Z północy nadleciał klucz szturmowych śmigłowców. Witschko uniósł rękę i Amerykanin zamarł w pół kroku. Gapili się w szare niebo przez bezlistne jeszcze gałęzie drzew, w tej części lasu rosnących bardzo gęsto. Wąskie, ciemne maszyny z emblematami Reichswery na bokach – czarnymi krzyżami – przemknęły ponad nimi, w dźwiękowej chmurze rozedrganego grzmotu. Jeden, dwa, trzy, pięć, siedem. Jak apokaliptyczna szarańcza. Smith żałował, że nie ma na głowie kołpaka, byłoby świetne ujęcie. Gdy zniknęły, spojrzał na zegarek. Szósta szesnaście.
– Często tak? – spytał Ślązaka.
Przemytnik wzruszył ramionami.
– Ruskie ich ostrzeliwują, ale bez przekonania. Od śmierci Stalina nie było na Pomorzu poważnego incydentu. Przecież pan wie. Prewencja. Przekraczają granicę o trzydzieści kilometrów i więcej. Moskwa nawet nie ma pretensji: strzelają do tych, co trzeba.
Rozmawiali po rosyjsku, bo Smith w niemieckim był słaby, a Witschko bał się przeciwpiechotnych min językowych.
Szli lasem już pięć godzin. Granicę i pas zmilitaryzowany opuścili jeszcze przed północą, lecz z uwagi na układ dróg i ukształtowanie terenu nie mogli kierować się bezpośrednio na południe i w efekcie, za radą Ślązaka, maszerowali jakimś przedziwnym równoleżnikowym halsem. Bo tutaj drogi biegły niemal wyłącznie ze wschodu na zachód, Prusy nie istniały dla rosyjskich planistów. Smith miał w komputerze mapę, ale już kilkakrotnie zdążył się przekonać, iż odpowiada ona rzeczywistości w stopniu dalece niezadowalającym, mimo że – zgodnie z informacją producenta programu – aktualizowana była podług danych z satelitów geodezyjnych zaledwie siedem miesięcy temu. Czyżby wojna powodowała przemieszczanie się autostrad? Witschko śmiał się szyderczo w odpowiedzi na narzekania Amerykanina. Nic nie jest niezmienne.
Znajdowaliby się już znacznie dalej, gdyby nie nocna eskapada przemytnika po nowe – to znaczy stare – ubranie dla Smitha. Zmusił Iana do zdjęcia i zniszczenia paramilitarnego stroju, jaki wyszykowała dlań specjalnie na tę okazję główna pruska ekspozytura sieci w Allenstein; miast niego reporter wdział grube, brudne i cuchnące łachy, które Witschko wycyganił od kogoś znajomego w okolicy. Nawet niespecjalnie pasowały na Smitha. Dobrze, że butów nie kazał mi wyrzucić, myślał Ian. Bo tempo marszu było wprost mordercze. Plecak ciążył Amerykaninowi kanciastym głazem. Szli i szli. Już nawet nie miał siły się bać. Było mu wszystko jedno. Gapił się bezmyślnie na plecy idącego przed nim mężczyzny i podsycał w sobie irracjonalną nienawiść do Ślązaka. On mógłby być moim ojcem, dyszał bezsilnie. Czterdzieści, pięćdziesiąt lat; chudy, kościsty, czarnooki, czarnowłosy, zarośnięty, zawsze z papierosem w ustach, ustach o nierównej i szczerbatej linii żółtych zębów. Wór na plecach, czapka na głowie, szyderstwo na twarzy. Może to zdrajca, może wtyka, może po prostu chciwy morderca, który zarżnie mnie podczas snu; cholera go tam wie.
Kwadrans później przesunęło się ponad nimi te same siedem helikopterów; wracały do bazy. Ostatni, siódmy, cokolwiek spóźniony względem reszty, ciągnął za sobą brudny warkocz dymu. Leciał nisko, chybotliwie. Widzieli go ze szczytu wzgórza, pomiędzy drzewami. Podniósł się jeszcze raz i drugi, zajęczał rozpaczliwie swymi wirnikami – i spadł w las. Huknęło. Wyrósł w bladoszare niebo gorący pióropusz gazów i popiołu. Z północy zawróciły dwie maszyny, pokołowały nad wrakiem, lecz w końcu odleciały: widocznie nie pozostało nic do ratowania. Witschko i Smith schodzili ze wzgórza. Wiatr zamarł i czarny słup śmierci stał pionowo, prosto na ich drodze. Ian nic nie widzącym wzrokiem spojrzał na zegarek, jakby ów odruch zwyczajności był w stanie przywrócić mu dawno utracony spokój umysłu. Szósta czterdzieści dwa, trzydziesty marca tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego szóstego roku. Mord o zimnym poranku. Niech szlag trafi Polskę.
•
Wieczorem, przy ognisku, Witschko snuł swe przemytnicze opowieści.
– W osiemdziesiątym drugim, w trzecim miesiącu po jego śmierci, tak na początku lutego, zapadł tu gdzieś w okolicy transport wojskowych butów. Ciężarówka cała. Kamasze zaraz się pojawiły na rynku; wóz ponoć do jeziora poszedł. Szum taki sobie, nic specjalnego. Potem to samo z mięsem. A potem – uważasz, jaki przeskok – zwinęli z eszelonu atomówkę. Dasz pan wiarę? Pociągiem ją wieźli, na bocznicy stała. Toż dopiero czerwonoarmiejców szlag trafił...! Paru ludzi pod mur, więcej na Sybir... ale bombki niet. Chodziły tu całe bataliony z psami, węszyli jak wściekli, psy i ludzie. Wykarczowali nawet kawał lasu, pojęcia nie mam po jaką cholerę. Ze trzy niedziele tak to trwało; nie mogłeś spojrzeć w niebo, żeby nie zobaczyć helikopterów – jak muchy nad trupem. Niemce podobno się rzucali, że niby wzmożona aktywność wojska i tak dalej. Na pewno wiedzieli. Znajomy, co siedzi w leśniczówce pod granicą, no to on sobie łapał tam radio z Prus, bo tak blisko to jednak nie dało rady zgłuszyć, i to radio o wszystkim otwarcie mówiło, więc stąd żeśmy wiedzieli. Już wtedy zaczęli ludzie coś podejrzewać, bo nikt nie znał tych gierojów od butów i mięsa, a na trupa była komu pieprzona atomówa, ani jej użyć, ani spylić – więc poszła gadka, że to nietutejsi i w ogóle nie nasi, i że pewnie polityczna sprawa. No bo jak kamień w wodę – a taka bomba to jednak kawał skurwysyństwa, podobnież dźwigiem ją wyciągali z jakiejś rakiety; dźwigiem, mister Smith, dźwigiem. No więc ja myślę, że teraz z tą Moskwą – to wszystko prawda. Oni już wtedy wiedzieli, już sobie zaplanowali. Jak tylko on zdechł.
Śmierć Stalina to wyznacznik nowej ery, jak narodziny Chrystusa – wystarczy zaimek: „on”, „jego”. Wiadomo o kogo chodzi.
Już wcześniej to spostrzegł: tu wszyscy mówią jakoś tak krzywo, w bok, po okręgu i paraboli; przestrzeń ich słów wypaczona jest przez wielkie, niewidoczne masy czarnych dziur obyczaju, do których niebezpiecznie się zbliżać, bo mogą wciągnąć, zassać. Witschko, na przykład – o czym on opowiadał? o kradzieży bomby? Nie, on mówił o Xavrasie Wyżrynie. W końcu wszystko sprowadza się do niego.
Xavras Wyżryn, Xavras Wyżryn.
– Spotkałeś go kiedyś?
Ślązak strzelił spojrzeniem ponad ogniem, wsadził w płomienie patyk.
– Bo co?
– Nic. Ciekawy jestem.
– Da Bóg, sami go spotkacie, to się dowiecie. Wcześniej czy później.
Smith nic już nie rzekł. Przewrócił się na drugi bok, plecami do przemytnika, i zasunął śpiwór. Przed sobą miał swój roztańczony cień odpłomienny, i las, i noc, i niebo bez gwiazd i Księżyca, bo ciężko zachmurzone. Aby zasnąć, musiał się uspokoić, ale myśli wymykały mu się spod kontroli. Znajduję się w strefie wojny, dumał. Tu śmierć. Podążam ku śmierci. Xavras Wyżryn, Xavras Wyżryn. Przekleństwo na niego, przekleństwo na nich!
Wreszcie zasnął nieuspokojony – zmogło go zmęczenie.
•
Rano, zanim wyruszyli w dalszą drogę, wysłał krótki meldunek: parę słów ręcznie wklepanych. Przez granicę bez problemów. Idziemy ku Wiśle. Możliwe opóźnienie. Dlaczego nie pomyśleliście o ubraniu? Szło to wąskim stożkiem do satelity, z niego do kolejnego, i potem bezpośrednio do centrum WCN w Nowym Jorku, więc raczej nie istniała możliwość podsłuchu. Zresztą gdyby nawet – niczego to nie zmieniało, Smith po prostu nie posiadał żadnej innej możliwości komunikacji z siecią.
Około południa Witschko zdecydował, że wyjdą na drogę. Byli już dosyć daleko od granicy. Ian nic nie powiedział, ale strach ścisnął mu żołądek. Teraz dopiero się zacznie, pomyślał; przypomniał sobie Frazera, McHutscha, Vardę; przypomniał sobie ich filmy. Ale nic nie powiedział. Jest strach słowotoku i jest strach milczenia, a ten drugi nieporównanie głębszy, bo już bezmyślny, zwierzęcy, całkowicie ulegający beznadziei chwili.
Wyszli z lasu na pobocze i z pobocza na szosę, wąską, starą asfaltówę, z mocno wyblakłą białą linią. Szosa wiła się tu dość gęsto i widzieli jedynie jej stumetrowy odcinek, z obu stron ucięty szarymi ścianami lasu. Było to miejsce tak anonimowe – żadnego drogowskazu, nawet drobnych śmieci w rowie, niczego – że aż jakoś symboliczne. Smith zachłannie rozglądał się dookoła. Nie takie przestrzenie wybierano do kolorowych panoram „Nieuchwytnego Xavrasa”.
Witschko wskazał kierunek i ruszyli. Już nie jeden za drugim, ale obok siebie, po cywilnemu; Ślązak z prawej, Amerykanin z lewej. Niebo było bladopopielate i smętnie zaciągało się potarganymi w strzępy chmurami, z których rzadko skapie coś więcej, niż chorobliwie anemiczny kapuśniak. Z owej straszliwej nudy obrazu strach wykrzesał Smithowi okrutną zapowiedź rychłego nieszczęścia, zgodnie z rytmem scenariuszowego przekładańca filmowych sekwencji napięcia i rozprężenia; bo całość Smithowych doświadczeń i pamięci zdarzeń i zachowań tego świata, w odróżnieniu od świata Nowego Jorku, pochodziła z kina i telewizji – a umysł tego przecież nie segregował. Skoro cisza, to przed burzą. Skoro spokój, to przed bitwą. Witschko próbował podjąć rozmowę, ale Smith milczał.
Przejechał samochód i nawet nie zwolnił. Przemytnik nie zwrócił uwagi. Potem przejechał facet na rowerze. Facet na rowerze był bardzo stary, bardzo pomarszczony; na nosie tkwiły mu okulary w pękniętych rogowych oprawkach, ze szkłami, sądząc po grubości, pancernymi; a dłonie miał – dłonie i palce to on miał takie, jakich Smith w życiu nie widział. Patykowate a gruzłowate, plamiście przebarwione, ptasio szponiaste a zarazem dziecinnie słabe; palce o różnej długości, palce bez paznokci, palce bez stawów, palce o kości przezierającej przez mięso. Zatrzymał się i poprosił Witschkego o papierosa i ogień, bo zauważył, że tamten pali. Przemytnik poczęstował okularnika. Zakurzyli z rozkoszą; przez dym wymieniali po rosyjsku krótkie, mrukliwe uwagi bez znaczenia, zadowoleni z chwili. Ian patrzył na to z boku, z własnej woli odsunięty poza ich spojrzenia. Patrzył, słuchał. W końcu facet wsiadł na rower i odjechał. Podjęli marsz. Smith, idąc, zbierał się w sobie i zbierał, aż w końcu zapytał Witschkego, chociaż mimo wszystko nie o to, o co chciał. – Co mu się stało w te palce? – Witschko zrobił zdziwioną minę. – Skąd mam wiedzieć? – prychnął, nie wyjmując papierosa z ust.
