Piołunnik

fragment

28 kwietnia 1986, południe

Dziewczynki w białych sukienkach, trzymając się za rączki, idą parami po drugiej stronie ulicy. Czy to już czas pierwszych komunii? Przedtem urządzają w kościołach próby. Spódnice i halki unoszą się i mną, gdy dzieci przeskakują nad kałużami. Patrząc z wysokości drugiego piętra przez podwójne szyby, brudne i wypaczone, widzę jedynie rozmazane sylwetki, zarysy szarych zjaw jak z sepiowych fotografii – nieprawdziwe, należące do przeszłości, zbyt piękne. A może po prostu pora mi już wybrać się do okulisty? Zamykam oczy; ból głowy nie ustępuje. W skroniach i nad zatokami: łum, łum, łumm, w rytmie krwi.

Zadzwonił telefon. Wróciłem do biurka.

– Rzewiecki.

– Młot wzywa – powiedział Mietek. Coś trzasnęło na linii i zabuczał sygnał.

Nacisnąłem widełki. Zadzwonił ponownie.

– Młot wzywa. O drugiej u niego.

– Co znowu? Przecież byłem na wydziałówce, poniedziałek dopiero się zaczął.

– A bo ja wiem? Na piętrze we wschodnim skrzydle wywaliło hydraulikę.

– Trzeci raz? Albo czwarty.

– Jedzie gównem aż do gabinetów.

– Stawiałbym raczej na tych z Cytrynowej, drukarnia, makulatury dwa żuki, synalek towarzysza z KW. Na pewno już dzwonili z Warszawy.

– Byłeś u pani Jadzi?

– Pani Jadzia –

Pukanie do drzwi.

– Widzimy się u Młota – mruknąłem i odłożyłem słuchawkę. – Wejść!

Uchyliwszy drzwi, do pokoju wsunął głowę Miciński z administracyjnego.

– Towarzyszu kapitanie? Można?

Zgarnąłem papiery z biurka, zamknąłem skoroszyty.

– No, czego chcecie?

– Względem tych z rozróby z dwudziestego trzeciego...

W zeszłym tygodniu trzech chłopców z ZOMO obiło pod Zakładami Nowotki pijanych robotników, którzy zaczęli bazgrać czerwoną farbą na zakładowym murze. Ktoś to zdążył jednak sfotografować, no i rozdzwoniły się telefony; ponoć nawet Wolna Europa wspomniała o sprawie. Zomowców wysłaliśmy na wieś, robotników przymknęliśmy.

– Co z nimi?

– Komenda podrzuciła nam papiery. Mamy to podbić? Pójdzie do szafy.

– Nowotko jest na liście wojewódzkiej, nie? No to podrzućcie do III A.

Miciński skrzywił się, wydymając wargi, aż mu stalowe koronki błysnęły na zębach.

– Kapitan Bula z gospodarczego słał wam monity o tego cinkciarza. Ja nie –

– Cholera, dobra, sam to załatwię.

Miciński wycofał się, pozostawiając uchylone drzwi. Wdzierał się przez nie stukot maszyn do pisania, gdzieś też rzęziło rozstrojone radio. Co chwila dzwonią tu telefony, trzaskają drzwi, ktoś drze się w głębi korytarza, dyktując przez międzymiastową długie pismo. Łeb puchnie.

Sprawdziłem w biurku i w szafkach. Teczki TW Filutek nie było nigdzie.

Zajrzałem do Lipskiego i Czuchy.

– Czy ja wam dawałem teczkę jednorękiego?

Popatrzyli po sobie.

– Nie. Bo co?

– Jakiego jednorękiego? – spytał Czucha, splunąwszy petem do przepełnionej popielniczki.

– Ten łysy z protezą, musieliście go widzieć, gruby walutowiec, gospodarczy wkręca go w spekulacje w przemyśle ciężkim. Zachodził ktoś z III A, jak mnie nie było?

Pokręcili głowami.

Wróciłem do siebie. Po kwiatku pod wyblakłym godłem pełzła biała gąsienica, zgniotłem ją między palcami. Spojrzałem na zegarek. Zamknąłem na klucz obie pary drzwi i zszedłem na obiad.

W stołówce kolejka sięgała drugiego rzędu stolików. Stanąłem za Zworskim. Rozwiązywał krzyżówkę w “Przekroju”, wymyślając na poczekaniu nieistniejące słowa; zaglądałem mu przez ramię. Gdzie, u licha, mogła się podziać ta teczka? W sobotę zachodził do mnie – kto? Lipski i Czucha, sierżant z dołu, no i Wątły – Wątły przyszedł opić przydział mieszkania, podziękować za poparcie, od czasu afery mięsnej uważa mnie chyba za ojca chrzestnego.

– To ja ogórkową i flaczki.

Przysiadłem się do kościelnych, porucznika Łeby i porucznika Sobczyńskiego. Łeba kimał nad rozbabranymi kopytkami, Sobczyński wkleił mordę w niedogotowane kartofle.

– Mhm, słuchajcie, czy Młot dzwonił do czwórki w sprawie tego zebrania? Na drugą. Wiecie coś?

– Gubr-gubr-gubr! – powiedział Sobczyński.

Kopnąłem Łebę pod stołem. Podskoczył.

– Czujnym trzeba być, towarzyszu.

– O żeby was, khr, która godzina?

– Co wyście po nocy w niedzielę robili? Dyżur na mszach, czy co?

