od innych domów, pośród pól i lasów. Ale i tam: pasażerowie z aut sunących szosą, jacyś zabłąkani leśnicy, rolnicy w drodze do lub z pól. Więc wolałem noce. W dzień sypiałem. Natomiast po zachodzie słońca – po zachodzie słońca zyskiwałem tę namiastkę spokoju, ciszy i samotności, która w ogóle dostępna jest na powierzchni planety, ponad możliwość zatłoczonej ludźmi i ich umysłowymi wydzielinami. Namiastkę samotności – czyli wolności. Nikogo w pobliżu, żadnych cudzych myśli, wrażeń cudzego ciała, bólu ich żołądków, wiatru w ich włosach, potu na ich skórze, śliny w ich ustach, może tylko czasami gorący mrok kreta, twarde powietrze pod skrzydłami ptaka, rozkołysany świat kota. Ale i tak – wybawienie. Miejscowi zaczęli opowiadać o mnie niestworzone historie: wampir, gangster, satanista, pederasta, dzieci porywa. Dla podtrzymania legendy nosiłem się w ciemnych barwach. Myśleli i mówili o mnie: Czarny, ten Czarny. Raz nawet, gdy zaginął jakiś chłopak, przyjechała policja. To ten policjant uprowadził i zabił chłopca. Nigdy nie znaleziono zwłok. Ale poza tym – spokój. Na dachu postawiłem sobie teleskop. Tak daleko od miasta w bezchmurne noce widać najmniejsze zmarszczki na twarzy nieba.

– Toż to sam pan Hunt, zaszczyconym, zaszczyconym.

– Ach, widzę, że humor dopisuje.

– Czemuż miałby nie dopisywać? Z góry się cieszę na tę zabawę. Wprost nie mogę się doczekać: jakiż to bat pan na mnie wyciągnie?

– Bat? Po co mi bat? Może pan wierzyć lub nie, lecz pana poprzednicy współpracowali dobrowolnie.

– Jak rozumiem, również porwano ich za ich zgodą. Czy też może to ja jeden trafiłem tu tym sposobem? Co to, ja z Księżyca spadłem? Pan zapewne jest szkolony psycholog po ciężkich treningach w negocjacjach, ma tam pan pewnie moje dossier, już panu rozpisali analizy – może nie? Zdziwiłbym się, gdyby Hunt to było pańskie prawdziwe nazwisko. Może pan w ogóle nie ma nazwiska. Może jest pan jedynie elektroniczną maską jakiegoś najętego speca: pana twarz, zbiór pikseli. Może wręcz ekspercką turingówką.

– Cholera, jak teraz powiem, żeby się pan uspokoił, to tylko jeszcze bardziej się pan wścieknie... No, i widzi pan, jaki ze mnie negocjator.

– Ja się nie wścieknę. Pan wie, że nie.

– O? Dziękuję za obietnicę. Mhm, proszę mnie posłuchać. Ja przecież zdaję sobie sprawę, że to bezprawie, że to kryminał, i w ogóle – hańba międzynarodowa. Ale tu nie ma wyboru, to są mechanizmy polityki, ekonomii. Tak jest, właśnie się usprawiedliwiam. Nie my jedni szukamy telepatów. Wiemy o Chińczykach, Francuzach, trzech sojuszach ekonomicznych z Południa, podejrzewamy także Niemców i Hindusów.

– No to co? Oni esesmani, a wy aniołki? Tych czterech przede mną odmóżdżyło od jakiejś nieziemskiej ekstazy? Króliki doświadczalne łapiecie, oto co robicie.

– Tak, ale tu nie ma alternatywy. Zabiliby pana. Lub my byśmy pana zabili. Nie nasz, to i nie ich. Ja wiem, że gdy się jest ofiarą, to brzmi to jak religia komiksowych schwarzcharakterów – ale taka jest prawda. Cóż poradzę? Kto sprzeciwia się grawitacji?

– Darujmy sobie te cienkie wykręty. Wciąż czekam, żeby pan zamachał mi przed oczami tym batem.

– A ja mówię: nie ma i nie będzie żadnego bata.

– Więc co, sądzi pan, że zgodzę się z własnej woli? Co to ma być, syndrom sztokholmski? Wolne żarty.

– A co pan ma lepszego do roboty? Będzie pan całymi dniami kontemplował widok Ziemi?

– A więc to nuda? O to chodzi? Że niby psychicznie nie wytrzymam?

– Pan wciąż nie rozumie. Tu nawet nie idzie o jakiekolwiek świadome akcje z pana strony. Samo do pana przyjdzie. Tam, na orbicie, w absolutnej pustce, w nieobecności obcych umysłów i myśli... To tylko kwestia czasu. A może już pan zaczął wyczuwać? Co? Jakieś przebłyski, delikatne muśnięcia, dziwne śmieci w środku własnych myśli – teraz, gdy z nikim pan nie interferuje, niewytłumaczalne. Co? Było już coś takiego?

– ...

– ...

– Konie. Piasek.

– To czwarty. To jego. Ma... miał stadninę.

– O co tu chodzi? Po co żeście mnie porwali? Bo tego pan nie powiedział.

– Już mówię. ...A widzi pan? Sam chce pan wiedzieć.

– No co to jest? Czy to właśnie załatwiło tamtych?

– Już mówię. Proszę słuchać.

Po tej trzygodzinnej sesji z Numerem 5 Hunt był tak wyczerpany, że już bez słowa wyszedł i pojechał do domu.

Dom. Jaki tam dom, kolejne wynajęte mieszkanie. Koczował tu tak samo jak przedtem w apartamencie w Watergate: hotel, dłuższy czy krótszy przystanek na drodze donikąd.

Było to przedostatnie piętro byłego biurowca na Manhattanie. Po eksplozywnym rozwoju łączności elektronicznej i upowszechnieniu systemu pracy „zdalnej”, domowej, opustoszała większość tutejszych szklanych wysokościowców. Zarząd miasta nie chciał dopuścić do upadku i obrócenia się centrum w pospolite slumsy, toteż zaordynował przekształcenie gmachów w luksusowe domy mieszkalne, mega od apartamentu.

Z okna Huntowego salonu roztaczał się panoramiczny widok na płonący zimnymi kolorami nocny Nowy Jork. Nie było to co prawda to samo, co skyhouse – ale zawsze: boska perspektywa. Drżący ruch odległych świateł usypiał po kilku minutach wpatrywania się weń.

Hunt przysiadł na poręczy fotela, machinalnie podniósł ze stolika jabłko, podrzucił kilka razy, ugryzł. Miasto go fascynowało. Teoria Vassone zapuściła korzenie głęboko w jego mózg. Nie mógł się opędzić od filmowych skojarzeń. Owo potworne ludzkie mrowisko... dwadzieścia trzy miliony ludzi, dwadzieścia trzy miliony umysłów... Usiłował odczytać z przemieszczeń drobin świetlnych zaszyfrowane wiadomości. Jak impulsy po neuronach. Jak taniec pszczół. Oczywiście więcej w tym było poezji niż prawdy, Marina bez wahania wyszydziłaby podobne prymitywne aproksymacje.

Odłożył nadgryziony owoc. Mieszkanie było luksusowe, przestronne, jasno oświetlone, pustka aż huczała. Cieszył się, że jest na tyle zmęczony, by po prostu położyć się i zasnąć. Nienawidził przebywać w tych pomieszczeniach, które zmuszony był nazywać domem. Czuł się tu jak w zbeszczeszczonej świątyni dobrotliwego bóstwa. Nawet po symbolicznym włączeniu sieci ubezpieczenia prawnego nie wiedział, co właściwie powinien robić, jak się zachowywać, w który algorytm wpaść. Prywatna samotność doprowadzała go do szału przez brak stosownych konwencji i reguł gry.

Portier dał znać przez telefon o niespodziewanym gościu.

– Kto? – spytał Hunt sygnet.

– Pan Matthew Green, z kancelarii Rosemont, Rosemont & Dejean.

– Powiedział, w jakiej sprawie?

– Powiedział, że w prywatnej.

– A daj go.

Green okazał się siwowłosym fenomurzynem w staromodnym garniturze (nawet krawat miał!).

Hunt włączył sieć podsłuchu i podglądu ubezpieczenia prawnego i otworzył mu drzwi. Ukłonili się, uścisnęli sobie dłonie, wymienili wizytówki.

Hunt zaprowadził gościa do salonu.

– Drinka?

– Nie, dziękuję. Czy naprawdę w niczym nie przeszkadzam?

– Ależ w niczym.

– Nie zakłócam pańskiego spokoju?

– Skądże.

– Nie obrażam pańskich uczuć?

– Nie.

– Wolno mi zatem rzec, w jakiej sprawie przychodzę.

– Słucham uważnie.

Green spokojnie założył nogę na nogę, wygładził marynarkę i, grzecznie odwróciwszy wzrok od Hunta, powiedział:

– Wynajęła mnie pewna osoba pragnąca sprawdzić możliwość zawarcia bliższej znajomości z panem, panie Hunt. Czy mam mówić dalej, czy też temat pana nie interesuje?

– Ja słucham, słucham.

– Zakładam zatem, że nie istnieją żadne przeszkody natury prawnej dla takiej znajomości.

– Nic mi o takowych nie wiadomo.

– Doskonale. Czy gdyby przychylił się pan do propozycji mego klienta bądź klientki – odpowiadałoby panu spotkanie jutro o siódmej wieczorem w „De Aunche”?

– Najzupełniej.

– Wszystkie koszta oczywiście rozpisane oddzielnie.

– Oczywiście.

Green skinął głową, sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyjął białą kopertę i położył ją na stoliku pomiędzy fotelami jego i Hunta, układając biały prostokąt dokładnie na środku blatu, symetrycznie do krawędzi. Potem wstał.

– Muszę się już pożegnać. Proszę mi wybaczyć, że już pana opuszczam, ale...

– Rozumiem, rozumiem.

– Jeszcze raz, w imieniu mego klienta/klientki i moim własnym, pragnę pana zapewnić, iż propozycja jest całkowicie niezobowiązująca i nie musi się pan do niej w ogóle ustosunkowywać.

– Tak, tak, rozumiem.

– Jeśli moje działanie odebrał pan jako formę nacisku, kancelaria jest gotowa wypłacić panu zwyczajowe odszkodowanie.

– Tak, wiem.

Wymieniając formuły, dotarli do drzwi i pożegnali się szybko. Green wyszedł, Hunt wyłączył sieć.

Wrócił do salonu, zabrał niedojedzone jabłko i, rwąc zębami jego miąższ, otworzył pozostawioną przez Greena kopertę. Na kartce było napisane: „Marina Vassone”.

Zaśmiał się i wywołał numer swojej swatki.

– Odwołane – rzekł. – Spóźniłem się.

Hunt wmawiał sobie, że nie lubi tych rytuałów – chyba nikt ich nie lubił, nawet wychowani w nich od małego – lecz to wszak nie była kwestia upodobań, a przymusu finansowego: nie stać go było na ich zlekceważenie. Zresztą nikogo nie było na to stać, za wyjątkiem tych, którzy nie mają nic do stracenia. Nowa Etykieta, jak savoir-vivre każdych czasów, dotyczyła głównie elit. A w tej epoce – co też nie czyniło jej bynajmniej wyjątkową – elity definiowały się poprzez stan bankowych kont.

Nie było żadnych szumnych ustaw, nagłych rewolucji, konkretnych postanowień, nic takiego Nicholas nie pamiętał. Poszło to stopniowymi przybliżeniami, cichą kumulacją sądowych precedensów i obyczaju prawnego. Sto pięćdziesiąt lat temu – komu przyszłoby do głowy podawać kobietę do sądu za uśmiechnięcie się do mijanego na ulicy mężczyzny? Oglądał filmy z tamtej epoki, toteż miał porównanie (chociaż zdawał sobie sprawę, że sztuka zawsze ekstremalizuje). To w ogóle nie była ta sfera, dziedzina prawa zaczynała się podówczas kilka kilometrów dalej. Ale w miarę jak jego konkurenci tracili na znaczeniu, ono zagarniało opuszczone tereny. Skoro nie znasz innych reguł i nie wyznajesz innych zasad, wyznawać będziesz moje, rzecze Temida, która jest ślepa i żeby cokolwiek zobaczyć, musi macać naokoło swymi ciężkimi, niezgrabnymi paluchami.

Tak więc skoro każdy jest potencjalnym wrogiem i jedno zbyt szczere słowo kosztować cię może w wyroku sądu dorobek całego życia, lepiej trzymać się z daleka. Nikt tego Nicholasowi nie przekazał tymi słowy, ale taki właśnie był sens kanonów jego wychowania, niekodyfikowalnych reguł współżycia, którymi go podświadomie sformatowano.

W miejscach publicznych obowiązywał sztywny kodeks dopuszczalnych zachowań, określający, jakie słowa i gesty w żaden sposób nie mogą zostać zinterpretowane jako naruszenie cudzej prywatności. Nicholas – jak wszystkie dzieci – poznał go na długo przedtem, zanim zrozumiał jego źródło i cel. Mało kto zresztą docieka logicznej podstawy każdego przepisu drogowego. Wytwarza się natomiast pewien automatyzm odruchów. Hunt oglądał filmy z minionych epok i zdawał sobie sprawę, że nie byłby w stanie zachowywać się w sposób, w jaki wówczas się zachowywano, ani wobec kobiet, ani nawet wobec mężczyzn, na pewno też nie wobec dzieci.

Wszelako wszystko to nie chroniło przed oskarżeniami fałszywymi. Stąd wzięła się idea ubezpieczenia prawnego: ciągłego monitoringu wszystkich pomieszczeń. Też nie wyskoczyła nagle z głowy żadnego technokraty. Rozwinęła się sukcesywnie z sieci dozoru strażniczego i alarmów przeciwwłamaniowych, a przede wszystkim z rozległych sieci CCTV. Bowiem już w latach zerowych ponad połowa terenów publicznych w megapoliach, a także w samodzielnych strefach suburbyjskich, objęta była stałym monitoringiem kamer closed-circuit TV. Jeszcze w XX wieku FBI mocno zainwestowała w program ich miniaturyzacji. Infrastruktura była więc gotowa i tylko czekała na wykorzystanie. Niedługo zresztą. Na prawników zawsze można liczyć.

Sygnał z CCTV szedł bezpośrednio do komputerów notarialnych, a całość instalacji i połączeń była regularnie kontrolowana przez ekipy zaprzysiężonych techników. Sieci ubezpieczenia prawnego stanowiły od lat powszechnie obowiązujący kanon, całe dotychczasowe życie Hunta przebiegało na oczach kamer i wcale szczerze chwalił sobie Nicholas gwarantowane przez nie poczucie bezpieczeństwa i pewności formy.

Gdzież te dni romantycznych miłości – wzdychał jednak w duchu Hunt, zanurzając się w gorącej kąpieli – gdzie te nagłe zauroczenia, pocałunki skradane w przelocie, dwuznaczne konwersacje, szybki seks w windzie, dziewczęta swobodnie roześmiane w słońcu poranka, uliczne kusicielki krągłobiodre – gdzie to wszystko się podziało? Ocalało jedynie na filmach, w książkach. Dziś, gdy się zakochasz, gdy się tak naprawdę zakochasz na umór – czym prędzej dzwoń do psychoanalityka on-line, bo inaczej już po tobie: palniesz jakieś głupstwo i złamiesz sobie życie.

Ale zdawał sobie sprawę, że to tylko poza. Gdyby naprawdę miał wybór, niczego by nie zmienił. W jakimś sensie wciąż pozostawał arystokratą: system go zadowalał.

Vassone siedziała na balkonie swego hotelowego apartamentu i czytała pamiętnik Czarnego.

Nie pamiętam dokładnie pierwszych słów. Zadzwoniła przez pomyłkę. Tak właśnie zaczęła się tłumaczyć: przepraszam, pomyłka. Byłem akurat przy teleskopie, jej głos szemrał mi w uchu do rytmu rozbłysków pulsara. – Nic nie szkodzi – powiedziałem do pierścienia – ale jakim cudem udało się pani pomylić? – Bo ja dzwonię ze starego, tarczowego aparatu mojej babci, nie bardzo umiem się nim posługiwać, musiałam źle wykręcić. – Wtedy ja pytam o babcię, a ona opowiada zabawną historię o wieloletniej walce staruszki z wrednym sąsiadem, który trzyma psa, co bardzo głośno szczeka i nie daje babci spać. Słychać w głosie dziewczyny jakieś roztargnienie, smutek przepędzany słowami – zapewne paplałaby tak, do kogokolwiek by się dodzwoniła. – Co się stało? – pytam. – Ach, widzi pan, ona umiera. – Bardzo mi przykro – mamroczę. – Umiera, umiera i umiera – wybucha dziewczyna – tkwię tu przy niej już trzeci tydzień, to nie do wytrzymania! – Aha, i postanowiła się pani zabawić w teleconfession? – A cóż to takiego? – Nie słyszała pani? Następny krok w ewolucji party-phones: jeśli chcesz z kimś anonimowo porozmawiać, a nie stać cię na analityka, dzwonisz pod numer firmy, która losowo wybiera ci rozmówcę. Ty nie znasz jego numeru, on twojego; na żądanie firma łączyć was będzie ponownie. Możecie być wobec siebie całkowicie szczerzy, nigdy się nie spotkacie, nigdy nie poznacie, bo, i tu leży rewolucyjność przedsięwzięcia, turingówka firmy monitoruje wasze rozmowy i uprzedzi wszelkie próby przekazania informacji identyfikujących. Czyż bowiem w istocie nie chodzi jedynie o to: o pretekst do artykulacji swych myśli? One nie są skonkretyzowane, póki nie zostaną wypowiedziane, i dopiero gdy usłyszysz ze swych ust słowa opisujące twe uczucia, dopiero wtedy je naprawdę poznajesz. Trzeba pretekstu do monologu. Teleconfessions go zapewniają. Mówisz w powietrze, powietrze odpowiada. Nie ma się czego bać, pustce możesz zaufać. Naprawdę nie słyszała pani? – Nie. Ale właśnie coś takiego by mi się przydało. – Cóż, proszę zatem mówić, mam czas. – Kazałem kompowi wycelować teleskop w tarczę Księżyca. W uchu szemrał mi jej oddech. Nie pamiętam dokładnie tych wszystkich słów, jej i moich, to zapewne nie tak było, pamięć musiała mi w międzyczasie sporo zafałszować – ale ogólne wrażenie pozostało chyba (chyba!) prawdziwe. – Właściwie nie wiem, co mówić – szepnęła. – Przeraża panią śmierć? – Przeraża? Czyja śmierć, jej? – Nie, śmierć w ogóle. – To znaczy: moja? – Nie. Śmierć jako zjawisko. Że coś takiego w ogóle jest możliwe. Duch wychodzi z ciała, sen bez drugiego końca, utrata przytomności ze świadomością niemożności powrotu. Jedno krótkie spojrzenie na pożegnanie się z całym światem. A potem już tylko mięso i kości i krew, i nie ma to już imienia, nie jest niczyim ojcem, niczyim bratem. Mózg – kupa neuronów. Ciemność, cisza, brak jakichkolwiek doznań, jeszcze tylko parę zagubionych ech bólu, spięcia poboczne – i koniec, entropia. – Mówi pan, jakby sam już kiedyś umarł. – Ach, bo tak jest, tak jest. – Żartuje pan. – Skądże. Wie pani, co to znaczy odbierać cudze myśli? To nie znaczy: słyszeć mamrotane sobie w ich głowach słowa. Nie znaczy: oglądać ich wspomnienia jak na ekranie. To znaczy: być nimi. Być. Jeśli pani czuje zimno – to w jakimś sensie jest pani tym zamarzającym w śnieżnej zaspie pijakiem. Co innego nas określa, jeśli nie psychiczne i fizyczne doznania? A więc także śmierć. – Zaraz-zaraz... pan mówi, że jest tym, no, telepatą? – Przez telefon mogę być kim tylko pani zechce. – Ale pan to mówił serio! – Ee, nabierałem panią. – Co, do cholery, niech pan się nie wygłupia! Proszę mi teraz powiedzieć szczerze: to prawda? Słyszy mnie pan? Halo? Czy to jest prawda? Ja nie żartuję i nie chcę, żeby pan żartował. – Ale co pani da moje słowo, jestem tylko głosem w słuchawce, nie istnieję dla pani, mogę pani wciskać dowolne łgarstwa. – Tak. Ale właśnie dlatego, że tylko głosem w słuchawce... Może pan sobie pozwolić. Ja chcę wiedzieć. – W każdym razie zdołałem odciągnąć pani uwagę od konającej babci, co? – Na miłość boską, niech pan mi powie: czy to prawda? – Tak. – I rozłączyłem się.

Jakoś uszło mej uwagi, że to nie było prawdziwe teleconfession. Ona musiała pamiętać ten numer, pod który chciała się była dodzwonić. Dwie noce później znalazła mnie, pracowicie sprawdzając wszystkie możliwe kombinacje. Tak to się zaczęło. Chciała rozmawiać. Więc rozmawialiśmy. Pierwsze pytanie było o to, czy ją też „czuję”. Wyrzuciłbym telefon, gdyby tak było. Więc nie lubię tego? Nie, nie lubię. Dlaczego? I jęła drążyć temat. Przecież to fascynujące: znać myśli, uczucia, ciała innych ludzi. Tak, odpowiadam jej, ale skoro je znasz, to już nie są to „inni ludzie” i rzecz cała wygląda bardziej na skomplikowany przypadek schizofrenii, niż telepatię taką, jaką sobie ludzie wyobrażają na podstawie filmów i książek. A przez telefon? Przez telefon nie. Pani jest prawdziwa, z panią mogę rozmawiać – bo pani jest obca. I tak dalej, i tak dalej. W tamtym okresie stanowiłem dla niej raczej swego rodzaju interesujący okaz zoologiczny, osobliwe dziwadło do podziwiania w niemym zachwycie i przerażeniu. A była w tych swoich dociekaniach tak nieskrępowana, bo w gruncie rzeczy nie wierzyła mi, nie była w stanie uwierzyć. W końcu przerodziło się to w prawdziwą więź teleconfession: dzwoniła niemal co noc, porozmawiać o minionym dniu, zwierzyć się, wyspowiadać. Potem babcia wreszcie umarła. Ona jednak nie przestała dzwonić. Wróciła do siebie, zabrała się do przerwanej pracy nad jakimś zamówionym przez Brukselę programem analizy demograficznej. Zaczęła mnie nazywać swoim przyjacielem. Opowiadała mi o sobie rzeczy, o które w ogóle nie pytałem, potrafiła mówić bez przerwy przez całą godzinę, skacząc z tematu na temat, dokonując natychmiastowych introspekcji i tłumacząc się z własnych reakcji. Nie musiałem odzywać się ni słowem. W gruncie rzeczy potrzebna jej była jedynie świadomość, że ktoś słucha. Miała jakiegoś stałego kochanka, choć bez spisanej umowy. Nie powiedziała mu o mnie. Lecz mnie o nim opowiadała do świtu. Ach, żadnych zahamowań, gdy rozmówca obcy na wieki! Cóż za wspaniały wynalazek, te teleconfessions. Jesteś moim aniołem stróżem, jesteś moim nocnym powiernikiem, Czarny. Potem kochanek ją porzucił. Jesteś moim jedynym przyjacielem, Czarny. Co dziś oznacza słowo „przyjaciel”? Cichy oddech na drugim końcu linii? Czy prawdziwa bliskość jest możliwa jedynie w absolutnym oddaleniu? Znajomość w nieznajomości? Miłość w obojętności? Depresyjne to były noce. Nie zaakceptowali jej programu. Właściciel podniósł czynsz. Kaukazka pszczoła, jeden z tych mutantów popromiennych, użądliła ją w bark: na kilka dni spuchł tak potwornie, że nie mieścił się w żadnym ubraniu. Opowiadała z detalami. Co to za życie, mój Boże, ani do kogo gęby otworzyć, ani po co czekać przyszłego tygodnia. Gdyby nie ty, Czarny, strzeliłabym sobie kevorkiankę. Wtrącałem uspokajające słowa. Ale gdy już doszła do siebie, stała się jeszcze bardziej niebezpieczna. – Teraz widzę jasno – oświadczyła twardo. – Ja ciebie kocham, Czarny. Nie popełnię błędu, nie poddam się. Wiem, że to zastrzeżony numer. Zapożyczę się, wynajmę firmę detektywistyczną, znajdą cię. – Nie rób tego. – To przeznaczenie. Jesteś sensem mego życia. Jesteś najlepszym, najmądrzejszym człowiekiem, jakiego spotkałam. – Nie bądź głupia, nie można zakochać się w głosie w kolczyku. – A skąd ty to możesz wiedzieć? Sam mówisz, że nigdy nie kochałeś. – Ale byłem tymi, którym wydawało się, że kochają. Nie zbliżaj się, proszę. Zaleje nas czerń. – Drugiego takiego pesymisty ze świecą szukać. Nie wierzę w tę twoją czerń. Ludzie nie są całkowicie i co do jednego źli. – Czy to jest zło? Czy ja mówię, że to jest zło? – Boisz się, że przyjadę i wejrzysz w moje myśli. – Tak. Nie można lubić kogoś, do kogo czuje się obrzydzenie. – Czy to jest właśnie to, co czujesz do ludzi? Obrzydzenie? Ludzie cię brzydzą? Jezu Chryste, Czarny, ty powinieneś się leczyć, przecież to jest choroba psychiczna. – Więc właśnie. Daj sobie spokój z wariatem. – Ani mi się śni. – Proszę cię: nie rób tego. – Ja nie zrezygnuję. – I faktycznie, nie zrezygnowała. Przez dzień przemyślała sprawę i następnego wieczoru przedstawiła swój pomysł. – Wiem, jak to przeskoczyć – rzekła. – Teraz, przez telefon, zanim się spotkamy twarzą w twarz, teraz ja sama opowiem ci wszystkie moje tajemnice, najciemniejsze sekrety, najgorsze wspomnienia. Raz na zawsze rozbroję tę bombę. – Była tak zdeterminowana, że na nic zdały się moje prośby i tłumaczenia. Jak dobrze ja znam – z „autopsji” – ów charakterystyczny stan wzniosłego zaślepienia, przekonanie o własnych racjach połączone ze szlachetną gotowością samopoświęcenia. Młodym w ogóle nie przychodzi do głowy szukać w tym przejawów zimnego egoizmu, mają się za półanioły miłości, karierę poświęcą, życie poświęcą, wszystko poświęcą – dla drugiego człowieka, bezinteresownie. Nierzadko żyją w tej iluzji latami całymi. Miłość, miłość, miłość. Potem egoizm wskazuje im inny kierunek – i nagle okazuje się, że to była pomyłka, że jednak istnieją pewne warunki, że ów związek od początku stanowił rodzaj transakcji wymiennej. Czyż nie to właśnie przydarzyło się temu jej kochankowi? Lecz ona sama nadal nic nie rozumie. Na to nie ma lekarstwa. Możesz przechodzić przez to niezliczoną ilość razy i nie zyskasz odporności. Mogą ci tłumaczyć i tłumaczyć – nie dociera. To psychologiczny idiom. Nie do przełożenia. Lustro weneckie: z zewnątrz widać, z wewnątrz nie. Mami cię twe własne odbicie. – Weszli, gdy się masturbowałam – szeptała mi do ucha. – Myślałam, że się zabiję. Żeby sobie potem chociaż żartowali! Żeby wyśmiewali! Ale nie. Tylko te spojrzenia, tylko te miny, jakbym była trędowata. A oni to co, święci? – Szeptała: – Ja już chciałam wziąć poduszkę i udusić ją. To było nie do wytrzymania. Śmierdziała. Noce i dnie charczała jak zagoniony koń, taki śluz ciekł jej z nosa, ślina z ust, musiałam to ścierać. Robiła pod siebie. Musiałam ją myć. Czy ty, Czarny, masz pojęcie...? Parę takich dni wystarczy, żeby zwątpić w istnienie na świecie jakiegokolwiek piękna, zapomnieć o radości. Szkoda, że w naszym landzie nie obowiązuje ta ustawa o eutanazji. To przecież jest nieludzkie, jak można pozwolić na taką ohydę. I już, już miałam poduszkę w rękach. Ja, widzisz, ja jednak dostrzegam w tym grzech. Nie rozumiem. Wraca i wraca. Na pewno zobaczysz, gdy przyjadę. To dlatego wtedy zadzwoniłam. Musiałam do kogoś zadzwonić, bo bym to zrobiła, naprawdę bym to zrobiła, Czarny, wiem, że tak. – Szeptała: – Przez trzy miesiące to trwało, traktował mnie jak niewolnicę, jak dziwkę, wstępował niczym do burdelu, ale ja nic nie widziałam, ja go kochałam, Jezu, jak ja go kochałam. A on miał tę damulkę z Zakopanego, i tę rudą zdzirę. I nawet nie chciało mu się zaprzeczać! A ja byłam taka młoda i głupia, wzięłam to do siebie, myślałam, że tak to już jest. Jak ja sobą pogardzałam...! Nie masz pojęcia, jak to mnie dręczy, do dzisiaj wściekam się i czerwienię na samo wspomnienie. – I tak dalej, i tak dalej, czerń sączyła się w mój umysł na falach jej głosu.

Nie było sensu, żeby się rujnowała na detektywów – sam podałem jej adres. Prosiłem o noc, i przyjechała nocą. Czekałem pod werandą. Zaparkowała kilkanaście metrów dalej, żwir chrzęścił pod oponami wolno toczącego się luuca, głośniejsze były świerszcze. Ona wysiadła – i to już było za blisko. Och, wcale nie jest taki przystojny, jak sobie wyobrażałam. No, co za ponura mina, twarz jak zamrożona. A uśmiechnij się. Eee. No, dziewczyno, wciągnij brzuch, pierś do przodu. Nie ruszy się? Nawet nie mrugnął. Róbmy dobrą minę, róbmy dobrą minę. – Nie musisz się tak wysilać – rzekłem jej. – O co ci chodzi? – zmarszczyła brwi, zatrzymując się krok ode mnie. Jej myśli zalewały mnie wodospadem brudu. Strach: a jak rzeczywiście telepata, a jak czyta, jak widzi, jak czuje...? I: co ja tu robię, przecież ja go nie znam. I: nie myśleć o tamtym, tylko o tamtym nie myśleć. Tamto: jej seksualne fantazje, gdy tutaj jechała. Mój abstrakt z twarzami jej kochanków, rytuały upokorzenia, reminiscencja z dzieciństwa, spokój w ramionach ojca. – Nie jestem twoim ojcem – powiedziałem. Zachłysnęła się. Strach, strach, strach. Mimowolnie – krok w tył. Czerń bucha mroczną fontanną, nagle zalewają mnie obrazy, głosy, odczucia i uczucia, myśli kalejdoskopowe, rwane i sklejane podług obcych mi skojarzeń. Czerń, czerń. O czym myśleć nie chce, co usiłuje ukryć – a więc tym właśnie aktem negacji wywołuje je z pamięci niezorganizowanej. Cóż znaczą słowa, nic nie znaczą. Opowiedziała – ale teraz ja jestem tym wzgardzonym, tym poniżonym, stoję nad mą babką z poduszką w dłoniach, poddaję się, pijany, pieszczotom anonimowego kochanka o wódczanym oddechu, okłamuję rodziców, podkradam pieniądze przyjaciółkom... nawet by opowiedzieć wszystko, nie miała siły, ani wiary. Teraz patrzę na siebie, patrzę sobie w oczy, i widzę tę wiedzę, widzę jedność, to jest człowiek, i on wie, on wie o mnie wszystko, jest mną, patrzy, patrzy...! Przerażenie – lecz przede wszystkim: wstyd, wstyd tak potworny, że tłumi nawet wściekłość na samą siebie. Co robić, ręce się trzęsą, myśli się trzęsą, skurwysynu, kto ci dał prawo... Ja nie mogę, nie mogę! Odwróciła się, pobiegła do samochodu, odjechała. Nie wiem, czy wszystko to trwało bodaj minutę. Wróciłem do teleskopu, do gwiazd, które są tak piękne – bo nieskończenie odległe, niedosiężne.

Potem zadzwoniła tylko raz, mniej więcej po tygodniu. – Teraz wiem, czym miłość nie jest – powiedziała.

Odezwał się sygnał w jej kolczyku i doktor Vassone odłożyła ledpad. Ścisnęła pierścionek.

– Przekazałem pani propozycję. Nie odmówił z góry. Jest potwierdzenie przelewu honorarium. Dziękuję.

– To ja dziękuję.

Prawie natychmiast kolczyk odezwał się ponownie.

– Mamo?

– To ty, Jas?

– Miałaś się odezwać.

– O, przepraszam, znowu zapomniałam, co?

– Z tobą już wszystko dobrze? Przeszło ci? Powiedz prawdę.

– Przeszło, przeszło. Nie przejmuj się, to nic takiego.

– Nie przejmuj się! – wybuchnął Jas. – Czy ty widziałaś swoją twarz? Powiedzieli, że sama sobie to zrobiłaś! W co ty się wdałaś? Może ty się czymś zaraziłaś od tych swoich świrów, co?

– Rewolucjonizujesz psychiatrę, Jas. Jak wyglądają owe zarazki chorób psychicznych?

– Taak. Przepraszam, że zadzwoniłem. Cześć.

– Jas! Cholera, nie gniewaj się. Słuchaj, było mi bardzo miło, że siedziałeś tam wtedy przy mnie, naprawdę. W ogóle... szkoda, że się częściej nie spotykamy.

– Tu masz rację. Telefon wymusza nieszczerość. No ale czyja to wina? Wróciłaś do Bostonu i nawet nie dałaś znaku. Gdyby nie ten wypadek, pewnie w ogóle byśmy się nie spotkali. A jeśli już, to o czym rozmawiamy? O pieniądzach. O moich stopniach. O twoich tajemnicach.