Godzinę później, po kolejnych dwóch samochodach (również należących do serii zaprojektowanych osobiście przez Stalina, ponurych, kanciastych monumentów szos, co żrą paliwo niczym czołgi) minęły ich: zabytkowy traktor ciągnięty przez starego konia oraz furmanka. Witschko w marszu zgadał się z woźnicą i ten zgodził się podwieźć wędrowców. Wskoczyli od tyłu. Smith z ulgą wyprostował bolące nogi. Woźnica, młody chłopak o krzywo zamocowanej żuchwie, obejrzał się na głośne westchnienie Iana. – Z daleka? – spytał. – Noo – odmruknął Smith. – Może byście spuścili kawałek tego, co tam targacie – wskazał batem na plecaki. – Lepiej patrz przed siebie, synu – włączył się Witschko – bo ci kobyła zlezie z drogi i w minę wdepnie. – Iiii-tam, ona nauczona. – Przynajmniej tyle, że nie gada. – He, w Wilię na krok nie puszczamy ich z zagrody! – zaśmiał się krzywoszczęki. Smith nie zrozumiał dowcipu. Spojrzał na Ślązaka, który zapalał już kolejnego papierosa. – No i czemu tak kopcicie bez ustanku? – warknął Ian, irracjonalnie rozeźlony. Witschko wzruszył ramionami. – Bo mam raka – odparł. Furman zachichotał; po chwili przyłączył się do niego sam przemytnik. Smith odwrócił wzrok.
– Pan skąd? – spytał go po jakimś czasie chłopak z kozła. – Z Prus?
Smith nie mógł tego zrozumieć. Jego rosyjski nie różnił się niczym od rosyjskiego tamtych, ubiór – jeśli to możliwe – był jeszcze bardziej zeszmacony od Witschkowego, nie istniały też żadne identyfikujące znaki szczególne – a jednak ów wieśniak już po kilku minutach bezbłędnie rozpoznał w nim cudzoziemca. Smith nie mógł tego pojąć. Spojrzał bezradnie na Ślązaka.
– Taa, z Prus, z Ameryki, z Księżyca – zamamrotał ów, w odpowiedzi na tę desperacką prośbę o ratunek.
•
...wytłumaczył mi, że to z uwagi na brak benzyny. Nie istnieje coś takiego jak wolny obrót paliwem; są tylko przydziały i czarny rynek. Oddziały Armii Czerwonej operujące w Europejskiej Strefie Wojennej pochłaniają dziewięćdziesiąt procent dostaw ropy. Azjatyckie rurociągi są dziurawe jak rzeszoto. Na dodatek ludzie Wyżryna wysadzają je z morderczą regularnością – coraz to inną nitkę. Do Republiki Nadwiślańskiej dociera już doprawdy niewiele. „Póki co – rzekł mi – Kaukaz i Stambuł siedzą cicho, ale niech się tylko odmrozi dżihad, to po tej stronie Odry nie uświadczysz ni kropli benzyny”. Ja się tego uczyłem jeszcze w Nowym Jorku, z tych nudnych naukowych opracowań; ekonomia wojny – to nie jest pasjonujące zagadnienie, w każdym bądź razie nie było takim dla mnie. Ale teraz – ale tutaj – objawiają mi się owe mechanizmy w działaniu. Już rozumiem: wojna to zwierzę. To jest żywy organizm, pasożyt na ciele narodów; on rośnie z polityki, ekonomii, religii, strachu, z wszystkiego; wszystko pożera, a wydala śmierć i zniszczenie. Jego biologia stanowi o życiu tych ludzi; teraz również moim. Owo zwierzę – ono ma swoją młodość, ma wiek dojrzały, ma starość; ma swe wdechy i wydechy; ma zimę, ma lato, a nie są to zimy i lata Ziemi. Ci ludzie już instynktownie pojmują owe cykle, potrafią je przewidzieć i przystosować się do zmieniających się warunków, jak do suszy, deszczu czy mrozu. Zwierzę jest ich bogiem. Z obawą i nadzieją spoglądają w jego chmurne oblicze. Z drobnych oznak odczytują nastrój bóstwa. Gdzie padnie palący wzrok? Czego dotknie karząca dłoń? Kulą się w swych domach, gdy ponad grzmią bombowce. Jego uliczni kapłani w brudnych mundurach, z kanciastymi włodami w chłopskich rękach, posiadają nad nimi władzę śmierci: jeden ruch położonego na cynglu palca. Zwierzę jest zwierzęciem i nie zna słowa „litość”. Nie zna żadnych słów. Żyje. To wystarcza. Na wiosnę ruszy Wschód, rzecze Witschko, który zdążył już doskonale poznać nawyki bóstwa. Na wiosnę ruszy Wschód i Ruskie będą musiały się przerzucić za Kaukaz i Amur, odpuszczą sobie Europę. Wtedy podniesie się Wyżryn. To wszystko jest wzajemnie sprzężone, powiązane, nici biegną przez całą kulę ziemską, Zwierzę swymi fraktalowymi mackami dosięga ostatniego jej zakątka. Nie byłoby Xavrasa, gdyby nie Syn Mahometa, ale i Syna Mahometa by nie było, gdyby nie Chiny; lecz z drugiej strony, gdyby nie Chiny, nie byłoby również Traktatu Berlińskiego. A Traktat Berliński, ta międzypaństwowa licencja na zabijanie, wystawiona dla Moskwy przez Ligę Narodów i sygnowana przez USA, Rzeszę Niemiecką, Zjednoczone Królestwo i Dwunastą Republikę – to jest najohydniejszy dokument w dziejach ludzkości, rzecze pierwsza jej połowa; to jest błogosławieństwo pokoju, ratujące nas od nieuchronnego w innym wypadku wybuchu Drugiej Wojny Światowej, rzecze druga. Ja zmieniałem zdanie w zależności od towarzystwa i kontekstu rozmowy, tak naprawdę niewiele mnie to obchodziło. Obawiam się, że i teraz jest ono dyktowane wyłącznie przez strach. Lecz po prawdzie co motywowało samych twórców Traktatu, jeśli nie polityczny lęk właśnie? Zwierzę żywi się wszystkim. Oni, którzy żyją w cieniu jego cielska... Zaczyna to do mnie docierać. Wszak to już ósmy rok wojny. Rośnie tu całe pokolenie, dla którego pokój jest stanem nienaturalnym. A nawet ci, którzy dobrze go pamiętają – oni też inni. Nic dziwnego, że mnie ów wieśniak rozpoznał. Nie jestem z jego świata. Nawet nie zdaję sobie sprawy, czym się wyróżniam; co najwyżej mogę zauważyć ich – w moich oczach – dziwactwa. A przecież to nie tylko wojna. To także nieśmiertelny Stalin. Bogowie tej ziemi nie są moimi bogami. Witschko, który stoi jedną nogą tu, a drugą po tamtej stronie granicy – on też zdaje sobie z tego sprawę: posiada skalę porównawczą. Kiedy go pytam, kręci głową: nie jest Polakiem, nie jest Niemcem – jest Ślązakiem. Paszport, co prawda – którego przecież nie ma przy sobie – oznajmia go obywatelem Rzeszy, ponieważ taka jest terytorialna przynależność Śląska; genealogia zaś, Polakiem, ponieważ wyłącznie taka krew płynie w jego żyłach – ale on przeczy. Ślązak. Brzmi to nieomal jak wyznanie wiary. Podobnie ów jego z bezczelnym uśmiechem obwieszczony zawód: przemytnik; jeszcze w Prusach, ledwo nas sobie przedstawiono, on pospiesznie dodał: „Tylko tymi zakazanymi”. Tu obowiązuje inna gradacja wartości. Jedyny wolny handel, to przemyt właśnie. A ponad połowa przemytu do EWZ to broń. Czy Witschko handluje również tym konkretnym zakazanym towarem? Czy to dlatego Frazer polecił go do przerzutu oraz jako osobę posiadającą bardzo dobre kontakty z rebeliantami – ponieważ to Witschko ich uzbraja? Trudno powiedzieć. Przecież go nie spytam. A może właśnie powinienem...? Może to normalne, może by się nie obraził? Przypomina mi się ten facet na rowerze – jego palce – to na pewno ofiara którejś z trzech atomówek Wojny Bolszewickiej. Witschko tylko wzruszył ramionami. Te wszystkie zdjęcia, te zdjęcia, co wygrywały wszelkie możliwe konkursy fotograficzne... jakie potwory tu jeszcze zobaczę... Ci wszyscy dziennikarze, reporterzy mordowani strzałem w tył głowy, jako szpiedzy... kołpak ciąży mi w plecaku kamieniem nagrobnym... strach niczym wielka, szara, betonowa równina... Wleczemy się przez ten kraj tak powoli, jakby specjalnie prosząc się, by nas złapano. Witschko mówi: „Jutro”. Jutro dotrzemy do Grudziądza. Ale ominiemy miasto. Przy miastach blokady, kontrole... Gdybyśmy tylko mogli skombinować skądś samochód... Ale nie ma szans, tu osoby prywatne nie dysponują wozami, nawet taksówki są z wojskowego przydziału, po złożeniu podania i łapówki. Wszystko jest powiązane ze wszystkim: zginę przez brak benzyny.
•
Czytał z uwagą swoje nowe dokumenty. Nazywał się teraz Jachim Weltzmann.
– Jestem Żydem.
– Jesteś Żydem.
Nazywał się Jachim Weltzmann i był Żydem świeżo repatriowanym z syberyjskiej podbiegunowej Palestyny.
– Nie znam hebrajskiego ani jidisz.
– I bardzo dobrze. Ile masz lat? Gdzie się urodziłeś? Nie masz prawa ich znać.
– Czy ja wyglądam na Żyda?
– Tylko się nim poczuj, a zaczniesz wyglądać.
– Zanim się nauczę całej tej legendy...
– Lepiej naucz się szybko. Zrozum, mister Smith, zrozumcie, Weltzmann: te, które wam dali w Rastenburgu, były do niczego.
– Mówili, że oryginalne...
– Nie w tym rzecz.
– A w czym?
Witschko wzniósł oczy do nieba, splunął, przesunął peta na wargach.
– One robiły cię Polakiem. Do luftu taki kamuflaż. Ty nawet śmierdzisz inaczej. Każdy głupi by się zorientował po dwóch minutach. Z was taki Polak, jak ze mnie Amerykaniec.
– A Żyd to może być, co?
– A Żyd może być, boście nie na Syberii; toż na Syberię dałbym wam właśnie papiery Nadwiślanina. Ale tutaj od pięćdziesiątego piątego przez czterdzieści lat nikt Żyda na oczy nie widział, więc jesteście bezpieczni.
– Jestem bezpieczny.
– Jesteś bezpieczny. Tylko za bardzo nie szczerz tych swoich śnieżnobiałych ząbków.
Kłócili się jeszcze o szczegóły. Przecie żem nie obrzezany, sarkał Smith/Weltzmann. I całe szczęście – Witschko na to – bo dopiero brak napletka nasunąłby podejrzenia: syberyjskich Żydów obowiązywała w tym względzie selekcja negatywna, kutas decydował o życiu lub śmierci, wszak to rękoma obrzezanych wzniesiono wszystkie trzy kosmodromy, to między innymi ich niewolnictwo trzymało w ryzach ekonomii owe księżycowe plany pięcioletnie. Obrzezany, znający hebrajski – mógłbyś być każdym, ale nie radzieckim Żydem.