– Nie słyszeliście, co Urban wygadywał? Musimy teraz słać do Warszawy encyklopedyczne raporty. Major orze nami statystyki. Dzieło sztuki. Ta robota mnie wykończy. Kapitan zobaczy moje oczy. O! A prawe? O! Na prawe już chyba w ogóle nic nie widzę, łzawi mi tylko.

– O co chodzi Młotowi?

– Brbbbbbr!

– Zdaje się, że był jakiś radiotelegram z nasłuchu – mruknął Łeba, pociągając nosem nad zaschniętymi kopytkami.

– O?

– Wpadłem na Wiśniewskiego przy kiblach na pierwszym.

– A, słyszałem...!

– Zalało już boczną klatkę. Pół Biura stoi i przygląda się. Zapaliliśmy i mówi, że ze Skandynawii nadają o jakimś wypadku u Ruskich. Która jest godzina?

– Jakim wypadku?

– Elektrownia im wybuchła albo cuś.

– Słaszenielajojatywie.

Wytarłem rękaw swetra, na który Sobczyński napluł ziemniakami.

– Mówiliście coś, poruczniku?

Podźwignął się na krześle. Na lewym policzku miał odbity czerwony negatyw widelca.

– Skażenie radioaktywne – powiedział i wstał. – Przepraszam.

Podreptał do wyjścia.

– E-no! – Spojrzałem na Łebę. – Zachód znowu coś pieprzy od rzeczy.

– Pewnie tak. – Wzruszył ramionami. – Moskwa jeszcze nie zdementowała.

Obejrzał się na zegar na ścianie.

– O czwartej wraca major. Musimy... – Podążył w ślady Sobczyńskiego.

Flaki były bardziej gumowe niż zazwyczaj, zostawiłem niedojedzone.

Poszedłem do Wątłego. We wschodnim skrzydle rzeczywiście jechało gównem. Na korytarzu sekretarka mocowała się z oknem, bezskutecznie usiłując je otworzyć. Tych okien nigdy nie otwierano, zabito je na amen, jeszcze gdy zakładano kraty; okna tutaj wychodziły na ulicę i skwer z Leninem.

Za zakrętem przystanąłem – przy klatce schodowej, pod drzwiami WC zebrał się tłum. Mundurowi eskortowali upapranych smarami fachowców, którzy ciągnęli po schodach i do wnętrza toalet grube węże i rury. Wszyscy gapowicze zatykali nosy albo palili papierosy.

Pokój porucznika Wątłego był pierwszy po lewej. Przez zamknięte drzwi dochodziły podniesione głosy.

– Ze zmiażdżoną podstawą czaszki! Bądźcie rozsądni! Mózg mu wyciekał! – To Wątły.

– Zmiażdżona podstawa, zgadza się. – A tego nie kojarzyłem. Starszy mężczyzna.

– No to co to za idiotyzmy –

– Tu, proszę, papiery z sekcji, a tu –

– A co mi po waszych papierach! Trup albo nie trup! Na litość boską! To się w pale nie mieści!

– Młodzi jesteście, jakbym wam opowiedział, co u nas w szpitalu –

– Z mózgiem na ścianie! No ja pierdolę!

– A w ogóle wypraszam sobie taki język, towarzyszu poruczniku!

Wycofałem się po cichu spod drzwi.

Na korytarzu drugiego piętra wpadłem na Mietka.

– Idziesz już do Młota?

– Co? Nie. – Ale zawrócił ze schodów. – Czekaj, czy ty słyszałeś o jakiejś akcji na Uniwersytecie?

– Kiedy? Teraz, ostatnio? Nie no, tylko to, co zawsze.

– Pani Jadzia mówi, że to jest gość od nich. U Młota, znaczy się.

Pomyślałem o Filutku. On przecież sprzedawał fikcyjne dyplomy magistra protegowanym dyrektorów ze Zjednoczenia. Tak. Poszedł z tym prosto do Młota, cholera. Ma coś na mnie? Nie ma nic, kwity spaliłem, towar upłynniłem. Ale jak się dogadał wpierw z Bulą... I Bula przyszedł – albo przysłał kogoś – żeby wyjąć z teczki Filutka wszystko, co przeczy ich wersji...

Złapałem Mietka za ramię.

– Jak Młot kazał ci mnie wezwać – znaczy, wymienił mnie z nazwiska?

– Nie, wszystkich ze szczebla MSW, ja akurat byłem pod ręką.

– Nie chciał przez panią Jadzię?

Mietek wzruszył ramionami.

Wróciłem do siebie. Herbata w szklance wystygła, chłodna breja. Włączyłem grzałkę; w kontakcie dalej iskrzyło niebiesko, mieli naprawić. We łbie kuźnia piekielna. Poszukałem tych enerdowskich pastylek, które przysłał szwagier. Opakowanie się kończyło, połknąłem tylko jedną, popiłem zimną lurą. Od razu odezwały się wrzody: rach, rach, żyleta w żołądku. Otworzyłem sejf, wyjąłem resztkę ostatniej rolki papieru toaletowego i pognałem do WC.