– A o czym chciałbyś porozmawiać?

– O czym? No...

– Widzisz.

– Mój Boże, my już nawet nie jesteśmy przyjaciółmi.

– Jesteś moim synem, moim jedynym dzieckiem.

– Mam jakiś znak na czole? Zadzwoń, jak znowu ci odbije. – I rozłączył się.

Na czym to polega, że psychoterapeuci, psychologowie, psychiatrzy – im najtrudniej dogadać się z ludźmi, wytrwać w jakichś stałych związkach, ułożyć sobie życie...?

Przeszła z balkonu do wnętrza apartamentu, skręciła do barku. Zastanawiające, myślała, dla Numeru 5 i pozostałych zbliżenie do drugiego człowieka oznacza zagrożenie dla ich osobowości – a czy stopniowo sami nie upodabniamy się do nich? Nalała sobie rumu, pociągnęła łyk. Czy zostało jeszcze cokolwiek do „uzdalnienia”? Czy następny krok to właśnie wszczepki? Całe społeczności złożone z osobników zaimplantowanych, przeżywających swe życie poza światem realnym, w symulowanych przestrzeniach OVR? Wszczepki montowane już w fazie prenatalnej, dzieci rodzące się ze zmysłami otwartymi na rzeczywistość wirtualną, a zaczopowanymi dla rzeczywistości pozakomputerowej – więc już oczy niepotrzebne, uszy niepotrzebne, żaden organ zmysłu niekonieczny, niekonieczny cały ten biologiczny interfejs mózgu zwany ciałem. Rozwijasz się od zygoty w inkubie i w nim już pozostaniesz, nie będzie momentu narodzin, inkub wszak zapewni twemu organizmowi wszystko, co jest wymagane dla długiej, bezpiecznej egzystencji. Czy to jest prawidłowa ekstrapolacja – ziszczenie owych klaustrofobicznych wizji rodem z przeterminowanej SF?

Co, u licha? co ja piję? rum? Przecież ja nigdy nie lubiłam rumu...!

Mm... nawet smakuje.

4. Pająk nocą

Ronald Schatzu zjawił się w Centrali wczesnym rankiem. Po drodze z lotniska zdążył tylko zostawić bagaże w hotelu. Podczas jazdy na najwyższe piętro budynku winda poinformowała go, iż ma się stawić w pokoju numer 12 u pana Anzelma Preslawny'ego. Wyszedłszy na pusty korytarz, przez chwilę śledził wzrokiem numerację pomieszczeń (komputer Centrali najwyraźniej nie dysponował odźwierniczym interfejsem A-V). Korytarz był pusty i cichy.

Stanął przed drzwiami nr 12, odczekał stosowną chwilę, po czym wszedł.

Zza zastawionego tekturowymi pudłami biurka zgromił go wzrokiem rzeźbiony blondyn.

Schatzu trafił oto na najgorszy z możliwych nastrojów Anzelma.

– To pan jesteś ten mądrala od Wojen Monadalnych? – warknął nań Preslawny. – Dobra, mam tu właśnie coś akurat dla domorosłych geniuszy. Łap się pan za to.

Ronald odruchowo chwycił dysk.

– Hej, moment, może by tak wpierw dzień dobry, kawkę, papieroska...

– Nie jesteśmy pod siecią, boją się tu włamań do maszyn notariuszy. Więc wypchaj się pan.

– To co, uprzejmość i dobre wychowanie wiszą już tylko na sieci ubezpieczenia prawnego? – Ronald pozwolił sobie na odrobinę irytacji, tyle, ile wymagała sytuacja.

– A coś pan myślał? – zgasił go Preslawny. – No i co tak sterczy, podeszwy się przykleiły, czy co? Nie wiem, co pan sobie wyobrażał – że te parę słów rekomendacji od Bronsteina zrobi z pana taką szychę, że na kolana padniemy na pański widok? Mnie tu pisze – dźgnął palcem gdzieś między pudła – że przydzielili pana do roboty. To nie wycieczka po fabryce czekoladek. Bierz się pan do pracy, bo postaram się, żebyś dostał na wylocie taką opinię, po której zwątpią w pańską DNAM.

Schatzu nie pozostało nic innego, jak podporządkować się Anzelmowym poleceniom. Jego słowa bolały tym bardziej, że poniekąd oddawały faktyczne nastawienie Ronalda, który, otrzymawszy po kilku tygodniach zakulisowych machinacji dostęp do raportów Zespołu i rozwinąwszy odważnie teorię Wojen Monadalnych, był już pewien szybkiej i efektownej kariery. Wystarczająco długo czekał na oficjalny przydział do Zespołu. Tymczasem tu co? – pomiata nim jakiś nędzny pomagier Hunta!

Przydzielono Schatzu mały, pozbawiony okien pokój na górnym piętrze Centrali. Schatzu wszedł, zamknął za sobą drzwi, usiadł za biurkiem, włączył kompa – i tu go dopadł gniew, na nich i na siebie, a na siebie większy, bo wyszedł we własnych oczach na głupiego żółtodzioba, infantylnego romantyka. Urażona duma, bez wątpienia. Uczucie samo w istocie cokolwiek dziecinne – ale jednak przecież bardzo pożyteczne, silnie motywujące. Psychoanalitycy wytłumaczyli mu to niezwykle dokładnie: buduj na wadach, na ciemnych stronach, chciwości, żądzy dominacji, egoizmie, one cię nie zawiodą. Ale bądź w tym konsekwentny i nie bądź hipokrytą.

Wsunął dysk Anzelma do stacji. Kilkanaście zdań, nic więcej. Zamówienie na raport na temat masowych szaleństw, sekt i pochodnych, samobójstw, nawiedzeń, trendów religijnych. Żądane ujęcie holistyczne, synteza i propozycje wyjaśnienia.

I akapit sygnowany przez Anzelma: To dla N. Hunta. Nie pakować giga danych i listingów bibliografii. Nie sugerować się Programem Kontakt i resztą. Niczym się nie sugerować. Otwarty umysł, nowe idee i tak dalej; standard. Były już opracowania na ten temat, dużo opracowań, więc sporo trzeba, by przebić. To nie ma być praca naukowa: Hunt chce coś do poduszki.

Hunt chce coś do poduszki! Hunt chce coś do poduszki! Schatzu mało szlag nie trafił. Pięknie, wprost wspaniale! Co za awans zawrotny! Nadworny bajkopisarz mandaryna! Skurwiele. Nie będzie tu rozwieszał kopii swych dyplomów, nie. Za kogo oni mnie mają? Nie czytali mojego opracowania o Wojnach? Już ja im dam, już ja im pokażę, mózgi im się sfajczą!

I tak sam siebie podładowywał, adrenalinując się wściekłością i samoupokorzeniem – aż przekroczył próg i momentalnie wychłódł, uspokoił się, zrelaksował, jego myśli stały się kryształowo symetryczne i przejrzyste, oczyszczone ze wszystkich zwierzęcych emocji.

Zazezował boleśnie i szepnął hasło. Wszczepka uaktywniła się w domyślnym trybie półzaślepu jednozmysłowego, na wzrok.

Większość zaszczepionych, raz ją włączywszy, nie wychodziła już z OVR, choć zazwyczaj chowali wszystkie nadmanifestacje dla uniknięcia dezorientacji, ograniczając się do użytkowego MUI – ale Ronald postawił sobie za punkt honoru nie dopuszczenie do podobnego uzależnienia. Preferował klasyczne, bardzo ograniczone wizualizacje.

Wszedł w OVR. Menadżer automatycznie zalogował na najbliższym otwartym serwerze, w tym wypadku – pioruńsko szybkim Animo 4 Zespołu.

Oczywiście nie było żadnych Matryc, żadnych Metaversów, Cyberplanów. Co prawda Microsoft próbował wymuszać na użytkownikach masowe podłączenie do swojego Pałacu, z premedytacją tak wąsko specjalizując swój software – jednak kolejne wersje jego systemów padały, każdy od dwakroć większej liczby bugów i pomimo wielkiej ofensywy inżynierów memetycznych firmy, snobistyczny memotrend pogardy dla MSMiazgi nie został przełamany. Nie istniał zatem jeden ogólnoświatowy standard wizualizacji OVR.

Trwała natomiast wojna protokołów. Zwyciężały postlinuxowe CIOT-y, które znajdowały się na najlepszej drodze do osiągnięcia niegdysiejszej pozycji HTTP. Customising In/Out Transfer Protocol – a Ronald korzystał z ostatniej jego mutacji – pozwalał wszczepkom idealnie dostosowywać format MUI do aktualnej przepustowości łącz HFT, wielkości pamięci operacyjnej wszczepki oraz stopnia tłoku na gwieździe/serwerze. Pierwsze Hamaby niewiele potrafiły, toteż większość pracy musiała być wykonywana na serwerach, co mściło się w prawie nierealistycznych wymaganiach względem przepustowości łącz. Podówczas wszakże nie stanowiło to takiego problemu, bo całkowita liczba ludzi zortowirtualizowanych pozostawała niska.

Schatzu znajdował się pośród tych pionierów. Od początku postawił na wszczepkę, wiedział, że to jest przyszłość. Jeszcze na studiach zaciągnął kredyt na serię operacji mikrotrepanacyjnych oraz implantację nanosieci nakorowych stymulantów neuronowych – wciąż go spłacał. Z punktu widzenia czysto finansowego był to okropny błąd, bo przez te kilkanaście lat technologia się upowszechniła i założenie wszczepki stało się rutynowym zabiegiem, który dziś nawet nie bardzo by nadszarpnął budżet Schatzu. Lecz Ronald patrzył na to w inny sposób: oto załapał się na ostatni wagon pociągu do nowej ery, a doprawdy niewielu z jego pokolenia nań zdążyło. Wszczepki stanowiły technologiczny wyróżnik społecznego przejścia fazowego, które Schatzu przeczuwał już dekadę wcześniej.

Na tym właśnie polegał jego talent: na wizjonerskiej indukcji w skali całej cywilizacji. Dobrze wiedział, że za plecami przezywano go „synem Krasnowa” (dla niektórych brzmiało to omal jak „Syn Sama”), i nawet się nie gniewał. Tekst o Wojnach Monadalnych stanowił jedynie ostatni przykład, wcześniej Ronald „przepowiedział” między innymi polityczne i kulturowe implikacje eskalacji IEW, której aktualnie byli świadkami.

Już go nawet nie dziwiły pozytywne weryfikacje własnych prognoz. Osobiście nabrał z czasem przeświadczenia, iż w proces ich tworzenia zaangażowane są jakieś podpowierzchniowe mechanizmy jego umysłu, których nie był świadom ani on, ani jego psychoanalitycy, ani jego designerzy.

Zupgrade'owana Hamaba Schatzu dysponowała pamięcią pozwalającą na samodzielne utrzymywanie i przeliczanie w czasie rzeczywistym sześciozmysłowego sensorium (słuch-wzrok-dotyk-węch-smak-błędnik). W zwykłym trybie z sieci ładowano więc jedynie przycięte podług CIOT-y: pakiety aktualizacji zmiennych i (z rzadka) pełne pliki środowiskowe. Dzięki temu Schatzu mógł wchodzić gładko w pełny zaślep interaktywny nawet w godzinach szczytu w samym sercu NYC.

Defaultowy MUI Ronalda był całkowicie przezroczysty. Makra podczepione miał pod mięśnie oczne. Schatzu zazezował w lewy górny róg swego gabinetu. Z sufitu rozwinęła się i zesztywniała płachta ledjedwabiu (OVR only), na tym ekranie ruszył emulator starożytnego oesu 2D.

Wywarkując w OVR krótkie komendy (menadżer, niczym dobry wiktoriański kamerdyner, po tylu latach rozpoznawał już kaprysy swego pana z lekkiego drgnięcia jego mięśni mimicznych), zapuścił swą przeszukiwarkę, ustawioną podług nieostrego kodu tematycznego, po czym zsortował znalezione pliki według daty i wybrał jeden z najświeższych. Był to sporządzony przez LAPD w standardowym dla policji, agend i instytucji rządowych trybie A-V, zapis z „miejsca zbrodni”.

Pomieszczenia objęte dwuzmysłowym konstruktem zostały zeskanowane na tyle dokładnie, by dopuścić pewną dowolność w sposobie odtwarzania danych: Schatzu mógł swobodnie przemieszczać się po mieszkaniu, poruszać przedmioty, otwierać meble, kucać i podskakiwać. Takie skany od kilkunastu miesięcy stanowiły dopuszczalne przez sądy dowody rzeczowe, policja wynajmowała do ich sporządzania specjalistyczne firmy.

– Pomoc – mruknął Schatzu, kilkakrotnie przeszedłszy się po pokoju w te i we w te.

Na łóżku pod holoplakatem DeVonne'a zmaterializowało się półnagie ciało dziewczyny.

Ze ściany wyszedł Humphrey Bogart. Dotknął palcami ronda kapelusza, wyjął z kieszeni płaszcza papierosy, zapalił, zaciągnął się.

– Kevorkianka chemiczna na bazie barbituranów – powiedział. – Ona została znaleziona przez swego byłego chłopaka. Nie zostawiła listu, ale jest coś w rodzaju pamiętnika. Potwierdzone wieloletnie kontakty ze Zbawicielami Świata. AT&T dostarczyła jej billing, w ostatnim miesiącu blisko dziesięć godzin z psychoanalitykami on-line. Medykator odmówił nam wglądu w ich save'y. Sekcja niczego nowego nie wykazała. Przesłuchania Zbawicieli poprzez ich jurydykatora – w toku. Aktualna hipoteza: samobójstwo po załamaniu nerwowym na tle religijnym. Pytania? Dane osobowe?

– Wejdź pod spód.

Bogart uśmiechnął się i zniknął, ale dym z papierosa pozostał: aplikacja wciąż działała.

Schatzu usadowił się wygodniej w fotelu i podszedł do ciała samobójczyni. Odebranie sobie życia nie powinno być tak łatwe, pomyślał. Dziewięćdziesiąt procent tych, którzy decydują się odejść na zawsze w krainę ekstatycznych snów przez połknięcie tabletek o gwarantowanym przez specjalistów działaniu – zaniechałoby, gdyby przyszło im wieszać się na kablu, skakać z mostu czy dachu wysokościowca albo ordynarnie podrzynać sobie żyły. Uestetycznienie i uprzyjemnienie aktu samobójstwa poważnie obniżyło próg koniecznej dla jego popełnienia determinacji, dziś wystarczy byle kłótnia z szefem, chwilowa depresja. Cóż się dziwić, że zabijają się ludzie, którym po prostu wyprano mózgi. Zbawiciele Świata... To przynajmniej jest jakiś powód.

Po śmierci była bardzo piękna, piękna owym asymetrycznym pięknem epoki indywidualnej rzeźby genetycznej. Dotknął jej policzka. Oczywiście nic nie poczuł, palce przeszły jak przez mgłę (A-V: dźwięk i obraz). Leżała z dłońmi wplątanymi w gęste, kruczoczarne włosy, ręce miała ułożone na wysokości głowy. Kolczyk w lewym sutku. Przyjrzał się – nic oryginalnego: wąż połykający swój ogon.

– Pamiętnik – rzekł Schatzu.

Dym papierosowy ułożył się w klin, który wskazywał pod szafkę z książkami. Ronald pochylił się i „podniósł” brulion. Został on zeskanowany bardzo dokładnie, można było przewracać poszczególne strony. Znalazł ostatnie zapisy. Głównie wiersze, statystyki dnia codziennego bardzo mało.

Co prawda do owego syntetyzującego raportu dla Hunta niewiele mu się to wszystko przyda (jeśli w ogóle), ale Schatzu zawsze wychodził od szczegółu, zaczynał w skali mikro. Stąd ta wirtualna wizyta u świeżej ofiary trendu, który miał zdiagnozować. Muszę poczuć smak, zwykł mawiać. Jakie posiadałby prawo do projektowania jachtów nie odbywszy nigdy ani jednego rejsu?

Taka metoda dogłębnego Einsichtu bywała bardzo wyczerpująca, czasochłonna i czasami prowadziła na manowce – niemniej dawała Ronaldowi bezcenne poczucie uczestnictwa, internalizacji trendu, co było konieczne, by podświadomość Schatzu w ogóle ruszyła z miejsca.

Przeskoczył od razu do ostatniej zapisanej kartki pamiętnika. Charakter pisma dziewczyny był dobrze wyrobiony, kształt liter i styl wiązania linii przywodziły na myśl dziewiętnastowieczną kaligrafię, doprawdy rzadkość w epoce dyktafonicznych edytorów tekstu. Musiała być spokojna, gdy to pisała. To nawet nie wiecznopis, to pióro. Taki piękny charakter.

kuglarz idei
agent terenowy transcendencji
komiwojażer zbawienia
domokrążca absolutu
zawsze duży ruch w interesie
Apokalipsa jutro
pieniądze dzisiaj
szaleńcy za premią za szkodliwe warunki pracy
teodycea po godzinach

na kolana dziecko
ukorz się
ja wiem
wiem wszystko
mnie ufaj
mnie wierz
ja ci nie skłamię
oto jest Prawda
oto jest Fałsz
aż bije po oczach
ostra i prosta linia podziału
pomyłki wykluczone
w razie reklamacji zwrot duszy gwarantowany

ale
po odejściu od
po odejściu z
po odejściu w
– reklamacji nie uwzględnia się

tak dziecko
wszyscy musimy odejść
spójrz mi w oczy
masz trzymaj
ten ostatni nabój dla ciebie
dobrze mierz
celnie się módl
jestem z tobą
kocham cię

W identycznym nastroju, co Ronalda, przywitał Anzelm Hunta.

– Co ci tak mordę pogięło? Znowuś palnął jakąś głupotę?

– Ech – stęknął Anzelm. – Zsyłają mnie do Hacjendy.

– Co?

– Jutro lecę.

– Skąd to przyszło?

– Nawet nie pytaj, to robota pułkownika, czuję przez skórę.

– Gdzie on?

– A u siebie.

Pułkownik Fortzhauser właśnie rozmawiał przez telefon. W cywilnych ciuchach wyglądał na gliniarza z dzielnicy gangów, albo i jeszcze gorzej. Był rówieśnikiem Hunta, lecz nie miał tak dobrze wyrzeźbionego DNA i na jego twarzy już pojawiały się pierwsze zmarszczki. Rozmawiając przez telefon, szeptał i zasłaniał dłonią z sygnetem usta.

– Co to za numer z Preslawnym?

Fortzhauser, zakończywszy rozmowę, milczał jeszcze przez chwilę, po czym wzruszył ramionami (jeden z nielicznych europejskich memogestów z powodzeniem przekopiowanych do amerykańskiej kulturosfery).

– Nie sądzi pan, że Preslawny przyda się bardziej w Hacjendzie? – mruknął.

– Kto tu jest szefem?

– Pan nie jest pewien?

– Czy to jest zemsta?

– Za co?

– Musi pan wciąż odpowiadać pytaniem na pytanie?

– Bo co?

Hunt wyszedł trzaskając drzwiami.

Anzelm Preslawny kończył się pakować. Opróżniał szuflady biurka do dwóch plastikowych pudeł. Śpiewał przy tym arię z „Pajaców”. O dziwo, nie fałszował.

– Chcesz? – będę się odwoływał – zaproponował Hunt.

– Do kogo?

– Dobre pytanie.

– Wiem, że to dobre pytanie. Ty mi daj dobrą odpowiedź.

– Dobre pytanie, bo nikt nie zna na nie odpowiedzi.

– Prawda? Wiele bym dał, żeby się wreszcie dowiedzieć, pod kim właściwie my wisimy.

Istotnie, nawet sam Hunt, choć nominalny dyrektor Programu, nie wiedział, komu dokładnie podlega i jakie jest jego miejsce w strukturze władzy (bo jakieś było, wszystko posiada w niej swoje miejsce). Budżet Zespołu pochodził – póki co – po części z czarnych kont Defense Intelligence Agency, po części z delikatnych przesunięć w budżecie Hacjendy, głównie jednak – z jednorazowego grantu Korpusu Obrony Ekonomicznej (co poniekąd tłumaczyło hardość Fortzhausera). Statutowo, podobnie jak Hacjenda, Zespół stanowił agendę DARPA. Sprawozdania z prac Zespołu szły podług rozdzielnika stopnia poufności, wizytacji dokonywali tu głównie waszyngtońscy urzędnicy drugiej linii. Własną nominację zawdzięczał przecież Hunt jeno kilku długom wdzięczności u wysokich biurokratów. Nicholas był jednak przyzwyczajony: nigdy, przez całą swoją karierę, nie oczekiwał i nie zetknął się z sytuacjami, zadaniami i podległościami całkowicie jednoznacznymi.

Teraz więc doskonale potrafił sobie wyobrazić mechanizm Anzelmowego przeniesienia. Hunt wyjął był Anzelma Asfeldowi z Biura Analiz Pentagonu, wziął go na zasadzie tymczasowego oddelegowania, tak jak większość pracowników Zespołu. Zresztą Anzelm miał liczne znajomości także w Moście, gdzie pracował jeszcze wcześniej. Od z górą dwudziestu lat konsultował i opiniował liczne projekty rządowe i chociaż nie osiągnął wysokiej pozycji, to znał w tym interesie prawie każdego i nieraz okazywał się dla Hunta bardzo pomocny (znali się od początku kariery Nicholasa).

Oficjalnie jednak Preslawny wciąż zatrudniony był w Pentagonie, a pułkownik miał tam bez wątpienia wielu dobrych znajomych. Toteż nietrudno się domyśleć, jak cała sprawa przebiegała. Ktoś z wierchuszki EDC rozpoznaje rękę Hunta w kontrofensywie przeciwko McManamarze et consortes i okazuje niezadowolenie. Fortzhauser, podbuzowany jeszcze śmiercią swoich ludzi w Montanie, orientuje się doskonale, że to Anzelm stanowi tu dla Nicholasa największą podporę – co więc robi? Dzwoni do starych kumpli i prosi o przysługę. W ten właśnie sposób to działa.

A właściwie dlaczego Hunt tak nalegał na kolejne potwierdzenia, na co mu była ta cała Montana i Madame Florence? Ponieważ – Nicholas pokiwał nad sobą głową – tak naprawdę nadal nie wierzył w modele doktor Vassone, w każdym razie nie do końca.

– Kogo sugerujesz do nadzoru nad piątką? – z wysiłkiem złamał przedłużającą się ciszę.

Preslawny podniósł wzrok na Hunta.

– Pawlucka. Może Wallberga.

– A co on tam teraz robi?

Anzelm kopnął pedał, szyby okienne powlekły się nocą, z niej wynurzyło się wnętrze Labu 13 i Numer 5 zagapiony w niewidoczny ekran, z którego padało nań światło o zmieniającym się natężeniu i barwie.

– „Przeciera łącza” – skonstatował Nicholas.

– Aha.

– Słuchaj, urządziłbym jakiś wieczór pożegnalny, ale...

– Tak?

– Mhm, mam dzisiaj bliskie spotkanie trzeciego stopnia.

– Kiedy to?

– Wieczorem. Cholera, to już tylko sześć godzin.

– Powodzenia.

– I nawzajem.

Była w błękitnej sukni o głębokim dekolcie i niewidocznych ramiączkach z nici szklanych. Krótkie włosy nie kryły pary kryształowych kolczyków, jednego telefonicznego, drugiego z logo jej jurydykatora. Na ramionach szary szal jak śnięta mgła.

Podała Huntowi dłoń do pocałunku. W NEti było to bardzo niebezpieczne, lecz gestem i miną dała kamerom ubezpieczenia prawnego restauracji wyraźnie do zrozumienia, iż to ona jest stroną inicjującą, a Hunt odczekał stosowne dwie sekundy i ucałował dłoń z szerokim uśmiechem, by zobaczyły, że nie odczuł urazy.

Usiedli przy stoliku w sali mieszanej. Zaroili się kelnerzy. Nicholas i Marina oddzielnie złożyli zamówienia. Kelner czytnikiem zdalnego operatora kasy dotknął grzbietów ich prawych dłoni.

– Dziesięć minut – rzekł.

Pojawiły się przystawki. Starszy, nierzeźbiony kelner popisał się sztuką ręcznego zapalania świec autentycznymi zapałkami.

– To parafina – wskazał Hunt.

– „De Aunche”.

– Taak. Wie pani, właściwie łączą nas stosunki służbowe...

– Złożyłam zaprzysiężone oświadczenie.

– Dziękuję – skinął głową Nicholas i odprężył się, bo każde ich słowo wyłapywały tu mikrofony ubezpieczenia i już samo stwierdzenie o złożeniu oświadczenia stanowiło oświadczenie.

Kwartet smyczkowy z drugiego końca sali zaczął jakąś nieco żywszą melodię. Vassone uśmiechnęła się do swych myśli, pomasowała lewy nadgarstek, przechyliła głowę na bok – to odmłodziło ją o dwadzieścia lat.

Gdy wygląd zewnętrzny, fizyczność ciała nie określają już wieku człowieka wystarczająco precyzyjnie – lub w ogóle – na wadze zyskują cechy drugorzędne: sposób poruszania się, żywość gestów, mimika, styl wysławiania się.

– Uwierzyłaby pani, że ja niemal równocześnie posłałem do niej moją swatkę? Wyprzedziła mnie pani o kilka godzin. Kiedy złożyła pani zlecenie?

– Jeszcze ze szpitala w Bostonie.

– O?

– Może to nie ja – uśmiechnęła się Marina – może to ta dziewczyna z monady czwartego.

– Lub sam czwarty – odpowiedział uśmiechem Hunt.

Zaśmiali się uprzejmie.

– Widzę, że plastycy wykonali dobrą robotę.

– To na razie jedynie laskóra symbiotyczna.

– A nie znać.

– Bo i kosztowała niemało.

– Jest pani chyba jedynym znanym mi naukowcem bogatym z domu.

– Tak dużo ich pan zna?

– Spotykam. Wie pani, sądziłem, że to właśnie chęć wybicia się, poprawienia statusu daje wam ten drive do wieloletniego ślęczenia nad komputerami, rozpychania sobie głów trującymi słowami, grzebania w nudnych detalach...

– Nie wierzy pan w tak zwane zamiłowanie?

– Czy to Krasnow ma stanowić jego przykład?

Znowu się zaśmiali.

Na horyzoncie pojawił się kelner z wózkiem zastawionym ich zamówieniami. Hunt wskazał go wzrokiem. Vassone zerknęła, uniosła brwi, pociągnęła mały łyk wina.

– Głód – mruknęła – to jeden z trzech wielkich bogów ludzkości.

– Głód to jeden z trzech wielkich bogów ludzkości – rzekła tak Huntowi owego dnia ich pierwszego spotkania, gdy Nicholas poczęstował ją krupsami.

– A jacy są dwaj pozostali? – zagadnął.

– Zawiść i Lenistwo.

Wyjął te krupsy ze swego biurka, by mieć czas pozbierać jakoś myśli. Dochodzący z sąsiednich pomieszczeń szum superkomputerów stanowił irytujące tło dla wszystkich ich słów, wypowiedzianych i niewypowiedzianych. Tam mielą się informacje o ludzkości, tam trwa nieustająca medytacja mechanicznych kabalistów genetycznego przeznaczenia Homo sapiens.

Vassone założyła nogę na nogę – sztuczny jedwab spłynął mokrymi falami czerni, z rozcięcia wynurzyła się opalona kostka i łydka – na kolanie oparła pudełeczko z krupsami i zaczęła ja wybierać dwoma palcami, jednostajnym ruchem entomologa długą pencetą wyławiającego z kolekcji żuki i motyle. Następnie rozgryzała je z cichym chrzęstem i połykała.

– Więc o co chodzi z tymi telepatami?

– Ach, telepaci. Wciąż czysta fantastyka, gdy wymawia pan to słowo, nieprawdaż? Ja też musiałam się przyzwyczajać, długo. Ale skoro już zaakceptuje pan tę ideę, przyjmie ich istnienie jako fakt...

– To co wtedy?

– Wtedy otwierają się wrota do nowego świata. Musiałam odrzucić wszystkie te najprostsze skojarzenia, aprioryczne założenia włożone mi w umysł przez kulturosferę, w której się wychowałam, a zgodzi się pan, iż telepata ma swoje miejsce w bestiariuszu popkultury naszego wieku. Trzeba myśleć samodzielnie. Od podstaw. Wychodzimy od jednej rzeczy, którą uznaliśmy za niepodważalnie dowiedzioną, reszta w gruzy.

– Coś jakby Kartezjusz. Usiadł sobie w zajeździe przy kominku...

– No, bez przesady. Ale rygory podobne.

– On w ramach tych swoich rygorów doszedł do dowodu na istnienie Boga – uśmiechnął się Hunt.

Vassone przez chwilę tylko chrupała krupsy.

– Może po kolei – rzekła sucho. – Telepatia. W jaki sposób? Bez wątpienia zachodzi bezpośredni przepływ informacji z umysłu do umysłu, z pominięciem wszelkich zwyczajnych zmysłów. Próbowałam różnych filtrów. Nic nie izoluje. Zatem w grę wchodzić tu musi jakiś inny, nowy nośnik, dotąd nie rozpoznany, nie reagujący z niczym, prócz umysłu właśnie. Tymczasowo, dla uproszczenia modelu i sprotezowania wyobraźni, nazwę ten ocean psychomemów myślnią, odsyłając krótką analogią do eteru.

– Wie pani, jak on skończył.

– Eter? Tak. Ale wszak mówię o modelu. Nie wyciągnę od razu z kapelusza drugiej fizyki kwantowej. Trzeba iść kolejnymi aproksymacjami. I tak... zaburzenia myślni, wywoływane przez pracę mózgu, idą falami o natężeniu malejącym z odległością. Mierzyłam je przez wielokrotnie powtarzane testy z mym pacjentem jako „odbiornikiem”. Minimalną porcję informacji niesionej przez falę myślni nazwałam psychomemem. Każdy zanurzony w myślni mózg sieje naokoło psychomemami, które telepaci, chcąc nie chcąc, przyjmują i włączają do własnych umysłów – i to właśnie nazywamy telepatią. Tu, jak pan już zapewne zauważył, pojawia się wielce znaczące rozróżnienie pomiędzy mózgiem a umysłem. Mózg tworzy z kompleksów wyładowań neuronalnych strukturę umysłu, a ten – chociaż proszę mnie nie pytać, jak – odbija się w myślni analogami psychomemicznymi. Proces ten zachodzi także w odwrotną stronę, to znaczy myślnia – jej zakłócenia: psychomemy – oddziałuje na mózg jako obiekt fizyczny, wywołując mierzalne odpowiednią aparaturą reakcje na powierzchni jego kory.

– Trochę mi to wygląda na mnożenie bytów ponad konieczność. Na domiar złego problem psychofizyczny... Może szyszynka, co?

– Bo pan wciąż nie wierzy w telepatię! Proszę to przyjąć jako fakt. Wówczas musimy szukać wytłumaczeń. I wtedy żaden z wymienionych elementów modelu nie jest niekonieczny.

– Bo ja wiem... No nic, proszę mówić dalej.

– Zna pan teorię opisującą działanie mózgu w kategoriach darwinowskiego doboru naturalnego? Minikompleksy impulsów neuronowych konkurują ze sobą w walce o przewagę liczebną, mnożąc się i mutując dla najlepszej „przystawalności” do sytuacji, aż któraś wersja przytłoczy pozostałe – i wtedy w pana głowie zwycięża dana myśl, decyduje się pan zrobić to a to, lub rozpoznaje pan ujrzany przedmiot, zasłyszaną melodię. Albowiem każdy taki samozorganizowany zespół impulsów „reprezentuje” jakąś myśl, wspomnienie, uczucie, w każdym razie ich ułamek; a jest ich miliony i miliony. Czy naprawdę muszę to panu tłumaczyć? To są podstawy inżynierii memetycznej. Chyba był pan na jakichś kursach?

– Owszem. – Specjalistów od manipulacji memetycznej zatrudniały tysiącami agencje reklamowe, werbowały ich na stanowiska ekspertów od public relations wszystkie firmy i instytucje, otaczali się nimi politycy, kolobbyści, wykorzystywał przemysł rozrywkowy, nawet przywódcy religijni nie lekceważyli ich analiz. Wciąż mało kto nazwałby memetykę nauką bardziej ścisłą od chociażby teorii marketingu – co wszakże nie przeszkadzało decydentom opierać się na niej i stosować do jej wskazań. Widocznie w praktyce okazywała się skuteczna, a w każdym razie za taką ją uważano.

W istocie Hunt w swym Prawdziwym Życiu kilkakrotnie uczestniczył w szkoleniach z zakresu memetyki defensywnej, przeznaczonych dla menadżerów wysokiego szczebla, na których to szkoleniach uczono ich dostrzegać trendy indukowane przez wrogich inżynierów memetycznych i bronić się przed narzucanymi strukturami skojarzeniowymi. Nazywało się to Kursami Asertywności Nieświadomej (memetyka szła bardziej od Junga niż od Freuda). Nie było to bynajmniej takie proste. Jedyną gwarancję niepodległości myśli dawałoby całkowite odcięcie człowieka od kulturosfery, lecz podobna cerebryzacja upośledziłaby go tragicznie, szybko czyniąc zeń obcego w obcym kraju. Wszelako z drugiej strony – swobodne zanurzenie się w tym oceanie prowadzi nieuchronnie do ciężkiej infekcji memetycznej. Trenerzy Asertywności Nieświadomej uczyli więc, jak skonstruować i „założyć” sobie na umysł swoisty filtr, który potem już bez udziału świadomości rozpoznawałby i odrzucał agresywne memy, nie pozwalając zakorzenić się w pamięci i odruchach popularnym trendom. Menadżerowie między sobą nazywali te zajęcia „ćwiczeniami w snobizmie”. Istniały też kursy dla zaawansowanych, gdzie szkolono menadżerów w bardziej skomplikowanych mnemotechnikach, wyrafinowanych sposobach organizacji i zarządzania pamięcią, w budowie greckich Pałaców Umysłu, shackerowych makrodefinicji skojarzeniowych i tym podobnych rzeczy; Hunt wszelako nie czuł się na siłach.