Szli pieszo; szli nająć się do roboty na Śląsku. – Jakiej znowu roboty? – pytał Smith. – Byle jakiej – wzruszał ramionami Witschko. – I to mam powiedzieć jak spytają? Że byle jakiej? – Aha. – Wreszcie Ian zrozumiał, że tutaj nawet kłamie się inaczej. Nie powinien próbować łgać samodzielnie: nie zna kryteriów, podług których buduje się tu wiarygodne kłamstwa. Co gorsza, samodzielnie nie powinien również mówić prawdy, bo mimo jego woli może ona zabrzmieć niczym najgłupsze kłamstwo.
Tak naprawdę, rzecz jasna, nie szli na Śląsk. – A gdzie? – To się zobaczy. – Nie wiesz?? – Się dowiem – odpowiadał flegmatycznie przemytnik. – Się dowiem, jak będzie pora. – A cóż to znaczy, do cholery?! Jaka „pora”? Pora na co? – Na niego, synu, na niego. – Oznaczało to, ni mniej, ni więcej, iż, póki co, także Witschko nie znał miejsca pobytu Xavrasa Wyżryna. Smitha to załamało. Zabiją mnie, a nawet nie zdążę go zobaczyć, mamrotał wściekłe przepowiednie.
Siódmego kwietnia po raz pierwszy nocowali pod dachem. Było to jakieś małe miasteczko nad wąskim dopływem Wisły; nawet nie zapamiętał nazwy, ani miasteczka, ani dopływu. Dotarli już do strefy niedawnej aktywności AWP, mijali pogorzeliska. To nie to samo, co owe helikopterowe rajdy nadgraniczne: tutaj trwała wojna totalna, a ludność cywilna stanowiła taką samą zmienną w jej równaniu, co pogoda, ukształtowanie terenu lub jakość dróg. Zbuntowane dywizje Wielkiej Czwórki (Ałmasow, Ruda, Gajnicz, Jawliczius) akurat na tyle uwagi zasługiwały: siedem pruskich śmigłowców. Tutaj, na południu, bliżej gorącego serca EWZ, zaczynała się kraina Xavrasa Wyżryna. Stara pieśń: im więcej gór, tym więcej wolności. Więc maszerując ku górom, maszerowali prosto w paszczę Zwierzęcia. Już pierwsze czołgi na drogach. Już brudne ciężarówki z brudnymi żołnierzami. Już świeże groby przy poboczach. Smith szedł i patrzył, jakby miał kołpak na głowie. Dziecko bez ręki. Krowa bez nogi, z drewnianą protezą, kulejąca po ogrodzonym kolczastym drutem pastwisku; dziecko nie ma protezy, bo nie potrzebuje, a poza tym jeszcze rośnie, a poza tym nie wiadomo czy dożyje. Ludzie na drogach: masowe migracje – ruchy robaczkowe Zwierzęcia przesuwają ich w dół i w górę jego układu trawiennego. Tak dobrze, tak dobrze, szepcze Witschko: nikt nie kontroluje uchodźców. Mongolscy dzierżyciele włodów ustawieni przy skrzyżowaniach odchodzą od ognia jedynie wtedy, gdy wypatrzą kogoś z wyglądu na tyle zamożnego, by był w stanie zapłacić okup, łapówkę, grzywnę, mandat czy jak to się aktualnie zwie; ale tu wszyscy w szmatach i sami jak szmaty. Cywilnych samochodów nie uświadczysz już w ogóle. Sporo rowerów. W jezdni wyrwy, szramy po odłamkach. Czasami w zasięgu wzroku jakiś stary wrak: łazika, transportera opancerzonego, czołgu; Smith z przyzwyczajenia odprowadza go płynnie spojrzeniem. Dwie kontrole, ale przechodzą bez problemu. Rozmawia Ślązak, Ian milczy. Trzeba wypytywać ludzi, bo brak drogowskazów, pozostały jedynie owe wyznaczające granice miast betonowe monumenty, których nie dało się usunąć; ogłaszają betonową cyrylicą obecność jeszcze większego betonu. A oni idą, idą. Smith widzi więcej, niż rozumie. – Tu już prawie nie ma mężczyzn. – Ano, nie ma. – Co to jest, kapliczka? – Taa, Matki Boskiej Saperskiej. – Przemytnik wciąż jednako obcy; kiedy on żartuje, kiedy mówi serio? Nie sposób rozpoznać. Czy rzeczywiście ma raka? Potwierdził, gdy go Ian spytał, lecz ten przypuszcza, że to z przekory. Teraz woli nie pytać, to go upokarza. Idzie w nieznane. Siódmego kwietnia po raz pierwszy nocował pod dachem, dachem niegdysiejszego Domu Partii, teraz przerobionego na schronisko dla uchodźców, bo to już był pierwszy krąg EWZ, połowę tego miasteczka zeszłej jesieni zniszczono w anonimowym nalocie anonimowych samolotów z anonimowej jednostki, a to się szerzy jak zaraza, mógł wyjść na próg Domu i objąć panoramicznym spojrzeniem całość pobliskiego cmentarza, długie rzędy grobów, pojedynczych i zbiorowych: anonimowe. Rzadkie zasieki drewnianych krzyży wyznaczały granice emanacji. Na ścianie budynku ktoś nabazgrał kredą po polsku: zajebać wszystkie wróbelki. Smith stoi, pali Witschkowego papierosa, powoli, ostrożnie i z niesmakiem; zachodzące Słońce wyciera cieniem Iana błoto werandy. W tej chwili po raz pierwszy odczuwa swoją tutaj obcość w sposób czysto fizyczny, bo jakimś zwierzęcym rozedrganiem instynktów, dreszcze przebiegają mu po plecach. Jestem Żydem, który się przebudził w środku katolickiej mszy. Podchodzi doń Ślązak. – Weltzmann... – Co? – Zabili Czerniszewskiego.
•
Wróciwszy do wnętrza Domu Partii (uchodźcze dzieci o brudnych twarzyczkach plątały mu się pod nogami, goniąc się z krzykiem po całym pomieszczeniu, a to była jedna wielka hala, bo wyburzono wszystkie ściany wewnętrzne budynku), zaczął w myśli liczyć która to już z kolei śmierć nielegalnego prezydenta nieistniejącej Polski. Piąta, szósta; tak jakoś – umierał on średnio raz do roku, ostatnio trochę częściej. Władymir Czerniszewski, profesor matematyki, samozwańczy bohater, posępny starzec, ajatollah tej katolickiej jihad. Smith dotarł do swego plecaka, usiadł, oparł się plecami o zimny beton. Nikt nie zwracał na niego uwagi, w Domu Uchodźców kłębił się tysięczny tłum; krzyki, zamieszanie – chaos wizualny i dźwiękowy kryły każdego szarą maską anonimowości. Pogrzebał w plecaku, na ślepo, na wyczucie włączył komputer; ze schowka wyjął skrzata i wetknął go sobie w ucho, kryjąc dłonią, płasko przyłożoną do głowy, niby dla oparcia. Smith tuż po przekroczeniu niemiecko-rosyjskiej granicy zaprogramował był maszynę na ciągły monitoring, archiwizację i uaktualnianie serwisu informacyjnego WCN, którym stacja, za pośrednictwem swych niezliczonych „muszych” satelitów, bezustannie bombardowała każdy zakątek Ziemi – teraz skrzat jął recytować mechanicznym szeptem ostatnią porcję newsów: – ...Rzecznik emigracyjnego rządu Japonii przedstawił na konferencji prasowej w Honolulu satelitarne zdjęcia przedstawiające młodego cesarza Japonii na dziedzińcu chińskiego więzienia... Sir Geoffrey Risk, minister do spraw kolonii Zjednoczonego Królestwa, potwierdził doniesienia o wzmocnieniu singapurskiego garnizonu jednostkami specjalnymi wobec spodziewanych w dziesiątą rocznicę powstania zamieszek... Prowadzone w Alugei rozmowy persko-egipskie nie zakończyły się porozumieniem, co jeszcze bardziej oddala termin odblokowania Kanału Sueskiego... Na wschodnim froncie wojny meksykańskiej doszło do drobnego incydentu: dwóch zabitych, liczba rannych nieznana... Bałkańscy korespondenci sieci donoszą o powszechnych tam plotkach o wyruszeniu na północ oddziału pułkownika Wyżryna... Rzecznik Ministerstwa Obrony Rosji wydał oświadczenie podtrzymujące twierdzenie o śmierci Władymira Czerniszewskiego, przywódcy nadwiślańskich bandytów: „Tym razem jesteśmy pewni, mamy potwierdzenie z satelity; Czerniszewski nie żyje, na własne oczy widziałem jak rozerwało go na strzępy”. Rzecznik nie kryje, iż w tym celu posłużono się bombą implantowaną w organizm jednego z bandytów, a następnie samoczynnie detonowaną po uzyskaniu założonego odczytu aktywności mózgu nieświadomego niczego nośnika ładunku, odczytu oznaczającego bezpośrednią bliskość Czerniszewskiego. Rzecznik nie skomentował wyrażonego przez dziennikarzy przypuszczenia o przekazaniu tej techniki NKWD przez amerykańską NBI, choć, jak wiadomo, jedynie wywiad USA dysponuje podobnymi... – Smith wyjął skrzata. Więc żyje? nie żyje? Trudno orzec, Rosjanie już nie takie dezinformacje puszczali. Nie można być pewnym niczego, nie można wierzyć nikomu. Tu nie chodzi o to, że kłamią; to prawda się zmienia. Jaka jest prawda o samym Czerniszewskim? Syn polskich aparatczyków, zsowietyzowanych prominentów ery wczesnego Stalina. Profesor matematyki. Bandyta. Patriota. Samozwaniec. Marionetka Wyżryna. Wszystko i nic. Wszak to był niemal przypadek, że wówczas, po zdobyciu krakowskiej wieży telewizyjnej, właśnie jego użyto do odczytania protestu przeciwko przygotowywanemu Traktatowi Berlińskiemu – ponieważ odpowiednio dostojnie wyglądał, ponieważ miał odpowiednio poważny głos, ponieważ znał niemiecki i angielski, i ponieważ był pod ręką. A potem jakoś to już poszło, zapewne on sam nie do końca wiedział jak. Prezydent Polski. Nikt go nie wybierał na to stanowisko, sam się mianował. Bo i po prawdzie o żadnych wyborach nie mogło tu być mowy. Prezydent Rzeczpospolitej Polskiej. A że śmiesznie brzmi? Tylko w obcych uszach. Polski nie ma, ale jest jej prezydent, więc niby Polska jest. Tak właśnie wygląda logika tej wojny: działania na pozór absurdalne okazują się posunięciami bardzo pragmatycznymi, bo obliczonymi na wywołanie wrażenia na tych ludziach, a ci ludzie mają doprawdy dziwne wyczucie absurdu. Nawet gdyby im pokazać uciętą głowę Czerniszewskiego – nie uwierzyliby. Ale i sam Smith zaczynał już dostrzegać w tym pewną prawidłowość. Otóż jest życie człowieka i jest życie legendy, a oni tu nie mają swojego Hollywood.
– Jachim.
Podniósł głowę. – Co?
– Idę.
– Gdzie...
– Zostań. Wrócę, to ci powiem. Może już...
– Tak?
– Nic. – Witschko strzepnął do wnętrza dłoni popiół z papierosa. Uśmiechnął się krzywo.
Smithowi mocniej zabiło serce. – On?
– Siedź.
– On? Powiedz. Czy...
– Siedź, do cholery. Cóżeś taki zrywny? Gdzie ci się tak śpieszy, co piachu?