Na wewnętrznej ściance kabiny, obok wulgaryzmów i obscenicznych rysunków, ktoś metodycznie wydrapał kilkanaście sygnatur akt. Zaiste, takiego systemu przekazywania tajnych informacji nie wymyśli żaden Bond. I co miałby wówczas począć kontrwywiad? Wchodzić za podejrzanym do wszystkich szaletów i skrzętnie spisywać poezję kiblową? Zatrudnić na etatach babci klozetowych swoich oficerów? Prowadzić ciągły monitoring publicznych ustępów? MSW powoła specjalny departament, Srajną Służbę Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Obstawią wszystkie kible w kraju. Każda muszla zostanie zewidencjonowana, sfotografowana i przydzielona do właściwego oficera prowadzącego. Dupartament rozrośnie się na wszystkie województwa, powoła komórki w każdej komendzie MO, powstaną sekretne sekcje zajmujące się nielegalnymi miejscami wypróżnień, w archiwach Ministerstwa utworzone zostaną rejestry obszczymurstwa, spuchną teczki operacyjne Tajnych Członków...

Dobijają mnie te wrzody.

Grzałka zdążyła wygotować połowę wody. Schowałem papier do sejfu i zadzwoniłem do Zbysia z Biura Śledczego.

– Czy wyście mieli ostatnio zejścia śmiertelne?

– Co, rozeszło się? Porucznikowi Wątłemu w piątek jakiś studenciak kiwnął.

– Aa, student!

– Lebiody to są, obywatelu kapitanie, kości mięciutkie, główki jak jajeczka, no strach pałką pacnąć.

Student – więc może jednak... Ale w sobotę Wątły wcale nie sprawiał wrażenia przejętego. Ba, był szczęśliwy!

W poczekalni przed gabinetem Młota minąłem się z Łebą. Pokiwał mi smętnie głową.

– Co?

– Właśnie usłyszałem. Moskwa oficjalnie zdementowała. “Nic się nie stało”.

Ciarki przeszły mi po plecach.

Pułkownik Kowalski osobiście zaprosił nas do środka – biurko pani Jadzi było puste, widocznie zwolnił ją dziś wcześniej.

Ledwo usiedliśmy – w sumie chyba tuzin ludzi ze wszystkich wydziałów, od kapitana wzwyż – Młot zatrzasnął okno i włączył przedpotopowe radio, które natychmiast buchnęło jękliwą kakofonią skrzeków i pisków. Radio Młota nie odbiera żadnej stacji. Resortowa legenda głosi, że gruchot potrafi zakłócić najbardziej wyrafinowany system podsłuchowy. Jest to jedyne sensowne wyjaśnienie, nikt bowiem nie rozumie, po co pułkownik trzyma w gabinecie tego rzęcha i dlaczego w ogóle go włącza.

– Doktor Gustaw Zeiss z Instytutu Fizyki Doświadczalnej, sprawdzony członek Partii i nasz współpracownik.

Niski nerwus w burej marynarce wstał, ukłonił się, usiadł, spojrzał pytająco na Młota, wstał, podszedł do ściany za biurkiem pułkownika, rozwinął nadszarpniętą mapę Europy i dziabnął palcem w punkt za granicą Związku Radzieckiego.

– W sobotę w nocy około godziny pierwszej... – Chrząknął, wyjął chusteczkę, zatrąbił, schował chusteczkę, chrząknął po raz drugi, po czym podjął: – W sobotę w nocy około godziny pierwszej w elektrowni jądrowej położonej na terytorium Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich nastąpiła awaria. Do atmosfery przedostały się związki radioaktywne. W zależności od ruchów mas atmosferycznych, w ciągu najbliższych dni skażeniu ulegnie mniejsza lub większa część Europy; przede wszystkim zagrożone są ziemie Polski.

– Prowokacja! – krzyknął ktoś z tyłu.

Zerknąłem na Mietka. Krył dłonią usta. Siedzący za nim Zaciura uniósł oczy ku sufitowi. Zaczęły się szurnięcia krzeseł i chichoty. Nie było siły, po chwili wszyscy rechotaliśmy jak głupi.

Młot czekał, przesuwając językiem po krzywych zębach. Doktor Zeiss gapił się na nas zdezorientowany.

Stopniowo wrócił spokój. Doktor obrócił się bezradnie do pułkownika.

– No dobra – mruknął Młot. – To była wersja oficjalna. Której będziemy ze wszystkich sił zaprzeczać. Z Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej wyszła już informacja o wzroście radioaktywności. Już się zaczęły przecieki. Na wypadek, gdybyśmy musieli zamykać w kwarantannie większe obszary kraju.

– To znaczy, że skażenia nie ma? – spytałem.

– Towarzyszu doktorze?

– No tak. – Doktor Zeiss podniósł, rozwinął i zawiesił na ścianie drugą mapę: czarno-białą kopię fizycznej mapy Polski z ręcznie zakreślonymi na czerwono, niebiesko i zielono nieregularnymi strefami. – Będzie jakiś skok promieniowania, ale to skutek uboczny, poniżej progu zagrożenia zdrowia. Ponieważ epicentrum znalazło się stosunkowo blisko Czar... Czer... Czornobyla, gdzie rzeczywiście stoi elektrownia jądrowa, najwyraźniej radzieccy towarzysze postanowili wykorzystać ją jako zasłonę dymną. Może zresztą faktycznie wysadzili tam blok czy dwa. To są prognozowane strefy opadu, jeśli dać wiarę meteorologom. Pierwszego dnia szło na północ, północny zachód, ale od niedzielnego popołudnia utrzymują się silne wiatry ze wschodu. Całe nasze województwo znalazło się w strefie czerwonej. Ministerstwo poprosiło mnie –

– Epicentrum czego, doktorze? – westchnął Młot. On już wiedział i bardzo mu się to nie podobało.