Notabene na takim właśnie podstawowym kursie usłyszał Nicholas ową anegdotę o memetyce – że niby jedynym, a samozwrotnym dowodem na prawdziwość teorii memetycznych jest wyindukowanie przez jej propagatorów powszechnego przekonania, iż są to teorie naukowe.

– Owszem, byłem i nie musi mi pani tego tłumaczyć.

– No więc proszę uznać psychomemy po prostu za analogi wirusów memetycznych na poziomie myślni. – Potrząsnęła pudełeczkiem, zajrzała: puste. Odłożyła na biurko. – Wszakże to „jedynie” jest tu bardzo mylące. Różnica jest fundamentalna. Otóż psychomemy istnieją także poza mózgiem – umysłem – człowieka. Wynika to bezpośrednio z definicji telepatii. Nastąpiło zatem złamanie owej formuły Kartezjusza, którego już pan tu przywoływał. Myśl istnieje niezależnie od myślącego. Myśl może „myśleć się”, nawet gdy nie ma nikogo, kto by ją myślał. „Myślę, choć mnie nie ma”.

– Tak, ale świadomość...

– Powoli, powoli. Na razie mamy w modelu miriady psychomemów egzystujących w oceanie myślni w oderwaniu od mózgów biologicznych. Jeśli traktujemy psychomemy jako odbicie fizycznych procesów zachodzących w mózgach, musimy i do nich zastosować teorię doboru naturalnego. Stąd wyłania się idea paralelnej ewolucji na płaszczyźnie myślni, gdzie psychomemy stanowią podstawę swoistego kodu dziedziczności. Ewolucji diametralnie różnej od tych wewnątrzkulturowych i wewnątrzumysłowych umownych procesów postulowanych przez klasyczną memetykę i wykorzystywanych w kampaniach reklamowych przez jej inżynierów.

Dla zilustrowania potrząsnęła poziomo prawą dłonią z odgiętym kciukiem: ostatni popularny memogest Coca-Coli. Huntowi wydał się jakoś nieprzyzwoity w jej wykonaniu, był wycelowany głównie w nierzeźbioną młodzież out of NEti.

– Pierwotnie mielibyśmy sytuację podobną do praoceanicznej zupy nieorganicznych związków z Ziemi sprzed miliardów lat – podjęła. – Psychomemy posiadają jednak pewną przewagę nad DNA. Po pierwsze, tempo ich mutacji i zmian pokoleniowych jest co najmniej o kilka rzędów wielkości większe od biologicznych, co łatwo sam pan może sprawdzić krótką introspekcją. Po drugie zaś, już na starcie psychomemy miały znaczne fory w samoorganizacyjnym wyścigu, ponieważ mózgi od razu wydalały je w postaci silnie powiązanych, skomplikowanych struktur – telepata odbiera wszak całe obrazy, ciągi myślowe, konstrukty wrażeń i uczuć, nie zaś chaotyczną nawałnicę drobnych impulsów nakorowych.

– Już chyba widzę, do czego pani zmierza...

– Powinien pan. – Błysnęła krótkim, wąskim uśmiechem, potem zaraz odwróciła wzrok. – Tam, w myślni, istnieje życie, istnieje świadomość. Musimy przynajmniej spróbować się porozumieć.

– ...z tego względu rozróżniamy wśród monad trzy podstawowe kategorie. Przez analogię do organizmów biologicznych nazywamy je: monadami roślinnymi, monadami zwierzęcymi oraz neuromonadami. Neuromonady są właśnie tym, z czym usiłujemy się skontaktować: to homeostatyczne, długotrwałe zaburzenia myślni o takim stopniu komplikacji i samoorganizacji, iż posiadają świadomość swego istnienia w ortodoksyjnym rozumieniu tego słowa. Bo wszak także o zwierzęcej monadzie rzec można, iż myśli, skoro myśli są jej „kośćmi”, „krwią” i „mięśniami”. Monady: roślinną i zwierzęcą definiujemy przez opozycję do neuromonady – jako te, które świadomości nie posiadają, przy czym roślinne są monadami stacjonarnymi. Proszę nie ulegać pochopnym skojarzeniom co do owych nazw: w żadnym razie nie chodzi tu o to, skąd pochodzą psychomemy danej monady, to znaczy: od człowieka, czy od zwierzęcia. Zazwyczaj jest to bowiem dosyć dokładnie przemieszane, jedynie w większych metropoliach natrafić można na monady pod tym względem „czyste”. Na terenach wiejskich natomiast, w dziczy bezludnej...

Czarny słuchał i patrzył. Wraz z miękkim, kobiecym głosem odbijającym się od ścian habitatu, atakowały go z nadłóżkowego ekranu obrazy, zazwyczaj komputerowe symulacje, w schematyczny sposób starające się przedstawić omawiane procesy. Psychomemy były tu zielonkowatymi amebami pływającymi w przezroczystym różu myślni, łączącymi się w większe skupiska, mnożącymi się przez interferencję i walczącymi o „pokarm” złożony z pojedynczych seledynowych drobin, owego planktonu myślni. Mózgi ludzi i zwierząt ukazano w postaci małych słońc, emitujących nieustannie promieniowanie psychomemiczne. Barwa owych gwiazd zmieniała się w zależności od fazy aktywności posiadacza odwzorowywanego mózgu i wykonywanych przezeń czynności – na przykład podczas głębokiej medytacji połączonej z powtarzaniem mantry, „światło” umysłu stawało się w wysokim stopniu monochromatyczne. Z kolei monady jawiły się w symulacji jako jasnozielone – aż po żółć i pomarańcz – chmury, powodujące w swym bezpośrednim otoczeniu fraktalowe odkształcenia delikatnego różu myślni.

Sekwencje następowały po sobie w rytm nie zwalniającego ani na moment komentarza.

„Opętanie” przez „ducha”: monada zachodzi na słońce, wpycha weń macki, słońce zmienia kolor, zmienia widmo emisyjne, monada puchnie.

„Nawiedzone” miejsce: przestrzeń wypełniona jednostajną zielenią przerażenia.

Empatia: miejscowe zazielenienie powierzchni gwiazdy umysłu.

Telepatia: gwiazda zielona jak niedojrzałe jabłko.

Modele modeli modeli, myślał zdegustowany Czarny. Co za mądrość dietetyczna, dwie kalorie prawdy na kilogram słów.

– ...że dotychczasowe próby nie dały rezultatu. Przestrzeń kosmiczna wydaje się do tego celu idealna z uwagi na brak jakichkolwiek zanieczyszczeń myślni. Rychło się pan przekona, jak bardzo w tych warunkach wzrosła „czułość” pańskiego mózgu. To tak samo, jak ze wzrokiem, gdy zniknie powietrze, które rozprasza emisję i przesłania obiekt kondensowanymi zawiesinami. Zasadniczo interesują nas neuromonady. Niewątpliwie jednak będzie pan miał również styczność z monadami animalnymi, proszę im wszakże nie poświęcać wiele uwagi, nad ich wykorzystaniem pracujemy na Ziemi z pomocą osób o mniejszych, lecz nie tak rzadkich uzdolnieniach. Trwają zresztą również prace nad ścisłym, bezpiecznym wyodrębnieniem całości genów odpowiedzialnych za telepatię i zaprojektowaniem...

U Hunta w mieszkaniu. Światła zapalone. Pracują wszystkie kamery i mikrofony sieci ubezpieczenia. Pornografia to kąt widzenia.

– Patrz mi w oczy – prosił. – Patrz mi w oczy.

Nie. Albo powieki zaciśnięte, albo wzrok odwrócony, gdzieś do góry, na sufit, na ścianę. Nawet gdy wcześniej wygłaszali formułki przyzwolenia NEti, spoglądała w bok, skupiona nie na słowach i nie na nim, lecz odpinanych równocześnie kolczykach.

Oboje, rzecz jasna, byli sterylni; i taki też był ich seks. Nawet jeśli radość i przyjemność – to ukryte, stonowane, trzymane na wodzy. Bardzo mało słów. Czasami monosylabiczne popędzenia lub prośby o zwolnienie. Gdy ssał jej piersi czy gryzł srom, mruczała nisko, nie otwierając ust, z głębi gardła, w rytmie oddechu. W pocałunkach byli bardzo ostrożni: zetknięcie języków intymniejsze niż członek w pochwie. Długo nie mogła dojść, powstrzymywał się, mając w pamięci, że to ich pierwszy raz, i kiedy w końcu dyskretnie zaszczytowała, był nazbyt zmęczony na cokolwiek więcej. Uśmiechnął się do niej, by dać znać, że nie ma złe. Choć przecież miał.

Wstała i, nie oglądając się, wyszła na balkon. Szła powoli, niepewnie. Oparłszy się wyprostowanymi rękoma o balustradę, pochylona, oddychała głęboko, głośno łykając hausty nocnego powietrza. Pot ściekał po jej plecach wzdłuż kręgosłupa.

Hunt podszedł do stolika i podniósł do ucha swój kolczyk, by sprawdzić, czy nikt nie telefonował; ale nie. Wypił szklankę soku i również wyszedł na balkon.

Ciężarne kaszaloty sterowców świeciły ponad miastem swym wewnętrznym, zimnym światłem, zapełniając niebo płonącymi runami reklam. Taka wszak była ich pierwotna funkcja, podpoziomy mieszkalne i cała reszta to po prostu wykorzystanie sytuacji, dodatkowa okazja na wyciągnięcie forsy. Ekonomia wykreśla wektory rozwoju: najpierw były to holograficzne malunki naniebne, lecz sterowce o powłokach z nanopłótna okazały się na dłuższą metę znacznie tańsze dla określonego rodzaju reklam. Ekonomia określa również estetykę krajobrazu: współczesne reklamy były w większości znacznie mniej agresywne, bardziej spokojne, stonowane niż reklamy zeszłowieczne, jako że celowano je w ludzi starszych, tu bowiem przesunął się dzwon konsumpcji.

Oczywiście sieć NEti sięgała również na balkon. Przyzwolenie, według obowiązującej interpretacji ustawy o gwałtach małżeńskich, obejmowało czas jedynie do „pierwszej zasygnalizowanej przez wszystkie zaangażowane strony przerwy w stosunku” – stanął więc metr od Mariny i zatrzymał w pół ruchu swą rękę, która już sięgała do jej policzka.

– Chce pani soku? – spytał zamiast tego. I dodał: – Mam parę monokimon.

– Tak.

Przyniósł zatem i to, i to. Kimono, idealnie czarne, wykonane było z pojedynczych nici semifulerenowych. Było tak lekkie, że Hunt w ogóle go nie czuł w ręce. Vassone założyła je, nie zawiązując. Uderzenia strumieni fotonów i ruchy powietrza nieustannie gięły na jej ciele monotkaninę w miękkie rzeźby ciemności.

Na balkonie stały trzy fotele z wikliny. Marina usiadła na tym w kącie. Odruchowo założyła nogę na nogę, na kolanie postawiła nie do końca opróżnioną szklankę. Hunt bał się, że szklanka zaraz spadnie – wystarczyłby jeden nagły skurcz mięśni uda – lecz do samego końca sok w niej nawet się nie zabełtał.

Po bocznej ścianie balkonu wędrował czarny pajączek.

– Pająk widziany nocą – zanucił – to miłość.

– Miłość? Takie małe brzydkie?

Uśmiechnął się krzywo.

– Ma pani bardzo piękne piersi.

– Dziękuję w imieniu moich rzeźbiarzy.

Źle. Spróbować inaczej.

– Widzi pani ten z Pepsi-Colą? – wskazał w górę. – Tam mieszka moja siostrzyczka.

– Ach, prawda, ta od senatora.

– Właśnie.

– Szpanerstwo z tymi skyhouse'ami.

– Myśli pani?

– Czytał pan przecież raporty o zagrożeniu terrorystycznym. To są dla nich cele wręcz wymarzone.

– No, istnieją różne zabezpieczenia...

– Akurat. Kilka silnych głowic w rakietach ziemia-powietrze. Nawet N-technologia nie zdzierży. Zresztą fale uderzeniowe ich załatwią.

– Wie pani, kilka silnych głowic to zmiecie każdy budynek w tym mieście.

– Też prawda.

– Pani się na tym zna?

– Na czym?

– Sterowcach. Nano. Materiałach wybuchowych.

– Niby czemu? Nie moja dziedzina. Dlaczego od ludzi z tytułami naukowymi oczekuje się, iż dysponują równie wielką wiedzą w każdej dziedzinie? Mój syn wie o ekonomii dziesięć razy więcej ode mnie.

– A co on studiuje?

– Jeszcze nie studiuje.

– Taa, teraz wszystko rozciągnięte w czasie, szkoły pierwsze, szkoły drugie, szkoły trzecie, studia i kursy podyplomowe, w życie dorosłe wchodzisz nie wcześniej jak po trzydziestce.

– Cywilizacja, drogi panie, cywilizacja. Wszyscy się specjalizujemy.

– Ale tu nie chodzi o bezradność ani niedojrzałość. Z setka spółek na nowojorskiej – to są spółki kontrolowane przez nastoletnich rekinów finansjery. A w niektórych stanach sprzedaje się inkuby czternastolatkom.

– Mój syn ma siedemnaście lat.

– Przepraszam. Nie o to mi chodziło.

– Nie ma za co. Wiem.

– O czym to mówiliśmy?

– O ludziach z tytułami naukowymi.

– Prawda. Krasnow... Ale nie. Chciałem spytać o panią. W „De Aunche” nie odpowiedziała mi pani. Skoro to nie jest owa charakterystyczna dla ubogich imigrantów dzika determinacja w dążeniu do wybicia się – to co? Tylko proszę mi nie mówić, że spłycam: osiemdziesiąt procent doktorantów na naszych uczelniach to są w pierwszym lub drugim pokoleniu przesiedleńcy z Południa. Więc jak właściwie wygląda takie prawdziwe „zamiłowanie”? Mhm?

– A, żebym to ja wiedziała! To się tak jakoś... Ileż to razy w ciągu całego życia podejmujemy świadome, przemyślane decyzje co do jego kształtu? Na palcach jednej ręki można zliczyć. Niektórzy w ogóle nie podejmują, płynie to samo z siebie, siłą inercji; po prawdzie większość. Nie inaczej ze mną. Czy ja pragnęłam zostać doktorem kognitywistyki? Gdzie tam. Wszystko z pychy i megalomanii. Już jako dziecko chciałam imponować wszystkim dookoła, popisywałam się przy każdej okazji. Rówieśnikom opowiadałam niestworzone historie, wplatałam do rozmowy każde posłyszane czy wyczytane gdzieś obco brzmiące lub wyjątkowo długie słowo, a jak nie wiedzieli, o co chodzi – bo niby skąd mieli wiedzieć? – to robiłam wielkie oczy i pukałam się w czoło. Z czasem nad satysfakcją z tych tryumfów począł brać górę strach przed zbłaźnieniem się. Studiowałam zatem encyklopedie i słowniki, godzinami siedziałam przy kompie, wyszukując coraz to nowe dziedziny do wydrenowania z barokowej terminologii. I tak gdzieś w okolicy dwunastego roku życia okazało się, że jestem klasową prymuską, i wtedy to już było czyste przerażenie, bo nie mogłam sobie pozwolić na zawalenie któregokolwiek z przedmiotów. Nienawidziłam wszystkich, a tych moich rówieśników, którym imponowałam, najmocniej. Potworna jest moc cudzych wyobrażeń. Sama siebie skazałam na klatkę. Ale to były przecież wygłupy małego dziecka – a płaciła za nie już nastolatka. I z tej drogi nie było odwrotu. Potem bowiem, w szesnastym, siedemnastym roku życia, zorientowałam się, że mnie naprawdę interesuje to, co czytam, że szukam dalszych informacji i szperam po katalogach jedynie dla zaspokojenia własnej ciekawości, gnana fascynacją tematem, bo dawno już przestałam się popisywać tanimi trickami erudycji, teraz właśnie pozowałam na głupszą niż w rzeczywistości, nie zależało mi nawet na zwycięstwie w dyskusjach... W ten oto sposób wyrzeźbiłam samą siebie. Kto? Kilkuletnie dziecko. I na czym stoi cała ta moja „kariera”? Na mych wadach, na ciemnej stronie mej natury. Bo to pycha, to zawiść, one na dłuższą metę są najsilniejszymi, najpewniejszymi motywacjami.

Hunt milczał, ciężko zdegustowany. Nie spodziewał się w odpowiedzi na swe pytanie aż takiej autowiwisekcji. Taktownie skierował spojrzenie w bok i w górę, na miasto sterowców. To nieprzyzwoite, taki akt. Powinna znać granicę. Co ja mam teraz powiedzieć? Jak się zachować? Prawda, chciałem większej bliskości, intymności – ale, do cholery, bez przesady...!

Teraz powstał kłopot: jak rozwiązać układ spojrzeń nierównoległych. Nie należy patrzeć gdzieś w odległą przestrzeń, to nazbyt sztuczne. Podobnie popatrywanie na własne paznokcie nie spełnia roli. Coś pomiędzy: ściana, balustrada, żeby spojrzenie błądziło w sposób niby naturalny. Ktoś w końcu złamie się pierwszy – spojrzy wprost, wstanie, wyjdzie. Ale niech to nie będę ja.

– To wystarczy, żeby uwierzyć w myślnię – mruknęła.

– Co?

– Takie chwile.

– Jakie?

– Takie właśnie.

Trach: spojrzał na nią.

Głowa nieco opuszczona. Uśmiechała się.

Wzruszył ramionami, podrapał się wskazującym palcem w prawą brew.

– Wiele nie trzeba – przyznał. – Wchodzisz do pokoju, nawet nie obejrzą się, a już zmiana. Takie rzeczy. Telepatom? Skądże. Ile razy coś podobnego... Obszczekuje cię na ulicy pies, w pewnej chwili masz już tego dość, może zły humor akurat, w każdym razie wściekłość przeważa, i w tej jednej chwili jesteś gotowa skopać go na śmierć, pstryk, decyzja milisekundowa, nawet jeszcze nie wykonałaś ruchu, nie zmieniłaś wyrazu twarzy, hormony agresji nie zaczęły pracować – a ten pies już wie i milknie, podkula ogon, ucieka. Takie rzeczy. Myślnia pasuje do podświadomych przeczuć. Albo czy ktoś patrzy na ciebie, osławiony „wzrok przewiercający potylicę”. Powinniśmy szukać między tajnymi agentami. Którzy najlepiej wyczuwają śledzących. I tak dalej.

– Taa, wiem coś o tym. – Zajrzała do wnętrza szklanki (to też jest sposób). – Kiedy właściwie Fortzhauser odwołał moją ochronę?

– Mhm? Tuż po pani powrocie z Bostonu. Bo co?

– Ona jest trochę paranoiczka i...

– Kto?

– Ona. Ja.

– Aha. – Wstał, oparł się przedramionami o balustradę, wyjrzał w świetliste otchłanie. – Jeśli ktoś panią śledzi, trzeba to zgłosić, i tak dosyć mamy przecieków, pół świata już wie. Przynajmniej w razie czego będzie pani potem kryta.

– Śledzić? Po cóż mieliby mnie śledzić? Nie tak dzisiaj pracują wywiady. A może się mylę? Pan był przedtem – gdzie? w NSA?

– Nieważne.

Odwrócił się i jego wzrok trafił na tego pająka, mozolnie wędrującego po ścianie. Zanim pomyślał, wyciągnął rękę, by go zdjąć i wyrzucić za balkon. W ostatecznym rozrachunku ciało okazało się jednak wolniejsze od myśli i na szczęście Nicholas w porę się zorientował, co właściwie czyni. Oho! Pułapka! Wymienił z Mariną szybkie spojrzenia, wymuszony uśmiech kłócił się w nich z autentycznym zmieszaniem.

Sam się w to wplątał, sam musi znaleźć wyjście. Ręki wciąż nie opuszczał. Opuści – źle. Wyrzuci pająka – też niedobrze. Przeciągać chwilę bardziej również nie sposób, obsunie się w inny symbol, jeszcze silniejszy.

Co robić, co robić, Boże mój, jak ja się wpakowałem w tak jednoznaczne deklaracje, ona patrzy, nie mogę wyrzucić, nie mogę nie wyrzucić...

Poruszyła głową, wróciła do kontemplacji zawartości szklanki.

Opuścił ramię.

– Chodźmy, zimno mi. – Ruszył ku drzwiom. – Zadzwonić po taksówkę?

– Jurydykator gwarantuje.

– No tak.

Wypiła sok. Odebrał szklankę. Palce miała zimne. Przeprosił za przypadkowe dotknięcie.

5. Uwolnienie

Czarny zgasił ekran, przerwał wykład komputera, choć zdawał sobie sprawę, że jeszcze nie wszystko usłyszał – ale to za wiele na jeden raz, lepiej porcjami, tak łatwiej akceptować cuda i wszelkie nieprawdopodobieństwa.

Krzyknął na światło i w habitacie zapadła ciemność. Przypiął się do posłania. Taak. Myślnia, psychomemy, monady... Zobaczymy.

Nigdy tego nie robił, nie było potrzeby, czerń zalewała go wszak nawet wbrew jego wysiłkom – teraz natomiast miał się świadomie otworzyć na zewnętrze. Umysł jak gąbka. Wyobraź to sobie: zasysasz, chłoniesz, wciągasz, absorbujesz...

Jest tam kto...?

...szszszszszszszsz...

Problem polegał na tym, że nie zawsze dawało się natychmiast wychwycić obce myśli – nie zawsze „pchały się przed oczy”. Nieraz zdarzało się Czarnemu znajdować w środku swych po latach otwieranych wspomnień oczywiste „fałszywki”: papużki nierozłączki hodowane przezeń w dzieciństwie (nie hodował); twarz siostry (nie miał siostry); obrazy miejsc, w których nigdy nie był. Stanowiło to dodatkową przyczynę, dla której nie ufał własnej pamięci – chociaż tę mniej ważącą, bo przecież dosyć łatwo było rozpoznać owe „kukułcze jaja”. Teraz jednak, gdy usiłował „upolować” monadę, rzecz urosła do rangi problemu: monada może być tuż-tuż, monada może go dotykać, lecz on jej nie wyczuwa, ponieważ jej psychomemiczne macki omijają napowierzchniowy strumień jego myśli.

Co natomiast wyczuwał: dezintegrujące się powoli pozostałości po Numerze 4, coraz drobniejsze kompleksy jego psychomemów, jak ten z końmi. I własne, co zawsze gromadzą się w miejscu, w którym przebywał przez dłuższy czas. Komputer objaśnił mu to ogólną regułą: rzecz dotyczy wszystkich ludzi, lecz tylko telepaci zdają sobie sprawę. W przypadku ludzi o uzdolnieniach mediumicznych, czy też po prostu nadwrażliwych, czasami jeszcze dochodzi do pojedynczych „powrotów” psychomemów: znalazł się po jakimś czasie w tym samym miejscu i przyszły mu do głowy te same myśli, co przy pierwszej wizycie. Lub pewien rodzaj déjá vu: nigdy tu nie był, a zna okolicę – dzięki przyswojeniu sobie psychomemów z cudzymi reminescencjami. Zresztą zależy to od zagęszczenia psychomemów w myślni, przy wyjątkowo wysokim niemal każdy jest już podatny. Tym się tłumaczy istnienie miejsc – ulic, budynków, pomieszczeń – charakteryzujących się specyficzną atmosferą: przygnębienia, przerażenia, smutku, radości. Więzienia są tak ponure nie tylko z racji barwy ich ścian.

Dla każdego człowieka istnieje bowiem jemu właściwy próg ciśnienia myślni, do którego umysł opiera się naporowi wolnych psychomemów, potem – bariera pada. Tak jak z systemem immunologicznym: są ludzie, które chorują każdej wiosny, i są tacy, którym żadna epidemia nie straszna.

Nagle – przez szybkie obrazowe skojarzenie – zdał sobie Czarny sprawę, jak by to jego „polowanie” wyglądało w komputerowej symulacji: samotne słońce wabiące swymi promieniami dookolną gęstą zieleń. Kto tu na kogo poluje? Przecież on pełni rolę żywej przynęty! Te czujniki, elektrody, którymi opięty był Numer 4 – to dlatego. Co za kontakt możliwy z neuromonadami? Zbliżą się, dotkną... Co zostanie z mego umysłu?

Poczuł się przerażająco nagi w owej zimnej pustce kosmosu i myślni, wystawiony na widok, bezbronny.

O co tak naprawdę chodzi Huntowi i pozostałym?

– Przynętą? Oczywiście, że jesteś przynętą, o to tu przecież chodzi, tłumaczyłem ci. Ale jeśli pytasz o to, czy jesteś przeznaczony na stracenie – to odpowiedź jest zdecydowanie przecząca. Pomijając wszystko inne, uwierz w nasz pragmatyzm: nie znaleźliśmy dotąd twego następcy. To znaczy: znaleźliśmy, lecz nie udało się go przechwycić, inni byli szybsi. Jesteś dla nas niezwykle cenny.

– Doprawdy? Nie wygląda mi na to. Wiesz, co się stanie, gdy uda mi się zwrócić na siebie uwagę neuromonady i zostanę przez nią naprawdę dotknięty? Potrafisz to sobie wyobrazić? Ja nawet nie próbuję.

– Posłuchaj mnie uważnie. Nauczysz się mantrycznej blokady medytacyjnej, to cię obroni, monada nie będzie miała do ciebie dostępu, gdy zapchasz sobie umysł psychomemami neutralnymi. Podłączysz się do aparatury, żebyśmy mogli monitorować wszystkie czynności twego organizmu, także mózgu. Nie potrafimy chemicznie zablokować twej zdolności telepatii, bo to jest immanentna właściwość umysłu – jak biegłość w matematyce czy wyobraźnia przestrzenna – ale możemy aplikować ci wspomagające hormony i chemiczne stymulanty. Poza tym – my przecież nie chcemy, żebyś od razu pakował się z umysłem w środek neuromonady. Powolutku, powolutku. Urwiesz jej trochę psychomemów, potem znowu. Opowiesz, co pamiętasz, co myślisz, czujesz. Może też ona wchłonie twoje psychomemy. Ty masz tam być jak latarnia morska, nadawać Morse'em przez myślnię. Neuromonady są inteligentne, prędzej czy później się zorientują – a my dążymy właśnie do tego, do kontaktu, obustronnego kontaktu.

– Rodzice zamówili cię chyba jako idealnego sprzedawcę używanych samochodów, Hunt.

– Polityka chcieli, polityka. Pamiętaj: nie narażaj się. Nie musisz od razu brać monad szturmem. My jedynie chcemy się porozumieć.

– Kłamca, cholerny kłamca, otworzysz gębę i spada cena srebra. Nie wierzę w ani jedno twoje słowo.

Przeklęty panie Hunt, zgrzytał Czarny zębami, ja ci tu jeszcze pokażę „porozumienie”! Totalne!

Co jednak mógł sam tu zrobić? To przecież był szantaż par excellence, szantaż tak doskonały, że nawet nie wymagał artykulacji groźby. Czarny wszak tak czy owak będzie tu na orbicie świecił dla monad niczym słońce, wybuchająca supernowa – i w tej sytuacji wszystkie zalecenia Hunta zgadzały się w stu procentach z podpowiedziami instynktu samozachowawczego Czarnego.

Uczył się „mantrować” na beztreściwych słowach, zapadać w trans medytacyjny, otwierać swój umysł, wypuszczać w myślnię protuberancje psychomemiczne. Popodłączał się własnoręcznie do całej zainstalowanej tu aparatury. Trafił przy tym na kilka starych skrzepów myślni z utrwalonymi w formie psychomemów wibracjami pamięci – jak tamci przylepiali sobie czujniki, przypinali injektory, wbijali igły: Numer 4, Numer 3, Numer 2. Na psychomemy Numeru 1 nie natrafił ani razu, zapewne przydzielono mu inny lab. Albo po prostu wymiotły je i rozproszyły psychomemy późniejsze.

Podłączywszy się, trenował w sprzężeniu z kompem, który wykreślał na ekranie nad nim linie szybkości pulsu, ciśnienia krwi, fal mózgowych. Oficer dyżurny – ktoś nowy, nie znał Czarny tego głosu – odpowiednio zachęcał go do ćwiczeń bądź polecał chwilę odpoczynku. Lecz w istocie żaden odpoczynek nie był tu możliwy. Nawet nieprzytomny, wzbudzałby w myślni fale na kilometry naokoło. Co innego to było, jeśli nie wyrok w zawieszeniu?

Gdy wyciszał się, otwierał mentalnie – niemal fizycznie czuł, niemal widział zieleń przenikającą osmotycznie w fotosferę gwiazdy jego umysłu. Model zwyciężył.

Bombardowało go promieniowanie reliktowe myślni – stare, pojedyncze, zdegenerowane psychomemy: drgnięcie mięśni karku tyranozaura, krew ofiary w paszczy tygrysa szablastozębnego, kość wzniesiona do ciosu w mej włochatej pięści, widok krajobrazu sprzed ery człowieka, ciężkie myśli wielorybów, prawie nieprzystawalne do ludzkich analogi impulsów nerwowych organizmów prymitywnych.

Obmywały go wysokie fale białego szumu – chaotyczny potop psychomemów z gejzeru dzisiejszej biosfery Ziemi, ze szczególnym uwzględnieniem ludzkości: gnije zakuty w kajdany w chińskim więzieniu, dotyka jego skóry ciepło słońca na piasku plaży Lazurowego Wybrzeża, przynosi zimną ulgę ssanie mechanicznej dojarki na jego wymionach, dziesiąty ból krzyża, gdy zginam się, by wsunąć w błoto sadzonkę ryżu.

A sam także promieniował sobą na wszystkie strony, krzycząc, wabiąc, płonąc. Supernowa. Przyjdźcie, przyjdźcie, przyjdźcie. Nie przychodźcie, nie przychodźcie.

I czy to, co docierało do niego co jakiś czas, te dzikie, absurdalne połączenia psychomemów – gryźć czas, anabullga trosa, cap za żółto, skaczemy w otchłanie ciężaru, lód na trawie mych oczu, podzielić się, podzielić na minus dwa – czy to były właśnie te pierwsze dotknięcia macek neuromonad...?

W Nowym Jorku Hunt wrócił już z lunchu w „Santuccio”. Nawet podczas jedzenia planował kolejne posunięcia w dialogach z Numerem 5. Facet był wymagającym graczem. Lecz stał na z góry straconej pozycji. Miał rację, miał całkowitą rację: stanowił żywą przynętę i był przeznaczony na straty. Ale i Hunt mówił prawdę: nie dysponowali kolejnym telepatą i Czarny był dla nich bardzo cenny. Lecz na czym polega ta drogocenność, skoro w myśl obowiązującej w Programie Kontakt doktryny zużywamy ich niczym jednorazowe flary sygnalizacyjne?

Nicholas nie zwierzał się z tego nikomu (zwierzać się! – aż taki głupi to on nie był), ale nie żywił wielkich nadziei na powodzenie projektu. Nawet istnienie owych neuromonad – zdefiniowanych właśnie jako monady „inteligentne” i „samoświadome” – wydawało mu się niezwykle mało prawdopodobnym. Hunt nie posiadał tej łatwości wiary w abstrakcyjne modele i umiejętności dowolnego obracania nimi w głowie, którą Vassone tak dobrze rozwinęła. Dla Hunta elektron stanowił piłeczkę pingpongową wirującą dookoła siebie i jądra atomu. Z takim podejściem – z tak ukształtowanym umysłem – wypadał w rozmowach z naukowcami na nieuleczalnie chorego na astygmatyzm wyobraźni: pewnych rzeczy po prostu nie dostrzegał. Zdawał sobie jednak sprawę z tej ułomności i nie sądził podług siebie. Być może był to błąd – bo inni wszak również mogli znać jego ograniczenia i wykorzystać ślepca do własnych celów: nikt nie kłamie lepiej, od przekonanych o prawdziwości wypowiadanych łgarstw...

Bez odczekania wszedł do gabinetu Mariny – pomieszczenia Centrali nie posiadały wymaganych przez Nową Etykietę indywidualnych blokad zamków drzwiowych.

Vassone malowała sobie właśnie usta. Zdziwił się: nawet do „De Aunche” przyszła prawie bez makijażu, czemu maluje się teraz? Na dodatek uśmiechnęła się do niego znad lusterka zupełnie nie po swojemu – niemal ciepło.

– Przesłuchała pani moją ostatnią z nim rozmowę? – spytał usiadłszy.

– Yhmy.

– I co?

– Co: i co?

– Przecież to prawda – mruknął – oni są kamikaze.

Vassone schowała kosmetyczkę.

– Pan nie wierzy w sukces Programu, panie Hunt – stwierdziła.

Nicholas sklął się w duchu. Tak to się właśnie kończy. No bo od czego są psychoanalitycy? Od czego teleconfessions? Dał plamę, nie da się ukryć.

Bezczelnie spojrzał jej w oczy.

– Monady roślinne i zwierzęce – okay, mam dowody, pośrednie, ale mam. Ale – neuromonady? To tylko elegancka ekstrapolacja. A nawet gdyby prawda – to jak odróżnić? Po czym?