•
Został sam i wtedy zauważył ludzi. Stracił dystans: nagle, bez ostrzeżenia, bez stanów pośrednich. Trzask: zalała go fala empatii. Jadł jabłko: stare, zasuszone, zapewne robaczywe. Podeszła dziewczynka i poprosiła o kawałek. Wyjął scyzoryk, odciął. Aż mimowolnie otworzyła ze zdumienia usta: nie liczyła na spełnienie prośby. Przyjęła poczęstunek spoglądając na Smitha z zaciekawieniem. Na oko nie miała więcej jak dziewięć lat, ale najprawdopodobniej była starsza: tutaj dzieci nie rozwijały się całkiem prawidłowo – może z winy ziemi i powietrza przeżartych skażeniem z Wojny Bolszewickiej, może z winy wojny aktualnej.
– Ma pan jeszcze?
– Nie.
– Mama by kupiła.
– Nie mam.
– Aha.
Przyjrzał się jej ubiorowi. Charakterystyczne: każda rzecz z innej parafii. Połatane szaro-granatowe spodnie od jakiegoś kombinezu, cokolwiek za duże; ubłocone tenisówki, z długimi, czarnymi sznurowadłami, na modłę sandałowych rzemieni rzymskich legionistów oplatającymi ciasno nogi wyżej kostek; prujący się różowy sweterek, za mały, też niezbyt czysty; na nim górna część dresu o obciętych rękawach; na lewej dłoni wełniana rękawiczka, dziurawa, w kolorze jednolitego brudu. Dziewczynka miała jasne włosy, przewiązane jakąś spłowiałą chustą – jasne włosy i ciemne oczy, ciemną twarz, całą jakby w starych smugach olejnego smaru.
– Głodna?
– Bo co?
– Nic – zreflektował się. Nie mógł zacząć tak po prostu rozdawać jedzenia, natychmiast zwróciłby na siebie uwagę. Ta zima była ciężka, lecz wędrując ze Ślązakiem przez kraj jakoś nie widział konających z głodu; ale głód ma wiele twarzy, a on, urodzony i wychowany w świecie sytości, znał jedynie komiksowe wersje Jeźdźców Apokalipsy, myślał ekstremami, szokującymi ujęciami kamery. A nikt by nie otrzymał nagrody za sfotografowanie tej dziewczynki: ani nie była kościście chuda, ani śmiertelnie ranna, ani też sama nie zabijała i nie zadawała okrutnych ran, nie zaliczała się również do owych niezmiernie fotogenicznych nieletnich ofiar choroby popromiennej – a jednak to w jej oczach, na jej twarzy zalegał ciężki cień nadchodzącego Armageddonu.
– Jak masz na imię?
– Wiera. – Odgryzła kolejny kęs jabłka. – Dokąd pan idzie?
– A tak, robotę jakąś znaleźć.
– Do Niemców?
– Ano. Na Śląsk.
– Ma pan pieniądze?
– Podobno czasami puszczają darmo.
Skrzywiła się. – Pan w to wierzy? Wszyscy biorą.
– Się zobaczy.
Bez przekonania skinęła głową. Splunęła pestką i usiadła obok Smitha, opierając się o beton i podciągając kolana pod brodę.
– Mama mówi, że teraz to już koniec.
Nie zrozumiał.
– Koniec?
– Noo, wezmą się za łby, a potem przyjdą Chińczyki.
– A Ruskie?
– Co Ruskie? – prychnęła. – Dadzą im wódkę i będzie spokój.
Smith chichotał w duchu, słuchając tej analizy politologicznej.
– A tata? – spytał.
– Co?
– Noo, co on na ten temat sądzi?
– Ee, panie, mojego tatę to już trzy lata temu zabrali.
– Zabrali?
– Nie żyje, nie żyje. – Przyłożyła dłoń z palcami ułożonymi w pistolet do swojej skroni. – Puf! Wie pan jak wtedy mózg wylatuje? Taki szary budyń na ścianie. Ale czasami kula ugrzęźnie w środku i wtedy nic nie widać. Ale z włoda to serią i wtedy głowy w ogóle nie ma. Bum-bum-bum! A ja kiedyś strzelałam; wie pan jak to kopie? Mało mi z ręki nie wyskoczył. Strzelał pan kiedyś? Brat mówi, że najlepsze są te snajperskie. Człowiek idzie sobie pustą ulicą, a tu nagle nie wiadomo skąd... i załatwiony! Fajne, nie? Ale jeszcze lepsze są granaty. Znaleźliśmy kiedyś z bratem... O rany, mama mnie woła, muszę lecieć. – Poderwała się i odbiegła.
Nie patrzył za nią. Czuł się winny, że w ogóle z nią rozmawiał. Miał zamęt w głowie, nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. Przebywał tu już wystarczająco długo, by nie posługiwać się kategoriami urazów psychicznych i traum dziecinnych; lecz na ich miejsce nie znalazł żadnych innych narzędzi. W efekcie po prostu brakowało mu słów i świat rozpadał się na kawałki, nieopisywalny. Ludzie, przedmioty, idee – wszystko się rozmywało. Ta dziewczynka – mój Boże, ta dziewczynka... przecież ona w żadnym razie nie jest chora, to dla niej całkowicie naturalne.
I tak na cokolwiek by nie spojrzał. Normalność nienormalności. Potrzeba nowych słów, nowych myśli. Ale miał tylko stare.
Patrzył i słuchał już bez wyimaginowanego kołpaka na głowie. Dom Partii kubaturą odpowiadał średniowiecznym katedrom i mniej więcej tyle samo słońca do środka wpuszczał. Kłębiło się tu, w zimnym półmroku, ponad tysiąc osób. Tych bardziej odległych widział już tylko cieniami. W kątach, przy niedoburzonych ścianach, poustawiano niskie i wąskie łóżka, coś jakby prycze, na których leżeli chorzy. Od świeżego cmentarza, w jaki przemienił się miejski park, dzieliło ich nie więcej, jak kilkadziesiąt metrów; nie była to dobra wróżba. Przy chorych żadnych lekarzy; tylko rodzina, a i to nie zawsze. Niewykluczone, że ktoś tam właśnie kona w samotności, a tuż obok bawią się dzieci. Przy filarze kilku starców rżnie w karty – oczywiście na pieniądze i oczywiście są to niemieckie marki, bo przecież nie ruble, zżerane przez hiperinflację z ponaddźwiękową prędkością. W cienistym wnętrzu unosi się szum przyciszonych rozmów: rozmawia się tak, by nie zwracać uwagi, niemal szeptem, nawet matki wołające dzieci, bo już pora spać, nawet one czynią to jakimś zduszonym głosem, jakby w obawie poniesienia srogiej kary za podniesienie poziomu dźwięków, choć wszak nie ma tu żadnych strażników, żadnych żołnierzy, żadnych oficjeli, tu sami uchodźcy. A mimo to rozmawia się po rosyjsku. Z perspektywy Nowego Jorku wydawało mu się to kolejnym sztucznym przymusem, powszechnie omijanym – wszak od śmierci Stalina nie groził już szafot za użycie języka polskiego – tymczasem okazało się zmianą bodaj najtrwalszą. Są takie dzieci, mówił Ślązak z jakimś gorzkim niesmakiem, są takie dzieci, co to już w ogóle: tylko ruski. Z perspektywy Nowego Jorku wydawało się to zgoła niemożliwe. Trzy czwarte wieku – czy to aż tak wiele? Czy to naprawdę tak wiele? A przecież wystarczy się chwilę zastanowić, by pojąć, iż z ludzi, którzy polskiego nauczyli się w dzieciństwie jako języka, jeśli nie ojczystego, to w każdym bądź razie rodzinnego, dziś już żyją jedynie ostatnie niedobitki; że pokoleniem dzisiaj dominującym jest pokolenie ludzi śniących po nocach krwawe koszmary, iż w miejscu publicznym wymknęło im się choć pół zdania po polsku. Można potępiać okrucieństwo takich metod, lecz przecież nikt nie neguje ich skuteczności.
I wtem, jakby w komentarzu do swych rozważań, posłyszał puszczoną z magnetofonu o trzeszczącym głośniku – polską piosenkę. Obdarzony wyjątkowo niskim głosem mężczyzna smętnie zawodził przy akompaniamencie rozstrojonej mandoliny; fatalnie było to nagrane. Smith nie znał tego kawałka, chociaż słyszał był już wiele jemu podobnych kiczowatych pieśnideł ciągniętych na nutę ludowych przyśpiewek.
Czarnej Zośce czarne kwiaty,
Czarnej Zośce czarny bez,
Słodki całus piegowatej,
Zezowatej strumień łez.
Dobre słowa cichej żonie,
Cichej żonie tysiąc słów,
A kochankom słowo o niej
I złą prawdę; bowiem znów –
Tak, to będzie długie lato:
Tego lata zadrży świat...
...Obudził go Witschko, potrząsając za ramię.
– Cco...?
– Zbieraj się, idziemy.
Smith momentalnie oprzytomniał. Był wczesny ranek, a sądząc po kącie padania promieni słonecznych – ledwie świtało. Pozbierał swoje rzeczy, zarzucił na bark plecak. Ludzie pogrążeni byli we śnie, nikt nie patrzył. W drzwiach minęli się z rozespaną kobietą, wracającą od przycmentarnych dołów kloacznych.
Na werandzie Smith złapał przemytnika za rękę.
– Tak – odparł Ślązak, zanim Amerykanin zadał pytanie.
Poszli.
•
Na rogatkach była zapora, stał tam transporter opancerzony, na nim wylegiwało się dwóch Ruskich, trzeci siedział w trawie obok i zajadał kiełbasę, popijając jakimś mętnym płynem z brudnej flaszki o wyszczerbionej szyjce. Przy nim rozłożyło się trzech młodych mężczyzn w cywilu, grali w karty i opowiadali sobie dowcipy, sołdat z kiełbasą częstował ich chlebem i cebulą. Czwarty z obsługi transportera, rozebrany do szarego podkoszulka, stał przy zaporze i palił papierosa, przewieszony przez jego ramię włod kołysał się przy każdym zaciągnięciu, zatknięte za pas charakterystyczne kwadratowe magazynki puszczały w pobliski las ostre zajączki z odbitych promieni zbliżającego się do zenitu słońca. Słowem: sielanka wojenna.
Witschko podszedł do palacza i zamienił z nim kilka słów. Ten odwrócił się i zawołał w stronę karciarzy. Niechętnie się pozbierali, schowali karty, podnieśli plecaki; pożegnali się z żołnierzami i podeszli do Ślązaka.
Smith obserwował to wszystko zza pierwszych drzew lasu i kiedy potem spotkał się z grupą za zakrętem szosy, spytał o tych Ruskich.
– Fajne chłopaki – powiedział ryży.
Tymczasem Witschko zbierał się do odejścia.
– Zobaczymy się jeszcze kiedyś? – zagadnął go Amerykanin.
Przemytnik po swojemu wzruszył ramionami.
– Wątpię – mruknął, uścisnął mu rękę i odszedł. Trzech młodzieńców odprowadzało go spojrzeniami.
– Stary skurwysyn – skrzeknął ostrzyżony na łyso.
Smith poczuł, że czas przejąć kontrolę nad sytuacją.
– Smith – rzekł, wyciągając dłoń.
Obawiał się, że z jakiegoś powodu zignorują ten gest, ale niepotrzebnie. Ryży zajął się przedstawianiem.
– Jan, Michał, Andrzej. – On był Michał, Andrzej to ponury łysol, a Jan to ten trzeci, chudy brodacz z blizną nad okiem.
Smitha zaciekawiła wymowa imion, czysto polska; sam ich dobór też mu się z czymś niejasno kojarzył.
Zaśmiali się gdy zapytał.
– Oczywiście, że co innego w papierach! Imienna ustawa, wiesz przecież. Ale to są nasze prawdziwe imiona.