– Zrozumcie, towarzysze, nie otrzymaliśmy żadnej oficjalnej noty i ja nie mogę –

– Doktorze, proszę, nie jesteśmy na egzekutywie.

– Tak. – Zeiss znowu odstawił numer z chusteczką: wyjąć, zatrąbić, schować. – Obiekt został zestrzelony przez radziecką obronę przeciwlotniczą. Jeszcze nad Polską przemieszczał się w górnych warstwach atmosfery, astronom-amator z Nowego Sącza sfotografował go, sądząc, że to meteor. Był niezwykle jasny, płonął. Zaobserwowano liczne gwałtowne i chaotyczne zmiany toru lotu. Wszedł w przestrzeń powietrzną Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej od zachodu, na szerokości Białegostoku. Następnie skierował się na południowy wschód i na linii Prypeci wszedł na niebo Republiki Ukraińskiej. Myśliwce nie zdołały go przechwycić. Podobno trafiła go rakieta ziemia-powietrze. Ale słyszałem też, że sam się rozbił. Dwadzieścia pięć kilometrów na wschód od Czornobyla. Chmura rozprzestrzenia się już trzeci dzień. Spekuluje się na temat podobieństw z katastrofą tunguską, po niej też pozostały ślady silnej radioaktywności, jak po eksplozji jądrowej, ale – tak naprawdę nie wiemy nic pewnego. Nie otrzymaliśmy jeszcze żadnych wyników analizy szczątków. Ponoć są trudności z pobraniem materiału. Natomiast analiza dotychczasowych efektów opadu...

Mietek nachylił się ku mnie.

– Czy on właśnie powiedział, że u Rusków rozwaliło się UFO? – szepnął.

– Albo urżnięty w trupa archanioł Gabriel.

– ...nazwijmy polem negentropijnym. Co zdołaliśmy ustalić: ośrodkiem fenomenu jest zawsze materia ożywiona, o wysoce rozwiniętym systemie nerwowym, oraz jej bezpośrednie otoczenie.

Zaciura nie wytrzymał.

– Towarzyszu pułkowniku, o co tu chodzi?

Młot siorbnął ze szklanki czarną kawę.

– Ukraińcy, którym podmuch pourywał głowy i ręce, oni, mhm, zdają się czuć teraz całkiem dobrze.

Doktor ponuro pokiwał głową.

– Procesy entropijne ulegają odwróceniu.

– Powstają, kurwa, z martwych.

– Istnieje niebezpieczeństwo, że wraz z opadem związków rozniesionych przez wiatry –

– Będą mi tu zmartwychwstawać.

Spojrzałem na mapę.

– Jeśli opad okaże się słabszy albo wiatry mocniejsze...

Doktor Zeiss wyjął z kieszeni zwitek papierów.

– Przeprowadziłem prowizoryczne obliczenia w oparciu o to, czego zdołałem się nieoficjalnie dowiedzieć od radzieckich kolegów. Musi minąć co najmniej dwadzieścia godzin od kontaktu z substancją przenoszoną drogą powietrzną. Oczywiście najpierw widoczne są efekty odwrócenia procesów zakończonych niedawno. Organizmy w chwili opadu żywe wydają się odporne na działanie czornobyliny. Na podstawie dat pochówku z grobów cmentarza w Czornobylu... To przyśpiesza. Myślę, że w ciągu tygodnia efekt powinien się wyczerpać, to znaczy sięgnąć –

– Zwołałem was, towarzysze – wszedł mu w słowo pułkownik Kowalski – żeby uniknąć nieporozumień, gdyby opad wywołał u nas takie efekty, jakich obawia się towarzysz doktor. W szczególności zwracam uwagę towarzyszom z Departamentu Czwartego. Jakiekolwiek plotki o choćby pojedynczym przypadku zmartwychwstania... Siły reakcyjne natychmiast to wykorzystają. A Partia nie będzie tolerować żadnych masowych niepokojów, zbiegowisk, manifestacji – resort nie może sobie pozwolić na podobne ryzyko. Dopóki się da, zaprzeczamy wersji o skażeniu radioaktywnym; potem przyznamy, że niebezpieczeństwo istnieje i każemy ludziom siedzieć w domach. Zmobilizuje się ZOMO i wojsko dla zamknięcia w kwarantannie obszarów wyjątkowo kłopotliwych. Mówię to wam, towarzysze, i nikomu więcej, i wy nie powiecie nikomu więcej, nie będzie żadnych wytycznych, okólników, rozkazów na piśmie. Rozumiecie, jaka jest sytuacja – jak to wycieknie na dół, to wieczorem o wszystkim będzie wiedział Wałęsa, do północy prymas, a rano usłyszę w audycji z Monachium. Idzie na nas chmura radioaktywna – i tyle. Czy wyrażam się jasno?

– Tak jest!

Przynajmniej nie chodzi o Filutka. Muszę się napić.

Wychodząc od Młota, uśmiechaliśmy się do siebie porozumiewawczo. Oczywiście nikt nic nie powiedział na głos.

Tylko Mietek, skręcając już do księgowości, szepnął przez ramię:

– Dali czadu, lepsze to od stonki, nie?

Na piętrze czarna woda zalała pół korytarza. Cuchnęło nie do wytrzymania, smród szedł przez budynek wzwyż, na nic się zdało otwieranie okien i zamykanie drzwi. Zwolniłem ludzi i poszedłem do domu.