– Po organizacji myśli. Monady pierwszej i drugiej kategorii nie myślą. Ulegamy tu złudzeniu spowodowanemu tym, iż ich „ciało” zbudowane jest z psychomemów. Podobnie – jeśli nie przeciążam tym porównaniem pańskiego aparatu imaginacyjnego – byty „myślące białkami” mogłyby brać całą florę i faunę Ziemi, ich biologię, za przejaw zaawansowanego życia psychicznego. Tak samo monady. Inteligencji i świadomości szukać trzeba u nich poziom wyżej.

Hunt zreflektował się i opuścił wzrok z twarzy na piersi, dłonie, nogi Vassone. Znowu przelotne zdziwienie: była w brązowym monosari i wełnianej kamizelce – nie jej barwy, nie jej styl, przez te pół roku ani razu nie widział jej podobnie ubranej.

– No dobrze – mruknął, szukając po kieszeniach beznikotynowców – ale co to jest, ten „poziom wyżej”?

Marina odchyliła się w tył w swym fotelu, spojrzała przymrużonymi oczyma na sufit.

– To też będą jedynie przybliżenia, modele, ekstrapolacje. Na tym etapie nic więcej nie mogę panu zaproponować. Poziom wyżej... myśli jako forma organizacji psychomemów. Bo nie psychomemy jako takie: nie myśli pan przecież wszystkimi komórkami swego organizmu. W tym sensie nie przypuszczam, by neuromonady były w ogóle świadome treściowej zawartości psychomemów – to dla nich martwa materia.

– Zaraz-zaraz! Jak zatem możemy zwrócić na siebie ich uwagę? Co nam da wyłapanie przez telepatów fragmentów ich skrzepów myślni, ich ciał: kompleksów psychomemów – co? Nic!

– Wie pan – rzekła wolno Vassone z osobliwym uśmiechem – są na to sposoby. Cios młotem kowalskim i wulkan pod stopami każdy zauważy.

– Drukowanymi, proszę – warknął Hunt.

– Uśmiercenie w identyczny, bardzo bolesny sposób dużej liczby ludzi bądź zwierząt o dobrze rozwiniętym systemie nerwowym...

Nicholas mimo woli spojrzał jej w oczy.

– Czy my tu mówimy o zbiorowych, rytualnych mordach?

Vassone skinęła głową.

– Są precedensy w historii. Sądzi pan, że skąd się wzięła tradycja hekatomb dla obłaskawienia bogów?

– Bogów? Bogów? Czy nie zataczamy tym samym... Moment... Pani mi wtedy powiedziała: „Oni znajdą mi Boga”. Co to wszystko...

– A wracając do „poziomu wyżej” – weszła mu w słowo Marina – rzec mogę następująco: istnieją pewne uprawnione przypuszczenia. Weźmy kwestię samej inteligencji. W standardowych sprawdzianach IQ stosuje się dla wyznaczenia umysłowych możliwości badanego testy na analogie, równoczesne operacje n-elementowe: A ma się do B tak, jak C do D, E lub F. Za maksimum dla Homo sapiens jako gatunku uznaje się około tuzina elementów, z uwagi na odchylenia w przypadku szczególnie ekscentrycznie rzeźbionych. Chodzi tu o liczbę tak zwanych „porcji informacji”, którymi może pan jednocześnie obracać. W czasach telefonów klawiaturowych stosowano różne metody dzielenia długich numerów telefonicznych dla umożliwienia utrzymania ich w „polu operacyjnym” umysłu. Łatwiej zapamiętać „siedemnaście dwanaście trzysta dwa” niż „jeden siedem jeden dwa trzy zero dwa”; wiem, bo sama wciąż uczę się numerów na pamięć, już kilka razy okazało się to bardzo przydatne, panu też radzę. Zdolność do pracy na takich wieloelementowych zbiorach nazywamy właśnie inteligencją. Neuromonady natomiast – nie sądzę, by istniała dla nich jakakolwiek górna granica liczby owych elementów. To w ogóle nie jest inteligencja do pomieszczenia w naszych skalach, równie dobrze może pan ważyć głazy wagą aptekarską. Z tym aspektem wiąże się także umiejętność myślenia „nadmetaforami”, to znaczy metaforami zbudowanymi z metafor, albowiem...

– Cisza! – szczeknął Hunt i Vassone zamilkła. – Ja nie o to pytałem. Pytałem, po cholerę my wysyłamy tam na orbitę telepatów, skoro mówi pani, że dla neuromonad są jak zimne hamburgery. No? Pani wprowadziła nas w błąd, pani doktor. Pani wprowadziła w błąd rząd i wyłudziła setki milionów! To jest kryminał.

– Och, bez przesady. Nic aż tak dramatycznego. Przecież sam pan wie, że porozumienie jest możliwe, no, może nie porozumienie – kontakt; a to na zasadzie wymuszanych, powtarzanych reakcji. Jeśli rzucać psu hamburgery, pójdzie za rzucającym. Myśli pan, że w jaki sposób czwarty wytrenował i nasłał na mnie animalną? Że skąd wzięły się Wojny Monadalne tego Schatzu?

– Pies. Animalna. Ale – neuromonady? Dopiero co dała pani do zrozumienia, że to my jesteśmy dla nich jak te psy.

Wzruszyła ramionami, uśmiechnęła się, puściła oko.

– Tak. Ale mówimy tu o kontakcie. Czyż zresztą nie taka jest nazwa tego Programu? Kontakt. Co po nim – to już nie moja działka, nie jestem politykiem. A że do niego prędzej czy później dojdzie – gwarantuję. To już pięciu. Każdy z nich czuje, widzi ich „ciało” i może na nie bezpośrednio wpływać. Regularność zwróci w końcu uwagę każdej inteligencji. To jest właściwie aż zaskakujące, iż my wiemy o nich, a one o nas – nie.

– A skąd właściwie ta pewność – skrzywił się szyderczo Nicholas – że neuromonady nie zdają sobie sprawy z naszego istnienia?

Trwoga. Trwoga aż oddech boli. Z jakiego powodu? Czy to jest strach przed czymś konkretnym? Przed czym? Grał właśnie z komputerem w go, nie był nawet podpięty do czujników medmonitoringu. Co się dzieje? Tylko dlatego zadawał sobie te pytania, że był telepatą i potrafił rozpoznać, kiedy myśli przeskakują mu zupełnie bez powodu na inny tor. Natychmiast zaczął mantrować. Ale trwoga była już zbyt wielka, zdążyła go rozdygotać. To nie jestem ja! Nie moja pamięć! Nie moja wola! Nie mój lęk! – Tonę! – wrzasnął. Złapał za pasy sensoryczne, kaptur z elektrodami... nie poczuł ich, ręce zmysłem dotyku informowały go o czymś mokrym i gorącym, chropowatym, chociaż widział, że to nieprawda. – Tonę – powtórzył i poczuł, że przełyka jakiś twardy, kolczasty przedmiot, chociaż niczego takiego nie przełykał. Zakrztusił się. Pozbawiony punktów oparcia, zawirował w nieważkościowym piruecie. Otworzył się przed nim widok na łąki zielone, błękit przestrzeni ponad. Jasność letniego słońca na włosach i skórach nagich dziewcząt, które biegły ku niemu. – Nie moje niebo – rzekł padając na ziemię, znowu ciężki, tak bardzo ciężki. – Siódma brama, hurysy czarnookie, czy ja poległem w boju, ich Pan obwieści im radosną nowinę przez miłosierdzie od Niego i przez upodobanie i przez Ogrody, gdzie czeka ich nieustanna szczęśliwość. Będą w nich przebywać na wieki. O tak! – ustami pełnymi ciepłej gleby wołał w uniesieniu po arabsku, choć nie znał arabskiego. Te bitwy, gdy niewierni padali pod cięciami jego damasceny, te wędrówki pod Księżycem pustyni... Odsłonięte zostało przede mną al-gajb. Dostąpiłem... W otchłani. W otchłani. Pod pokrywą mroku. Jestem wężem, który pełznie prosto w otwartą paszczę jeszcze większego węża. Zapachy budują dookoła kunsztowne barbakany obietnic spełnienia. Mmmmmm. Doświadczenia ciała. Aż – aż – aż dotknę ściany i habitat obróci się pod mymi stopami. Błędnik szaleje. Gdzie jestem? Kim jestem? Kosmos – stacja – kaptur z elektrodami – ja, ja, ja. – Rozpuszcza mnie! – krzyczę, próbując uskoczyć przed meduzą, która podpływa i parzy mnie w nagie płetwy. – Trawi mnieeeaaaa... – Co w glązie, co w bierwiu, co w inhinsztonie. Alnaburga fangaza, i siedem pręźl. Zasiumguję strzerwę, ona na łępach, wszystko świndruje pągowo. A niechaj trunch krądnie. Alnaburga fangaza, alnaburga fangaza. Przechodzę przez zamknięte wrota, mój cień został w tyle. Otaczają mnie aniołowie, których obecności doświadczam dziewiątym i jedenastym zmysłem – dotyk oczny, dźwięk ciężaru; jak płoną, jak oni płoną! Bliżej i bliżej. Czy to jest czerń? Ja już chcę, już chcę, chcę tego wszystkiego, taka jest moja wola, pożądam jedności, pamiętam całe tysiącletnie życie w cieniu tego pożądania. Obejmijcie mnie! Połknijcie! Obejmuję i połykam – bo to już jestem ja, ja, ja, ja-ja-ja-jajajaja ja ja a jaa a   j ajaaj a     a ja a a            a       a     a             a

– Puść to jeszcze raz – polecił Hunt kompowi.

– Od kiedy? – spytał dialogant.

– Od pierwszego krzyku. Tłumaczenie w oknie.

Na wyciemnionych szybach gabinetu doktor Vassone, gdzie doszła ich wiadomość, pojawiło się wnętrze Labu 13, a w nim – Numer 5 na posłaniu, wpatrzony w tapetę ekranową u góry. Zatrzymał rękę w pół ruchu, wytrzeszczył oczy. Krzyknął. TONĘ, obwieścił komp po angielsku w dolnym oknie dialogowym. Numer 5 usiłował przypiąć się pasami, nałożyć czepek z elektrodami – nic z tego mu nie wyszło, przedmioty wysuwały mu się z trzęsących się dłoni. TONĘ, powtórzył. Zakręcił się, zaczęło nim obijać o ściany, wyglądało, że stracił przytomność, nie panował już nad ruchami kończyn: szmaciana lalka. A jednak mamrotał: NIE MOJE NIEBO. SIÓDMA BRAMA, HURYSY CZARNOOKIE, CZY JA POLEGŁEM W BOJU, ICH PAN OBWIEŚCI IM RADOSNĄ NOWINĘ PRZEZ MIŁOSIERDZIE OD NIEGO I PRZEZ UPODOBANIE I PRZEZ OGRODY, GDZIE CZEKA ICH NIEUSTANNA SZCZĘŚLIWOŚĆ. BĘDĄ W NICH PRZEBYWAĆ NA WIEKI. O TAK! Komputer znaczył innym kolorem część wypowiedzianą w farsi. Od razu wstawił adnotację, iż jest to cytat z czwartej sury Koranu, „Skruchy”, „At-tauba”, wersety 21-22.

– On znał farsi? – spytał Hunt Marinę.

– Nie, w każdym razie mało to prawdopodobne – odparła.

Numer 5 tymczasem jakby częściowo oprzytomniał: złapał odruchowo dryfujący ku niemu kaptur, przyjrzał się mu ze zdziwieniem, rozszerzyły mu się źrenice. Znowu wrzasnął. ROZPUSZCZA MNIE! TRAWI MNIE! Potem zaczął coś bełkotać. Komputer oznajmiał czerwonymi gwiazdkami swą całkowitą niemoc translacyjną. W ciągu dalszych kilkunastu sekund Numer 5 przestał się poruszać. Na podstawie rytmu uniesień jego klatki piersiowej i pomiaru stężenia dwutlenku węgla w atmosferze habitatu, medanalizer zdiagnozował z sześćdziesięcioprocentowym prawdopodobieństwem komę analogiczną do czterech poprzednich przypadków.

– Kiedy możemy podnieść „JFK”? – spytał Hunt sygnet. – Okay, niech się szykują. Gdyby coś się tam zmieniło, daj znać.

Sięgnął ponad ramieniem Vassone i zgasił ekran, szyby wróciły do swej weneckiej przezroczystości.

– Albo mi się wydaje – rzekł – albo jest w tym jakaś prawidłowość: każdy kolejny telepata wytrzymuje krócej od poprzednika. Pytanie: dlaczego nie spotkało to nikogo innego spośród przebywających na orbicie?

– Wie pan, dlaczego. Umysły tych pięciu były bezbronne, otwarte, wystawione na przypływy i odpływy myślni: wszak na tym właśnie polega telepatia, po tośmy ich wyszukiwali i wysyłali.

– Tak – ale skoro na nich ma to tak głęboki wpływ, nietelepaci powinni przynajmniej coś odczuć.

– Panie Hunt, znowu pan popadł w mylące schematy. My ich przecież wywozimy na orbitę nie dlatego, że tam akurat „żyją” neuromonady – lecz dla usunięcia zakłóceń myślni „wywoływanych” przez biosferę Ziemi i dla „wystawienia ich umysłów na widok”. – Każdy cudzysłów zaznaczała szybkim ruchem długich, wypielęgnowanych palców. – Żeby się neuromonady skusiły. I żebyśmy mogli odróżnić ich wpływ od wpływu otoczenia: ludzi, zwierząt. Na Ziemi coś takiego – wskazała na okna – również mogłoby ich, telepatów, spotkać. Lecz dotąd nie spotkało, ukryci byli w białym szumie, neuromonady ich omijały. Statystyka: miliardy a ich kilkudziesięciu, przed Chaosem Genowym nawet mniej. Chociaż wie pan dobrze, że płytka psychomemiczna osmoza przydarza się aż nazbyt często. W codziennym życiu, ludziom nawet specjalnie nie upośledzonym. O tłumie nie raz wspominałam, w tłumie każdy odczuje. Ale także również na przykład podczas silnej stymulacji endorfinowej, także w momencie orgazmu, w chwili niedotlenienia mózgu... Są sposoby, mamy stosownych fachowców – braciszkowie z Tybetu od dawna praktykują systematyczne głodówki, umartwienia ciała, wycieńczenie organizmu osłabia immunologię umysłu. Niech sobie pan przeczyta ortodoksyjną definicję nirwany. Niech się pan zapozna z ideą molekuł karmicznych. Analogie są liczne i dobrze widoczne. Ale wszystko to właśnie nie jest nic ponad płytką psychomemiczną osmozę. Powtórzę: statystyka. Telepaci byli ukryci w tej gęstej magmie i doprawdy nikłe mieli szanse na jakiekolwiek spotkanie z monadami.

– Z tego wynika, że ktoś inny, nietelepaci, jednak się, mhm, spotykał.

– Tak, ale to właśnie byli nietelepaci, umysły mieli zamurowane.

– Doprawdy? Pamięta pani te opowieści kosmonautów o mistycznych doświadczeniach na orbicie? Może byli zamurowani – ale ich umysły tak samo płonęły tam w pustce, kusiły i przyciągały.

– Więc co to za wpływ? „Mistyczne doświadczenia”!

– Doprawdy? – powtórzył Hunt. Pochylił się nad biurkiem, spojrzał Vassone w oczy z odległości kilkunastu centymetrów – pod siecią takie zachowanie kosztowałoby go co najmniej roczną pensję. – A te miliardy na dole? Ci, których – chociażby prawem statystyki, bo wciąż zakładam przypadkowość i brak świadomości czynów neuromonad – spotykało? Bo spotykało, wie pani, że tak.

– I cóż z tego? Sny niejasne, nagłe zmiany nastrojów, chwilowe napady.

– Dochodzę do wniosku, że ten Schatzu ma jednak rację. Wojny Monadalne, pani doktor. Niech się pani chwilę zastanowi. Nawiedzone domy, akumulatory psychomemów, te monady roślinne – potrafią opętać. I nawet animalne. Proszę przyjrzeć się sobie samej. Pani nie jest telepatką. Pani jest „zamurowana”, prawda? I co? Wydrapałaby pani sobie oczy. Proszę się sobie przyjrzeć. Od kiedy to maluje pani usta? Od kiedy nosi sukienki? Od kiedy używa tych perfum?

– Od kiedy pozwalam sobie na flirty w pracy?

– No właśnie, od kiedy?

– Zechce pan przestać naruszać moją prywatność?

Hunt bez słowa usiadł w fotelu. Zapalił papierosa. Ktoś mu zaszeptał pytająco w kolczyku, Nicholas odmruknął coś w sygnet.

Vasonne zaczęła się bawić rękawiczką 3D-move.

– Wyjaśnijmy sobie coś. Czwarty nasłał na mnie tę monadę z zemsty. To była akcja celowa. Jak spuszczenie ze smyczy wytresowanego do walki bulteriera. Neuromonady zaś nawet nas nie zauważają. Wszak od początku o nic innego nie chodzi, jak właśnie o sprawienie, by nas dostrzegły. Więc proszę tu nie porównywać siły świadomej inwazji monady na umysł, nawet umysł nietelepaty, do mimowolnego muśnięcia go przez psychomemiczne macki.

– Być może ma pani rację. Być może. Rzecz w tym, że specjalistyczny trening animalnej okazał się być w pełni możliwy, a do kontaktu z neuromonadami wciąż nie doszło. Muszę wreszcie pogadać z tym Schatzu.

– Zmiana faworyta? – uśmiechnęła się z zaciśniętymi wargami.

Huntowi ulżyło w duchu, bo to już była prawdziwa, dawna Vassone; i zaraz wściekł się na siebie za to uczucie.

– Zmiana taktyki – zaznaczył. – Zresztą jeszcze nie przesądzona.

– Rozumiem: rzuci mnie pan na pożarcie dla odwrócenia gniewu. To naturalne, znam reguły. – Vassone opuściła wzrok na rękawiczkę. – Ale przestrzegam pana przed stawianiem na monady niższe: roślinne i zwierzęce. Neuromonady możemy wykorzystać, bo one kierują się jakąś logiką, one myślą, planują... ale – monady nieświadome? Czymże one są? Mniej czy bardziej przypadkowymi skrzepami psychomemów. Co to znaczy? Pamięta pan cienie na ścianach jaskini Platona? Czyż nie o tym tu właśnie mówimy – zbiorowych wydzielinach umysłów? Milion ludzi wierzących mocno w istnienie diabła... Pojmuje pan?

– I w Boga, pani doktor, i w Boga. Czy my zresztą skądś już tego nie znamy? Znak firmowy na pięcie Pana Boga: made by man.

– Proszę się nie śmiać. Ja to mówię serio. Jakie monady urosły na przykład na takim Oświęcimiu?

– Ale to są psychomemy: ciało monad. Nie ich myśl.

– Właśnie. Dlatego stawiam na neuromonady. Bo monady niższe, w swej masie, rozpatrywane statystycznie – czymże innym one są, jak nie esencjami mentalności ogółu, trwałymi reprezentacjami socjologicznych trendów? Nie ma u nich żadnych „wyższych czynności umysłowych”, żadnej autorefleksji, jeno homeostatyczne instynkty i mięso naszych myśli.

– Być może faktycznie są to, jak tego pani chce, demony. Przynajmniej mamy pewność, że skuteczne. Lecz jeśli one są demonami – to jak pani nazwie neuromonady?

– Widzę, że pan już zadecydował.

– Nie – rzekł Hunt wstając. – Ale muszę to wkrótce uczynić. Program znajduje się w kryzysie. Muszę dokonać wyboru. Pani oglądała zbyt wiele horrorów, zbyt wiele Starego Testamentu się naczytała, proszę trzymać się nauki, to lepiej pani wychodzi.

– Ach, ale to nie ja, drogi panie, to ta młoda katoliczka w mojej głowie, z pamięcią swego grzechu, ta dzieciobójczyni z Nowej Szkocji o masochistycznych inklinacjach. – Pochyliła się do przodu, opierając łokciami o blat biurka. Uśmiechnęła się, przekrzywiając dziewczęco głowę. – Bo czyż ja nie jestem opętana? Strzeż się demonów, mój drogi.

A jednak Marina Vassone posiadała sumienie, w każdym razie jakiś jego analog – bo gryzło ją, że tak oszukała Hunta, że łgała mu w żywe oczy. Nie miała wielkiego wyboru – mimo to źle się czuła z tą pamięcią. Kto, kto – śmiała się w duchu – ja czy ona? Lecz nawet w tym śmiechu było coś, co ją niepokoiło.

Opuściła Centralę, zjechała na dwudziestą kondygnację i wyszła do parku. Wiatr kleił jej monosari do nóg, nawet tego nie czuła. Ciepły, chropowaty chodnik masował podeszwy jej stóp. Jakiś chłopak w koszulce z holo WSZYSTKIE DROGI PROWADZĄ DO PIEKŁA uśmiechnął się do niej i zasłonił otwartą dłonią swój klips ze znakiem jurydykatora. Był to gest zapraszający do chwilowego zrezygnowania z NEti. Ostatnio nocne wyprawy w miasto bez widocznego logo korporacji ubezpieczeniowej stały się popularne nawet wśród członków bardzo wysokich sfer. Niektóre ulice nie były wszak objęte siecią nadzoru audiowizualnego, podobnie wnętrza większości starych lokali w centrum, zwłaszcza na niskich kondygnacjach. Rozwijała się tu infrastruktura miejskiej rozrywki równoległa do „górnej”, przykrytej siecią i podległej Nowej Etykiecie: kawiarnie, restauracje, kluby, kina, transhouse'y, deptaki i sale koncertowe – wszystko out of NEti.

Odpowiedziała chłopakowi uśmiechem. Usiadłszy potem na ławce, odpięła i schowała swój naszyjnik z logo jurydykatora. Dotąd nigdy tego nie robiła, takie wycieczki w strefy wysokiego zagrożenia nie leżały jakoś w jej naturze – ani to ją ciekawiło, ani podniecało, ani było potrzebne dla emocjonalnego rozładowania, czym psychologowie zwykli tłumaczyć ową modę. Teraz uległa impulsowi: ręka była szybsza od myśli.

Kłamstwa przypadkowe i premedytowane powracały do niej, najpierwsze te przeciwko Huntowi. Oni znajdą mi Boga, tak powiedziałam, a Nicholas tylko uniósł brwi. Oni znajdą mi Boga – bo to ładnie brzmiało, tak efekciarsko, pompatycznie, wyzwanie rzucone nauce, wyzwanie rzucone konwencji – właściwie nie mógł inaczej zareagować, nie łamiąc NEti. Ale przecież nie Boga miałam na myśli, to nigdy nie był Bóg, ikona historii, kamień religii, nie dla mnie. Gdy zaczynali dygresje eschatologiczne, odchodziłam, znudzona: niefalsyfikowalne brednie, kwestia wyboru bajki dla dorosłych, psychiczny kaftan bezpieczeństwa. („A co z Bogiem? – Boga ubezwłasnowolniono za niepoczytalność”. „Jakim sposobem istota wszechmocna może być zarazem dobra w rozumieniu którejkolwiek z moralności?”). I wszystkie te zastrzeżenia pozostają wciąż w mocy, nie obalę własnej logiki – lecz teraz znam również Boga milczenia, ten punkt odniesienia dla dziewczynki o rudych włosach, która obserwowała godzinami wieczorne morze, słuchała szumu fal, podczas gdy szalona babka wrzeszczała na ojca z okna na piętrze, a wujek Sean, pijany w trupa, zsuwał się i wczołgiwał z powrotem na zardzewiałą werandową huśtawkę, niezmordowanie, w te i z powrotem, równie rytmicznie, co bijące o piasek morze; i ów Bóg oceanicznych fal, Bóg ciemnego nieba, chłodnego wiatru, samotności na białych wydmach – narzucał się jej, dziecku beznadziei, z tak przemożną siłą, że po prostu nie była w stanie weń nie wierzyć, choć próbowała, bez przerwy próbowała. Ale nie dawał się wyrugować. Wtedy i teraz – Anne Melton-Kinsler. Jestem wierzącą ateistką. Jako dzieciobójczyni mądrzejszam od pani doktor: nikt nigdy nie znajdzie mi Boga.

Opodal para holograficznych elfów zapraszała przechodniów do kina. Spojrzała na reklamę: „Zmierzch bogów” Tsien Su. Nie lubiła Tsiena, dzikość, ekspresyjność jego wizji – odstręczały ją. Tak w każdym razie dotąd się jej wydawało. Teraz poczuła chęć zanurzenia się w jego kreacji. Weszła, płacąc z osobistego cashchipa: mechaniczny bileter pocałował ją w wierzch dłoni, w ułamku sekundy porozumiał się z wszczepionym tam tuż pod skórę miniprocesorem, potwierdził tożsamość, dokonał przelewu i wysłał wiadomość do banku klienta. Weszła na ciemną salę. Sześć minut do początku seansu. Usiadła w połowie środkowego rzędu.

Tak naprawdę w ogóle nie lubiła chodzić do kina. Odkąd pamiętała, bez przerwy przepowiadano rychły upadek tej formy rozrywki. No, ale kino to już była sztuka, jak malarstwo czy poezja: koherentny przekaz odautorski. A dopiero tam, gdzie kończy się interaktywność, zaczyna się spójna wizja twórcy.

Kino rozeszło się zatem w dwie strony – w jedną poszła czysta rozrywka, w drugą sztuka. Gałąź rozrywkowa z kolei podzieliła się na coraz bardziej wirtualizujące się symulacje oraz na klasyczne filmy 2D i 3D, w których występowali żywi aktorzy. A raczej gwiazdy – ponieważ pełnili tu wyłącznie tę funkcję: skupiaczy społecznej uwagi. Żywa gwiazda może się rozwodzić i żenić po raz dwudziesty, zostać oskarżona o morderstwo, przyłapana z prostytutką, sfotografowana z szefem mafii – komputerowej symulacji ta droga do sławy jest zamknięta. Chyba że chodzi o nekrowizję, czyli podwieszanie się pod sławę gwiazd nieżyjących – lecz wówczas przychodzi płacić ciężkie pieniądze właścicielom praw do ich wizerunków.

Druga droga, którą poszło kino, droga czystej sztuki, prowadziła do utworów właśnie takich, jak ów „Zmierzch bogów” – tak zwanych „multimedialnych haiku”. Rozwój komputerowej grafiki umożliwił usamodzielnienie kreacji. Ekstremum owego trendu to właśnie filmy autorskie w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo każdy piksel każdej klatki stanowił w nich efekt pracy jednego człowieka. Rzecz jasna, pracując „ręcznie” Tsien Su nie ukończyłby swego „Zmierzchu bogów” do końca życia: posługiwał się zaprojektowanymi specjalnie dla potrzeb filmu programami graficznymi.

Film się zaczął i po chwili Vassone z niejakim zdziwieniem skonstatowała, iż naprawdę jej się podoba. Nawet Wagner był jakoś do zniesienia. Sala – out of NEti – wypełniona była chyba w jednej dziesiątej. W objętych siecią nadzoru kinach lepszych dzielnic frekwencja bywała wyższa, tam wyjścia „na film” – na reżysera, na aktora – stanowiły element życia towarzyskiego, tu natomiast najwidoczniej zadowalały ludzi tapety ekranowe. Kino nigdy nie umrze, pomyślała Vassone. Z tego samego powodu nakładasz słuchawki, by przesłuchać ulubiony album, choć kwadrofoniczne nagłośnienie zapewnia ci wystarczający komfort. Tu trzeba pewnego oddania, pewnej wyłączności percepcji. I poczuła, że lubi kino, że lubi styl Tsien Su, przypomniały się jej te tysiące godzin seansów przesiedzianych w małych pozasieciowych salkach jej miasteczka, w samotności, z dala od Ralfa i wiecznie rozwrzeszczanych bachorów.

Wieczór w „Santuccio”. Przez otwarte okna – podniebny Nowy Jork. W lewo od Cygnus Tower – Little Italy, Manhattan Bridge, wreszcie Brooklyn Height i Cadman Plaza, dalej już wzrok nie sięgnie, widok zagradzają Stalowe Pięcioraczki, tysięczniki narkokompanii. W prawo – Soho i Greenwich Village, podniebne labirynty Gramero.

Hunt usiadł przy stoliku na tarasie, pod przezroczystą podłogą miał siedemdziesiąt pięter ulicy płonącej różnokolorowymi światłami reklam i szyldów sklepów, restauracji, kin, hotelów. Upowszechnienie systemu pracy zdalnej – spóźniona i osłabiona Tofflerowa trzecia fala – oraz komercjalizacja odkryć inżynierii atomowej pozwalających na tworzenie superwytrzymałych konstrukcji z ultralekkich materiałów – doprowadziły do zmiany charakteru centrum wielkich miast. „Utrójwymiarowienie” architektury stanowiło zaledwie jeden z pobocznych efektów, on jednak chyba najbardziej rzucał się w oczy odwiedzającemu metropolię. Ulice, i tak już przedtem bardziej kaniony, teraz ostatecznie straciły pozór „płaskości”, „dwuwymiarowości” – ulicę bowiem stanowiła tyleż powierzchnia ziemi w dole, co pionowe powierzchnie ścian bocznych. Tędy szły przeznaczone dla samochodów, rowerów i pieszych estakady – dziesiątki i setki metrów nad gruntem, w zieleni „zawieszonych” na nanostrunach i podpieranych szklanymi filarami parków. Publiczne, płatne windy, zamocowane na zewnątrz budynków w ciągu sekund przemieszczały tłumy z „dna” na dachy. Głębiej, na niższych piętrach, światła płonęły przez całą dobę, pora dnia nie miała tam znaczenia, nawet deszcze rzadko docierały. Zmienił się sposób adresowania: prócz numeru ulicy i budynku, obowiązywał numer kondygnacji, wchodzono bowiem do wnętrza danego piętra bezpośrednio z zewnątrz, wewnętrzne klatki schodowe straciły na znaczeniu bądź, w nowszych budowlach, zupełnie ich brakowało. Wspólnoty sąsiedzkie rozwijały się horyzontalnie, nie zaś, jak dotąd, wertykalnie.

Tak wiele rzeczy się zmienia, myślał Hunt, wybierając na senspadzie stolika swe zamówienie; tak wiele – bez przerwy, coraz szybciej i coraz trudniej je pojąć, jeśli można w ogóle, bo niektóre są z gruntu niepojmowalne, nie ma nic do rozumienia w kształcie plamy atramentu bryzgniętej na płótno. A ja przecież pamiętam tamten Manhattan: przypadkowy zbiór menhirów betonu i metalu...

Skąd ta starcza melancholia? Spojrzał ponad kanionem na ciemne okna Centrali. Czy Numer 5 już spoczywa w swym sarkofagu, obok pozostałych półtrupów? Wracały do Hunta słowa wypowiadane w owej prowadzonej z milisekundowym opóźnieniem konwersacji. Jak przekonywał Czarnego... Do czego właściwie? Przecież to wszystko nie ma sensu...

Czy już go przywieźli...?

– Pan Nicholas Hunt? Proszę o wybaczenie, jeśli naruszam pana prywatność...

Obejrzał się nerwowo.

– Ronald Schatzu, nie mylę się?

– Istotnie. Jeszcze raz przepraszam...

Masz za co, pomyślał Nicholas. Rano zadzwonił do niego stary znajomy z biura dyrektora DARPA, ostrzegając, iż niejaki Ronald Schatzu podkłada Huntowi świnię, śląc raporty o marnowaniu potencjału ludzkiego i wykorzystywaniu przez Nicholasa personelu Zespołu do wykonywania prywatnych zleceń. Ktoś inny na miejscu Nicholasa zapewne zareagowałby panicznie, natychmiast kontrując. Nicholas natomiast, który miał w tym duże doświadczenie, nie zrobił nic: to się rozmyje, takie rzeczy zawsze się rozmywają, najlepiej ignorować.

– Ależ proszę się przysiąść i darować sobie Etykietę – rzekł uprzejmie – jestem już dziś zbyt zmęczony.

– A, tak – przytaknął Schatzu siadając – słyszałem o piątce.

– No właśnie – westchnął Hunt. – Zastanawiam się, czy już na samym początku nie popełniliśmy błędu.

Schatzu szybko złożył swoje zamówienie i zgasił blat.

– Nie weźmie mi pan tego za złe, jeśli spytam o pańskie zdanie o moich „Wojnach Monadalnych”?

– Gdyby nie czwórka i jego mściwość, byłbym nie najwyższego mniemania.

– Powątpiewał pan w użyteczność monad niższych?

Hunt skrzywił się.

– Sam już nie wiem. Vassone nas wszystkich zasugerowała. Wie pan, tamci też łapali telepatów, a nie mieliśmy jakoś od wywiadu informacji o przeciekach na temat analogicznych eksperymentów w ich placówkach orbitalnych, również z samej analizy ruchu ponadatmosferycznego nic podobnego nie wynika. Może zatrzymali ich na Ziemi, może od początku przeznaczyli do tresowania animalnych. Atak na Vassone to był prymityw, brutalne włamanie. Ale też czwórka miał niewiele czasu i ograniczone możliwości. A proszę sobie wyobrazić kilku telepatów łącznie wykorzystujących swój talent do wyszkolenia monady... To już wszak parę miesięcy. Neuromonady to byłaby bez porównania większa potęga, nie przeczę – no, ale właśnie... O, już jest.

Kelnerka położyła tacę, zaczęła przekładać talerze. Schatzu i Hunt wyciągnęli prawe ręce, a ona musnęła ich grzbiety miękkim, szerokim ryjkiem zdalnego operatora kasy restauracji, który nosiła w olstrze na biodrze – najwyraźniej wszystkie kelnerki „Santuccio” były na krótkich kontraktach, żadnej nie wszczepiono operatora we wnętrze dłoni.