Faktycznie, wiedział. W dwudziestym czwartym, równo z ustawą językową, weszła w życie ustawa imienna, nakazująca nadawanie dzieciom jedynie imion znajdujących się w oficjalnym radzieckim rejestrze, zmieniano nawet nazbyt polskie otczestwa. Tak więc ta trójka w bumagi wpisane miała zapewne jakichś Iwanów, Aleksiejów, Michaiłów. Od wybuchu powstania przez Republikę Nadwiślańską przewaliła się prawdziwa fala reimionizacji, zrobiła się z tego po prostu moda.
– A ja jestem Jachim Weltzmann – powiedział Smith. – Żyd repatriowany z Syberii.
– Bardzo dobrze – skinął głową ryży Michał. – Bardzo dobrze. Sprzęt w plecaku?
– Aha.
– To już gorzej. – Poskubał sobie brew. – No nic, coś wykombinujemy.
– Gdzie jest Wyżryn?
– Powoli, powoli.
– Mówią, że ruszył z Bałkanów.
– Wiosna w końcu.
– A słyszeliście, że Czerniszewski nie żyje?
– Co, znowu? – skrzywił się Andrzej. – Ten Posmiertcow nie ma w ogóle wyczucia. Ile w końcu można? Istny kabaret z tego zrobił.
Posmiertcow był ministrem obrony Rosji.
Michał spojrzał w niebo.
– No to pójdziemy. Ładny dzionek. Co będziemy tu sterczeć jak stare dzięcioły.
Machnął na Andrzeja i ponurak ruszył naprzód, zapewne jako czujka. Smith z dwoma pozostałymi wkrótce stracili go z oczu, zresztą początkowo maszerowali bardzo powoli, pozwalając tamtemu wysforować się na odpowiednią odległość. Później jednak narzucili mordercze tempo.
– Macie broń? – rzucił Smith, w przerwie pomiędzy kolejnymi sapnięciami.
– Daj spokój – poradził mu przez ramię Michał, który szedł kilka kroków z przodu.
Smith jednak nie dał spokoju i po chwili zagadnął milczącego dotąd Jana, towarzyszącego mu z prawej.
– Daleko to? Ile dni?
Tamten wzruszył ramionami.
W końcu Amerykanin zrezygnował, szkoda mu było tchu. Dopiero jak przystanęli na krótki odpoczynek przy strumieniu, spróbował ponownie.
– A w ogóle spotkałeś go kiedyś?
Jan uśmiechnął się do niego, mrugnął porozumiewawczo, podciągnął swetr i wyszarpnął ze spodni kraciastą koszulę, ukazując czarny T-shirt z logo MGM, srebrnym nadrukiem: Nieuchwytny Xavras oraz zdjęciem Johna Fourtree w roli Xavrasa Wyżryna; za aktorem kłębiły się czerwono-żółte płomienie, pędził czołg, biegło kilku facetów strzelających z biodra z włodów, a sam zabójczo przystojny Fourtree, w podartej panterce, ryngrafie z Matką Boską na piersi, z kawaleryjską szablą przy boku i ze straszliwych rozmiarów granatnikiem w ręce, uśmiechał się drapieżnie do obiektywu.
Ryży zobaczył to i wściekł się.
– No przecież mówiłem ci, idioto! Musisz to nosić? Musisz? Co ty masz tej czaszce, mózg czy gówno? Wszystkich nas mogą przez ciebie utrupić! Szlag!
Smith powtórnie zerknął na reklamowy podkoszulek. Za coś takiego tutaj kula w łeb. Doprawdy dziwne rzeczy urastają do rangi symboli. A przecież wcale się już nie dziwił, Moskwa nie mogła inaczej zareagować, ta hollywoodzka superprodukcja stanowi fakt polityczny i nie sposób go ignorować. Człowiek złapany z pojedynczą płytą z tym filmem niechybnie zostałby uznany winnym co najmniej zamachu stanu – T-shirt gwarantuje jednak śmierć równie pewnie, morda Johny’ego Fourtree zyskała znaczenie politycznej deklaracji.
•
„Widywałem szatana przemocy i szatana chciwości, i szatana pożądliwości; ale, na Boga! – byli to silni, jurni szatani o ognistych ślepiach, którzy rządzili i powodowali ludźmi – ludźmi, mówię wam. Lecz stojąc tam, na zboczu wzgórza, poczułem, że pod oślepiającym blaskiem słońca w tym kraju zapoznam się z rozlazłym, kłamliwym, bladookim diabłem, opiekunem drapieżnego i bezlitosnego szaleństwa”. To jak z tym z wróżeniem przez otwieranie na chybił-trafił Biblii, bowiem następnie zdanie „Jądra ciemności” brzmi: „Jak chytry umiał być także, przekonałem się dopiero po kilku miesiącach i o tysiąc mil dalej”. Aż dreszcz po mnie przebiegł. Zakląłem. Michał spytał czy to jakieś złe wieści – bo już wiedzą, że komunikuję się z siecią przez komputer. Powiedziałem, że czytam książkę; uniósł brwi. Na niebie ponad nami białe smugi poodrzutowe myśliwców szturmowych; minęliśmy już przełyk i zaczynają się do nas dobierać soki trawienne Zwierzęcia; do mnie w każdym bądź razie na pewno. Piszę to bardziej dla siebie, aniżeli na potrzeby tej zakontraktowanej książki – kolejne wspomnienia dziennikarza z pobytu w EWZ, tylko że najpierw trzeba wrócić żywym, trzeba wrócić zdrowym na ciele i umyśle; piszę to właśnie dla zachowania zdrowia psychicznego, zagrożonego przez Zwierzę. Przy drogach szubienice z gnijącymi ciałami, na piersiach tabliczki z napisem: bandyta. Wiszą też na drzewach, brak czasu na budowanie szubienic, sąd odbywa się bardzo szybko, bardzo szybko zapada wyrok, jeszcze szybciej jest wykonywany. A ludzie się przyzwyczaili i nawet nie odwracają wzroku. Trupy obsiadają czarne ptaszyska. Raz sami o mało nie staliśmy się mimowolnymi świadkami „egzekucji”; zdążyłem jeszcze zorientować się w jej ponurej teatralności: żołnierze wieszali człowieka już martwego, zwłoki po prostu. Element walki psychologicznej? Ale przecież na nikim już to nie robi wrażenia. Ot, koloryt lokalny. Dwudziesty kwietnia tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąt sześć, Galicja, obwód krakowski. Minęliśmy stolicę republiki z daleka, to wciąż strefa bardzo niebezpieczna, w ciągu ostatnich dziesięciu lat miasto padało i było zdobywane blisko dwa tuziny razy, a i teraz widać dymy nad Wisłą, nikt nie wie co się pali, ale z pewnością coś dużego, moi przewodnicy boją się, że Stare Miasto, że Wawel, tajemnicą poliszynela pozostaje fakt podminowania ich przez Rosjan ostatniej jesieni, po odbiciu Krakowa przez armię Babodupcewa, i to pomimo protestów Kochanowskiego, który dotychczas urzędował był w królewskich apartamentach, ale co może Kochanowski, nic nie może, to marionetka, jak przyjdzie co do czego, to byle pułkownik więcej znaczy, bo za nim stoi realna siła, siła jego pułku, a za Kochanowskim nie stoi nikt i nic. Babodupcew ulokował sztab w fortach pod kopcem Engelsa (to znaczy Kościuszki) i zapowiedział, że się nie ruszy, ma tam dywizję pancerną i batalion spadochronowy przeszkolony do walk miejskich, Wyżryn musiałby zgłupieć, żeby się na niego porywać, ale po Wyżrynie wszystkiego można się spodziewać, im bardziej to szalone, tym bardziej prawdopodobne, nie byłby Xavrasem, gdyby nie ryzykował, jego legenda jest niebezpieczna dla niego samego, nie wolno mu po prostu odejść od stołu i odłożyć rewolwer, a w rosyjskiej ruletce tak naprawdę nie ma zwycięzców. Piszę to sobie niby lekko – ale to wcale w ten spoób nie wygląda. Człowiek idzie przez las, boi się własnego cienia, nie wie gdzie północ, gdzie południe, Xavras to półbóg, Babodupcew demon, i prócz tego nikt niczego nie jest pewien. Zalega nad tym krajem jakaś szara chmura zwątpienia, zmroziła go klątwa niewiary. Tu trzeba innych diabłów, właśnie jurnych, ognistych, co to potrafią wlać w człowieka gorące żądze. Przecież nawet takich trzech młodzików (przypomniałem sobie: ten zestaw imion to z Sienkiewicza, mają tu takiego pisarza sprzed wieku, bezczelnego podlizywacza narodowym kompleksom), nawet oni – chociaż nie skażeni cynizmem starości, pozbawieni doświadczenia, rozwagi i wyobraźni wieku dojrzałego, bogaci jedynie w dziecięcą brawurę i pogardę śmierci – nawet oni, gdy ich spytać, przyznają, że nie wierzą w zwycięstwo. Czasami po takiej wieczornej rozmowie dochodzę do wniosku, że im w ogóle nie idzie o zwycięstwo, ale o samą walkę – w opowiadanych sobie nawzajem nad ogniskiem historiach przeważają te o chwalebnych śmierciach: większy bohater z faceta, który efektownie zdechł, aniżeli takiego, co samemu utrupił hordę Ruskich i przeżył. Ciężko to pojąć. Myślę jednak, że coś podobnego prawem doboru naturalnego w końcu musiało się wykształcić w narodzie, którego jedynym powodem do dumy są liczne a krwawe klęski. Gdybym cenił takie jaskrawe uproszczenia, powiedziałbym, że oni po prostu zapomnieli jak zwyciężać – ale to przecież nie jest prawda, spójrzcie tylko na Wyżryna, toż on jest bohater właśnie w zachodnim, hollywoodzkim stylu: „nieuchwytny”, niepokonany; jakby wylazł prosto z tego komiksu, z którego wziął swą ksywę, bo czy ktoś jeszcze w ogóle pamięta o zmyślonym, rysunkowym Xavrasie? – Wyżryn zajął jego miejsce, powstają nowe komiksy, on stoi teraz pomiędzy Kubą Rozpruwaczem a G-Giantem. Jaki z niego bohater, terrorysta przecież – ale dzisiejsi herosi do utrzymania się na piedestale nie potrzebują już atrybutu moralnej niepokalaności. W rzeczy samej wymagany jest raczej jakiś rys bezinteresownego zła, a tego Wyżrynowi doprawdy nie sposób odmówić. Wojna ta w herbie posiada właśnie bezinteresowne zło – jak zresztą wszystkie wojny XX wieku. No idzie się przez ten kraj, zimny, szary, ponury, patrzy na tych ludzi, słucha ich rozmów-nierozmów, widzi te groby, te zgliszcza przydrożne, te wraki starych czołgów, ciężarówek, patrzy w spokojne oczy dzieci – i aż coś wyje człowiekowi w duszy za ognistookimi szatanami Conrada.
•
Oczywiście nie wierzył w to, co pisał, nie do końca. Zawsze jest ten posmak oszustwa, nawet jeśli oszukuje się samego siebie. Dobrze wiedział, że nigdy nie pojmie ani tych ludzi, ani tego kraju. W ostatecznym rozrachunku mógł się odwołać jedynie do rozumu, a to bardzo mało. Czuł się obcym, i oni wyczuwali jego obcość. Czasami łapał się na tym, że dla zrozumienia banalnej wymiany zdań pomiędzy Michałem a Andrzejem przywołuje na pomoc wykutą na pamięć historię Polski; żenujące to było.
Z drugiej strony – historia tłumaczyła wiele, bo samego Xavrasa Wyżryna, AWP, Czerniszewskiego. Nie należy lekceważyć przeszłości. Ten potwór żyje w nas wszystkich.