28 kwietnia 1986, późny wieczór

– Kto tam?

– Do ciebie. Mówi, że z pracy.

– No to co tak stoisz –

Pochyliła się nade mną, zasłaniając mi światło, aż musiałem podnieść głowę znad wyciągniętych z obudowy wnętrzności nowiutkiego panasonica – który oczywiście padł za pierwszym razem, gdy wywaliło korki. I znowu zostaliśmy ze stareńkim rubinem.

– On pijany jest – syknęła. – Jedzie od niego wódą na dwa metry. O czym mówiliśmy w sobotę? Dzieci jeszcze nie śpią, ja cię proszę.

– Dobra, załatwię sprawę w ogrodzie.

Wtedy w sobotę rzeczywiście wróciłem lekko na gazie, urządziła mi nieziemską awanturę.

Odłożyłem miernik napięcia, podniosłem się zza telewizora i poczłapałem do holu, coby zniknąć jej z oczu, zanim na dobre wejdzie w rolę jędzy. Wystarczało już, że w resortowym zabrakło towaru albo usłyszała od sąsiadki, że przytyła (fakt, spasła się obrzydliwie). Nie powinienem był wcześnie wracać do domu. Co z tego, że będzie zrzędzić na moją pracę, zawsze znajdzie powód, żeby wsiąść mi na głowę – a tak przynajmniej nie musiałbym cierpieć jej przez cały wieczór. Przystanąłem na moment, gdy ból przeszył żołądek. Czy zostało jeszcze trochę mleka?

Na ganku, pod mrugającą żarówką, stał Wątły.

Zamknąłem za sobą drzwi. Wieczór był ciepły. W chaszczach ogrodu brzęczały owady.

– Co jest?

– Cho-chodzi za mną.

– Co?

– O-obywatelu kapitanie... Marcin... ty mi...

– Idź lepiej wytrzeźwiej. Jutro –

– Chodzi za mną.

– Co? Kto?

– On. Chodzi wszędzie. Tu też przy-przyszedł.

– Co ty gadasz?

– Tam.

Obrócił się, oparł bezwładnie o balustradę i machnął ręką ku ulicy.

– Chcesz powiedzieć, że ktoś cię śledzi?

Pokiwał głową z pijacką powagą.

– Tam.

Spojrzałem, ale ulica po zmierzchu pozostawała właściwie niewidoczna, korony drzew, wysokie ogrodzenie i kiepskie oświetlenie uniemożliwiały dostrzeżenie z domu czegokolwiek więcej niż kształty z rzadka przejeżdżających samochodów.

– Kto?

– Czekał na mnie pod biurem. Po-potem widziałem go w autobusie. Myślałem, że... Ale pod moim blokiem, i zna numer mieszkania, rzucał kamykami w okno, aż szwagier wyszedł go pogonić, ba-bałem się, że... Marcin, ty mi powiedz, co ja mam zrobić, przecież... Może po księdza –

– Że co?

Żarówka skwierczała nad nami ostro, żółte światło i blade cienie na przemian oblewały okrągłą, chłopską twarz Wątłego. Wątły oblizywał nerwowo wargi. Lewy rękaw kurtki miał rozdarty, siostra widać zacerowała mu go nierówno, ścieg się rozpruł.

Nagłe przeczucie – i zimny kwas rozlewa się w żołądku.

– Czekaj.

Wróciłem do środka, zrzuciłem kapcie, włożyłem buty, wyjąłem z szafki ciężką latarkę, sprawdziłem, działa. Lidka wystawiła głowę z kuchni. Zatrzasnąłem za sobą drzwi, zanim zdążyła otworzyć usta.

– Chodź, pokażesz mi go.

Zeszliśmy z ganku. Ścieżka prowadząca do bramy jest szeroka na dwie płyty chodnikowe, musiałem trzymać chłopaka za ramię, żeby nie wpadł w krzaki.

Dobrze, że naoliwiłem zawiasy furtki, jeszcze tylko brakowało jęczącego i grzechoczącego żelaza.

Stanęliśmy pod gałęziami rosnącego przy ogrodzeniu kasztana.

– I? Gdzie?

Wątły rozejrzał się po ulicy, raz, drugi. Mrugał, wytężając wzrok. Większość latarni była zepsuta lub rozbita, a i te działające kończyły już swój żywot. Minął nas stary adwokat z naprzeciwka, na spacerze ze swoim psem. Ukłoniłem się. Oddał ukłon i odwrócił wzrok. Dziabnąłem Wątłego łokciem pod żebra.

– No!

– Tam był. Gdzieś się schował. Jak tylko wyjdę... No n-naprawdę! – Zaczął się gorąco zarzekać. – Mówię ci! Ty mi musisz! Nie mogę tak! Co mam powiedzieć! A jak pójdzie do rodziny! Poznają go! Ja nie chciałem przecież! – I jął szlochać, uwieszony furtki; rdza lepiła mu się do policzka.

– Dajcie spokój, poruczniku, z takimi nerwami to do drogówki, nie do bezpieczeństwa.