– Powiedział pan o telepatach, że mają „talent” – odezwał się po chwili Schatzu, opróżniwszy szklankę arbonowego soku. – Zauważam to w dokumentach Zespołu i w wypowiedziach jego członków. Żywicie przeświadczenie, iż oni, telepaci, wyposażeni są w jakiś dodatkowy zmysł, i że to dzięki niemu... prawda?

Hunt uniósł brwi na znak, by Ronald kontynuował.

Schatzu wszedł w płytki półzaślep V. Ponad głową Nicholasa otworzył półtorametrowe okno tekstowe, na którym szybko wywołał żądany cytat.

– „Gdy ktoś obserwuje własne zmartwienie – zaczął czytać – to jakimi zmysłami je obserwuje? Czy jakimś osobnym zmysłem? Takim, który czuje zmartwienie? Czy obserwując zmartwienie czuje je inaczej? Jakie więc zmartwienie obserwuje: to, które występuje tylko wtedy, gdy jest obserwowane?”

– Co pan chce przez to powiedzieć?

– Chcę powiedzieć – rzekł Schatzu, nabijając na widelec frytkę – że telepata tym się tylko różni od reszty ludzi, iż jego umysł nigdy nie został wyizolowany z myślni. Telepata nie posiada bowiem żadnego dodatkowego zmysłu. Nie „czyta” niczyich myśli. Nikomu nie „grzebie” w głowie. Nie „podgląda” nas. Po prostu: jego nic nie separuje od dookolnych zaburzeń myślni. Jest wystawiony na każdą falę, każde najmniejsze jej zawirowanie. Cokolwiek zatem spotyka ich tam na orbicie, spotyka ich dlatego, że dysponują znacznie słabszym od naszego mentalnym systemem immunologicznym. Gdyby więc odpowiednio zwiększyć siłę nacisku na umysł owych nieznanych czynników zewnętrznych – w których chyba wszyscy domyślamy się monad – identycznie wpłynęłyby one i na nas. Przypadki miejsc „nawiedzonych” i casus Vassone służą za dowód, że jest to możliwe.

– Zadziwiające, jak zgadzacie się z Vassone. Ale do czego to nas właściwie prowadzi? Czy aby nie do Wojen Monadalnych? Hę?

– I owszem, między innymi. Ale to byłoby tylko dowodzenie dowiedzionego, bo czyż nie na tym zasadza się cały ten Program – na pomyśle oddziaływania bezpośrednio na umysły zwykłych ludzi? Ale wy tu chyba sami żeście w to nie wierzyli, skąd bowiem teraz to zdziwienie i konfuzja?

– Neuromonady...

– Tak, wiem: Kontakt. Vassone ma wizję, to trzeba jej przyznać.

– Jakaś ironia?

– Nie, szczerze. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, iż gdzieś po drodze straciliście z oczu podstawowy cel: zwycięstwo w IEW. Chcę wam podsunąć alternatywny sposób na wygranie Wojen Ekonomicznych. – Otarł chusteczką usta, odchylił się na krześle w tył, spojrzał w dół, na chaos ruchomych i nieruchomych świateł. – W myślni odbija się kształt naszych umysłów. Falangami psychomemów zapisujemy tam nasze uczucia, przekonania, myśli świadome i podświadome, wyobrażenia, idee, archetypy osobowe i nieosobowe...

– Nie chciałbym pana zmartwić, ale Vassone już mi wyjechała z cieniami na ścianach jaskini Platona...

– Ja zaś mówię o trendach. Jako o wypadkowej szczególnie wielkiej liczby jednotematycznych psychomemów. Zna pan Kuhna teorię paradygmatu nauki?

– Coś z branży Wilsona?

– Stara rzecz, jeszcze z zeszłego wieku. Każda nauka rozwija się wyłącznie w ramach obowiązującego paradygmatu, ogółu nie wyeksplikowanych założeń, na których się opiera i które wskazują jej cele: są to założenia przez naukowców nawet sobie nie uświadamiane, przyjmowane przez nich á priori gdzieś w trakcie procesu przyswajania sobie podstawowej wiedzy, osmotycznie, bez udziału świadomości. Bardzo trudno potem myśleć wbrew paradygmatowi. W ogóle – uświadomić sobie jego istnienie. Zazwyczaj jest to możliwe jedynie w okresie jego załamania, gdy następuje coś w rodzaju przejścia fazowego do paradygmatu mniej lub bardziej odmiennego od poprzedniego.

– Słucham pana, słucham.

– Otóż coś podobnego zachodzi także w przypadku całych cywilizacji, kultur, narodów. Z tym, że paradygmat cywilizacji jest zakorzeniony w umysłach każdego z jej członków, a mam tu na myśli tych ludzi, którzy się w niej od małego wychowywali. I jednym z głównych założeń postchrześcijańskiej cywilizacji zachodniej, która obejmuje dziś większość świata – jest postęp. Proszę powiedzieć: czy jest pan w stanie wyobrazić sobie i uwierzyć w dalszy rozwój cywilizacji bez postępu?

– Mhm, czy nie odnosi pan wrażenia, iż w określeniu „rozwój bez postępu” zawarta jest wewnętrzna sprzeczność?

– No właśnie. Tak ukształtowały się w naszych głowach pola znaczeniowe tych słów. Uderzył pan w ścianę paradygmatu. Lecz te ściany zaczynają się już kruszyć. Rekonfigurują się wielkie struktury memetyczne. Pomijam tu sekty religijne, bo one istniały zawsze – ale obecnie obserwujemy prawdziwą eksplozję sekt kulturowych, których członkowie na wszystkie możliwe sposoby starają się odseparować od cywilizacji i wyzwolić spod jej paradygmatu. Oni nie akceptują postępu – w żadnym z jego przejawów: technologicznym, obyczajowym, prawnym, społecznym. Świadomie narzucają sobie odrębne reguły życia. Religia o tyle ma tu znaczenie, iż stosunek do niej stanowi jeden z elementów kultury jako takiej. Z początku były to niewielkie dodatkowe rygoryzmy: kontrakty ślubne utrudniające bądź uniemożliwiające uzyskanie rozwodu, tworzenie szkół o odrębnym od oficjalnego systemie nauczania, tego typu rzeczy. Ale trend przybiera na sile. Paradygmat się kruszy. Cywilizacja wkrótce będzie się musiała zredefiniować, dookreślić. Cywilizacja – nie zaś politycy, poszczególni ludzie czy nawet ich dowolnie liczne grupy.

– Nadal czekam na jakieś powiązanie z Wojnami.

– Proszę bardzo. Pamięta pan, co mówiłem o trendach odbijających się w myślni. Coś takiego jak paradygmat cywilizacji odbijać się tam musi silną, rozbudowaną strukturą psychomemiczną. A teraz odwróćmy wektory. Wszak i myślnia, co do czego się zgodziliśmy, wpływa na umysły ludzi. Ergo – Schatzu wrócił wzrokiem do Hunta i uniósł znacząco palec wskazujący – posłużywszy się monadami powinniśmy być w stanie zmieniać i wzmacniać te struktury tak, by zaistniało tu przełożenie także na umysły nie upośledzone, jak upośledzone są umysły telepatów. Jest to koncepcja zasadniczo odmienna od tej, na której oparłem moją analizę Wojen Monadalnych – bo tu mamy do czynienia z nieselektywnym, statystycznym, powolnym i relatywnie płytkim wpływem. Ale jakie perspektywy się przed nami otwierają...! Spełnione marzenie inżynierów memetycznych! Jest to wpływ ciągły, zmiana nieusuwalna, nic tu nie dadzą żadne mantry, żadni braciszkowie. Bo też i nie o decydentów chodzi. Moglibyśmy bezpośrednio sterować mentalnościami całych społeczeństw, narodów, określać ich sposób myślenia, preferencje wyborcze, indukować według potrzeby nastroje pacyfistyczne bądź agresywne, modelować ksenofobię...

Schatzu machnął ręką, ogarniając tym gestem cały wieczorny Nowy Jork: buchające laserowymi światłami i wielkimi ruchomymi holografiami, okryte łuną różnokolorowego blasku i zanurzone we mgle nieustającego hałasu miasto z kilkudziesięcioma milionami mieszkańców.

– Proszę to sobie wyobrazić, proszę to sobie tylko wyobrazić...!

Hunt patrzył na niego i widział kolejnego samozwańczego proroka hermetycznej religii, głosiciela nowego ultrazjadliwego kultu. Te rumieńce, ten szczery uśmiech, ta duma unosząca pierś, ten ogień wiedzy.

– Chce pan, żebym to przesłał wzwyż? – spytał.

Schatzu zszedł o kilka stanów energetycznych w dół, po czym puścił oko do Nicholasa.

– Dawno już posłałem – rzekł. – Myśli pan, że inaczej cokolwiek bym panu powiedział?

Hunt odwrócił wzrok. Więc poszło; już przesądzone.

Sam nie bardzo wiedział, czego się właściwie przestraszył.

Ciemne okna jednak kusiły. Niczym natrętna mucha, krążyło tuż ponad powierzchnią świadomości wspomnienie zgryźliwego uśmiechu Numeru 5. Swoją drogą, jakże się on nazywa? Wiedział, bo przecież nieraz czytał dossier tamtego, ale jakoś nie mógł sobie przypomnieć.

Wrócił Hunt do Centrali. Dyżurny potwierdził: piąty sarkofag był już pełen. Nicholas zjechał zatem piętro niżej. Nic nie mógł poradzić: ręka sama sięgała, by zdrapać świeże strupy. Z masochistyczną determinacją maszerował przez puste korytarze. Nie zdawał sobie nawet sprawy, jak mocno zaciska szczęki. Raz dojrzał swe odbicie w naściennym lustrze i aż przystanął. Źle z tobą, Nicholas, już nawet krok ci zesztywniał. Cofnij ty ramiona, unieś nieco głowę. No. Lepiej.

Korytarze Centrali były puste nie tylko ze względu na porę: w istocie nigdy nie panował na nich tłok. Względy bezpieczeństwa uniemożliwiały zatrudnianie w Programie ludzi pracujących tylko przez internet, lecz i tak większość zleceń Zespołu wykonywano poza Centralą. Sam Zespół nie był przecież wcale taki liczny – kadry rozdymała głównie sekcja Fortzhausera i sekcja Moora (odpowiedzialna za koordynację poszukiwań nowych telepatów, nadzór nad wynajmowanymi sneakerami i analizę doniesień na temat poczynań konkurencji w przyszłych Wojnach Monadalnych). Korytarze – wyłożone ciemnozielonym chodnikiem, o ścianach pokrytych gustowną boazerią – upodabniały Centralę do biur starych, konserwatywnych kancelarii prawniczych. Nicholas szedł w ciszy.

Na wewnętrznych drzwiach sali sarkofagów ktoś nabazgrał zielonym flamastrem: ŻYCIE PO KONTAKCIE. Hunt odruchowo uniósł dłoń, by to zmazać, ale niespodzianie uderzył go autentyczny humor owego graffiti i powstrzymał się. Czy już tak nisko upadłem? – pomyślał wszedłszy. Taka to ze mnie karykatura szefa, co tropi i tępi dowcipy podwładnych?

Numer 5 leżał w sarkofagu najbliższym drzwiom. Tak, jak i pozostałym pogrążonym w śpiączce, spod półprzezroczystych warstw nadopiekuńczej maszynerii dobrze widać było tylko pozbawioną wszelkiego napięcia i wyrazu twarz. Hunt po raz pierwszy widział Czarnego (a raczej teraz już tylko jego puste ciało) bezpośrednio, bez zafałszowań przekazu elektronicznego; na żywo. A po prawdzie – Nicholas wydał z siebie niepewny chichot – na martwo.

Dotknął policzka nieprzytomnego mężczyzny. Ciepły. Wydało mu się to dziwnie nienaturalne. Powinien być zimny. Z trudem powstrzymał powtórnie podchodzący mu do gardła chichot. Wiedział, że dyżurny lekarz widzi go na swych ledekranach, a mimo to nie mógł opanować dłoni. Dotarła do oczu Numeru 5, nakryła powieki, palce nacisnęły na gałki oczne.

W uchu zapiszczał Nicholasowi sygnał telefonu – poderwał rękę jak oparzony, odskoczył od sarkofagu.

– Tak?

– Oiol. Bez krypto, uważaj. Doszło nas o ostatnim, mhm, wypadku waszego, mhm, wysłannika. W kontekście braku następcy... Trudno, żeby wyglądało to inaczej niż na niepowodzenie Programu. Spodziewaj się nas jutro.

– To znaczy kogo?

– Mnie. I Bronsteina.

– Jezu.

– Coś się burzy na rynkach – dodał przepraszającym tonem Oiol. – Wojny zrobiły się nagle niebezpieczne. Korpus... Ale to jest otwarta. Trzymaj się.

– Dzięki.

Telefon od starego znajomego ze stolicy zerwał wiążący Hunta czar. Nicholas zaklął, rzucił złe spojrzenie ku domyślnym gniazdom kamer, wyszedł z sali. Wychodząc, starł napis na drzwiach.

Podczas jazdy do domu spadła nań zimna depresja. Odblankował szyby wozu i patrzył na pełne światła i ludzi miasto, patrzył, ale nawet nie skupiał spojrzenia; widział kolorową mgłę. Absolutna bezrozumność wyzierała mu teraz z oczu. Jakiekolwiek pytanie by mu zadano – nie potrafiłby dać odpowiedzi.

Dojechawszy, pół godziny siedział w BMW w garażu byłego biurowca nim wreszcie wysiadł. Nie wiedział, po co ma wysiadać. Po co wlec się do windy, do mieszkania. Niekonieczny był najdrobniejszy ruch ręki i nawet kiedy mu ścierpła cała od łokcia – nie przemieścił jej dla przywrócenia krążenia. Ruch, zmiana – nie zniósłby. Tylko absolutna statyczność go ratowała. Siedział w ciemności i ciszy. Prawej ręki w ogóle już nie czuł – nie miał jej, amputowano, odjęto sensorium; prawie uwierzył.

Minęło pół godziny – wysiadł, podszedł do windy, wjechał do siebie. Włączył wszystkie światła, włączył sieć ubezpieczenia prawnego. Rozebrał się – ale do łazienki nie dotarł. Skręcił do kuchni – ale po jedzenie nie sięgnął. (Czy był głodny? Nie miał pewności). Wrócił do salonu, wyszedł na balkon. Miasto skoczyło na niego ze szponami. Cofnął się. Podszedł do barku, pogładził szkło, zawrócił, potrącił abstrakcyjną rzeźbę, usiadł na dywanie, wstał, znowu usiadł, znowu wstał, otworzył sejf, przekartkował Lewisa, zamknął sejf, włączył muzykę, wyłączył muzykę, włączył ledtapetę, wyłączył ledtapetę, kopnął stolik, ugryzł się w przedramię, odpiął kolczyk telefoniczny, zapiął go z powrotem, zadzwonił do Anzelma.

– Anzelm? Hunt.

– A. Doszedł was ten raport?

– Jaki raport?

– Krasnow wspominał coś, że chyba roześle...

– Jaki raport?

– Jest postęp z estepem. Wyselekcjonowali wreszcie pełną, zamkniętą, bezpieczną sekwencję. Na myszkach wygląda to nawet nieźle. Mówił, że napisze i pośle. Wciąż ten estep udoskonala. Nacisnąłem go trochę i odstawił wreszcie efes. Tu w ogóle... Moment.

Preslawny przerwał i w uchu Nicholasa zahuczała Haydnowska cisza. Stał w bezruchu w szerokim przejściu między salonem a sypialnią, jedna dłoń uniesiona do ust, druga zaciśnięta w pięść.

– No więc – podjął Preslawny – to jest prywatny folwark Krasnowa. Właściwie nikt do końca nie wie, co on tu robi. Cwaniak zna wszystkie tricki. Wiesz, że wykonuje nawet zlecenia NASA? Ma umowę z MIT na... (Ej, zostaw to!) Ściągnął tu ludzi z Mostu i od Grimmela. Powinieneś chyba poszczuć na niego waszyngtońskie brytany, wyraźnie odpuścił sobie Wspomaganie, ta placówka rozrasta się w jakieś pieprzone imperium, zasysa fundusze niczym czarna dziura, wkopują się właśnie dwadzieścia pięter pod ziemię, zamówił reaktor. Trzeba go trochę przystopować, zanim wyrośnie nam tu J. Edgar Hoover nauki. Jesteś tam jeszcze, Hunt?

– Nie, hipopotam odgryzł mi ucho. Co ty sobie myślisz? że ja jestem Pan Bóg Wszechmogący? On wił tam sobie to gniazdko latami, nie będę się teraz porywał z motyką na Linię Maginota, sam siedzę po uszy w gównie. Piąty się wypłaszczył, gdybyś nie wiedział. Mogą polecieć głowy. Zgadnij, czyja pierwsza.

– E, nie może być tak źle, za dużo w to włożyli.

– Jeśli zaczną ciąć wystarczająco wysoko, nowy mandaryn może się poczuć w obowiązku naprawić błędy poprzednika. Nie liczy się, ile. Liczy się, kto wkładał.

– Przecież nie zakwestionują użyteczności Programu!

– Uczę cię i uczę, ty wciąż jednako tępy. Użyteczność nie ma tu nic do rzeczy. Ważne jest, co zostanie w papierach. Możesz mi wymienić choć jeden nasz weryfikowalny finansowo bądź politycznie sukces?

– Ależ gdyby podczas drugiej wojny światowej rozumowano w ten sposób, Projekt Manhattan padłby po pół roku!

– Miło, że nareszcie zacząłeś zauważać zmiany, jakie zaszły przez ostatnie sto kilkadziesiąt lat.

– Piękny mamy humorek.

– Kij ci w oko.

– Pokój z tobą i hipopotamami twoimi.

Kiedy już zasnął, śniły mu się atomowe grzyby wyrastające na niebie nad Nowym Jorkiem, prawdziwe lub reklamowe.

6. Wojny

Słońce stało w zenicie ponad megapolis. Zanosiło się jednak na burzę i wielopoziomowe ulice tonęły w cieniach – od chmur, od sterowców, od wyższych ulic.

Na górnym piętrze Centrali, w sali konferencyjnej, trwało zebranie. Udział w nim brali: Nicholas Hunt, Joseph Moore, doktor Marina Vassone, pułkownik Fortzhauser i Ronald Schatzu, ten ostatni na wyraźną prośbę dwóch gości z Waszyngtonu, na których polecenie w ogóle zwołano owo zebranie. Pierwszym z nich był dobrze znany Huntowi Jack Oiol, doktor ekonomii, osobisty sekretarz sekretarza obrony; drugim – sprawiający wrażenie nierzeźbionego, rudy chudzielec nazwiskiem Bronstein, o którym Oiol swego czasu rzekł Huntowi, iż jest to anioł egzekucyjny Białego Domu.

Cała siódemka w jak najbardziej oficjalnych garniturach: sztywne halsztuki, białe mankiety, wysokie kołnierze, grube wyjściowe tabi o gumowanych podeszwach, szpilki jurydykatorów pod brodą, nawet Vassone w swym czarnym polijedwabiu, srebrnych obrączkach na palcach rąk i nóg, z wisiorkiem między piersiami. Nadgarstki na krawędzi blatu stołu.

Rytuały władzy, rytuały powagi, rytuały dominacji. Forma określa dopuszczalne uczucia, to zabezpieczenie przeciwko naszym żądzom, inaczej szefowie korporacji skakaliby sobie z dzikim wrzaskiem do gardeł podczas negocjacji; Bogu niech będą dzięki za NEti. Hunt uśmiechnął się krzywo za zasłoną dłoni z papierosem.

– No dobrze, ja wszystko rozumiem – westchnął Oiol, który musiał grać swoją rolę jak wszyscy inni – ale czy to nie było po prostu marnotrawstwo telepatów? Mieliście pięciu, wszystkich szlag trafił. A z neuromonad nici. Czyż nie tak wygląda aktualny stan Programu?

– Mhm...

– To co to jest? Bo dla mnie – klęska.

– Przypominam – odezwała się Vassone, z zadziwiającą niefrasobliwością okazując roztargnienie głosem i niepewnym spojrzeniem – że założenia i szanse powodzenia Programu znane były wszystkim od początku i wówczas nie słyszałam żadnych sprzeciwów. Po fakcie każdy mądry – dodała, prześlizgując się spojrzeniem ponad głowami Oiola i Bronsteina.

– To był plan zwycięstwa totalnego – powiedział Hunt. Zainspirowany demonstracją Mariny wyglądał teraz melancholijnie na miasto pod wielkimi sterowcami, pod burzowymi chmurami. – Pozyskanie współpracy neuromonad gwarantowało tryumf absolutny, bo nie ma w tym pokerze wyższej karty. Natomiast idąc po linii mniejszego oporu i zadowalając się animalnymi, doprowadzilibyśmy najwyżej do nowej równowagi, bo tamci też mieliby swoje animalne, a wciąż wisiałby nad nami miecz niczyich neuromonad.

– Należało zatem pracować dwutorowo – rzekł Oiol. – Bo teraz jesteśmy co najmniej pół roku do tyłu i startujemy z najsłabszej pozycji.

– Dwutorowo, mhm? – uśmiechnął się Hunt. – A kto to mówił o „przekleństwie rozwiązań połowicznych”?

– Pół roku? – zdziwiła się równocześnie Vassone. – Według Moore'a reszta zaczęła łapać telepatów dopiero kilka tygodni po nas.

– To prawda – przytaknął Fortzhauser. – Przeciek był od nas. Zaczęliśmy pierwsi. Po nas Chińczycy, potem Hongkongijska, potem Francuzi.

Bronstein siedział, nie odzywając się, nie patrząc na żadnego z dyskutantów. Wpółopuszczone powieki sugerowały znudzenie mężczyzny balansującą na granicy kłótni rozmową. Albo on faktycznie nie jest rzeźbiony, pomyślał Hunt, albo też to jego rzeźbienie posiada naprawdę niezwykły charakter.

– Dajmy sobie spokój z rozpamiętywaniem błędów już popełnionych – machnął ręką Oiol. – Teraz trzeba odpowiedzieć na pytanie: co dalej? Tych pięciu wypłaszczonych – wskazał kciukiem podłogę – do niczego się już nie przyda. A sneakerzy nie wyniuchali nikogo nowego. Stoimy przed perspektywą Wojen Monadalnych bez choćby jednej wytresowanej monady po naszej stronie.

– Może pan Schatzu naświetli nam sytuację – mruknął Bronstein.

Zapadło milczenie. Wszyscy zagapili się na Ronalda.

Ten odchrząknął, przeczesał palcami krótkie włosy.

– No więc tak. Wojny Monadalne. Streszczę podstawowe założenia.

Po czym jął wyliczać:

– W fazie pierwszej Wojen należy oczekiwać bezpośrednich ataków na umysły decydentów. W drugiej – zmagań prowadzonych wyłącznie na płaszczyźnie myślni, pomiędzy monadami ofensywnymi i obronnymi. W trzeciej – ataków na ogniwa pośrednie, to znaczy telepatów-treserów oraz profesjonalnych mantrycznych blockerów; ataków zarówno psychicznych, jak i fizycznych. Faza czwarta, która charakteryzuje się dynamiczną homeostatyką, to ostatni i potencjalnie nieskończony etap zmagań, polegających już nie na próbach uzyskania bezpośredniego wpływu na decyzje przywódców wroga poprzez nasyłanie na nich monad z odpowiednimi psychomemicznymi „bombami” – lecz na odkształcaniu dookolnej myślni i sączeniu z monad psychomomemicznych „wirusów”. Na owym etapie nie będzie można już odróżnić umysłu zaatakowanego, „zainfekowanego” – od „czystego”.

Następnie rozpoczął nowe wyliczanie:

– Istnieją trzy możliwe warianty reakcji obronnych. Pierwszy: przeniesienie całości ciężaru decyzji na programy komputerowe. Drugi: wprzągnięcie do procesu decyzyjnego maksymalnie dużej liczby ludzi, czyli ubezpośredniczenie demokracji, a w przypadku działań szybkich, taktycznych, tajnych bądź nie podlegających zwierzchnictwu ogółu – randomizacja wyboru jednostki decyzyjnej z maksymalnie licznego zbioru kandydatów, przy czym każdy taki wybór dotyczyłby konieczności rozwiązania tylko jednego na raz problemu. Trzeci wariant: ukrycie właściwych decydentów i otoczenie ich tożsamości jak najdalej posuniętą tajemnicą – w demokracji jest bardzo mało prawdopodobny. Możliwe są, oczywiście, różnoproporcjonalne kombinacje powyższych rozwiązań. Po rozpętaniu Wojen Monadalnych, już w pierwszej ich fazie, nastąpi kompletne podporządkowanie nie uczestniczących w nich krajów i firm siłom dysponującym monadalnymi armiami. Stanie się to albo poprzez takie wpłynięcie na umysły ich zarządców, iż zaczną podejmować wyłącznie złe decyzje, co rychło doprowadzi je do ekonomicznego upadku i wyprzedaży; albo – w przypadku systemów dyktatorskich bądź silnie zhierarchizowanych – poprzez „skłonienie” owych zarządców do zawarcia odpowiednich umów wasalnych. Ostanie się jedynie owych kilka podmiotów liczących się w Wojnach, bo władających monadami. Po tym właśnie rozpoznamy początek fazy pierwszej: nastąpi szybka konsolidacja kapitałowa. Zwroty wektorów przepływu kapitału wskażą mocarstwa monadalne.

– Jutro o czwartej piętnaście po południu czasu Hanoi – rzekł Bronstein – Kompania Hongkongijska podpisze ze Zjednoczonymi Strefami Ekonomicznymi Azji umowę, na mocy której Strefy za symbolicznego jena sprzedadzą właścicielom Kompanii pakiet kontrolny Dwunastu Spółek. Proszę państwa, Wojny Monadalne się już rozpoczęły.

Hunt zapalił kolejnego beznikotynowca. Burza nad Nowym Jorkiem przybierała na sile, pioruny rozszczepiały się na powłokach sterowców, spływając po linach uziemiających. Reklamy płonęły pośród tego mrocznego piekła żywiołów niczym runiczne zaklęcia ścierających się ze sobą na nieboskłonie czarnoksiężników.

Myśli kotłowały mu się w głowie gorzej od tych burzowych chmur. Przecież potem nie będzie nikogo obchodzić, czyja de facto to była wina – pozostanie pieczęć klęski i nazwisko Hunta pod spodem. Nie idzie nawet o stan faktyczny Programu, lecz o etykietę, jaka zostanie mu przylepiona, o hałas, z jakim upadnie. A Bronstein – tak, on posiada tę władzę: może spowodować rozwiązanie Zespołu w oparciu o analizę dotychczasowych jego wyników, w istocie dalece niezadowalających.

– Pytanie: po co w ogóle to zebranie? – rzucił Hunt. – Co my możemy zrobić bez telepatów na chodzie?

– Przynajmniej zapewnić ochronę – warknął Fortzhauser. – Nasi mantrycy są do dyspozycji. W Waszyngtonie na pewno bardziej się przydadzą.

Oiol skinął głową.

– Szef personelu ułożył się już z dalajlamą, zawsze mieliśmy dobre układy z tybetańską diasporą.

– Dajcie też ochronę tej ochronie – zalecił Hunt.

– Czy mi się wydaje, czy to już by była faza trzecia? – spytała ironicznie uśmiechnięta Vassone. – Piorunem to idzie.

– Bez własnych monad na smyczach możemy się co najwyżej bronić – pokręcił głową Oiol. – Oni tam będą tymczasem kroić między siebie resztę świata, a my – my zamantrujemy się na śmierć.

Bronstein stukał paznokciami o blat, zero zainteresowania w oczach.

– Jest jeszcze Program Wspomaganie. – Hunt strzepnął popiół z papierosa i spojrzał na Bronsteina. – Czytuje pan raporty?

Bronstein skinął głową.

– Więc wie pan, że Krasnowowi udało się z selekcją genu zupełnego telepatii – ciągnął Hunt. – Wszystko jeszcze przed nami, dopiero z estepem zacznie się na naprawdę dużą skalę. To otwiera zupełnie nowy etap. Wydaje mi się, że rozsądnym byłoby zebrać wszystkich tych ekspertów i sporządzić jakiś bardziej sztywny plan postępowania, ustalić priorytety... Zgodzą się państwo, że dotąd nie było w tym względzie pełnej jasności.

– Jest tylko jeden priorytet – oznajmił Bronstein. – Wojny Ekonomiczne. I tylko taki cel waszego Programu: zwycięstwo w nich.

– Zorganizujemy konferencję – rzekł Hunt, starając się, by zabrzmiało to tak, jakby przytakiwał Bronsteinowi. Dobrze pamiętał o złotej zasadzie biurokracji: nie wiesz, co zrobić – zwołaj naradę. – Zorganizujemy konferencję, opracujemy harmonogram. – Ciskał kolejne zaklęcia. – Skoro już zaczęły się Wojny Monadalne, musimy zmienić taktykę. Nie ma mowy o dalszych poszukiwaniach świętego Graala, doktor Vassone mi wybaczy.

Doktor Vassone obserwowała cienie na suficie.

– Świetnie – mruknął Bronstein, wstając. – Zyskaliście odroczenie.

Prosto z tej narady przeszli do „Santuccio” na wcześniejszy lunch: Hunt, Vassone, Schatzu, Oiol.

– Jezu, czy ten Bronstein faktycznie przyleciał tu po wasze głowy? – spytał Ronald, złożywszy swoje zamówienie.

Oiol zaśmiał się.

– Przyzwyczajaj się. Zawsze najpierw szuka się winnych niepowodzenia, jego przyczyn – dopiero potem, jeśli w ogóle.

– Nie jest tak źle – wzruszył ramionami Hunt. Był wyraźnie odprężony, szafował uśmiechem ponad wszelkie wymogi grzeczności. – My jesteśmy jedynymi ekspertami od całego tego monadalnego szajsu, a z Wojnami Monadalnymi na karku nie mogą sobie pozwolić na posłanie nas w odstawkę. Prorokuję wiek złoty, zalew wolnych funduszy.

– Co za „my”? – mruknęła Vassone.

– Pani, o najmędrsza – skłonił się jej, nie podnosząc się z krzesła, Nicholas – pani.

– I on. – Oiol wskazał łyżeczką Schatzu.

– Taki tam ekspert – parsknęła. – Posiedział, pomyślał, napisał. Co pan w ogóle wie o monadach?

– Och, z pewnością nie tyle, co pani – odparł Ronald, który najwyraźniej już chwycił obowiązujący przy stoliku ton. – W razie jakichkolwiek wątpliwości nie omieszkam zwrócić się z pokornym zapytaniem do wyroczni. Dręczy mnie na przykład taka kwestia. – Pociągnął łyk napoju i spojrzał przez szklankę na prześwitujące spomiędzy chmur słońce. – Czy myślnię obowiązują prawa fizyki?

– O co panu chodzi?

– Mhm, czy, dajmy na to, spuszczona na Księżycu monada dotrze do ofiary na Ziemi szybciej niż w sekundę?

– Pyta pan o ograniczenie do prędkości światła?

– Aha.

– Prawdę mówiąc, nie prowadziliśmy badań – przyznała Vassone. – Trzeba by wpierw wytresować monadę, a my nie wytresowaliśmy ani jednej.

– No, niech pani nie będzie taka skromna – sapnął Oiol. – Pani wytresowała Czwartego, który wytresował animalną.

– A w ogóle na co to panu, Schatzu? – zainteresował się Hunt. – Będzie pan próbował wyjaśniać za pomocą myślni paradoks jednoczesnych obserwacji?

– Aa, nie, tak sobie. Ciekawy byłem.

– Ja też mam pytanie do pani doktor – zgłosił się Oiol. – Jak mianowicie wyobrażała sobie pani to porozumienie z neuromonadami? Co takiego moglibyśmy im dać w zamian za oddawane nam przysługi, a czego nie mogliby im dać nasi wrogowie? Hę?

– Ofiary, stosy ofiar – zaintonował Hunt. – Manipulacje algedoniczne. Co za przyjemność dla nich? Jeden jest pewnik: pożywienie. Każdy organizm łaknie. A co jest ich białkiem, budulcem ich ciał? Psychomemy. Więc? Wejrzyj na nas, okrutna Ateno.

– Upiłeś się?

Hunt zrobił dziwną minę, puścił oko do Schatzu.

– Czyż bowiem nasze umysły traktowane według teorii pani doktor jako psychomemiczne odbicia procesów zachodzących w korze mózgowej, zorganizowane zakłócenia myślni – czyż one również nie stanowią monadalnej formy egzystencji? Fakt: przywiązane są do ciała. Ale cóż to znaczy? Z perspektywy myślni nie znaczy to nic. Ciało umiera. I co wówczas z umysłem? Mózg gaśnie; ale wszak właśnie dowiodła pani na przykładzie telepatów, że psychomemy nie potrzebują dla przetrwania żadnej fizycznej podpory. Toteż umysł istnieje nadal. Jest to już monada klasyczna, roślinna bądź animalna. Przed śmiercią posiadał inteligencję, samoświadomość. Pytanie: czy dysponuje nimi również potem?

Oiol wpatrywał się w Hunta podczas jego przemowy z uporczywością w myśl Nowej Etykiety wręcz obelżywą.

– Czy to oznacza – żachnął się – że wy tu usiłujecie się skontaktować z duchami zmarłych? To są te neuromonady, obca inteligencja myślni...?

– Trza było wam nająć jakiegoś nekromancera – parsknął Schatzu.

– Bardzo śmieszne – warknęła Vassone. – Tylko mąci im pan w głowach, Hunt. To są przecież dwa różne poziomy organizacji, i pan dobrze o tym wie. Co innego – umysł człowieka świadomy właśnie psychomemami, które są jego pamięcią, osobowością, strukturą; a co innego – neuromonada, świadoma organizacją psychomemów, zdająca sobie sprawę ze znaczenia, „treści” ich samych mniej więcej tak samo, jak my zdajemy sobie sprawę z wewnętrznej budowy tkanek naszych mięśni, czyli wcale.