Oni zawsze mieli pecha do wodzów o nazbyt gorącej krwi. Gdyby nie brawura tego idioty Piłsudzkiego, może utrzymaliby niepodległość trochę dłużej, niż dwadzieścia kilka miesięcy. A tak – raz-dwa i było po sprawie, nawet nie zdążyli się narządzić, jeszcze im samowładztwo nie obrzydło i nie skompromitowali się przywódcy. Co zresztą nie wyszło rzeczonym na zdrowie, bo Stalin się nie cackał, Syberia kraj wielki, starczy miejsca dla wszystkich; dali przykład Trocki i Tuchaczewski jak znikać w tajemnicznych okolicznościach, cicho, niepostrzeżenie. Jeszcze przed wybuchem Wielkiej Wojny Bolszewickiej trudno byłoby znaleźć w Republice Nadwiślańskiej więcej, niż kilkaset osób polskiego pochodzenia mogących się poszczycić wyższym wykształceniem, żeby już nie wspomnieć o szlacheckim rodowodzie. Gdyby nie te niezmierzone przestrzenie, Syberia zmieniłaby się w zgoła tygiel błękitnej krwi. Lecz paszcza łagrowego państwa nigdy się przecież nie zamykała, nie było mowy o nasyceniu, i tak rychło doszłoby do rozwodnienia, podobnie jak w rzeczy samej stało się to z krwią żydowską, litewską, łotewską, estońską, cygańską, tatarską, czeczeńską i niezliczonych innych nacji; powstał z nich nowy, jedyny w swoim rodzaju naród: Syberyjczycy – o genezie łączącej w sobie najgorsze cechy narodów Ameryki i Australii.
Wielka Wojna Bolszewicka zdziesiątkowała również tych, którzy pozostali. Ślimaczny front przesuwał się po środkowoeuropejskiej równinie w te i we w te, w latach 1935-44 kilkakrotnie opierając się to na Odrze, to na Bugu; do tej pory wykopują tu przeróżne zardzewiałe żelastwa wojenne, niewypały, szkielety żołnierzy niemieckich, francuskich, rosyjskich, gdzieniegdzie nawet brytyjskich. Tę ziemię Zwierzę upodobało sobie szczególnie. Trudno stąpnąć, by nie odezwały się duchy niepogrzebanych wojowników ze wszystkich czasów.
Gdyby Rosja była mniejsza... gdyby nie władała tak wielkimi połaciami lądu, gdyby nie posiadała do swej dyspozycji takich mas ludzkich... niezmierzone otchłanie tajemnicy... Ale słowo „Rosja” zawiera w sobie i to, nawet jeśli chwilowo jest zakazane. Von Gausberg nie miał wyjścia, musiał liczyć na korzystny pokój, nie mógł ciągnąć tej wojny na wyniszczenie, pomimo niewątpliwej przewagi w postaci bomby atomowej – Rosja opierała się na Uralu, na Azji, a co za plecami miała Rzesza? Francję, z którą chwilowy sojusz załamać mógł się w każdej chwili pod ciężarem zadawnionych urazów; Wielką Brytanię, dla której Wojna Bolszewicka stanowiła głównie okazję do wzmocnienia swej pozycji w koloniach; zimne morze. Więc nie uderzono w Moskwę – bomby spadły natomiast na Kijów, Warszawę i Leningrad.
To wszystko żyje w Xavrasie Wyżrynie. On w przecież urodził się wewnątrz Atomowego Trójkąta, i jako jedyny z siedmiorga rodzeństwa dotrwał wieku dojrzałego, bo pozostałych wykosiła Stara Promienista, jak ją tutaj zwą. To wszystko żyje w nim. Pierworodny Michała Wyżryna, hydraulika z Zamościa, przyszedł na świat czwartego kwietnia 1944. Szkołę podstawową ukończył z ocenami, oględnie mówiąc, przeciętnymi; w trzyletniej leninówce było już lepiej. Odsłużywszy obowiązkowe pięć lat w Armii Czerwonej, kiedy to dotarł do stopnia młodszego sierżanta, trafił do szkoły oficerskiej, aby kontynuować tak świetnie rozpoczętą karierę wojskową. Na roczniku plasował się w górnych warstwach drugiej połowy rankingu elewów. Podobnie w okresie zawodowej służby – nie odznaczał się niczym szczególnym. Wszelako koledzy z wojsk rakietowych wspominają go jako osobę cieszącą się wyjątkową sympatią otoczenia, organizatora nocnego życia jednostki i pułkowego Casanovę – a było to już po śmierci jego żony, która wkrótce po ślubie zmarła w czasie porodu; najwyraźniej szybko pocieszył się po jej stracie. Awansował zgodnie z harmonogramem dla nie-Rosjan, opartym na liczniku lat odsłużonych. Odznaczenia również otrzymywał jedynie te przewidziane zwyczajem. Do momentu śmierci Stalina i intronizacji Syna Mahometa dociągnął do stopnia kapitana. Podczas pierwszej rewolty zachował neutralność. Data jego dezercji zbiega się z wyruszeniem Czarnej Dżihad i początkiem ekspansji EWZ. Podobnie jak wielu zawodowych oficerów Armii Czerwonej polskiego pochodzenia, zebrał swój własny partyzancki oddział i mianował się pułkownikiem. Imię jego stało się głośne po brawurowym rajdzie na Kraków, pierwszym oblężeniu stolicy republiki; wtedy też upowszechniła się jego ksywa – Xavras – wzięta z komiksowej historii greckiego bohatera wojen domowych, którego omijały kule, bomby i noże zamachowców. Odtąd o Nieuchwytnym Xavrasie Wyżrynie głośno było niemal bez przerwy; gdzie nie stąpnął, tam trupy i krew, zgliszcza i dym, wszystko to w telewizji bardzo malownicze, a on kamer nie unikał...
– Cóżeś się tak zamyślił? Lepiej patrz gdzie leziesz, bo jeszcze w minę wdepniesz.
– Co wy z tymi minami, obsesję jakąś macie, kto by je kładł w środku lasu, tak bez sensu...
– Wszędzie je kładą, a już te plastiki to możesz nawet w dziupli znaleźć. Potrzebujesz paru trupów, żeby się nauczyć?
– Zejdź już ze mnie...
– Nie jęcz, nie jęcz, jeszcze pół godzinki, potem pójdziemy w doliny. I w ogóle cicho bądź, po lesie niesie jak cholera.
Zeszli z wąwóz, Andrzej i Michał z przodu, Ian coraz bardziej zostający z tyłu; Jan szedł jako czujka, nie widzieli go od rana. Ściemniło się, zbocza i drzewa przesłaniały niebo. Wąwóz skręcał.
Dwóch żołnierzy z włodami na ramieniach. Omal na nich nie wpadli. Obustronna konsternacja, wytrzeszczają na siebie oczy w niemym zdumieniu, Smith z wrażenia aż wstrzymał oddech.
– Co wy... – zaczął sołdat z lewej, niższy, skośnooki. Andrzej strzepnął lekko prawą ręką i Rosjanin zakrztusił się, złapał za gardło, przewrócił.
Ten z prawej, krzywonosy, z papierosem wiszącym na grubej dolnej wardze, w panice jął się szarpać ze swym karabinem, usiłując równocześnie zdjąć go ramienia, odbezpieczyć i wycelować; oczywista nic z tego mu nie wyszło, zaplątał się na amen. Wypluł papierosa i, postępując na miękkich nogach wstecz, zaczął kląć i wrzeszczeć o pomoc; oczy – rozszerzone od śmiertelnego przerażenia – wlepione miał w odległych od niego o sześć-siedem metrów Michała i Andrzeja, którzy wciąż nie uczynili kroku.
– Z lewej – warknął Michał i dopiero wtedy skoczyli do przodu, momentalnie zachodząc żołnierza z dwóch stron. Krzywonos puścił włoda i złapał za bagnet. Smith już nie zobaczył jak wyjmuje go z pochwy, bo zwalili się na Rosjanina wyżrynowcy i nieszczęśnik zniknął w kłębowisku ciał.
Ian podszedł wolno do skośnookiego. Facet kopał piętami ziemię. Ostatnie drgawki: dłonie zaciśnięte na szyji, z której wystaje rękość noża, oczy wpatrzone błagalnie w wąski pasek wieczornego nieba. W końcu znieruchomiał. Smith podniósł i odbezpieczył jego włoda, podszedł z nim do pozostałych.
– Odłóż to, bo se jeszcze krzywdę zrobisz – rzekł mu Michał, obejrzawszy się.
Krzywonosy miał skręcony kark. Andrzej już wstawał, otrzepując spodnie.
Smith odłożył włoda. Obserwował Andrzeja, który powlókł się do skośnookiego, wyciągnął z niego nóż, wytarł jego wąskie ostrze, po czym schował go sobie w rękawie.
Tymczasem podniósł się i Michał. Złapawszy zwłoki krzywonosa za ręce, nakazał Ianowi spojrzeniem chwycić nogi denata; zaczęli go ciągnąć pod przewieszkę na zakręcie wąwozu. Michał był wściekły, w przerwach między sapnięciami klął na Jana.
– Gdzie znowu ta zaraza polazła? Jak on szedł, że ich, kurwa, nie widział? Taki wakacyjny patrol, spacerkiem z papieroskiem; przecież nawet się nie kryli! Gdzie ten pieprznięty kinoman ma oczy?!
Andrzej przytargał drugiego. Przykryli ich zeschniętymi gałęziami, starymi liśćmi, ziemią.
– Która godzina? – spytał Michał.
– Dziewiętnasta szesnaście.
– Siódma dziesięć. Zegarek ci spieszy – zauważył Smith.
– To nie zegarek spieszy, to Ziemia za wolno się obraca – odmruknął Andrzej.
– Zamknijcie się.
– Nie masz własnego?
– To był mój własny.
– Nie trza było grać, jak nie umiesz – parsknął Andrzej. – Poker nie dla dzieci.
– Dajcie pomyśleć, do cholery. Meldunek mogli mieć o ósmej albo dziewiątej, chyba że nieregularnie, ale wątpię. To nam daje minimum dwie godziny do znalezienia ciał, jakieś drugie tyle zanim dopadną nas psy. Wołaj Janka.
Andrzej skrzywił się i wydał z siebie serię przedziwnych odgłosów, charakterystycznych zapewne dla jakiegoś miejscowego ptaka, chociaż Smith nie potrafił sobie wyobrazić cóżby to musiał być za dziw natury. Poszło echo po lesie. Czekali. Brak odzewu.
– Powtarzaj – mruknął Michał i sięgnął po mapę. – Przeklęta dzicz. Same gruntówki, szlag by to.
Smith otworzył komputer i uruchomił swój atlas.
– Jest siedemdziesiątka dwójka na południe-wschód-wschód.
– Puść sobie autotracking, to ci oko zbieleje.
– Mhm, półtorej forsownego.
– Pieprzysz. To jezioro obminowane jest ze wszystkich stron.
– Skąd wiesz?
– Bo samiśmy je minowali. Do luftu takie mapy, z orbity gówno zobaczysz. Spróbuj mi lepiej wymacać radiostację kompanii.
– He, he, he.
– No tak. Antenka satelitarna, niech ją syf.
– Odezwał się, wraca – zameldował Andrzej.
Michał postukał się paznokciem w ząb.
– Coś mi się widzi, że czeka nas mały maraton. Wisikać się i wysrać, bo potem nie będę się zatrzymywał. – Schował mapę. – Gdzie ten skurwiel? Co on tam robi? – poziomki zrywa? Która godzina, do cholery?
•
Pierwszy maja; Karpaty. Tu już byli względnie bezpieczni. Wciąż na południe, na południe, bo tam Wyżryn. Wyżryn z kolei zmierzał na północ, wolno, ponieważ zima niechętnie ustępowała: wiosny wciąż ani śladu i najpewniej od razu uderzy gorące lato. Więc spotkają się gdzieś po drodze, oni i pory roku. To już jest prawdziwa European War Zone, tu bije serce Zwierzęcia; to ta kraina krwawych baśni, sceneria niezliczonych powieści i filmów – tylko że teraz wszystko dzieje się naprawdę.