Usiedliśmy na murku. Wątły zwiesił głowę między kolana. Pomyślałem, że będzie rzygał, ale jemu chyba po prostu tak było łatwiej mówić: do ziemi, w ciemność, na wydechu. Opowiedział mi, jak mundurowi przywieźli im tych dwóch studentów z ulotkami, jednego wziął w obroty Kwasica, drugiego – Wątły. Studenciak Wątłego zrobił się wtem bardzo hardy, odszczekiwał, a jak Wątły dał mu w mordę, to tamten – Wątły nadal nie mógł uwierzyć – tamten wstał i oddał porucznikowi. Tak to Wątłego poraziło, że zanim mundurowy go odciągnął, porucznik rozwalił podejrzanemu łeb dziurkaczem biurowym. Odwieźli nieprzytomnego do szpitala, ale zgasł im na stole. Wątły czytał papiery z sekcji, student był martwy na sto procent. A teraz chodzi za porucznikiem, gwiżdże na niego na ulicy, rzuca kamieniami w okna... Wątły się urżnął, nie pomogło.

– No i pójdę do majora i co powiem? – Trząsł się, zgięty wpół. – Że skubaniec miał brata bliźniaka? A ten drugi siedzi przecież w areszcie, będzie trzeba dać prokuraturze jakąś sprawę. No bo jak wypuścimy... Co? Wypuścić może? Towarzyszu kapitanie?

– Ten?

– Co?

Klepnąłem go w plecy.

– Weź się w garść! Tam popatrz. Ten?

Spojrzał.

– Łojezu. On.

Przebiegłem przez jezdnię. Człowiek cofnął się w cień. Podszedłem, zaświeciłem mu latarką w twarz. Osłonił się odruchowo przedramieniem. Był w brudnej kurtce, o kilka numerów za dużej.

– Pozwólcie, obywatelu. No już. Dowodzik. A dokąd! – Złapałem go za poły kurtki, pociągnąłem pod latarnię. Odwracał głowę. Rozglądnąłem się. Ulica była pusta, nikogo w oknach. – Ruszajcie się! – Przeszliśmy pod furtkę.

Wątły cofnął się do ogrodu. Popchnąłem studenta do środka. Latarki nie wyłączyłem, trzymałem go w słupie ostrego światła, jego twarz, oczy, gdy je zamykał, próbował uciec wzrokiem – obracałem latarkę, wyciągałem ramię w bok.

– Nazwisko! – warknąłem. – Zameldowany!

– Gniewosz Janusz, Kwiatowa siedem przez dziewięćdziesiąt dwa – wymamrotał.

– Urodzony!

– Tysiąc dziewięćset sześćdziesiąt pięć, pierwszego lutego.

– Ale dowodu przy sobie nie macie, co? Albo legitymacji studenckiej? Książeczki wojskowej?

Zaczął macać po kieszeniach.

– Pozwólcie-no.

Pociągnąłem go w prawo, ścieżką wzdłuż ganku i za róg domu, pod otwarty garaż, w którym brat składował swój złom motocyklowy. Na ten zakątek wychodziły tylko okna poddasza; zresztą przed garażem rosła topola. Jedyne światło pochodziło z odległych latarni ulicznych – jeśli nie liczyć mojej latarki. Gniewosz instynktownie cofał się, aż trafił plecami na ceglaną ścianę. Patrzył to na mnie, to na cień Wątłego – ale wiedziałem, że nic nie widzi, latarka go oślepiała.

– Obróć się! – rozkazałem. – W lewo! Głowa prosto! Odsuń włosy! Że też pozwalają im chodzić z takimi grzywami.

Spojrzałem pytająco na Wątłego. Rozłożył ręce, pokręcił głową.

– Sprawdź!

Podszedł ostrożnie, pomacał. Gniewosz zadrżał pod jego dotykiem.

– No więc? – ponagliłem.

– Żyje, obywatelu ka-kapitanie – zająknął się Wątły. – Znaczy, nie ma śladu.

– Pierdolone ubeki.

Podskoczyłem do studenta.

– Co? – Krew uderzyła mi do głowy, wybuchły rumieńce, aż zapiekła skóra. Złapałem go za kołnierz, podciąłem nogi; poleciał na drzwi garażu. – Coście powiedzieli?

– Ubeki pierdolone. Jeszcze Polska!

Klęczał przede mną z twarzą do ściany, rękoma wpartymi w beton, długie włosy spływały na kurtkę. Rozejrzałem się, świecąc po zagraconym wnętrzu garażu. Zatrzymałem latarkę skierowaną ku wygiętej rurze wydechowej, rzuconej luzem pod szkielet komara. Skinąłem na Wątłego. Wątły wytrzeszczył oczy. Zaświeciłem mu w twarz. Zasłonił się, ale postąpił krok wstecz, schylił się i podał mi rurę. Przełożyłem latarkę do lewej ręki i z zamachu walnąłem klęczącego w potylicę, aż rura wygięła się po raz drugi. Zakwiczał i osunął się na ziemię. Poprawiłem. Nie ruszał się. Przyświeciłem z bliska. Masakra.

– Zmiażdżona podstawa czaszki – sapnąłem.

– Coś ty... – zabełkotał Wątły. – Coście... obywatelu kapitanie... coście zrobili...

– Porządek w papierach. – Znalazłem szmatę i zabrałem się za wycieranie rury. Puls powoli się uspokajał. – Teraz znowu wszystko się zgadza, nie?

– A-ale. Kryminał. Żelazem w łeb. Jak tak.

– A ten dziurkacz z czego był, z porcelany miśnieńskiej?

– Będzie śledztwo. Papiery. Trup.