– Ja wiem, jak zbudowane są moje mięśnie – rzekł Schatzu.

– Doprawdy? Pana mięśnie? Potrafi pan wejrzeć we własny biceps, zejść do poziomu komórkowego, odczytać go warstwami? Dysponuje pan jakimś przeznaczonym do tego celu zmysłem fizycznej introspekcji?

– Dysponuję mikroskopami.

Hunt postukał kłykciami w blat stolika.

– Zaraz, powoli. Zapędziliśmy się w tych analogiach, niedługo wyjdą nam psychomemiczne mikroskopy elektronowe. Ja przyjmuję do wiadomości pani rozróżnienie. Ale to nie zamyka kwestii, bo jedno nie wyklucza drugiego. Co mianowicie dzieje się z umysłem człowieka po śmierci?

Oiol westchnął ciężko, uniósł oczy ku niebu.

– Jakbym wrócił na studia. Jakim cudem wpadliśmy w ten eschatologiczny kanał?

– Zamilcz, niewierny – machnął na niego Hunt. – My tu o wzniosłych rzeczach mówimy.

– Ja wiem, ja wiem – pokiwała palcem Marina. – To Czarny, piątka. „Nie moje niebo, siódma brama, hurysy czarnookie”. Prawda?

– Coś tam przecież widział – nacisnął Nicholas.

– Monadę widział.

– Więc przeczy pani?

– A niby czemu przeczę?

– Ciągłości umysłowej świadomości.

– Tak. To jest inna forma organizacji. Gdy gaśnie mózg, ginie struktura: zostaje kupa psychomemów. One mogą przetrwać, i w istocie często się to zdarza, czasami nawet samoorganizują się lub są jednym z elementów organizacji do poziomu homeostatu myślni, exemplum nawiedzone domy, duchy miejsc kaźni – lecz wszystko to nie oznacza jakiegoś rodzaju życia pośmiertnego. Identycznie rzecz ma się z ciałem: ono przecież również nie znika w momencie śmierci, trwa, jego budulec w procesie biologicznego recyklingu wchodzi nawet w skład kolejnych homeostatycznych maszyn świata fizycznego – ale cóż z tego? Nie o to tu idzie.

Przyjechały zamówione dania, w większości krwiste befsztyki. Inżynierowie memetyczni od lat z takim upodobaniem sprzęgali indukowane przez siebie trendy z memotrendami wegetarianizmu i zdrowego żywienia, że dla pokoleń Hunta i Vassone rozmyli je już doszczętnie. Tatary, strogonoffy, tłuszcze zwierzęce – znowu nie były niemodne.

Chwilę trwało zamieszanie z rozdzielaniem kompletów i płaceniem, kelner łapał ich po kolei za nadgarstki i przyciskał suche wargi operatora do cashchipu wyczuwalnego pod skórą drobnym stwardnieniem.

– Mmmm – potrząsnął widelcem Schatzu – ale może mi ktoś wreszcie wyjaśni ten passus o „ofiarach, stosach ofiar”? Co?

– To jest smaczne – zaakcentował Hunt.

Oiol zajrzał mu do talerza.

– Naprawdę?

Hunt zamachał, zirytowany nieporozumieniem.

– Ofiary, stosy ofiar – powtórzył. – Pytanie brzmiało: czym przekupić neuromonady. Smacznym żarciem, oto czym. Pani doktor wytłumaczy w szczegółach – skinął na Vassone.

– Akurat.

– W każdym razie opieram się tu na jej słowach – zaznaczył Hunt. – Jakaś mała hekatombka... Najlepiej z ludzi, nie z wołów, bo ludzie mają jednak bardziej rozwinięty system nerwowy i więcej psychomemów wydalą, wyższej jakości. Oczywiście w bólu, w męce, to musi być długie, jednostajne cierpienie, aby uzyskać jednorodność i koherencję emisji – na korze pozostanie wówczas tylko jedno doznanie, skumulowany ładunek. I oczywiście w przypadku każdej z ofiar powinno być ono takie samo – stąd wymagana rytualność mordów. To będzie im smakować.

Schatzu, krzywo uśmiechnięty, spojrzał na Oiola, Oiola o twarzy pozbawionej wszelkiego wyrazu, jak z lanego plastiku.

– Czy Departament Obrony USA nie finansuje przypadkiem badań nad czarną magią?

W dniach, które nadeszły po wizycie Bronsteina i ogłoszeniu wybuchu Wojen Monadalnych, Hunt miał nareszcie pełne ręce roboty.

Przede wszystkim musiał zorganizować tę publicznie zapowiedzianą konferencję. Zwyczaj nakazywał postępować w takich razach z prawdziwie bizantyjskim rozmachem, czyli wykorzystać budżet do maksimum, przede wszystkim starając się zapewnić uczestnictwo każdego specjalisty, którego absencja mogłaby zostać potem organizatorowi wytknięta jako przyczyna niepowodzenia przedsięwzięcia.

Bo też Hunt tego właśnie się spodziewał: niepowodzenia. Bogiem a prawdą nie słyszał jeszcze o takiej naradzie, konferencji, burzy mózgów czy jak to zwał – o której można by rzec, iż zakończyła się sukcesem. Jaką mianowicie postać miałby przyjąć ów sukces? Jednego gigabajta pokonferencyjnego trashu więcej? O dalszej karierze Nicholasa i tak zadecyduje rozwój wydarzeń w Wojnach Ekonomicznych i przyszły układ sił w stolicy. Konferencja to ledwie standardowa zasłona dymna – nikt przecież nie będzie mógł zaprzeczyć, iż Hunt nie siedział tu z założonymi rękoma i faktycznie coś robił! Więc im większy rozmach, tym lepiej.

Wszelako tym razem Hunt znajdował się w trudniejszej sytuacji, bowiem listę uczestników znacznie ograniczały narzucone przez Fortzhausera kryteria bezpieczeństwa. Znacznie – czyli lista objęła jedynie tych, którzy albo już byli częściowo z projektem Kontakt zaznajomieni, albo posiadali dostęp do sekretów o analogicznym bądź wyższym poziomie poufności. Na dodatek wykreśleni z niej zostali wszyscy nie będący obywatelami USA lub będący także obywatelami innych państw bądź sygnatariuszami ekskluzywnych umów kulturowych, tudzież ludzie czerpiący większość swych dochodów ze źródeł pozabudżetowych. Zwłaszcza ten ostatni warunek odczuł Hunt dotkliwie: dyskwalifikował on blisko dwie trzecie kandydatów. Z punktu widzenia oficera kontrwywiadu był jak najbardziej sensowny – cóż określa lojalność silniej od pieniędzy? – niemniej dla Nicholasa, który sam nie pogardziłby wysokim stanowiskiem w menadżmencie jakiejś megakorporacji, brzmiało to zgoła idiotycznie. W końcu któż przewidzi, który z ekspertów pracujących teraz wyłącznie dla rządu, nie przeniesie się za jakiś czas do konkurencji, z wianem w postaci także tych sekretów?

Przenoszą się wszyscy. Dawno minęły czasy, kiedy budżet państwa stanowił główne źródło finansowania prac naukowych. Obecnie mógł się na tym polu przyrównywać co najwyżej do budżetu pojedynczej, średniej wielkości firmy. Strategia finansowania badań w kluczowych dziedzinach rodem jeszcze z zimnej wojny (kiedy to tajne technologie wojskowe zawsze o kilka lat wyprzedzały rozwiązania wdrażane do użytku cywilnego) skompromitowała się do reszty w latach sześćdziesiątych, gdy DARPA w wielkim zrywie finansowym postanowiła postawić na technologie antygrawitacyjne. Początki były obiecujące, ale po dekadzie projekt padł, gdy okazało się, że krzywa energii koniecznej dla sprowokowania fenomenu rośnie w stosunku do masy wykładniczo. Potem rząd pozostawił badania sektorowi prywatnemu, który stać było na amortyzację kosztów w dużych przedziałach czasowych i wysoki procent projektów chybionych, a który nie musiał się tłumaczyć z każdego centa odmówionego programom socjalnym.

Nawet owa słynna bionanotechnologia, mocą międzynarodowych konwencji usunięta w sferę zastosowań tajnych – nawet ona stanowiła efekt pracy ludzi z Mostu zaledwie w kilku procentach. Jedyna przewaga rządowych projektów brała się tu z faktu, że – jako „oficjalnie tajne” – były one wyjęte spod prześladowań prawnych, tam więc naukowcy mogli się zapuścić najdalej w swych poszukiwaniach. Ale również to ograniczenie nie było bezwzględne, firmy prywatne miały bowiem możliwość przenieść swoje laboratoria w miejsca na Ziemi „prawnie przyjazne”: zawsze znajdzie się jakiś podmiot prawa międzynarodowego na tyle zdesperowany ekonomicznie, że gotów zmienić swe wewnętrzne legislacje dla podratowania budżetu. I coraz więcej tak czyniło, zwłaszcza w dziedzinie bionanotechnologii, która znajdowała się obecnie na szczycie naukowego boomu; nie ta abstrakcyjna bionanotechnologia sprzed wieku, ale prawdziwa, praktyczna inżynieria bionano. Albowiem w momencie, gdy nano schodzi do takiej skali i precyzji, że potrafi samodzielnie rekombinować DNA, konstrukcje biologiczne i nanopochodne sprowadzone zostają do wspólnego mianownika, jednego kodu, za pomocą którego można zarówno zmieniać/budować materię ożywioną, jak i nieożywioną. I, o ile Hunt się orientował, na tym właśnie skupiała się obecnie praca w Moście: na stworzeniu nanotechnologicznego analogu dezoksyrybonukleotydów – takich trzech-sześciu podstawowych nanoelementów, których wzajemna przestrzenna orientacja oraz sposób połączenia szyfrowałyby prostym, samowykonującym się językiem całość właściwości powstałego z nich tworu (czy byłby to kolejny nanobot, większy zaledwie o rząd wielkości, czy też pseudoorganizm wielkości zwierzęcia).

Ostatecznie więc lista zamknęła się na pięćdziesięciu dwóch nazwiskach. Dla Hunta oznaczało to konferencję wręcz kameralną. Dla Fortzhausera – niemal stuprocentową pewność wypłynięcia tajemnicy na zewnątrz.

W końcu musiał Nicholas pójść na kompromis i dla uniknięcia dalszych jego zastrzeżeń wybrał na miejsce obrad bazę EDC – nie ów powszechnie znany budynek przy Wall Street, lecz potężny, betonowy „bunkier” wzniesiony na miejscu dwudziestowiecznej fabryki w Bronxie, tuż nad East River. Było to zagranie podwójnie sprytne, bo na dodatek zrzucało całą odpowiedzialność za ewentualne późniejsze przecieki na Korpus – Hunt umywał ręce. Najwyraźniej jednak szef sztabu EDC, generał Kleist, przejrzała Nicholasa, bo odmówiła udostępnienia pomieszczeń na konferencję. Droga służbowa trwałaby tygodnie, tak zatem Hunt pofatygował się do Bunkra osobiście, dla zachowania formy zabierając z sobą Anzelma, który akurat na dwa dni wrócił do NY, by zlikwidować tu resztę swoich spraw i w spokoju omówić z Nicholasem sytuację. Pojechali prosto z Cygnus Tower.

Sami ludzie z Korpusu nazywali go Bunkrem: nad ziemię wznosił się na sześć kondygnacji, lecz pod powierzchnię przykrytego soczystym trawnikiem gruntu schodził na metrów ponad dwieście. Było to jedno z dwóch głównych centrów operacyjnych Departamentu Skarbu USA w Wojnach Ekonomicznych i klasą antysneakerowych zabezpieczeń przewyższało Langley i Fort Meade (tak w każdym razie utrzymywał pułkownik Fortzhauser, a Hunt łykał to bez mrugnięcia).

Ponad Rikers Island widać stąd schodzące do lądowania na La Guardii samoloty, w takie mgielne wieczory smugi laserów naniebnych reklam biją z zespołu rzutników w Old College Point na kilometry wzwyż. Limuzyny Programu nie wpuszczono do wewnętrznego garażu (kolejny afront) i Hunt miał okazję podziwiać naturalne krajobrazy sztucznego świata.

Generał Iris C. Kleist, EDC, doktor ekonomii rzeźbiona w filigranową Mulatkę, przyjęła ich nie w swoim gabinecie (który mieścił się gdzieś w trzewiach sektora operacyjnego Bunkra), lecz w gabinecie zarządcy budynku, chwilowo przezeń opuszczonym.

Nie było jasne, czy pomieszczenie to obejmuje sieć NEti – ale ponieważ Hunt i Anzelm mieli co do tego wątpliwości, zachowywali się tak, jakby istotnie obowiązywała ich Etykieta.

Po kwadransie przeszli do rzeczy – generał przeszła.

– Jeden powód, dla którego miałabym się zgodzić.

– Przecież pani wie, czym my się zajmujemy.

Ponad pół budżetu Programu szło przez jej konta.

– Taa, biurokracją i intrygami – warknęła. – Czy wy w ogóle czytaliście własny statut? „W celu wspomożenia obrony gospodarki państwa”, tak tam stoi. Tymczasem co ja słyszę od pułkownika Fortzhausera?

– Co pani słyszy?

Tylko zmierzyła Hunta wzrokiem.

– Pani generał – zaczął pojednawczym tonem – nie może się pani spodziewać natychmiastowych korzyści, to jest program badawczy, eksperymentalny. Albo nastąpi przełom, albo nie. Robimy wszystko, żeby...

– Czy jest tam u was choć jeden człowiek – przerwała mu wbrew NEti – który naprawdę rozumie, na czym polegają Wojny? Poza moimi podwładnymi, których dla zasady ignorujecie. Co?

– Jeśli pyta pani o to, czy posiadamy wykształcenie infoekonomiczne... – uśmiechnął się Anzelm.

– Wtedy dopiero nie byłoby nadziei, że zrozumiecie – prychnęła. – Ja pytam, czy w ogóle pojmujecie zależności.

Stała nad nimi z rękoma za plecami i czekała na odpowiedź. Ni z tego, ni z owego, poczuł się Nicholas wtłoczony w formy infantylne, chłopca wyciągniętego z drzemki do odpowiedzi przed klasą.

– To zależy, co pani rozumie przez...

Tylko westchnęła. Chwilę spoglądała w przestrzeń ponad głowami gości. Potem pokiwała z politowaniem głową.

– Może przynajmniej podstawy. Powinniście znać chociaż z historii. To zaczęło się przecież jeszcze w dwudziestym wieku – powiedziała przysiadłszy, zupełnie niegeneralską manierą, na krawędzi biurka, przed ścianą biało zablankowanego ledunku. – Niektórzy szukają nawet głębiej.

– W dwudziestym wieku? – spytał Anzelm. – Od czego?

– Od rozwoju technologii zniszczenia. Ale tak naprawdę nie było świadomości i nie było decyzji. Nie podam więc daty, nawet daty narodzin nazwy i społecznej świadomości. Wojny Ekonomiczne. – Odwróciła się, by wystukać coś na terminalu.

– Niektórzy interpretują rzecz podług reguł historycznej konwergencji – zauważył Preslawny, najwyraźniej biorąc na siebie ciężar dyskusji; z pewnością był w lepszym po temu humorze, aniżeli Nicholas.

– Błędnie – ucięła Kleist.

Zapiąwszy rękawiczkę 3D-move odwróciła się do Anzelma.

– Naprawdę szukać można dopiero w czasach, gdy użyteczność posiadanego potencjału militarnego stała się odwrotnie proporcjonalna do jego wielkości. Widzi pan, w domowych wojenkach o miasteczko czy dwa partyzanckie bandy mogą do siebie strzelać z kałasznikowów, pluć z moździerzy i walić z RGP – ale do czego użyć milionowego wojska z atomówkami, orbitalnymi laserami, hektolitrami ultrazjadliwej broni chemicznej i biologicznej? Mhm? Tym sposobem nie da się już niczego zdobyć. Nie ma zysku. Zwłaszcza, że mocarstwa sukcesywnie same ubezwłasnawalniały się psychologicznie. Memy pacyfistyczne ukorzeniły się w naszej kulturze tak mocno, że elektorat w końcu przestał dawać przyzwolenie na jakąkolwiek wojnę, w której miałby zginąć choć jeden żołnierz – ich rodak lub wróg. Nawet gdyby powstrzymanie się od użycia siły miało okazać się katastrofalne w skutkach – wojna nie zyskuje akceptacji.

– Ale wtedy szło o rywalizację czysto polityczną, motywacje zmagań były ideologiczne.

– Wojna to narzędzie ochrony bądź powiększenia stanu posiadania państwa. Kropka.

Anzelm wydął wargi.

– O co w ogóle ten szum? Z nieuniknionych konsekwencji zdawano sobie sprawę już prawie dwa wieku temu. O ile dobrze pamiętam, w tysiąc dziewięćset czternastym u Heinemanna w Londynie wyszła książka niejakiego Normana Angella – „The Great Illusion”, w której prorokowano analogiczny kres konfliktów zbrojnych. To wszystko są banały, oczywistości historii.

Hunt zagapił się w zdumieniu na Preslawny'ego. Skąd on zna takie szczegóły? Co prawda zaliczył kiedyś minikurs infoekonomiki...

– Oczywistości historii, tak – warknęła zirytowana pani generał. – Rzecz cała polega na skali oraz technologiach realizacji. Ekstremalizacja trendu zaczęła się bowiem w momencie, gdy przestała istnieć możliwość rozpętania i wygrania takiej wojny w klasycznym tego słowa rozumieniu, która ostatecznie zbilansowałaby się dodatnio. Nawet gdyby szło na przykład o przejęcie najbogatszych na planecie pól roponośnych – całościowe koszty operacji wojskowej przechwycenia i zachowania kontroli nad nimi znacznie przewyższyłyby ewentualne zyski, zważywszy na militarne potencjały zainteresowanych stron.

– Czyli wszystkich mocarstw Ziemi. Ale owe superarmie w istocie pełniły rolę odstraszającą, nie może pani tego negować.

– I w tym sensie opłacało się wydawać na nie rokrocznie teradolary – przytaknęła Kleist. – Rezygnacja z ich utrzymywania – a więc także rozwoju, bo stać w miejscu znaczy cofać się – kosztowałaby znacznie drożej. Ale dzięki ich użyciu zaczepnemu nie da się uzyskać już niczego.

– Korelację stwierdzić najłatwiej. Ale prześledzić skutek i przyczynę...

Kleist tylko uniosła brew. Preslawny bezczelnie odpowiedział uśmiechem.

– To siła gospodarki stanowi o sile armii danego kraju, nie na odwrót. – Generał zakrzyknęła na kompa i na ścianie wyświetliły się napchane statystyką kolorowe tabele. – Ruscy przekonali się o tym na własnej skórze w trakcie partyjki zbrojeniowego pokera z Reaganem. Przykład z przeciwnego bieguna: Japonia – choć wszak wbrew pozorom nie całkowicie bezbronna, to przecież w gruncie rzeczy militarna pchła przy sowieckim słoniu.

– Japonia wchodziła de facto w skład sojuszu...

– Sojusze XX wieku nastawione były na obronę przed konwencjonalnym atakiem, to znaczy brutalną siłą mordu i zniszczenia. Przyznaję, ich rola, podobnie jak rola owych superarmii, była niezaprzeczalnie istotna, nikt z nas tego nie neguje. Lecz tymczasem górę zaczął brać nowy czynnik, na znaczeniu zyskiwała inna płaszczyzna zmagań – ekonomiczna – ponieważ na niej podboje wciąż są możliwe.

– Ależ to nie jest żaden nowy czynnik, on istniał od wieków!

– Tak. Lecz, powtarzam, jego rola, z uwagi na postęp cywilizacyjny i pomniejszenie roli klasycznych konfliktów zbrojnych, wzrosła do tego stopnia, że mamy prawo mówić o zmianie jakościowej. Porównajmy efekty bezpośrednie i pośrednie najostrzejszego konfliktu ekonomicznego w realiach pierwszej wojny światowej oraz w czasach współczesnych: to są dwa różne światy.

Wywołała na ścianie inny standardowy zestaw poglądowych zobrazowań.

– Pierwszą różnicę stanowi tempo zmagań. Wtedy czas od decyzji do pierwszych jej skutków liczyć należało na tygodnie i miesiące, lata nawet, dziś są to sekundy. Jest to, oczywiście, kwestia technologii. Prawdziwy przełom nastąpił wraz z komputeryzacją łączności, wirtualizacją praw własności i automatyzacją procesów decyzyjnych. Impuls niosący informację o spadku czy wzroście kursu biegnie światłowodem od kraju do kraju ułamki sekund. Niczego też nie trzeba podpisywać, przewalać ton papieru, przemieszczać materialnych akcji, wykonywać przy udziale ludzi proceduralnych wygibasów – co przedtem zabierało godziny i dni. Teraz wystarczy zmienić zapis w kryształowych pamięciach komputerów sprzedających, kupujących oraz giełdy – a to są nanosekundy. Największą zmianę w tej dziedzinie wniosła wszakże automatyzacja procesów decyzyjnych. Trend rozpoczął się od giełdowych programów eksperckich z lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Pierwotnie miały to być jedynie swoiste bezpieczniki na wypadek nagłego krachu, wiadomo bowiem, że jak już się na giełdzie wali, to wali się wszystko i to z szybkością pikującego myśliwca. W takich warunkach ludzki makler nierzadko fizycznie nie nadąża ze składaniem zleceń, na dodatek tych właściwych – a stres jest potworny. Ponadto początek krachu często wszyscy przegapiają i odpowiedni punkt na wykresach wskazują dopiero post factum analitycy. Toteż zadaniem takiego programu komputerowego było cierpliwie wyczekiwać pierwszych objawów nieszczęścia i zareagować wówczas natychmiastową wyprzedażą zagrożonych pozycji i przejściem na papiery bezpieczne, tudzież podłączyć się do trendu i dla amortyzacji strat grać na krótką sprzedaż. Warunki aktywacji – progowe wysokości indeksów lub notowań pewnych firm uznawanych za reprezentatywne bądź wyjątkowo „wrażliwe” – oraz odpowiedzi programu wpisywali weń wcześniej ludzie. W krótkim czasie do pomocy programów eksperckich zaczęli się uciekać wszyscy więksi inwestorzy, wzrosły również znacznie kompetencje owych programów: już nie tylko szło o ratunek w razie zapaści, lecz także o korygujące reakcje na zmiany trendów na giełdzie, coraz drobniejsze, coraz mniej istotnych. Tendencja do automatyzacji decyzji była nieodwracalna, bo każdy, kto by się ze stosowania tej strategii wycofał, z miejsca stawiałby się na przegranej pozycji.

– Więc jednak konwergencja – zauważył Anzelm.

– W tak szerokim jej znaczeniu, każdy proces historyczny posiada charakter konwergencyjny. – Wzruszyła ramionami. – A pamiętajmy, że ta strategia posiadała i ciemne strony. Kilkaset takich „maszynowych inwestorów” działających równocześnie na jednym rynku – a wkrótce stało się jasne, iż w gruncie rzeczy istnieje tylko jeden rynek – stanowiło samodetonującą się bombę ekonomiczną: funkcjonując bezrefleksyjnie i podług sztywnych algorytmów, były ślepe na pośrednie konsekwencje swych poczynań i co rusz powodowały „lawiny decyzyjne”, zgubne dla wszystkich. Wyglądało to w sposób następujący.

Tu Kleist wywołała na ścianie przykładowy zapis „lawiny”. Miejsca wprzęgnięcia się programów zaznaczone były na lecących w dół wykresach czerwonymi piktogramami. Wersja animowana, trójwymiarowa, ukazywała „współpracę” kilku programów.

– Program najbardziej asekuranckiego z inwestorów – mówiła generał, wskazując kolejno odpowiednie fragmenty zobrazowania – a zazwyczaj był to fundusz emerytalny, rozpoznawał sytuację jako niebezpieczną – bo akurat na tym dokładnie poziomie ustawiono mu próg czujności – i pozbywał się papierów, jego zdaniem, zdaniem jego twórców, niepewnych. To naturalnie wzbudzało niepokój kilku innych programów. Jeśli skumulowane wahnięcie kursów przekroczyło analogiczny próg u któregoś z nich, wówczas i on się dołączał do zrzutu, a jeżeli przy tym był to program zaplanowany „z większym gestem”, mógł się zachować bardziej agresywnie i pójść „na trend”. Spadek kursu się powiększał i rzutował na kursy firm pokrewnych, bo programy prewencyjnie wyprzedawały blokowo. Wystarczyło parę takich zazębień skutków działań jednego programu z założeniami kolejnego, by giełda ni z tego, ni z owego, w przeciągu minut, spadła w najgłębszą otchłań bessy. Ludzcy maklerzy mogli tylko przyglądać się i kląć.

– Czemu nie wyłączyli tego wszystkiego w cholerę?

– To nie było żadne wyjście – Kleist pokręciła głową. – Kto by się na coś takiego porwał, uzyskałby jedynie tyle, że najpóźniej i z największą stratą zeszedłby z dołujących przedsiębiorstw. I w rzeczy samej, według tego scenariusza doszło do kilku poważnych załamań giełdowych. Jednak po upowszechnieniu komputerów opartych o fuzzy logic, sieci konekcyjnych, PDP i post-PDP, heurystyk adaptatywnych, nieporównanie bardziej elastycznych i zdolnych do nauki na błędach – zagrożenie z tej strony wyraźnie zmalało. Bezpośrednią konsekwencję powyższego stanowi również całkowite wykluczenie z ekonomicznych gier ludzi.

– Więc co wy tu właściwie robicie?

– W boju parkietowym uczestniczą wyłącznie maszyny. Nam pozostaje rola programatorów i określaczy strategii ogólnych, nadzorców, kontrolerów i sztabowców.

– Odpadliśmy, bo jesteśmy wolniejsi?

– Nie tylko. Chociaż rzeczywiście, szybkość dyskwalifikuje człowieka już na starcie. Ale komputery tej generacji są „świadome” również istnienia innych komputerów inwestorów i biorą w swych decyzjach pod uwagę ich programy. Zmagania wspięły się tym samym na wyższy poziom, owe wnuki programów eksperckich rywalizują bowiem ze sobą już na „metagiełdzie”, gdzie dokonywane wybory zależą nie od rzeczywistych notowań i faktycznych posunięć adwersarzy, lecz ogółu stanów i zdarzeń możliwych, a każde z nich ważone jest odpowiednim prawdopodobieństwem i wartością oczekiwaną. Na tym etapie ludzcy analitycy giełdowi sami z siebie już nawet post factum nie są w stanie zrozumieć i wytłumaczyć poczynań komputerów. Przykładowo – Kleist wyciągnęła zapis jakiejś starej sesji i przewinęła analizę – znajdują w listingu pozycję ewidentnie chybioną, zakup jakichś dołujących akcji i sprzedaż ich z wielką stratą. Logika gry na pierwszym poziomie giełdy mówi jasno, iż jest to błąd. Jednak gdy gra toczy się na poziomie drugim, zmienia się perspektywa oceny i nie szacuje się strat i zysków z danych posunięć wobec ich zaniechania (to znaczy: „gdyby nie kupował, bylibyśmy do przodu”), lecz wobec rozkładu prawdopodobnych konsekwencji zaniechań („gdyby nie kupował, Etand najprawdopodobniej zszedłby z KSCF, ruszyłoby czerwone w City i stracilibyśmy sto dwadzieścia mega”). Jedynym wówczas właściwym sposobem analizy, jest analiza całościowa. A żaden człowiek nie obejmie jedną myślą wszystkich ruchów na światowym parkiecie.

Ponownie zmieniła wyświetlane wykresy.

– Drugą różnicę pomiędzy konfliktami ekonomicznymi współczesności i początku dwudziestego wieku stanowi stopień ścisłości powiązań gospodarczych w najwyżej rozwiniętych społeczeństwach tych czasów oraz wrażliwości owych społeczeństw na drgnięcia wskazówki ekonomicznego barometru. Chyba nie muszę przekonywać o różnicy?

Hunta z pewnością nie musiała. Niewiele go to wszystko interesowało i najchętniej przerwałby generał pod byle pretekstem, ale wolał jej do siebie w ten sposób nie zrażać: potrafił rozpoznać, gdy ktoś jest naprawdę zakochany w swojej pracy. Na dodatek, decydując się na ów wykład, Kleist sama uwięziła się w formie: jeśli wysłuchają go do końca, ona po prostu nie będzie już w stanie odmówić im przysługi. Rodzaj handlu wymiennego: wy pozwolicie się zatruć moimi ideami, ja wam użyczę Bunkra. Więc cierpiał Hunt w milczeniu.

– I dopiero wiedząc to wszystko, można próbować zrozumieć toczące się od kilkudziesięciu lat już pod tą nazwą Wojny Ekonomiczne. – Doktor Kleist upiła ze szklanki bezbarwny napój. – No więc przydałoby się zapoznać was z podstawami – westchnęła. – W końcu macie przecież wypracować jakąś supercwaną metodę zwycięstwa w Wojnach, nie zaszkodziłoby, gdybyście wiedzieli, czym to się je.

A więc to był dopiero wstęp! Hunt jęknął w duchu. Jeśli wyciągnie kolejne wykresy, mogę mimo wszystko nie wytrzymać...

– Ograniczę się naprawdę do podstaw, bo bez przygotowania infoekonomicznego i tak nie zrozumielibyście wiele – stwierdziła, najwyraźniej czytając z twarzy Nicholasa.

Ale Preslawny nie byłby sobą, gdyby odpuścił. Zasypał ją dziesiątkami pytań, gęsto naszpikowanych terminologią rodem z The Wall Street Journal. Generał miała mord w oczach, podobnie Hunt. Była to wszelako jedna z metod Anzelmowego podrywu: poprzez irytację. Preslawny hołdował tradycji flirtu interaktywnego, twierdził, że to dodaje dreszczyku emocji, ta niepewność: pozwie, czy nie pozwie? Teoria, którą głosił, nakazywała po pierwsze wytrącić kobietę ze stanu obojętności wobec podrywacza. Potem, utrzymywał Anzelm, już tylko krok od nienawiści do fascynacji. Hunt uważał taką rosyjską ruletkę za aberrację psychiczną. Powtarzał Preslawny'emu, że powinien się leczyć, póki nie jest za późno.

W sumie chyba się jednak Anzelm przysłużył, bo zanim tych dwoje skończyło się kłócić, była już ciemna noc i generał na krótkie: – To kiedy możemy się instalować? – Nicholasa mogła tylko podać termin. Hunt jednak nie pochwalał takich metod: to niepotrzebne stawianie sprawy na ostrzu noża; gdyby Kleist była w innym nastroju, bardzo łatwo mogłaby się obsunąć w atraktor zimnej złości i skończyłoby się na śledztwie JAG.

Idąc przez pusty parking, Hunt postukiwał gniewnie laseczką.

– Ciebie zabrać gdziekolwiek...! – syczał na Preslawny'ego. – Słoń w składzie porcelany! U nierzeźbionych żartowałbyś pewnie o kondomach! Nie wystarczą ci te odszkodowania, które już wiszą na twojej pensji? Chcesz skończyć na socjalnym? Weź ty się wreszcie...

– Patrz, kogo diabli przynieśli.

Rzucała się w oczy, bo to była jedyna na całym parkingu limuzyna obok tej Zespołu. Wysiadał z niej właśnie mężczyzna o włosach koloru rdzy, w świetle zarzecznych laserów widzieli go wyraźnie mimo sporej odległości.

– Bronstein.

– Zauważ – mruknął Hunt, wsiadając do samochodu – jego też nie wpuściła do wewnętrznego.

Z terminem konferencji było już gorzej. Z jednej strony – musiała się ona odbyć wystarczająco szybko, by wywiedzione z jej wniosków ewentualne zalecenia móc wprowadzić w życie zanim po Wojnach Monadalnych nie będzie już co zbierać (Schatzu mówił o trzech-czterech miesiącach na ostateczne ustalenie nowej równowagi sił). Z drugiej zaś – Hunt musiał dać zaproszonym czas na dokonanie zmian w ich własnych harmonogramach, na przygotowanie wiarygodnych legend, a części z nich – także na zapoznanie się z dostarczonymi przez wojskowych kurierów wcale grubymi opracowaniami o dotychczasowej teorii i praktyce eksploracji myślni (wszystko wyłącznie na papierze!).

Ostatecznie stanęło na następnym weekendzie. Konferencja miała trwać trzy dni – zacznie się w czwartek wieczorem, skończy w niedzielę. Uczestnicy zostaną zakwaterowani wewnątrz Bunkra, w pokojach przeznaczonych dla wizytujących VIP-ów i cywilnych analityków. Zabezpieczeniem całości, zarówno przed sneakerami obcych wywiadów, jak i miejscowych mediów, zajmą się: z ramienia sekcji Fortzhausera – McFly (już z nową twarzą) oraz nowojorski oddział Secret Service, która teoretycznie razem z FBI odpowiadała za ochronę tajemnic Korpusu. W praktyce EDC dysponował własną komórką kontrwywiadowczą i McFly zajął się wszystkim z pomocą ludzi z Bunkra. Hunt po raz kolejny odniósł to dobrze znane zawodowym biurokratom wrażenie: że oto firmuje własnym nazwiskiem działania, nad którymi bezpośrednią kontrolę zdać musiał komu innemu. Przerażające, przerażające uczucie.