Smith skrupulatnie prowadził komputerowy pamiętnik. Wieczorami wypytywał swych przewodników o szczegóły. Odpowiednio zachęceni, opowiadali historie wręcz nieprawdopodobne, i faktycznie, Ian z reguły w nie nie wierzył, przypuszczając, iż robią sobie jaja z naiwnego cudzoziemca, podśmiewając się zeń gdy nie widzi.
Trzeciego maja minęli się z dwunastoosobowym oddziałem węgierskiej partyzantki. Michał konferował chwilę z jego dowódcą; obaj posługiwali się w tej rozmowie ową charakterystyczną gwarą EWZ, stanowiącą zlepek najprostszych form językowych importowanych z połowy języków słowiańskich, choć trzeba przyznać, że głównie z rosyjskiego. Ów panslawiczny slang żołnierski, który, w jego hollywoodzkim wydaniu, był w ustach Johny’ego Fourtree doskonale dla Smitha zrozumiały, teraz objawił mu się jakimś skomplikowanym szyfrem – z całej konwersacji zdołał pojąć jedynie cztery zdania: powitalne i pożegnalne.
– Kto to był? – Szabo? – spytał, gdy już się rozstali.
– Nie, to chłopaki od Meresza.
(Było dwóch komendantów podziemnej armii Wielkich Węgier; nienawidzili się nawzajem bodaj równie mocno, co każdy z nich Rosjan. Natomiast pomiędzy nimi a AWP nie było dotychczas większych tarć i Węgrzy pozostawali wobec wyżrynowców w „neutralnej przyjaźni”, cokolwiek miałoby to znaczyć).
Czwartego doszły ich odległe echa jakiejś potyczki z użyciem broni maszynowej, granatników i moździerzy. Nikt nie wiedział kto z kim się bije: w Karpatach z równym prawdopodobieństwem spotkać można było zbrojnych przedstawicieli tuzina z górą nacji, na Nizinie Wołoskiej i w Besarabii operował także stambułski odłam Armii Proroka, czasami zapuszczając się jeszcze bardziej na północ. Był to rejon o strategicznym znaczeniu dla każdej ze stron, bo, pomijając już proste uwarunkowania ekonomiczne, północno-zachodni brzeg Morza Czarnego stanowił jeden wielki targ handlarzy wojną, a już Stambuł... Stambuł odzyskał swą pozycję sprzed tysiąca lat: w tym Neokonstantynopolu zbiegały się wszystkie linie układu nerwowego Europejskiej Strefy Wojny, tam mieścił się jej mózg.
Poruszali się teraz znacznie szybciej, już to dlatego, że nie groziło im spotkanie z naziemnym patrolem Armii Czerwonej, już to z uwagi na rozległe znajomości Ianowych przewodników z AWP: kilkakrotnie ich podwieziono, a raz skorzystali nawet z uprzejmości pilota zdobycznego helikoptera i przeskoczyli za jednym zamachem ponad dwieście kilometrów; ten pilot był Holendrem, najemnikiem na usługach Frontu Ukraińskiego, z którym Czerniszewski chwilowo zawarł rozejm, i Smith wystąpił jako tłumacz, mówili po angielsku. Choć trzeba przyznać, że sam lot nieźle zszarpał im nerwy, mknęli tuż ponad wierzchołkami drzew, ponad graniami, śnieg migał metry pod podwoziem maszyny, a jeszcze na dodatek szarpał nią na boki bardzo silny na pogórzu wiatr – ale nie było wyjścia, okolicę krył dosyć szczelnie parasol ruskich radarów. Niebo nigdy nie należało do buntowników, na nim panowały niepodzielnie samoloty państw ościennych względem EWZ. Oznakowanie śmigłowca, którym lecieli, identyfikujące go jako własność Macedońskich Sił Zbrojnych, ledwo zachlapano szarą farbą: Holender odstawiał go gdzieś do sprzedaży, bo Ukraińcom po prostu brakowało zaplecza koniecznego do utrzymania maszyny w wystarczająco dobrym stanie przez dłuższy czas.
Informacje wychwytywane przez Iana z sieciowego serwisu nie wnosiły nic nowego, a najczęściej przeczyły sobie nawzajem. Gruchnęły plotki o rychłym przetasowaniu na Kremlu: Krepkin pokazał się w czyimś towarzystwie, a w czyimś nie; na defiladzie stali obok niego w takim a takim porządku; Gumow idzie w górę, Posmiertcow spada; i temu podobne. Na Wall Street bessa. Dwa największe chińskie konsorcja wycofały się z inwestowania w naftę. Szykuje się kolejna wojna celna ze Zjednoczonym Królestwem, znowu pójdą cła na kolonialne. W dorzeczu Amazonki zwykłe rzezie; i zwykłe rzezie w Południowej Afryce, ostatnie niedobitki białych wymierają w obozach koncentracyjnych zwycięskiego plemiona Xhosa. Huragany na południu Stanów i trzęsienia ziemi w Azji i powodzie w Indiach i susze w północnej Afryce i w ogóle same zwyczajne sensacje czyli Apokalipsa na raty.
Dziesiątego maja musieli się zatrzymać na jeden dzień, bo Andrzej dostał ciężkiej biegunki, widocznie zeżarł jakieś świństwo, chociaż co by to mogło być – nie mieli pojęcia; przecież wszyscy jedli to samo. Rozłożyli się obozem w ciasnej grocie w skalistym zboczu opadającym stromo na południe. Wieczorem, gdy Jan zasnął, Smithowi po raz pierwszy udało się wyciągnąć z Michała coś bardziej konkretnego o Xavrasie Wyżrynie.
– Chcesz prawdziwych historii? Prawdziwych? Dobra, prawdziwa jest taka. Trzymaliśmy tę ruską wioskę, pamiętasz, dziewięćdziesiąty czwarty, wtedy był z nami Varda, ale to, co on sfilmował, to, co żeście w tych swoich telewizorach widzieli – to nie była prawda; Xavras prowadził go bardzo krótko. Tam wcale nie wpadł ruski moździerz, to Xavras kazał wrzucić do przedszkola kilka granatów obronnych. Widzisz, on dobrze wie, że Rosjanom nikt nie da wiary, chociażby przedstawili zdjęcia, nie takie fałszerstwa oni robili, ludzie są przyzwyczajeni – poza tym, na logikę biorąc, Wyżryn nie miał żadnego interesu w mordowaniu dzieci.
– Więc dlaczego?
– A na czym polega siła terroru? Nie odwołujemy się do strachu rządzących, lecz do przerażenia zwykłych ludzi: oni wiedzą, że Posmiertcowowi nie zależy, że bez mrugnięcia okiem wyda rozkaz zbombardowania całej wioski, jeśli dzięki temu zabije kilku wyżrynowców. I Xavras potrzebuje takich obrazków, potrzebuje krwi niewinnych dzieci rosyjskiego narodu – dla rosyjskich matek, dla matek i ojców na całym świecie. Gdyby Rosja była krajem, w którym funkcjonuje demokracja, już dawno mielibyśmy niepodległą Polskę, bo nikt nie poprze w głosowaniu morderców własnych wnuków.
– Ale nie jest. Więc dlaczego?
– Dla nienawiści. Nas się boją, ale Kremla boją się i nienawidzą. Myślisz, że moglibyśmy tak swobodnie operować w głębi Rosji, gdyby ci zwykli ludzie wykonywali posłusznie wszystkie polecenia Moskwy, gdyby nie przymykali od czasu do czasu oczu? Najtrudniej skruszyć monolit.
– I dlatego mordujecie im dzieci?
– Tak. Trzeba wykorzystywać okazje, kiedy się nadarzają.
Wyszedł potem przed grotę. Gwiazdy świeciły bardzo jasno. Nie było chmur. Góry stały milczące, niebotyczne, piękne aż do ściśnięcia krtani. Brakowało Księżyca, wschodził późno w nocy, ale i tak było jasno. Z lasu poniżej szedł tajemniczy szept, to drzewa i wiatr, wiatr i drzewa. Zawył wilk. Smith zadrżał. Dzicz. Jakoś był pewien, że nie przetnie gwiaździstego nieboskłonu żaden myśliwiec, żaden helikopter nie zamajaczy ciężką bryłą ponad puszczą. Nie teraz, nie teraz. Na krawędzi cienistej sylwety góry – szczerbaty kieł ruin zamku. Samotna wieża, strażnik przeszłości. A tam, aż po kres nocy – przestrzenie niezmierzone, kuszące śmiertelnie samym swym istnieniem. Stał tak długo i w końcu wydało mu się, że naprawdę słyszy ich oddech, powolny, głęboki, szeleszczący. Xaaaaaavraaaaaaaasss, Xaaaaaaaaavraaaaaaaaa...
•
Tydzień po tym, jak zeszli z gór i skręcili na wschód, Michał opuścił ich na prawie całą dobę. Z różnych niedopowiedzeń i przemilczeń pozostałej dwójki Smith wywnioskował, że Xavras jest już blisko. Nazajutrz spotkali się z inną grupką wyżrynowców: pięciu mężczyzn z noszami, na których dźwigali jakiegoś starca. Zatrzymali się na dłuższą pogawędkę. Ian słuchał z uwagą; coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu o bliskości Nieuchwytnego.
Dwudziestego pierwszego weszli w gęsty las. Michał wygrzebał skądś krótkofalówkę i rozmawiał przez nią w marszu – po rosyjsku, rzecz jasna. Łączność wciąż stanowiła poważny problem AWP, każda emisja sygnału o większej mocy mogła ściągnąć na lekkomyślnych wrogie bombowce, wymuszona ostrożność doprowadziła do ograniczenia porozumiewania się za pośrednictwem fal radiowych do małych dystansów, nadajników o niewielkiej mocy, mimo że czasami ukształtowanie terenu pozwalało na więcej.
Była ósma rano.
– To już? – spytał Smith idącego obok niego Jana, bo tym razem to Andrzej pełnił rolę straży przedniej – Dzisiaj?
Jan przytaknął.
Las tymczasem był bardzo zwyczajny, gęste poszycie utrudniało marsz, korony drzew, już zielonych, przesłaniały promienie słońca, ale i tak było ciepło, zapowiadał się gorący, parny dzień; pot spływał po plecach Iana – zdjął kurtkę i swetr, został w podkoszulku. Śpiewały ptaki. Michał, który wyprzedzał go o jakieś dziesięć metrów, śmiał się do krótkofalówki.
Zza drzewa po prawej wychylił się na moment wysoki facet z brodą, z włodem z podwójnym magazynkiem w rękach; Michał skinął mu głową. Facet splunął, wsunął do ust dwa palce i zagwizdał. Jan skrzywił się na to i wymownie postukał palcem w czoło. Facet w odpowiedzi pokazał mu nieprzyzwoity gest i na powrót zniknął w zieleni.
Pojawiło się coś w rodzaju ścieżki. Skręcili w nią. Teren zaczął opadać, przejaśniło się lekko, bo drzewa rosły tu rzadziej, widzieli między ich pniami teren położony niżej – schodzili w dolinę.
Półnagi kurdupel z mokrą głową przeciął im drogę; Michał na moment zatrzymał się przy nim, wymienili cicho parę słów – kurdupel wycierał sobie włosy w szarą szmatę.
Wtem wszyscy zamarli. Smith, zdezorientowany, rozejrzał się dookoła, zerknął na znieruchomiałego w pół kroku Jana, który przekrzywił głowę, jakby czegoś nasłuchując. A wszak panowała zwykła leśna półcisza i Smith nie słyszał nic szczególnego.