– Jakie znowu śledztwo? Masz przecież raport z sekcji, nie? Pieczątka, podpis, doktor poświadczy. Dwa dni temu leżał w kostnicy, jest w ewidencji sztywnych. No to kogo niby ubiłem? Zbierzcie się do kupy, poruczniku. Do ciężkiej cholery. I nie rzygać mi tu!

– Prze-przepraszam.

Wziął głębszy oddech, otarł czoło. Wcisnąwszy dłonie w kieszenie, stanął nad zwłokami.

– A jak znowu się odbije? – spytał ponuro.

– Że co?

– Noo, raz już mu się odwróciło.

Podrapałem się w brodę.

– To chyba tak nie działa.

Spojrzał na mnie podejrzliwie.

– To znaczy jak?

Poświeciłem głębiej wzdłuż ściany.

– Tam. Powinien być pełny.

Wątły posłusznie wlazł w złom. Przewrócił dwa rowery, poszło echo na całą dzielnicę i zamarł w miejscu, wystraszony, ale zaraz kichnął głośno od podniesionego kurzu, złapał się więc za nos, złapał i kichnął po raz drugi, zataczając się przy tym na szafki – już chciałem podejść i jego tą rurą zdzielić przez proletariacką łepetynę, może by w końcu zstąpił na ziemię – postał tak chwilę, kiwając się na piętach, w końcu się upokoił, sięgnął, szarpnął i dźwignął pięciolitrowy kanister benzyny.

– No więc jakby chciał wstawać – powiedziałem, wyjmując paczkę silesii – to urządzimy ognisko w ogrodzie. Dawno już miałem uprzątnąć go po zimie, widzicie, jak zarósł. A noc taka przyjemna. Gwiazdy, o, Wielka Niedźwiedzica. Zapalicie? – Podsunąłem mu paczkę.

Za drugim razem udało mu się ująć papieros między dwa palce.

– Będziemy czekać? – Zamrugał. – Do rana?

– Czy nie wstanie.

Nie wstał.

29 kwietnia 1986, południe

– Słuchajcie, sierżancie, ja zawsze zamykam, jak wychodzę. W sobotę teczka tu była, wczoraj teczki nie ma. Poszukajcie sami, jak nie wierzycie. No to co, szpiedzy imperialistyczni wsmyrgnęli się przez dziurkę od klucza?

– Obywatelu kapitanie, melduję –

Zadzwonił telefon.

– Rzewiecki.

– Pułkownik chce się z wami widzieć – powiedziała pani Jadzia.

– Oho.

– Sama nie wiem, panie Marcinku, nic mi więcej nie mówił.

– Ale kiedy? Teraz-zaraz?

– Pięć, dziesięć minut.

– A mogłaby pani zapomnieć – no i co tak sterczycie, sierżancie, odmeldować się! – mogłaby pani zapomnieć do mnie zadzwonić na, powiedzmy, kwadransik? – Spojrzałem na zegarek. – Za pięć wpół do. Co? Pani Jadziu kochana.

– Dziesięć minut – oznajmiła sucho.

– Rączki całuję.

Wyjąłem notes. Bombonierka dla pani Jadwigi, jutro zaraz z rana.

Poszedłem do Wątłego. (Przez noc całe skrzydło zaśmierdło nieziemsko). Siedział w pokoju przy otwartym oknie i siorbał kawę zbożową. Wzrok nieco mętny, ale przynajmniej trzyma się prosto. Biurko dalej ktoś czytał gazetę, na pierwszej stronie szaro-czarny Jaruzelski obejmował szaro-czarnego Honeckera, miny mieli, jakby gołąbek pokoju nasrał im do wódki. Płocha myśl z tyłu głowy: czy czornobylina sięgnie także NRD, czy skazi ziemie Niemiec...?

Skinąłem na Wątłego. Zabrał ze sobą kawę. Wyszliśmy na korytarz i do świetlicy za kartoteką.

– Bukalski dzwonił? – spytałem półgłosem. – Albo ten doktor z patologii – odezwał się? Czy ja o czymś nie wiem?

Zajrzał w fusy.

– Mhm, obywatelu kapitanie –

– Nie obywateluj mi, tylko gadaj! – syknąłem. – Młot mnie wezwał. Trup jest z powrotem w kostnicy, wszystko cacy. Bukalski nie piśnie, wisi mi za takie sprawy, że niechby spróbował. No to co, ja się pytam, no to kto? Wy! – Dźgnąłem go palcem w pierś.

– Ale nie moja wina, ledwo przychodzę, a oczy mi się zamykają, nic przecie nie pospałem całą noc, głowa mi lata, o, cud, że w ogóle stanąłem na nogi, no ale ledwo przychodzę, wpada naczelnik i drze mordę: meldować o żywych trupach!

– I tyś się, cymbale, wygadał!

– No nie, nic, ale musiał coś poznać, jak popatrzyłem, no bo mnie zaskoczył, tak wpada i od progu, a ja ciągle tylko o tym studencie myślę, więc on od razu do mnie: poruczniku Wątły! bezpieczeństwo ludowej ojczyzny! nie dziwić się, opowiadać ze szczegółami! resort wie o wszystkim!

– I żeś się wygadał.

– A co miałem zrobić, jak widać już i tak wiedział?

Po co ja mu w ogóle pomagałem? Że dług wdzięczności za tych badylarzy ze “świńskiego wywiadu”? Pluć na idiotę!

– Ileś mu powiedział?

Wyjadał łyżeczką czarne fusy.

– Wszystko – mruknął.

– Wszystko!