Sam bowiem więcej czasu poświęcał drugiemu przedsięwzięciu zaanonsowanemu na zwołanym przez Bronsteina zebraniu: wykorzystaniu Krasnowowego sukcesu z estepem. Estep (STP – Stymulator Telepatii) w teorii pojawił się już w pierwszych pracach Vassone, jako sztuczny rekonfigurant DNA do postaci wzorcowego DNA niskiej immunologii umysłu. Vassone wyteoretyzowała go z faktu, iż bez wątpienia istnieje genetyczny wyróżnik ludzi ponadprzeciętnie podatnych na dookolne fluktuacje myślni, ponieważ na podstawie wydostanych za pozwoleniem Hunta z maszyn NSA DNAM Amerykanów udało się jej odnaleźć trzech następnych telepatów. Jej zalecenia były wobec tego następujące: wyizolować całość genów odpowiedzialnych; sporządzić bezpieczny wzorzec uniwersalny; skonstruować na jego bazie odpowiedni rekonfigurator ludzkiego DNA. Za to zabrał się z miejsca Krasnow. Wszystko wskazywało, że w końcu odniósł sukces. W dostarczonym do Centrali przez wojskowego kuriera pojemniku znajdowało się tuzin szczepionek.

Powstało pytanie: jaki zrobić z nich użytek? Słać estepowców na orbitę, żeby w Labach 10, 13 i 17 monady ich po kolei wypłaszczały podczas – według Hunta – nieledwie absurdalnych prób zwrócenia na siebie ich uwagi? Odstawić ich do stolicy, żeby służyli za swego rodzaju kanarki w systemie wczesnego ostrzegania przed atakiem wrogich monad? Pozwolić Krasnowowi na dalsze doświadczalne badanie natury myślni? (Sądząc z relacji Preslawny'ego – Krasnow prowadzić je będzie i tak). Zacząć teraz z wielkim opóźnieniem trenować animalne?

Od nagłego a niespodziewanego bogactwa popadliśmy w chorobliwe niezdecydowanie, kwitował Schatzu. Nicholas Hunt przecież także dlatego organizował ową konferencję: żeby mieć podane czarno na białym, za które posunięcia na pewno nie będzie potem oskarżany o niekompetencję, nieudolność, zaniedbania etc. Tymczasem do konferencji wciąż pozostawał tydzień, a on musiał podjąć jakąś decyzję, szczepionki leżały niewykorzystane w sejfie Centrali, w każdej chwili mógł mieć dwunastu telepatów, i to nie obciążonych schizofrenicznym dzieciństwem, zdrowych i zrównoważonych psychicznie.

Powoli, rzekł sobie. Byle nie wykonywać gwałtownych ruchów. Tydzień to nie tak wiele, da się coś zasymulować. Ot, jak najbardziej realny problem: skąd wziąć kandydatów na estepowców? Fakt, skąd? Z cel śmierci? Broń nas Panie Boże! Fortzhauser zaoferował się błyskawicznie zorganizować dwunastu ochotników spośród kadry oficerskiej EDC. Hunt nic na to nie odrzekł, ale pułkownik chyba wyczytał odpowiedź w jego nieruchomej twarzy: Prędzej wezmę tych seryjnych morderców.

Nie da się jednak ukryć, potrzebowali ludzi o niekwestionowanej lojalności, sprawnych fizycznie i umysłowo. Żołnierze pierwsi przychodzili na myśl. Schatzu, przeklęta fontanna pomysłów, podsunął ideę wykorzystania nie związanych kontraktami małżeńskimi oficerów rezerwy po badaniach psychiatrycznych: takich, którzy regularnie głosowali w wyborach i mieli bezpośrednio do czynienia z Wojnami Ekonomicznymi (jako drobni bandyci giełdowi, stali udziałowcy czy spekulanci funduszów). Nolens volens Hunt w końcu na to przystał, bo ten akurat wariant wymagał jeszcze pewnej przedwstępnej selekcji kandydatów, co dawało dodatkowy dzień-dwa.

Niestety, Moore uwinął się piorunem i w poniedziałek rano na biurku przed Huntem leżała lista dwunastu nazwisk (paper only). Na drugiej, rezerwowej, widniało sześć dalszych. Wszystkich osiemnaścioro kandydatów zostało już zaprzysiężonych przez swych zwierzchników – którzy sami niewiele więcej wiedzieli – i dobrowolnie wyraziło zgodę na uczestnictwo w tajnym programie. Czekali na rozkazy. Najdalej w ciągu ośmiu godzin od ich wydania znajdą się w Nowym Jorku.

Przeczytawszy to Hunt wyraźnie poczuł, że ciąży nad nim jakaś klątwa.

Zadzwonił do Moore'a.

– Pańscy ludzie powinni byli ich wcześniej prześwietlić.

– Prześwietlili – rzekł małomówny szef wywiadu Zespołu.

Hunt się załamał.

Wszystko zapisane. Pięć dni do konferencji. Estep w moim sejfie. Bronstein tylko czeka potknięcia. A tymczasem ja – ja mam tu teraz podjąć decyzję!

Otwierało się pod nim piekło.

Zadzwonił do Vassone, Fortzhausera, Schatzu, nawet Preslawny'ego, Oiola i Krasnowa. Na trzeciej kartce rozpisał wszystkie propozycje. Horror następnych dwóch godzin jałowych wahań kompletnie wyczerpał go nerwowo. W końcu zarządził co następuje: jednego pośle się na orbitę, dwóch do Waszyngtonu, jednego odda do dyspozycji Krasnowa, dwóch – CIA, która desperacko szuka po świecie centrów treningowych obcych monad animalnych. Reszta estepowców zabierze się pod kierownictwem Mariny Vassone za trenowanie własnych animalnych. Hunt bardzo był z siebie zadowolony, że przynajmniej w takim zakresie zdołał przerzucić odpowiedzialność na piękną panią doktor. Jeśli odmówi – kalkulował sobie – sama wykluczy się z Zespołu. A jeśli przyjdzie jej odpowiedzieć za fiasko – jej, jako naukowca, nie dotknie to nawet w jednej dziesiątej tak mocno, jak dotknęłoby mnie. Logiczne. Prawda?

Moore, za pośrednictwem jednej z atrapowych spółek EDC, wynajął na półtora roku USS „Curtwaiter”, stary frachtowiec zarekwirowany przez Straż Wybrzeża za szmugiel nielegalnych imigrantów. Hunt przeleciał się na niego małym, dyspozycyjnym helikopterem miejskim. Frachtowiec powinien się nadawać: wystarczająco podniszczony, by nie budzić niezdrowego zainteresowania, wystarczająco duży, by pomieścić ludzi i sprzęt. Zszedł do wielkich, pustych ładowni statku. Przewodnik od Moore'a opisywał, co gdzie stanie, z taką precyzją i pewnością siebie, że zapewne chodził już w OVR po „Curtwaiterze” całkowicie przebudowanym. Nicholas próbował sobie wyobrazić przyszłe wnętrze tego morskiego Labu Zespołu. Po odpłynięciu kilkanaście mil na wschód zapewni on czystość dookolnej myślni bez wątpienia nie tak wysoką, jak orbitalne Laby NASA, niemniej wystarczającą do przeprowadzenia pierwszych prób z animalnymi (takie było założenie).

Wracając przez cuchnące grodzie, Hunt dojrzał własne odbicie na stalowej powierzchni włazu i potknął się, przewrócił. Moore'owiec pospieszył mu na pomoc. – Co się stało? – Stare koszmary uchodźców – zaśmiał się sztucznie Nicholas. Bo i nie mogło to być nic innego. Czyżby więc doświadczył oto bezpośredniego przecieku psychomemów z myślni prawdziwie nawiedzonego miejsca? W raportach z Montany prezentowało się to jednak ciut inaczej. Tutaj natomiast najwyraźniej nastąpiło jakieś nałożenie, sprzężenie, skrzyżowanie nurtów. W odbiciu zobaczył mężczyznę odrobinę tylko przypominającego jego: wzrostem, z grubszą sylwetką i może trochę rysami twarzy. Ale tamten był kompletnie łysy, śmiertelnie blady, ohydnie pobliźniony, tatuaże wąskich strużek krwi pokrywały jego brudną skórę, nie miał wąsów, usta krzywił w jakimś drapieżnym grymasie, odziany był w strzępy długiego, czarnego płaszcza, no i nie posiadał prawej dłoni – zamiast niej wystawał mu z rękawa krzywy klosz drgającego światła. Cuchnął okropnie – a skąd Hunt to wiedział po odbiciu we włazie, pozostawało tajemnicą psychomemetyki.

Jeszcze w powietrzu wydzielił z budżetu Zespołu dla nowo utworzonej sekcji Vassone fundusze konieczne do remontu i przekształcenia „Curtwaitera” w coś na kształt w miarę nadającej się do zamieszkania, autonomicznej placówki badawczej. Marina i tak nie zdąży się z tym uwinąć i zaangażować swoich sześcioro estepowców przed zamknięciem konferencji.

Nie było jej w Centrali (sprawdził telefonicznie), toteż poleciał od razu do hotelu, by osobiście powiadomić ją o decyzjach podjętych w takiej męce. W bezpośredniej rozmowie zawsze zdąży jakoś zareagować i zbagatelizować kłopoty. Cóż, przynajmniej tak sobie mówił, czekając aż otworzą się drzwi apartamentu Mariny.

Kiedy już jednak wszystko jej powiedział, a ona tylko uśmiechnęła się i pokiwała głową, po czym zaproponowała drinka – zwątpił w reguły gry. Czyżby się spodziewała? Przeczuwała? Ale co właściwie? Nie wyrzucił wtedy pająka i nie chciał wyrzucać teraz. Przecież musi rozumieć: to nic nie znaczy. To po prostu egoizm. Na pewno rozumie.

Przy wyjściu uczynił prostacką aluzję do wieczoru w „De Aunche”. Czy może liczyć na kolejny? Ależ tak, oczywiście, odparła. I zatrzasnęła mu drzwi przed nosem. Przez ten cały estep miał już dostatecznie zszarpane nerwy, nie stać go było na następne godziny pustego gniewu. Wyjeżdżając z powrotem na dach, śmiał się więc na głos. Charlotte była przecież taka sama. Czegóż innego mógł się spodziewać? Nihil novi sub NEti.

W Centrali minął się z grupą wojskowych techników, którzy skończyli właśnie przebudowywać największą salę dolnego piętra na centrum monitoringu Wojen Monadalnych. Pociągnięto światłowód do Bunkra, podłączono się do nowojorskich linii Departamentu Skarbu, Departamentu Stanu i Banku Rezerw Federalnych (połączenia z CIA, FBI, NSA, DIA i HCI istniały już wcześniej). Dane szły do komputerów Centrali i na całkowicie zaledowane ściany i sufit sali.

Fortzhauser wyjął Bunkrowi trzech weteranów Wojen Ekonomicznych do analizy danych i interpolowania z rynkowych anomalii postępów w rozkręcających się po drugiej stronie globu Wojnach Monadalnych. Własne pełnodobowe sztaby trzymały na nogach EDC, CIA i Fed. Po liniach kodowanych jednorazowym szyfrem krążyły między nimi pełne sprzecznych hipotez cogodzinne raporty, Zespół dostawał kopie ich wszystkich.

Tych trzech oficerów – porucznik, porucznik i kapitan – przyjechało do Centrali na pół godziny przed zainstalowaniem całej elektroniki, prosto z Bunkra, i o niczym nie mieli pojęcia. Jeszcze się nawet nie zdążyli przebrać, wciąż byli w mundurach. Naszywki w kształcie złotych rzymskich monet obwieszczały przynależność: Korpus Obrony Gospodarczej.

Hunt pomyślał, że oto nadarza się okazja ustanowienia nowych hierarchii lojalności. Przywołał ową trójkę do siebie, odebrał przysięgi, streścił sprawę, wręczył każdemu po kopii prac Vassone i Schatzu i zobowiązał do osobistego informowania o każdej zaobserwowanej zmianie na frontach Wojen Monadalnych. Biedacy byli tak ogłuszeni, że zobowiązaliby się do wszystkiego. Nicholas pożegnał ich zadowolony, że przynajmniej to jedno mu się dzisiaj udało. Pułkownikowi zabierze chwilę powrotne przekonwertowanie infoekonomistów.

7. Pod obcymi sztandarami

Wszystkich przybywających na konferencję witał osobiście w holu Bunkra, ledwo przekroczyli szereg bramek bezpieczeństwa. Uścisk dłoni, uśmiech, wizytówka, Nicholas Hunt, jestem wdzięczny, że znalazł/a pan/i czas, proszę tędy, oto mój numer telefonu, proszę sobie zakodować, w każdej chwili dnia i nocy, Nicholas Hunt, miło mi – nieprzyzwoicie skrócony rytuał powitalny NEti. Limuzyny wynajęte przez EDC przywoziły ich z Kennedy'ego, Newark, Giullianiego i pobliskiej La Guardii, materializowali się stadami. Przybył Krasnow ze swoją świtą (ekipa Hacjendy była najliczniejsza, czternaście osób), przybyli wtajemniczeni z waszyngtońskiego rozdzielnika wraz z własnymi doradcami, w komplecie stawili się płatni konsultanci Departamentu Skarbu z okresu opiniowania przezeń projektu Vassone oraz cała wierchuszka Defense Advanced Research Projects Agency. Pojawili się szefowie NOCS-y, siódmej reinkarnacji SETI, przysłały też własnych ekspertów wszystkie instytucje zaangażowane obecnie w Wojny Monadalne (na razie na poziomie biernego monitoringu). Nie trzeba dodawać, że licznie stawili się ludzie samego EDC i bodaj cały Zespół Hunta. Po porównaniu z pierwotną listą zaproszeń okazało się, że – mimo wycofania się czworga planowanych uczestników – w konferencji udział weźmie blisko dwukrotnie więcej ludzi, niż Nicholas liczył. Hunta wprawiło to w doskonały humor, McFly natomiast rwałby sobie włosy z głowy, gdyby nie był ostrzyżony na zero. Już za te limuzyny mało nie skoczył Huntowi do gardła.

EDC oddał na potrzeby konferencji siódmy podpoziom Bunkra i część kwater na podpoziomach pierwszym i drugim. Powitanie oraz wprowadzające wykłady Vassone, Krasnowa i Schatzu odbędą się w głównej sali seminaryjnej, potem prace przeniosą się do poszczególnych sal, poprzydzielanych stosownie do rozmiarów tematycznych grup roboczych. Hunt sam sformułował te tematy, mając na uwadze przede wszystkim użyteczność spodziewanych wniosków z dyskusji. Całość konferencji będzie rejestrowana przez mikrofony i kamery wewnętrznej sieci Bunkra, nadto każda grupa winna sporządzić na koniec raport podsumowujący. Nicholas zorganizował wszystko zgodnie z regułami sztuki i istotnie mógł być z siebie dumny. Obawiał się tylko przylotu Bronsteina, lecz póki co rudy dzikus nie zjawił się.

Przywitawszy ostatniego z przybyłych i sprawdziwszy listy pasażerów ostatnich lotów, Hunt wszedł do jednej z głównych wind Bunkra. – Minus siedem – poprosił. Windy były bardzo pojemne, dwie ściany miały w pełni zaledowane, scrollowały się na nich bezustannie aktualności z giełdowych ekranów taktycznych centrum operacyjnego sztabu EDC. Żadnych wielkich sekretów człowiek z nich nie wyczyta, taki po prostu był default windowych ledunków – lecz oddziaływał na wyobraźnię i wprowadzał w atmosferę panującą w Bunkrze. To wszak było oko cyklonu, front tej wojny, przykryte nieprzyjacielskim ogniem okopy samotnej dywizji powstrzymującej napór wroga.

Fatum: wyszedłszy z windy na siódmym podpoziomie, Nicholas Hunt wpadł na niewysoką kobietę w mundurze o generalskich dystynkcjach EDC. Odwróciła się: Kleist. Co się okazało: czekała na niego.

– Słówko, jeśli można.

Niemal zaciągnęła go do wnętrza najbliższego wolnego pomieszczenia (było to zresztą ambulatorium). Zamknąwszy drzwi, odwróciła się do Hunta.

Chyba się jej nawet spodziewał: zanim jeszcze winda się zatrzymała, w strumień myśli Hunta wtargnęło wspomnienie generał Iris C. Kleist. (Miejscowe przebicie z myślni?)

Po pierwszym spotkaniu ich wzajemne kontakty ograniczały się do rozmów telefonicznych, i Bogiem a prawdą Nicholas robił wszystko, by tak pozostało. Z owego spotkania wyniósł bowiem obraz generał jako osoby kompetentnej, o silnej woli i, co najgorsze, szczerze oddanej swej pracy. Z doświadczenia wiedział, jak trudno się z takimi ludźmi układa. Fakt, że Kleist miała za sobą blisko trzydzieści lat wojskowego drylu, nie ułatwiał sprawy.

Dotychczas podczas organizowania konferencji zdołał jakoś uniknąć konsultacji na wysokim szczeblu, stosując metodę faktów dokonanych. Teraz przyjdzie mi za wszystko zapłacić, osądził po przymrużonych oczach doktor Kleist i gwałtowności jej ruchów. Na dodatek jesteśmy poza NEti. Trzymaj się, Nicholas: kolejna ciężka bitwa o kompetencje.

Fałszywie ją jednak odczytał.

– To my znajdujemy się na linii ognia – powiedziała, oderwawszy wreszcie plecy od drzwi. – Nie waszyngtońskie koterie, nie Kapitol, nie ty i tobie podobni najemnicy, Hunt. Pierwsze uderzenie pójdzie tutaj, na Bunkier. Na nas – zaakcentowała. – Na mnie. Słyszysz?

– Ależ pani generał – zaczął Nicholas, unosząc ręce w obronnym geście – to nie zależy ode mnie, nie ja przydzielam braciszków, proszę się zwrócić do pana Bronsteina...

– Pan Bronstein należy do innego klubu – warknęła. – Pan Bronstein gra w inną grę, pieprzony prowokator, nie wiem, na co on liczy, na pucz? A mnie chodzi o bezpieczeństwo państwa. Jezu, nikt już nie reaguje, słowa starte na proch... No co mam zrobić, do kogo się zwrócić, w imię czego apelować? – Najwyraźniej była autentycznie wzburzona. Albo też tak szarżowała w swym aktorstwie. Złapała Hunta za ramię, potrząsnęła; jaskrawe złamanie Etykiety. – Jedna monada na umysłach moich oficerów i to będzie kraj bankrutów!

– Przecież mówię...

– Ty też nie wierzysz, co?

– No naprawdę...

– Cholera, wy od początku nie wierzyliście, nawet ta Vassone... Bronstein... – Puściła go i odwróciła wzrok. – Tam w Azji upadają właśnie rządy, narody przechodzą pod obce zwierzchnictwa. Czeka nas to prędzej czy później. I co mam wówczas zrobić? Co? No co? W łeb se strzelić?

Mamrocząc przekleństwa, usiadła na wyciągniętym spod noszy taborecie. Wyjęła i zapaliła nikotynowca. Hunt się rozkaszlał. Posłała mu mordercze spojrzenie. Wciąż kaszląc, uśmiechnął się przepraszająco.

– Konferencja – prychnęła. – Konferencję sobie urządza.

– Musimy wiedzieć, co dalej...

– Ja ci mogę powiedzieć, co dalej. W dwa tygodnie potężne Stany Zjednoczone Ameryki wyprzedadzą się jakiejś Hongkongijskiej czy inszej Zakaukaskiej, bo wy, ty i twoi Krasnowowie, spieprzyliście robotę.

– Ejże, moment, ja robiłem wszystko, co w mojej mocy...

– Gówno prawda. Gówno robiłeś. Opancerzałeś tyłek. Myślałam, że po tym, co... Ale nie, jesteś taki sam.

– Pani generał...

– Co, dalej buźka uśmiechnięta? Chryste, nie mogę na ciebie patrzeć. No kto znalazł te pieprzone monady? My: Vassone. Kto pierwszy zorientował się w możliwościach i zagrożeniach? My: Schatzu. A od kogo to wszystko wyciekło? Od nas: od ciebie. I kto zmarnował najwięcej czasu? Wy. Przez kogo znajdujemy się na ostatniej pozycji w wyścigu?

– Doktor Vassone...

– A ja mam tu na etatach setkę doktorów i jakoś jestem w stanie wybrać między polowaniem na miraże bujających w obłokach teoretyków a interesem państwa! Ale do tego trzeba mieć jaja!

– Co, kozła ofiarnego sobie znalazłaś? – Hunt w końcu przestał nad sobą panować. – Teraz wszystko pójdzie na moje konto, tak? Komu już sprzedałaś tę wersję?

Uniosła głowę i przyjrzała się Nicholasowi z nowym zainteresowaniem, nagle jakby uspokojona.

– Naprawdę mnie to ciekawi – mruknęła, wydmuchując kancerogenny dym – jak ty mianowicie rozumujesz? Że niby co? Wojny Monadalne akurat ciebie jednego nie dotkną? Że jesteś bezpieczny, nieśmiertelny? Że twojemu krajowi złe nigdy się nie przydarzy? Że jak już spuszczą na nas te monady – to co? Bóg nas uchroni? Jeśli to prawda o tej Vassone, to sam powinieneś wiedzieć najlepiej. Przejdź się do naszego centrum, zobacz, co dzieje się na Dalekim Wschodzie. Tak samo będzie u nas. Nadal się nie boisz? Ty jesteś chory psychicznie, Hunt.

Hunt nie wiedział, co odpowiedzieć. Wykrzywiał twarz w obronnych grymasach, jeden bardziej żałosny od drugiego.

– A więc to tak – zaatakował w końcu, wymusiwszy z siebie gęsty jad ironii. – Patriotka, której leży na sercu tylko dobro kraju? Jedyny prawy w tłumie niesprawiedliwych?

– A gdybym powiedziała, że jestem złym człowiekiem? – syknęła. – Gdybym tak ci rzekła – to w to byś uwierzył, co? A w każdym razie nie byłoby to niczym nienormalnym. Lecz mówić o sobie dobrze, ogłaszać się altruistą – to nieprzyzwoite. Prawda? Prawda, panie Hunt? Nie uchodzi przyznać się w towarzystwie do czystości intencji. Bo dogmat jest taki: każdy jest zły. Takie jest domyślne założenie: każdy czyn poczyna się z egoizmu, każde słowo z ciemnej żądzy. Kimże wobec tego mogłabym być, jeśli nie bezczelną hipokrytką? Ale nawet gdyby, nawet gdyby – tu Kleist zniżyła głos do szeptu – ja i tak wolę hipokrytów, bo oni przynajmniej przyznają rację istnienia jakimś wartościom, podczas gdy wy, wy nie grzeszycie, bo nie macie przeciwko czemu.

– Piękne. Wysłuchać niegodnym, gnój cieknie z uszu.

– No powiedz: jak ty to sobie wyobrażałeś? Że zdarzy się cud?

Przez falującą zasłonę sinego dymu wpatrywała się w Hunta tymi swoimi czarnymi oczyma rzeźbionej doskonałości tak intensywnie, że Nicholas, wyjęty tu spod opiekuńczej dłoni NEti, zdolny był tylko wzruszyć ramionami i wybąkać niepewnie:

– Ja się przecież nie znam, postępowałem podług mego najlepszego rozeznania...

– Ty naprawdę wierzysz w te swoje usprawiedliwienia.

– Czego ty ode mnie właściwie chcesz? Mantryków ci nie załatwię. Mam paść na kolana i błagać o przebaczenie, że tamci mieli więcej szczęścia i postawili na animalne?

– Mantryków nie załatwisz – powtórzyła wolno.

– Nie załatwię.

– A co możesz załatwić?

Ponownie wzruszył ramionami.

– Estepowców.

– To ci sztuczni telepaci Krasnowa? – zdziwiła się. – A na cholerę mi tu jeszcze telepaci?

– Na przykład jako system wczesnego ostrzegania. Biały Dom wziął. Fortzhauser ci nie pisał?

– Na tym to właśnie polega – westchnęła. – Wojny Monadalne toczą się w najlepsze, ale kto w nich dowodzi? Nie docieczesz. EDC? Departament? Twój Zespół? CIA? DARPA? Diabli wiedzą. Nikt.

– A kto dowodzi w Ekonomicznych?

– Masz rację, to właściwie się pokrywa. – Dźgnęła palcem w stronę Nicholasa. – Od początku powinni byli podporządkować was EDC.

– Chciałabyś...! – zaśmiał się Hunt.

– Biedny idiota.

Nie wiedział, jak się wyplątać z tej sytuacji. Tam na balkonie, z Mariną i pająkiem, przynajmniej był pod siecią i znał reguły – ale tu? Może po prostu wyjść i trzasnąć drzwiami?

– Przyrzekniesz mi coś, Hunt.

– Że jak?

– Przyrzekniesz mi.

– Przyrzeknę...? – Śmiać się? Wściekać? Gapił się na nią w śmiertelnym zdumieniu.

– Dasz mi słowo, że zrobisz wszystko, by pomóc mi wyciągnąć nas z tego bagna.

– Ależ oczywiście, jasne, że ci pomogę, dlaczego miałbym nie pomagać?

Zaciągnęła się mocniej.

– Więc może na początek opowiesz mi o grzybie?

– Grzybie? Jakim grzybie?

– Do widzenia.

Zgasiła i wyrzuciła papierosa, po czym, nie spojrzawszy nawet na skonfundowanego Nicholasa, wyszła z ambulatorium. Drzwi trzasnęły głośno.

W końcu oczywiście spóźnił się na otwierający konferencję wykład Vassone. Rozmowa z generał Kleist – w istocie bardziej przypominająca policyjne przesłuchanie – powracała doń echami poszczególnych zdań, przewijał ją sobie w pamięci raz za razem, usiłując doszukać się jakiegoś głębszego sensu, bezskutecznie. O co jej chodziło? Jeśli próbowała go wrobić w odpowiedzialność za klęskę, to dlaczego o tym ostrzegała? Jeśli naprawdę usiłowała zawiązać jakiś sojusz – czemu obrzucała go obelgami? I o jakiego znowuż grzyba jej chodziło?

Wielka sala wypełniona była w jednej trzeciej. Gdy Vassone skończyła i zapaliły się światła, podniósł się las rąk. Hunt przyglądał się z górnego wejścia, kto pyta, o co i jakim tonem. Próbował wstępnie zlokalizować linie podziału. Hacjenda milczała, najbardziej napastliwi byli zaś ludzie Departamentu Stanu i CIA, czego należało się spodziewać.

Wychodząc, Marina minęła Nicholasa w drzwiach.

– Poprowadzi pani czwartą grupę – przypomniał jej. – Krasnow zgłosił się do szóstej, tej wojennej.

– Muszę jeszcze zdążyć na „Curtwaitera” – zbyła go, zerkając na zegarek. – W weekend powinniśmy się jakoś zainstalować, w poniedziałek ściągam estepowców. Pan wybaczy.

Tylko zapach jej perfum pozostał dłużej, jakaś ostra, egzotyczna woń.

Potem, podczas wykładu Schatzu, zadzwoniła do Nicholasa Imelda.

– Dyplomatyczna robota – zaśmiała mu się w uchu. – Znowu jestem za pośrednika. Gaspar chciałby się z tobą zobaczyć. Pogardzisz?

Zawsze cenił siostrę za tę niewymuszoną bezczelność słów. Pod NEti bywało to często irytujące, pakowało też Hunta w niezręczne sytuacje, prowokowało absurdalne gesty szczerości – ale nieodmiennie przypominało Nicholasowi szalone dni ich dzieciństwa, jeszcze w nadpacyficznym pałacu matki, gdy mieszkali razem, zanim odesłano Nicholasa do ekskluzywnej szkoły. Owymi czasy słońce było jaśniejsze, niebo bardziej błękitne, wieczory tak długie, noce tajemnicze... po prostu nie mógł się na nią gniewać.

– W jakiej sprawie?

– Ba!

– Rozumiem. Kiedy?

– Dzisiaj. Jutro. Coś nerwowy.

– Może sam zadzwoni.

– Żartuj dalej.

Duchy projektu ECHELON wciąż nawiedzały kręgi władzy, rosnąc w siłę mimo kolejnych oficjalnych zaprzeczeń (a właściwie – dzięki nim), i strasząc ludzi wizją systemu przechwytującego każdy sygnał i łamiącego każdy szyfr. Choćby setki specjalistów gwarantowały swym autorytetem nieprzełamywalność szumowych jednorazówek – nie umniejszało to podejrzliwości użytkowników telefonów. Skoro takie rzeczy chodzą jako public domain – rozumowali – to wyobraźcie sobie, co oni trzymają w zanadrzu...!

– Okay, wstąpię.

– Kiedy?

– Umówię się.

Robiło się późno i część słuchaczy wyciekła z sali zanim jeszcze stary Krasnow wstąpił na mównicę. Schatzu wyszedł, nie przerywając głośnej dyskusji prowadzonej z trzema młodymi rzeźbieńcami, wśród których Nicholas rozpoznał jednego z opiniujących projekt teoretyków z Berkeley, bodaj filozofa. Sprawdził czas. Dziesiąta siedemnaście. Planował dopaść jeszcze dzisiaj samego Krasnowa i, o ile będzie to możliwe, Stimmela, asystenta prezydenckiego doradcy do spraw bezpieczeństwa narodowego.

Znowu telefon.

– Hunt.

– Hammer, sir. – Hammer był jednym z dyżurnych Centrali. – Jak pan wie, rutynowo monitorujemy otwartą łączność NYPD i maszyny Moore'a wyfiltrowały z przechwyconych rozmów informację o wypadku kutra, który przewoził ludzi na zacumowany przy granicy wód międzynarodowych USS „Curtwaiter”. Najwyraźniej nastąpiła jakaś awaria komputerów sterowniczych, kuter został staranowany przez pływający pod banderą Oceanii kontenerowiec „Brasco”. Na niepotwierdzonej liście ofiar znajduje się tylko kapitan kutra, di Piena, mieliśmy go na ślepym kontrakcie, sir. Brak na razie szczegółowych danych o rannych i o utraconym ładunku. Tuszujemy nasz udział przez miejscowe Biuro, nie wygląda to groźnie, zdążyliśmy na szczęście rozwinąć legendę o kasynie.

– Lista pasażerów?

– Jeszcze nie mamy. Ściągamy na bieżąco z kompów policji.

– Daj natychmiast znać.

– Tak jest.

Nie odbierała telefonu. Przeszedł do najbliższego pomieszczenia z terminalem sensorycznym. Komputer apartamentu uporczywie wyświetlał standardową wizytówkę. Wezwania przez obsługę hotelu nie dawały rezultatu.

Wyjechał na poziom parkingu Bunkra, wsiadł do BMW i podał adres hotelu Vassone przy Park Row.

Stał przed drzwiami jej apartamentu z pięć minut – nie chciała otworzyć. Gdy w końcu się uchyliły, nie było jej za nimi.

Wszedł: cisza, ciemność.

– Pani doktor...?

Nawet odgłosu ruchu.

Dotarł do salonu i tu ją zobaczył w światłach miasta wpadających przez otwarte drzwi balkonowe. Żadnych widocznych obrażeń. Miała na sobie dżinsowe szorty i T-shirt z Kurtem Cobainem. Siedziała w bezruchu na samym skraju sofy, kolana razem, dłonie splecione, zgarbiona, wzrok utkwiony gdzieś w dywan, dwa metry od stóp. Rozmiękła twarz drżała jej w brzydkich skurczach. Płakała.

Hunt zatrzymał się w pół kroku i tak już został, bo nie miał zielonego pojęcia, jak właściwie powinien zareagować. To nie była Vassone, to nie była doktor Marina Vassone. Gotowe miał tylko pytania. Czy znajdujemy się pod siecią? Czy kamery są włączone?

– Jeśli naruszam pani prywatność... – zaczął, odchrząknąwszy.

– Mike – chlipnęła. – Orleinne...

Co robić? Zadzwonić do psychoanalityka? Wezwać pogotowie? Jasna cholera.

A jeśli to nie jest po prostu histeria powypadkowa? Jeśli znowu atak monadalny? A nawet nie nowy atak – lecz po prostu dalszy ciąg poprzedniego? Skutki długofalowe... część monady przecież wżarła się w jej umysł, psychomemy się przyjęły, ona je „pamiętała”, diabli wiedzą, co teraz dzieje się w jej głowie, pamięć obowiązują zasady Darwinowskiego doboru naturalnego, od kilku psychomemów mogła jej wyrosnąć cała nowa osobowość, to nie jest system stabilny, nigdy nie był. W jej głowie wrze teraz wojna między Mariną Vassone a ową młodą dzieciobójczynią. Mike...? Jej mąż? Syn? Ten, którego zabiła? Do kogo mam mówić? – do czterdziestosiedmioletniej doktor kognitywistyki o umyśle jak równanie różniczkowe, czy do tej dziewczyny z Nowej Szkocji, która nie potrafi sobie poradzić z wyrzutami sumienia?

– Wie pani, kim jestem?

– Odwal się, Hunt. Zabiłam je obydwoje.

No to już była zupełna paranoja. Ręce opadają. Nicholas przysiadł na poręczy fotela, przygładził w roztargnieniu wąsy. Jej się już zupełnie wszystko pomieszało, kompletny bajzel we łbie. Telepata by sobie z tym poradził, telepata ma to od urodzenia, a nawet wcześniej – ale ona? Zresztą przecież nawet w telepatów nie wchodzą monady z całymi obcymi psychomemicznymi strukturami. Ten czwarty musiał tam na orbicie wyłapać sporą część umysłu owej dzieciobójczyni – może ona faktycznie umarła i cały poszedł w myślnię? Jak umarła? Samobójstwo popełniła? W kogo się tu Marina przekształca, w jakiegoś psychopatę? Jezu Chryste, z tego się robi kiczowaty horror, redrum, redrum, redrum...

Żeby tylko nie teraz! Wojny Monadalne, konferencja w toku, „Curtwaiter”...

Uniósł sygnet do ust.