– O kurwa – szepnął kurdupel i rzucił się jak wariat w dół ścieżki.
– W las!! – wrzasnął Michał, pospiesznie wykonując własny rozkaz.
Jan pociągnął Amerykanina ze sobą.
– Co...? – zaczął ten, lecz nie wyrzekł już ni słowa więcej, bo spadło na nich niebo.
Smith leżał na wilgotnej ziemi, pod paprociami, nic nie widział, zresztą oczy miał zamknięte. Grunt się pod nim trząsł, jak od niesychronicznych erupcji wulkanów; gdyby uniósł głowę i powieki, ujrzałby kołyszące się drzewa – a tak słyszał jedynie ich groźne trzeszczenie. A słyszał je bardzo niewyraźnie, bo tak naprawdę uszy miał zapchane grzmotem i hukiem, aż boleśnie głośnymi, które szły przez las ciężkimi falami ze wszystkich stron. Człowiek nie jest w stanie wyobrazić sobie podobnego natężenia dźwięków, dopóki go nie doświadczy, najrealistyczniejsze obrazy klęsk żywiołowych, wielkich katastrof i bitew prezentowane w kinach o najwymyślniejszych systemach nagłośnienia, budujących dla widzów prawdziwe ściany dźwiękowe – wszystko to jest jak pluszowy zwierzak przy żywym tygrysie. Dźwięk potrafi doprowadzić do szaleństwa, swędzi od niego skóra, boli głowa, rozsypuje się układ nerwowy; Smith wrzeszczał do zdarcia strun głosowych i nawet o tym nie wiedział, wbijał panicznie zakrzywione sępio palce w miękką ściółkę i nawet tego nie czuł. Spadła nań półtorametrowa gałąź – ledwo zauważył. Cały świat dygotał, wstrząsany śmiertelnymi drgawkami, i on razem z nim. Czas rozciągnął się do nieskończoności, wieczność w ułamkach sekund, ten horror będzie trwał i trwał, nie ma ratunku.
I nie mógł uwierzyć, kiedy wreszcie się skończył. Minuty całe po prostu leżał, oddychając, szczęśliwy. Tulił się do ziemi, która odzyskała swą boską niewzruszoność. Wtedy po raz pierwszy doznał tego uczucia, tego niewyobrażalnego w żadnej innej sytuacji szczęścia, zgoła nirwany, które zaistnieść może jedynie w kontraście do niedawnego, ponad wszelką wątpliwość realnego zagrożenia życia. Do czego da się to porównać? Chyba tylko do odprężenia po orgaźmie, gdy z ciała ucieka ostatnia kropla energii i napięcia i organizm spada w dolinę sinusoidy, w położenie o najniższym potencjale, roztapia się i jednoczy z otoczeniem, swobodny, wolny, czysty, gotów na śmierć. Tego dnia, w tej chwili – po raz pierwszy przemknął Smithowi gdzieś na granicy pola widzenia cień owej kochanki, ciemnej pani, która zauroczyła już tylu mężczyzn przed nim.
Usiadł, jeszcze roztrzęsiony, strącił z siebie gałąź, przyciągnął plecak. Po lesie ścigały się ludzkie nawoływania, krzyki, po rosyjsku i polsku; ktoś błagał, by go zastrzelić, ktoś klął ohydnie, ktoś trzeci śmiał się histerycznie. Po Janie nie było ani śladu.
Amerykanin podniósł się i na miękkich nogach ruszył w dół zbocza, w dolinę.
Las rósł tam nieporównanie rzadziej, pomiędzy koronami drzew jaśniały wielkie płachty nieba, można było liczyć przepływające po nich obłoki, Smith wszelako liczył trupy. Po siódmym, wyjątkowo fotogenicznym, bo żywcem wypatroszonym, nie wytrzymał i zwymiotował. Nie od widoku, oczywista, nie raz oglądał rzeczy znacznie gorsze, to przecież był jego fach, płacono mu za patrzenie w imieniu miliardów; ale nikt nie uprzedził go o czymś takim jak zapach, bo tego kamera już nie zarejestruje, a coś, czego nie da się zobaczyć i usłyszeć w telewizji – no cóż, bądźmy szczerzy, coś takiego po prawdzie nie istnieje; więc od zapachu, od smrodu otwartych jelit tego chłopca, który jakoś tak cicho, wstydliwie i bez przekonania wołał mamy, wywrócił się Smithowi żołądek, poza tym odporny na wszelkie jaskrawości bitewnego pola, bo impregnowany milionami kadrów kolorowych jatek ze wszystkich zakątków świata.
Wymiotując, pochylony, spostrzegł plamę na swych spodniach: nie zdając sobie z tego sprawy, musiał w którymś momencie oddać mocz. Przechodzący mimo łysy starzec, z naręczem bandaży i ściskaną w ręku baterią szklanych ampułek upakowaną w czymś do złudzenia przypominającym ładownicę, zwolnił kroku i klepnął Smitha w ramię.
– Siedź, patrz w ziemię i oddychaj – rzekł.
Ian przysiadł na pniu rozdartego do białego wnętrza drzewa, nie mógł się jednak zmusić do patrzenia w ziemię. Patrzył na ludzi, martwych i żywych, i tych pomiędzy, co dryfowali wolno ku bliższemu brzegowi. Łysy chodził i albo bandażował, albo kłuł strzykawką, wspomagając w ten sposób prądy rzeki przeznaczenia. Był jak nemezis. Smith widział rozszerzone czarnym strachem oczy rannych, wpatrzone w starca, w jego ręce, gdy zbliżał się do leżących – po co sięgnie, po biel czy szkło; to było jak wyrok i, w rzeczy samej, było wyrokiem. Ochotniczy pomocnicy starego ściągali w dół powieki trupom, uspokajali obandażowanych, a i sami bandażowali wskazanych przez łysego; tych po zastrzyku nie było trzeba uspokajać, a już na pewno bandażować – szybko zasypiali, w każdym razie na to to wyglądało, na sen.
Z krateru, z którego wystawała, grożąc niebu, wpółrozwarta pięść wyrwanych z ziemi korzeni powalonego drzewa, wyszedł ponury grubas z krwią na twarzy. Sapiąc, dowlókł się do pnia, na którym siedział Smith, i zwalił się obok. Dyszał jak lokomotywa, pot mieszał mu się z krwią.
– Widziałeś z której strony? – zwrócił się po chwili po polsku do Iana.
– Co?
– Z której strony nadlecieli. Ze wschodu czy z południa. Widziałeś?
Smith nie wiedział o czym facet mówi. Przełknął ślinę, nabrał powietrza w płuca i bardzo cicho i spokojnie rzekł:
– Przepraszam, nie rozumiem.
Grubas spojrzał nań z uwagą.
– Aha – mruknął. – No nic, odpocznij sobie. Potem pogadamy, nie znam cię.
Wyciągnął skądś chustę i zaczął nią wycierać sobie twarz, wyglądało, że to jednak nie jego krew. Mruczał coś pod nosem.
Nie wstając złapał za rękę przechodzącego obok dwumetrowego mięśniaka z włodem na plecach, papierosem w ustach i zmęczeniem w oczach.
– Widziałeś Wujka? – spytał.
Olbrzym zatrzymał się, strzepnął popiół; nie patrzył na grubasa, rozglądał się dookoła.
– Nie.
– Kto siedział przy radarze?
– Nie wiem. Pluskwa chyba. Albo Murzyn.
– Co z Jewriejem? Przyćmić go chyba musiało.
– Miewa obsuwy, fakt.
– A chłopaki Gawrona? Zasnęli? I w ogóle gdzie Gawron?
– Ach, Gawron.
– Weź mi tu, kurwa, nie wzdychaj, tylko powiedz, co z nim.
– Mhm, głowę mu, ten-tego... Jakiś rykoszet.
– Pieprzone kasetonówki. Przecież oni nawet nie szli ponaddźwiękową. Ile ich było? Dwie pary?
– Jebaka mówi, że nawrócili.
– Musieli mieć namiar jak spod mikroskopu.
Olbrzym podrapadał się w zarośnięty podbródek.
– Prusak gadał przez radio z Wołodyjowskim.
– Ale kiedy? Teraz przecie. Sam słyszałem, kwadrans temu zapowiedzieli Wołodyjowskiego. Za chuja by nie zdążyli, ani z Krymu, ani z Gniazda, ani od Trepa.
Olbrzym wzruszył ramionami, zakołysał się na piętach, spojrzał w niebo, wydął wargi.
– Chyba że wzięli ich z patrolu, skręcili z trasy.
– Co, z kasetonówkami pod skrzydłami? Pieprzysz, Juruś, pieprzysz.
Jurusiowi to zwisało, nie był w nastroju; westchnął smętnie.
– Odwieś się, dobra? Sunę do Jebaki; idziesz?
Poszli.
Smith siedział i patrzył. Pojawił się przygarbiony chudzielec w podartej panterce z czymś jakby brudną stułą na szyi; chodził od jednego do drugiego i szeptał coś nad nimi, doszły Iana strzępy pospiesznej łaciny. Ksiądz? – zastanowił się przelotnie. Modlitwy za zmarłych, za żyjących, za umierających, za mordujących.
Rozglądnął się nieco przytomniej. Pokos był straszny. Pył już opadł, dym zniknął i widać było znacznie więcej. Jeśli ten fragment obozowiska reprezentatywny był dla jego całości, to zabitych i rannych śmiertelnie liczyć należało na dziesiątki.
Kiedy tak patrzył, na pniu, który stanowił dogodne stanowisko obserwacyjne, przysiadł łysiejący wąsacz w brudnym czarnym swetrze.
– Kopsniesz jednego? – zagadnął po polsku.
– Nie palę.
– He, nie mów, serio?
Smith uśmiechnął się blado.
– Palenie szkodzi – wyjaśnił spokojnie. – Od tego się umiera.
– Naprawdę? Nigdy nie widziałem.
– Czego?
– Żeby ktoś zdechł od palenia papierosów.
Ksiądz namaszczał kolejnego konającego.
– Nie wiem – pokręcił głową Smith. – Nie wiem.
– Ty skąd, z Ameryki?
– Aha.
Tamten przytaknął krótkim skinięciem, jakby tego właśnie się spodziewał. Siedział zgarbiony, z łokciami wpartymi w kolana, nogami szeroko rozstawionymi; rękawy swetra miał podwinięte, skórę jego przedramion i dłoni pokrywała brzydka czerwień pooparzeniowa, wyglądało to jakby nosił różowe rękawice z grubego nylonu.
– Cztery JOP-y – mruknął. – Cztery głupie JOP-y.
– Co teraz?
– Jak to co? Będziemy uciekać, jak zawsze.
Podniósł się i poszedł w swoją stronę. W tej samej chwili z krateru wypadł Andrzej. Brakowało mu paru palców u prawej ręki, dłoń owiniętą miał bandażem.
– Szukałem cię wszędzie – warknął na Smitha. – Nie mogłeś zostać na miejscu? Michał myślał, że cię utrupiło i mało go szlag nie trafił. O czym rozmawialiście?
– Co? – Ian był przytłoczony tym słowotokiem zwykle małomównego Andrzeja. – W ogóle go nie widziałem, gdzieś poszedł.
– O czym tym pieprzysz, do cholery? Przecież właśnie z nim gadałeś!
– Z kim?
– Z nim!
– A kto to był?
– No Xavras!
– Ten z wąsami?
– Tobie co, w główkę dostałeś? Weź się obudź, za chwilę wymarsz.
– Dokąd?
– A bo ja wiem? Donikąd; byle się stąd zmyć – założę się, że w drodze jest już cała eskadra. A on ci nie powiedział?
– To był Xavras? Ten w swetrze?
– Co, niby goły ma chodzić? Nigdy żeś go nie widział czy co? Rusz tyłek!
– Nie poznałem.
– Dobra, dobra, idziemy.
Jacek Dukaj