– No tak jakoś...

Grzmotnąłem czołem w tablicę z listą wyróżnionych funkcjonariuszy, aż się na ich wysokości Kiszczak i Messner zakołysali w drewnianych ramkach, a Jaruzel zatańczył na gwoździu. Ból zagłuszył ból.

– Uuużebycięszlagnamiejscu –

– Co kapitanowi – kapitan źle się czuje – może wam –

Poczłapałem z powrotem do siebie, żeby połknąć dwie pigułki na wrzody; połknąłem – i już była pora iść do Młota.

Pani Jadwiga wpuściła mnie z lekkim wzruszeniem ramion. Wszedłem, zameldowałem się.

– Siadajcie, Rzewiecki.

Pułkownik Kowalski zamknął jedną teczkę, otworzył drugą, przerzucił kartki, spojrzał na mnie – siedzę z obojętnym wyrazem twarzy – spojrzał, wstał i włączył radio. Popłynęły gwizdy, jęki i szumy.

– Major Czwartoch złożył mi raport z waszej nocnej przygody z porucznikiem – zerknął do papierów – porucznikiem Wątłym.

Milczałem.

– Może nie zdajecie sobie z tego sprawy, Rzewiecki, ale ja z dołu dostaję co godzina kilka takich meldunków, oficjalnie komenda wojewódzka nie jest powiadomiona, więc nie wiedzą, co z tym robić, i albo zamykają jako wariatów, wiozą na izbę wytrzeźwień, albo odsyłają do wydziałów Służby. Kto jak kto, grabarze zawsze chleją i opowiadają niestworzone historie, ale to się w końcu... Mhm, tak.

Otworzył szufladę, wyjął dwie kartki papieru. Podsunął mi je. Zerknąłem z daleka.

– Obywatelu pułkowniku?

– Wasza delegacja.

Milczałem.

Westchnął ciężko.

– Pojedziecie do Krakowa.

– Tak jest!

– Tu macie podbitkę na służbowy wóz. Nie polegałbym teraz na komunikacji państwowej. Weźmiecie broń. Pobierzcie amunicję.

– Tak jest.

Ostrożnie podniosłem dokumenty. W opisie delegacji wystukano tylko: Z rozkazu płka Kowalskiego. Czas: 30 IV 1986 – 4 V 1986.

– Pytali o mnie w krakowskiej KW?

Pokręcił głową.

– Komenda krakowska nic o tym nie wie. Resort nic o tym nie wie. Pojedziecie, bo ja was wysyłam.

– Tak jest!

– Cieszę się, że nie opuszcza was entuzjazm dla pracy na froncie walki z kontrrewolucją. – Wyjął popularne, zapalił. – Rozumiecie, że wobec wszystkich tych informacji, jakie do mnie docierają – zresztą sami widzieliście w nocy... Muszę przyjąć, że nasz kochany doktor Szajs może jednak mieć rację. Pojmujecie, co to oznacza?

– Nie, towarzyszu pułkowniku.

– I to w was lubię, Rzewiecki, tę beztroską bezmyślność. – Młot strzepnął popiół do czerwono-białej popielniczki marlboro. – Pojedziecie prosto na Wawel. Nie meldujecie się po drodze ani na miejscu. Wiecie, kto tam leży?

– Gdzie?

– W katedrze wawelskiej. W podziemiach, w krypcie. Władysław Łokietek. Kazimierz Wielki. Władysław Jagiełło. Królowa Jadwiga. Józef Poniatowski, Tadeusz Kościuszko, Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki. Józef Piłsudski.

– Towarzyszu pułkowniku?

– Jeszcze czegoś nie rozumiecie, kapitanie?

– Obawiam się –

– Zastrzelicie ich. Jeśli wstaną. Kula w łeb każdemu.

Radio: kszsz-uiiiiuii-trszszsz.

Milczałem.

Nachylił się ku mnie nad biurkiem.

– No co? Z jednym powstańcem już żeście sobie gładko poradzili. I potem się nie podniósł, prawda? Znaczit, za drugim razem umierają jak wszyscy.

– To są kamienne sarkofagi, nijak z nich nie wylezą, towarzyszu pułkowniku.

– Myślicie, że nikt inny o tym nie pomyśli? Że nie przyjdą, nie pomogą im wyjść? Musicie zdążyć przed nimi.

– Ale dlaczego nie ludzie z krakowskiej komendy? Dlaczego w ogóle ja?

– Polityka to nie wasza sprawa, nie mieszajcie się, to i ona nie będzie się do was mieszać. – Co mówiąc, wyjął spod innych cienki skoroszyt zawiązany czerwoną wstążką; od razu poznałem. Jeśli to Bula go przyniósł i dołożył, co mu tam Filutek naświergotał... Pojadę.

– Tak jest!

Zamigotał interkom. Młot wcisnął guzik.

– Pani Jadziu, prosiłem przecież –

– Bardzo przepraszam, ale mam tu pilny telefon do kapitana Rzewieckiego, zdaje się, że jakiś nagły wypadek w domu, i –

Młot machnął na mnie łaskawie.

– No to idźcie już, kapitanie, idźcie. Musicie się zresztą wyspać przed jutrzejszą podróżą. Nie wyspaliście się, co? Widzę te wory pod oczami. Zawsze powtarzam: nie ma to jak długi, spokojny sen.

Kszsz-uiiiiuii-trszszsz-uiiiiii.

Jacek Dukaj