– Dajcie mi tego syna Vassone, który dzwonił do nas z Bostonu – rzekł wywoławszy Centralę.

– Jas Vassone.

– Tak jest.

– Już.

– Mówi Nicholas Hunt – przedstawił się Jasowi. – Przypomina mnie pan sobie?

– Tak, chyba tak, to pana kazała mi wtedy zawiadomić.

– Dokładnie. Proszę mnie posłuchać. Z pana matką nie jest najlepiej. Miała wypadek, ale to nie to, fizycznie wszystko w porządku... Dobrze by było, gdyby pan jak najszybciej przyleciał do Nowego Jorku i spotkał się z nią.

– Ja jestem w Nowym Jorku.

– Słucham?

– Zaprosiła mnie... To osobiste sprawy.

– Wie pan, gdzie ona mieszka?

– Tak.

– Proszę przyjechać. Teraz. Jestem u niej. Nie wygląda to najlepiej. Przekona się pan.

– Czy to ma jakiś związek z...?

– Niestety. Proszę się pospieszyć.

A ona wciąż siedziała i płakała. Łzy już przestały jej płynąć, pozostał tylko rwany, szybki oddech i grymas twarzy, i mechaniczne kołysanie się w przód i w tył. Hunt dostrzegł w tym pierwszą zapowiedź katatonii i naprawdę się przestraszył. Teraz też po raz pierwszy dotknął go lęk osobisty, lęk przed utratą drugiej osoby, nie zaś korzyści płynących z jej wykorzystywania. Aż się przeraził tego lęku. Toż to dziecinne. Weźmy się w garść, do licha. Jestem przecież dorosłym człowiekiem. Cóż z tego, że się z nią pieprzyłem. Nie z nią ostatnią. Nie dajmy ponieść się emocjom. Nie jestem od niej uzależniony. Nie potrzebuję jej. Przeżyję.

Ale estetyka nie podlega racjonalizacji. Patrzył na nią, roztrzęsioną, zapłakaną, w tych zupełnie do niej nie pasujących ciuchach, z białymi włosami dziko splątanymi, paznokciami poobgryzanymi – i aż ściskało go w piersi z żalu po tamtej Marinie Vassone, która wzbudzała dreszcz jednym spojrzeniem bladoniebieskich oczu, jednym dystyngowanym ruchem szczupłej dłoni.

– Ja nie chciałam, mój Boże, ja nie chciałam...

Gdyby nie sieć, podszedłby i z całej siły trzasnął ją w twarz, i po raz drugi, i trzeci, póki nie rzuciłaby się na niego z pięściami.

Tymczasem siedział i patrzył. Cisza w apartamencie. Jej oddech. Szum miasta. Z tego miejsca, pod tym kątem – już nie widział jej twarzy. Nie wiedział, czy cieszyć się z tego, czy nie. Bo jeśli się w końcu na niego obejrzy... Co to wówczas będzie za twarz? Napełniało go to irracjonalnym lękiem. Zupełnie jakby czekał na uniesienie wieka trumny wampira.

Telefon po raz kolejny.

– Tu Schatzu. Gdzie pan jest?

– A o co chodzi?

– Muszę natychmiast z panem pomówić.

– Pogadamy w Centrali. Albo w Bunkrze.

– A kiedy się pan tu zjawi?

– Nie wiem.

– No nie! Proszę powiedzieć, gdzie pan jest. Przyjadę do pana. Jeśli się okaże, że niepotrzebnie zawracałem panu głowę, może mnie pan wywalić z Programu.

– Akurat.

– Sam się zwolnię.

– Ale co mi pan tu...!

– Ważne.

– A nie można przez telefon?

– Nie, raczej nie.

– Dobra, jestem u Vassone.

Ale pierwszy przyjechał Jas.

Hunt mimo sieci ubezpieczenia prawnego złapał go za ramię i zatrzymał w przedpokoju, bo chłopak ruszył od razu w głąb apartamentu.

– Czekaj – syknął Nicholas. – Musisz wiedzieć, że ona...

– Puść mnie pan!

– Czekaj! To już nie jest twoja matka! To znaczy – nie wiadomo, kto to jest. Trzeba...

– Co? Co pan mówi?

– Ona pamięta częściowo cudze życie, walczy z nią cudza osobowość, ty jesteś jej synem i...

– Chce pan powiedzieć – po dziecięcemu wytrzeszczył na Nicholasa oczy – że jest opętana?

– Jak zwał, tak zwał. Usiłuję cię ostrzec. Ściągnąłem cię, bo ty należysz do jej prawdziwego życia i możesz pomóc wyprzeć sprzeczne wspomnienia. Więc uważaj, co mówisz. Nie sugeruj niczego związanego, nawet odlegle, z, mhm, dzieciobójstwem.

Jas gapił się na Nicholasa jak na wariata, zdumienie walczyło o lepsze z przerażeniem. Hunt wytrzymał jego spojrzenie. W końcu puścił ramię chłopaka i skinął głową w stronę salonu.

Weszli doń razem. Marina siedziała w tym samym miejscu, w tej samej pozycji. Tyle że przestała się już poruszać i nic nie mówiła. Hunt nie spuszczał wzroku z twarzy Jasa i dostrzegł na niej niewątpliwy szok. Obca kobieta; gdzie moja matka?

– Mamo?

Spojrzała. Ale co to za spojrzenie – puste i martwe. A za pustką – zimna rozpacz.

– Co się stało? – spytał wyważonym półgłosem Jas. Podszedł i przysiadł na piętach naprzeciw Mariny, tak, że nie mogła już uciec odeń wzrokiem. – Co się stało? No co?

– Kiedy ty...

– Tak?

Zaczęła obgryzać paznokieć kciuka. Z bezruchu przeszła w nerwowe roztrzęsienie: szybkie ruchy głowy, spojrzenia rzucane na ślepo niczym spinning, to tu, to tam, raptowne zmiany grymasu twarzy.

– Ja cię bardzo przepraszam – szepnęła przez dłoń.

– Za co?

Hunt zza jej pleców zamachał na Jasa: nie pytaj, nie pytaj.

– Jas – mruknęła.

– Tak?

– Jas.

– Jestem.

– Jas, ja...

– O Jezu, mamo, ale powiedz, co się...

Z nagłym szlochem, który wybuchł gdzieś w głębi jej piersi, objęła go, przyciągnęła, przytuliła; broda na ramieniu, opuszczone powieki, spod nich nowe łzy. A pomiędzy kolejnymi przypływami płaczu – potoki słów wszeptywane w punkt znajdujący się o cztery-pięć cali od ucha Jasa. Hunt nie rozumiał nic z tej spowiedzi i wiedział, że nie powinien rozumieć: w tej chwili to nie była doktor Vassone, to nie była Marina o piersiach bardzo pięknych i nogach elfich – lecz matka, i jej nie znał, jej nigdy nie pozna, to całkowicie obca osoba, byłaby obca niezależnie od zarażenia przez monadę tamtą dzieciobójczynią.

Wyszedł na balkon. Zapalił papierosa. Uniósł sygnet do warg.

– Schatzu?

– Jadę, jadę.

– Oby to było coś naprawdę ważnego.

– Musi być pan porządnie wytrącony z równowagi, skoro mówi tak starymi memami.

– Nie wymądrzaj się.

Nocny Nowy Jork to miasto ludzi samotnych, wystarczy spojrzeć, to jest twierdza, tu się żyje przeciw, w opozycji, takie metropolie kumulują i katalizują gniew, zawiść, awersję, strach, z poziomu myślni muszą się jawić jako prawdziwe gigageneratory negatywnych uczuć. Bo tyle osób stłoczonych w jednym miejscu niczego innego nie może wyindukować. Miał rację Numer 5, miał rację: to jest czerń, wielka, gęsta, potwornie cuchnąca czerń, która zalewa wszystkich, nawet jeśli nie jesteśmy tego świadomi, nawet jeśli nie jesteśmy telepatami i zdrowe systemy immunologiczne naszych umysłów nie dopuszczają do zainfekowania obcymi psychomemami – lecz przy tak wielkim ciśnieniu zawsze coś się przesączy, osmotycznie, podprogowo – czyż większość z nas nie jest podatna na cudze nastroje? czyż nie oddziałuje na nas psychiczne nastawienie tłumu? – i ta czerń w końcu zwycięża, po miesiącach, latach, wciska się w nasze umysły, zaraża je, odmienia kod myśli: miasto tryumfuje. Czyż doprawdy nie jest zasłużoną opinia, jaką NYC cieszy się na całym świecie? Na wierzchołkach tych drapaczy chmur powinny powiewać sztandary z płótna czarniejszego od kruczych piór. Beksiński, Beksiński.

Ruch za plecami. Obejrzał się. Jas kiwał nań z progu balkonu. Hunt zgasił papierosa i cofnął się do wnętrza salonu. Mariny tu nie było.

– Myślę, że już się jej poprawiło – powiedział cicho Jas, nie patrząc Nicholasowi w twarz.

– Doszła do siebie?

– Wie pan, ja w ogóle nie uważam...

Odsunął go i wszedł do pokoju obok. Marina wysiąkiwała właśnie nos w bibułowe chusteczki. Nicholasowi posłała niepewny półuśmiech. Oczy miała zaczerwienione, spoglądała, pochylając lekko głowę.

– Pani doktor... – zaczął Hunt.

Parsknęła śmiechem.

– Pani doktor, co? – chichotała, kiwając na niego karcąco palcem. – Pani doktor? Z ciebie to jest aparat, Nicholas!

– Jeśli dobrze się pani czuje...

– Taa, na pewno, czuję się wyśmienicie! Dajżesz mi spokój, nie widzisz, że ledwo trzymam się na nogach?

Hunt zirytował się.

– Bo monada czwórki zakaziła ci umysł i do tej pory walczysz z psychomemami tej gówniary, co zagłodziła swoje bachory! I wcale nie wiem, kto wygrywa! Weź się, do cholery, w garść!

Puściła do niego oko.

– Jak miło wiedzieć, że się o mnie troszczysz. Bądź tak uprzejmy i przynieś mi szklaneczkę rumu, dobrze?

Chwycił ją za ramiona, spojrzał jej w oczy – a to wciąż były wszak te same oczy: jasny błękit, lód w Morzu Arktycznym, gdy zimne słońce wysoko na podbiegunowym niebie.

– Kim ty jesteś?

– No, Nicholas – złapała go za halsztuk, poklepała po policzku – jestem wciąż tą samą osobą.

– Tą samą, ale nie taką samą! – warknął. – Nastąpiło przesilenie, na tym kutrze, podczas katastrofy albo już tutaj. Na moich oczach się łamałaś, widziałem to, czułem, i nie mam pojęcia, co z tego wszystkiego powstało. A raczej: kto. Chciałbym zobaczyć twój charakter pisma. No napisz coś. Wpuszczę to w program grafologiczny i dokonamy porównania.

– Dajże spokój. Przecież sama wiem, że się zmieniłam. Ale nie doszukuj się w tym żadnych demonów, duchów nieczystych. A ty sam – to co? Znajdujemy się pod siecią, Nicholas. Łamiesz Etykietę na ładnych kilkadziesiąt mega. Jesteś zrujnowany. Więc? Kim ty jesteś?

– Nie zaskarżysz mnie przecież.

– Ufasz mi? – musnęła delikatnie wargami jego policzek, szarpnęła zębami wąs. – Naprawdę? Ty mi ufasz?

Nie czuł żadnych egzotycznych kwiatów, tylko jej własny zapach, ani przyjemny, ani nieprzyjemny, morska woda zmyła wszelkie perfumy. Wsunął dłoń pod czarną koszulę z Cobainem. Skórę miała ciepłą, lekko spoconą.

– Przyszedł pan Schatzu – rzekł z progu pokoju Jas.

– Kogo ty tu zapraszasz... – mruknęła Marina, odsuwając się i sięgając po kolejną chusteczkę.

Hunt wrócił do salonu. Schatzu czekał cierpliwie przy drzwiach. Nicholas wskazał mu boczny gabinet, NEti i tak diabli wzięli.

Stało tu drewniane biurko stylizowane na schyłek dziewiętnastego wieku i, niewiele myśląc, Hunt usiadł w fotelu za nim. Schatzu skwitował to suchym półuśmieszkiem. Przysiadł naprzeciwko na krześle á la Thomas Chippendale.

– Słucham – rzekł Nicholas.

– Jest tu gdzieś ekran?

– Przypuszczam, że szyby są zaledowane. – Hunt machnął ręką w stronę okien.

– Mają kanał dla wszczepek?

– Powinny. Do rzeczy. Chce mi pan puszczać jakieś filmy?

– Mała symulacja dla zobrazowania. Rozumiem, że mam się streszczać.

– Więc streszczaj się pan, do cholery.

– Mhm. Tak. Anzelm Preslawny przed oddelegowaniem go do Hacjendy przydzielił mi zamówione przez pana opracowanie na temat sekt i wszelkich podobnych ruchów. Zostało wyraźnie zaznaczone, iż nie chodzi o naukowe kompendium, ani szczegółową analizę. Chciał pan otrzymać zbiór teorii wyjaśniających, maksymalnie syntetyzujących. Obawiam się, że niezbyt precyzyjnie wypełniłem tę instrukcję, bo ograniczę się tu do jednej teorii. Lecz, w moim przekonaniu, jest ona prawdziwa. I wyjaśnia wszystko. Lub prawie wszystko.

– Jestem z zasady nieufny wobec teorii, które wyjaśniają wszystko. Zazwyczaj czynią to tak dobrze, że pasuje do nich każdy element i są z gruntu niefalsyfikowalne.

– Proszę to samemu ocenić. Chciał pan znać przyczynę obserwowanego w przeciągu ostatnich stu kilkudziesięciu lat wzrostu popularności sekt typu apokaliptycznego, ufologicznego tudzież suicydalnego. To jest proces ciągły, choć wciąż przyspieszający, w postępie geometrycznym. Jego korzenie sięgają jeszcze pierwszej połowy XX wieku, w każdym razie wtedy można już wyróżnić w poszczególnych ruchach parareligijnych charakterystyczne cechy. Potem stopniowo rosły one w siłę, rosła liczba ich członków, coraz więcej osób ulegało indoktrynacji, coraz więcej przyjmowało ich mity za swoje. Rosła też liczba aktów przemocy, rytuałów związanych z okaleczeniem ciała bądź wręcz zabójstwem czy samobójstwem, przy czym przez członków owych sekt jest to ujmowane nie jako mord, lecz jedynie uwolnienie od ciała. Teraz... moment. – Schatzu wszedł w półzaślep, otworzył połączenie z komputerem apartamentu, wyciemnił szyby i wyświetlił na nich wykres. – Proszę spojrzeć. Ta krzywa przedstawia liczbę takich „uwolnień” w skali globu: ile przypada na każde półrocze, począwszy od drugiej wojny światowej do dzisiaj. Rzecz jasna, dane z okresu początkowego nie są pełne z uwagi na ówczesne blokady informacyjne i częste błędne klasyfikacje z racji nieznajomości samego zjawiska.

– Gdyby to była krzywa notowań akcji, kupiłbym je w ciemno.

– Na tej akurat tego nie widać, ale po rozbiciu na miesiące, tygodnie i dni otrzymujemy bardzo ciekawy wykres, na którym są już dostrzegalne pewne fluktuacje, zwłaszcza jeśli ograniczymy się do ostatniego półwiecza, co do którego dysponujemy znacznie lepszą dokumentacją. Oczywiście pierwsze, co zrobiłem, to wrzuciłem rzecz w kompa z poleceniem odnalezienia jakichkolwiek regularności w owych następujących po sobie nasileniach i osłabieniach krwawej wiary. Nie znalazł, nawet gdy zignorował niezależną zmienną stałego przyrostu. Wtedy kazałem mu szukać korelacji z innymi socjologicznymi procesami. Na dłuższą metę nie było żadnych. Wówczas poleciłem wziąć pod uwagę już wszelkie wykrywalne równoległe procesy, także na przykład zmiany średnich dobowych temperatur, poziom globalnego dochodu brutto i temu podobne wskaźniki.

– Na pewno też nic to nie dało. Założę się, że już przedtem wielu próbowało takiej komparatystyki.

– Bardzo prawdopodobne.

– Więc na czym polega to pańskie odkrycie?

– Widzi pan, ja wiedziałem o myślni. Tamci – nie.

– Ach, myślnia...

– Niech pan się nie krzywi. Pamięta pan, jak spytałem wtedy w „Santuccio”, czy prawa fizyki ją obowiązują? Vassone nie potrafiła mi odpowiedzieć. A to jest absolutnie kluczowa kwestia. Otóż ja znalazłem dowód pośredni, iż odpowiedź na to pytanie brzmi: „nie”. Parę godzin temu w Bunkrze jeden z analityków EDC podsunął mi przypadkiem ostatni element. Sprawdziłem i wszystko zaskoczyło. Mówię panu, jakby prąd po mnie przeszedł. Otóż w przypisach do traktatu Vassone jest odnośnik do dwudziestowiecznych badań nad tak zwaną „pamięcią formy”. Była to teoria uznawana podówczas za zupełnie zwariowaną, nikt nie miał pojęcia, co z nią począć, choć wyniki doświadczeń zdawały się ją potwierdzać. Zna pan? Każdy problem, raz rozwiązany, jest już potem łatwiejszy do ponownego rozwiązania, mimo że rozwiązujący go nie ma pojęcia o dokonaniach prekursora. Łatwiej nauczyć się melodii, wiersza, figury tanecznej, gdy ktoś już nauczył się ich przed tobą, a im więcej ludzi je zna, tym prościej wchodzą ci do głowy. I tak dalej. Jest to jedna z mutacji teorii rozwiniętej w dwudziestym wieku przez niejakiego Ruperta Sheldrake'a, biochemika i biologa komórkowego. Hodując sobie w laboratorium w Indiach roślinki, spłodził on „Nową naukę o życiu”, w której wyłożył swą teorię pola morfogenetycznego, tudzież rezonansu kształtotwórczego. Na uwagę zasługuje fakt, iż pisał ją, znajdując się pod wpływem guru holizmu, Bede Griffitha. Musieli mieć jakieś przebicia intuicji... Chociaż rzecz zasadniczo rozpoczęła się jako próba uzupełnienia postdarwinowskiej genetyki – ale wkrótce, jako teoria uniwersalistyczna, rozciągnęła się także na kulturosferę, po latach zresztą zaowocowała całą tą memetyką marketingową. W każdym razie rezonans miał dotyczyć każdej formy, także bytów intencjonalnych. My oczywiście wiemy, iż rzecz polega po prostu na osmozie psychomemów, ale wtedy był to niewytłumaczalny absurd. Wszelako, starając się go wytłumaczyć, a raczej sfalsyfikować, przeprowadzono niezliczoną ilość eksperymentów, z których część odbywała się równocześnie w dwóch przeciwległych punktach na Ziemi – jest to już odległość o mierzalnym opóźnieniu przepływu informacji. Jednak za prawdziwie znaczącą uznać należy serię eksperymentów przeprowadzonych na dystansie: Ziemia – Mars. Trzecia wyprawa marsjańska nieźle się z tym natrudziła. Późniejsza analiza statystyczna ich wyników wykazała, iż przejście szczura przez labirynt na Marsie ułatwiało znalezienie wyjścia z labiryntu o identycznym układzie szczurowi na Ziemi, pomimo iż teoretycznie znajdował się on wówczas jeszcze na zewnątrz stożka zdarzeń marsjańskiej części doświadczenia. Oczywiście, wszystko to były różnice niewielkie i wykrywalne jedynie w dużym zbiorze, bo te szczury nie posiadały przecież żadnych telepatycznych zdolności. Niemniej jest to dowód, iż psychomemiczna fala idzie przez myślnię szybciej od światła.

– Ale do czego pan właściwie zmierza? Bo nie chwytam.

– Proszę spojrzeć. – Wykres na szybach zmienił się. Teraz biegł przez nie biały wąż, rozbijany w czasie na kilka różnokolorowych składowych, opisywanych poniżej zgrabnymi piktogramami. W oknie obok przekładał się on na jakieś skomplikowane epicykliczne obroty, też z gęstym opisem. – Kojarzy się panu z czymś?

– Z interpolacyjną analizą sygnału pulsara z układu wielokrotnego.

– Dokładnie. Ale w tym układzie nie ma pulsara. To Sheratan, beta Barana.

– Sheraton?

– Sheratan. Gwiazda, nie hotel. Niech pana nie przytłoczy pamięć starej formy! – zaśmiał się Schatzu.

Hunt z nieprzeniknioną miną przypatrywał się odtwarzanej na ciemnych szybach gabinetu komputerowej symulacji.

– Proszę mówić, ja słucham.

Kaukab al-šáratain, tak nazywali ją Arabowie: „gwiazda dwóch znaków”. Za Hipparcha wyznaczano podług niej początek roku, to znaczy wiosenną równonoc. Gołym okiem widać tylko jeden składnik, w Hertzsprungu-Russelu: A5V. Może pan zresztą wyjść i zobaczyć, niedawno wzeszła, nisko nad horyzontem, północ, północny wschód, dwa koma siedem jasności. W rzeczywistości ma towarzysza. Ten zaś ma planety. Dotychczas ten europejski zaksiężycowy teleskop dyspersyjny odnalazł cztery. Wykres, który pan widzi, stanowi graficzną analizę rocznego ruchu – chodzi oczywiście o rok sheratański – drugiej z nich. O ile wiem, komisja nadała jej nazwę Nefele, ma to jakiś związek z wierzeniami starożytnych Greków na temat gwiazdozbioru Barana. Sheratan A i Sheratan B obiegają wspólny środek masy w sto siedem ziemskich dni. To jest ta błękitna składowa. Niżej ma pan ruch samej planety, jej orbita nawet z grubsza nie wygląda na elipsę. Stąd pozorny brak regularności. Korelacja została odnaleziona dopiero po porównaniu z całością danych astronomicznych. Punkty wskazane strzałkami to momenty konjunkcji Sheratana A i Sheratana B względem Nefele. Na wykresie pierwszym, który puszczę w takt tutaj, na lewo, odbijają się one stromymi wierzchołkami nagłego wzrostu liczby rytualnych „uwolnień od ciała”. Mamy tu jeszcze niewielkie fluktuacje związane z konjunkcjami planetarnymi w Sheratanie, ale właściwie mieszczą się one w marginesie błędu stałej chaotycznego przyrostu.

– Koniecznie chce pan, żebym ja to powiedział? – warknął Hunt. – Pana teoria zakłada, że na tej Nefele żyją jakieś istoty, których psychomemy, idąc przez myślnię szybciej od światła, wpływają na umysły ludzi na Ziemi i doprowadzają ich do takich właśnie szaleństw. Czy tak? Doprawdy ostatnio okropnie się musiała stępić brzytwa Ockhama.

– Proszę o kontrargumenty. Korelacji pan chyba nie zaprzeczy.

– Po pierwsze – westchnął ciężko Hunt – natężenie psychomemicznego promieniowania z takiej odległości...

– Błąd – uśmiechnął się Schatzu. – Pan zakłada mimowolność i, że tak powiem, „naturalność” wpływu. A czemuż to? Czyż z myśli Nefeleńczyków nie mogły również powstać monady? Roślinne, stacjonarne; i animalne, mobilne; i neuromonady. A diabli wiedzą, czy ci Nefeleńczycy w ogóle zdają sobie sprawę z ich istnienia, czy są pomiędzy nimi najsłabsi chociaż telepaci, może to zresztą lud prymitywny, jacyś obcogwiezdni jaskiniowcy. Nie wiem, to nie ma znaczenia. Rzecz cała rozgrywa się na poziomie myślni. Neuromonady, aby powstać, wcale nie potrzebują rozwiniętej cywilizacji materialnych generatorów psychomemów.

Hunt milczał. Odwrócił wzrok od Schatzu i patrzył teraz na te wykresy, wijące się po ciemnych szybach nieregularnymi sinusoidami, suchą matematyką ogłaszające upadek świętych prawd.

– Proszę mi wierzyć – ciągnął Ronald – sam próbowałem znaleźć w tym dziurę. Ale tu wszystko pasuje idealnie, do każdego wariantu. Nawet tego z wysoko rozwiniętą cywilizacją Nefeleńczyków i ich świadomym oddziaływaniem poprzez myślnię – bo Sheratan oddalony jest od nas o pięćdziesiąt dwa lata świetlne, a pierwszy sygnał radiowy wysłano na Ziemi właśnie gdzieś tak pod koniec dziewiętnastego wieku. Trzeba obserwować, jak będzie szła przez kosmos ta sfera stu kilkudziesięciu lat naszego wrzasku z czasów, gdy jeszcze nie przeszliśmy na technologie HFT; przeliczyć, jakie są przedziały zwrotne naszego Okna Szumu... Cholera, jak tu wszystko pasuje. Owe psychomemy, z których zbudowane są nefeleńskie monady – są tak obce, że ludzki umysł nie wie, co z nimi począć i trudno mu je w ogóle włączyć do puli. No kogo najwięcej wśród założycieli tych sekt? Pisarzy science fiction i ludzi o rozbitych osobowościach, plastycznych, bezbronnych umysłach, rozchwierutanych psychodelicznymi wizjami narkomanów: bo oni już sobie „przetarli łącza”.Jak to wygląda w modelu Vassone: Psychomem lub cała psychomemiczna struktura przesącza się do umysłu człowieka. Dalej mamy Darwinowski dobór naturalny: mutacje i multiplikacje i odrzut nieprzystosowanych. Otóż psychomemy czysto nefeleńskie są z miejsca odrzucane jako zupełnie nieprzystosowane, nazbyt obce. Lecz czasami, w „przyjaznym otoczeniu”, przeżywają i stopniowo zaczynają dominować jakieś odleglejsze ich rekombinacje. Co wówczas otrzymujemy? Ufologicznych proroków, którzy sami nawet nie wiedzą, co wiedzą. Wypijmy truciznę, bracia, przybędzie statek i zabierze nasze dusze! Oczywiście nie dusze, tylko psychomemy, i nie statek, tylko monady. To, rzecz jasna, jest dowód pośredni, iż Nefeleńczycy doskonale zdają sobie sprawę z istnienia myślni i jej właściwości. Natomiast te sekciarskie wierzenia, rytuały, pokręcone tłumaczenia wizji zesłanych przez Boga ich guru... Czegóż lepszego się spodziewać, ci Nefeleńczycy to mogą być jakieś pieprzone chlorodyszne ośmiornice. Cóż pocznie kot z ludzkimi psychomemami? Co da na wyjściu tygrys załadowany pakietem ludzkich wspomnień o zasadach obsługi komputera? Pojmuje pan, panie Hunt? Takie jest wyjaśnienie.

Hunt w roztargnieniu potarł grzbietem dłoni wąsy.

– Mhm, ale ten proces przyspiesza, jest tych szajbusów coraz więcej, krzywa bije w sufit – dlaczego?

– Mam kilka hipotez – wzruszył ramionami Schatzu. – Najprawdopodobniej stałe, nieprzerwane psychomemiczne promieniowanie Nefeleńczyków powoli odmienia ogólnoludzką mentalność, nagina ku nefeleńskiej, i kolejnym psychomemom łatwiej się już adaptować. To działa oczywiście w wielkiej skali, statystycznie, metodą zgoła ewolucyjną. Dlatego ten wykres wygląda jak wygląda.

– No właśnie: dlaczego on wygląda jak wygląda? Dajmy na to, że korelacji pan dowiódł – ale skąd ona w ogóle się wzięła?

– Pan mnie prosi o niemożliwe, panie Hunt – parsknął Schatzu. – Jakim sposobem mogę wytłumaczyć genezę poszczególnych cech nefeleńskich psychomemów, na przykład indukowanie autodestrukcyjnej aktywności w okresach konjunkcji ich słońc? Może ma to jakiś związek z ich biologią, sposobem rozmnażania? A może właśnie z obyczajami? My też o określonej porze co roku obchodzimy Boże Narodzenie. Ale to wszystko są zaledwie rozpaczliwe analogie, ślepe domysły na podstawie jednoelementowego zbioru przykładów.

– Boże Narodzenie? – zmarszczył brwi Hunt. – Uważa pan, że to może być przejaw ich... religii?

– Ja nie wiem, czego to jest przejaw! – zirytował się Schatzu. – My, ludzkość, też przecież promieniujemy przez myślnię naszą kulturą, fizjologią, nauką, kształtem cywilizacji – samymi sobą. Ci Nefeleńczycy mogli przez ten czas zczłowieczeć tam już doszczętnie.

– Wątpię – mruknął Hunt, gładząc nerwowo wąsy. – Przypomnę panu, co sam mi pan powiedział: żebym nie zakładał mimowolności wpływu. Znacznie bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że oni są świadomi istnienia myślni i monad i doszli do porozumienia ze swoimi neuromonadami i że to wszystko są działania zaplanowane i przemyślane. To nie promieniowanie, panie Schatzu. To nefeleńskie neuromonady.

– Zaplanowane, powiada pan – pokręcił głową Ronald. – Przemyślane. Jaki zatem jest ten ich plan? Co za cel mogliby mieć w podobnych działaniach?

– Nie widzi pan? – zaśmiał się szyderczo Hunt. Wstał zza biurka, otworzył okna gabinetu (na ich szybach wciąż obracały się kolorowe Ronaldowe symulacje) i machnął ręką na nocny Nowy Jork. – Padliśmy ofiarą inwazji!

Schatzu wyszedł ukłoniwszy się elegancko Marinie, która zamachała mu na pożegnanie dłonią. Z trudem zamaskował zdziwienie.

Jas siedział w głębokim fotelu w kącie salonu, sączył z ponurą miną piwo, obserwował wszystkich spode łba i nic nie mówił.

Hunt nalał sobie szkockiej i wyszedł ze szklaneczką na balkon. Starannie ominął przy tym spojrzeniem Marinę, która, ułożywszy się wygodnie na sofie, majstrowała coś przy swoim ledpadzie. Uśmiechnęła się do przechodzącego Nicholasa zachęcająco, a na widok grymasu, w jakim wykrzywiła się jego twarz, tylko uniosła brwi.

Na balkonie wiatr mierzwił włosy Hunta i łopotał jego rozpiętą marynarką. Hunt oparł się o balustradę, spojrzał w dół, w półmrok kreślony hieroglifami zimnego i gorącego światła, moszczony wielokrotnie nakładającymi się na siebie cieniami. Nocny szum metropolii szedł falami, obmywając Nicholasa brudną pianą dźwięków. Za Sheratanem nawet się Hunt nie rozglądnął, i tak by nie rozpoznał pośród innych gwiazd, zresztą miejskie niebo jest zbyt zatłoczone, nie ma już prawie na nim miejsca na gwiazdy.

Spostrzegł, że dłoń, w której trzyma szklankę, lekko drży. W samej rzeczy – był śmiertelnie przerażony.

To jest inwazja, nie ma co do tego wątpliwości, to inwazja i nie będzie innej, nie spłyną z nieba kilometrowe statki, nie zaroją się na ulicach gwiezdne potwory, nie będzie kolorowego ognia i malowniczej zagłady, nikt nas nie będzie mordował, nikt nie weźmie nas w niewolę, nie kollapsują Słońca i nie eksplodują planety, nie spadnie na Ziemię Księżyc i nie przypłynie na elektromagnetycznych falach przesłanie z głębin kosmosu. Nie oczekuj dnia zero, nie spodziewaj się patetycznych apeli w telewizji. Nie spostrzeżesz. Nie ujrzysz. Nie usłyszysz. Nie poczujesz. Co możesz zrobić – obserwuj zmiany mód. Obserwuj zmiany mód, ich przypływy i odpływy, jak się odchyla wektor wypadkowej mentalności ludzkości. Wsłuchuj się w muzykę i słowa przebojów. Czytaj bestsellery. Oglądaj najpopularniejsze filmy. Analizuj ewolucję ubiorów. I ciała: ewolucję fenotypu, bo on również podlega modzie; ideały piękna co roku trochę inne, genetyczni rzeźbiarze kodują w biologii estetyczne dominanty dnia. Smakuj brzmienie języka, zbieraj rodzące się neologizmy i notuj kolejne reinterpretacje idiomów. Smakuj brzmienie języka: on, odbiciem istniejącej umowy społecznej, opowie ci, w którą stronę zmierza gra znaczeń. Spaceruj po ulicach i chłoń kształt i kolor reklam. Przyglądaj się nowo wznoszonym budynkom: w którą stronę dryfują architektoniczne trendy. I, przede wszystkim, bądź czujny na zmiany behawioru, wychwytuj najdrobniejsze deformacje konwencji, przekształcenia obyczaju – jak żyją, jak umierają; jak nienawidzą, jak kochają; jak pracują i jak się bawią; jak reagują na siebie nawzajem. Niech cię nie zmyli ich pospolitość, śmiech dziecięcy, podobieństwo odbić w lustrze: oczy, uszy, nos, usta; niech cię nie zmyli. To nieważne. Niech cię nie zwiedzie fakt, że ich rozumiesz – że to twoi bracia i siostry, że wychowali cię i że ty ich wychowujesz. To nie ma znaczenia. Bądź czujny. Bądź podejrzliwy. Niczego nie lekceważ. Być może przeważy sposób, w jaki twój sąsiad podlewa kwiatki, słowa dziecięcej rymowanki. Chłoń każdy szczegół, każdemu szczegółowi przypisz rolę: to jest miecz, a to jest rozżarzone żelazo. Czy te ciastka ci smakują? Czy podoba ci się zapach tych perfum? Czy ekscytuje cię ta wirtualna gra? Czy ich marzenia są twoimi marzeniami? A sny? A lęki? Bądź czujny; nie lekceważ; obserwuj; analizuj. Może to tobie pierwszemu dane będzie spotkać Obcych.

Jacek Dukaj