120% fikcji w fikcji

Poniższy tekst ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 270 (2005-03).

Są dwa rodzaje czytelników: ci, którzy odbierają książki przez filtr własnych doświadczeń, i ci, którzy odbierają je przez filtr innych książek. W dzisiejszych czasach do pierwszej grupy zaliczają się chyba jedynie dzieci. 99% odbiorców dzieła podchodzi doń z takim bagażem uprzednich lektur, że autor, który nie bierze tego pod uwagę i stawia wyłącznie na szczerość, prawdę i prostotę, ryzykuje oskarżenia o grafomanię i wtórność. Stwierdzenie, iż „książki pisze się o innych książkach”, nie jest jedynie postulatem postmodernistów - jest diagnozą sytuacji, w jakiej znajduje się każdy twórca przemawiający do konsumentów kultury XXI wieku, których większość doświadczeń pochodzi już ze sztuki i massmediów, nie z życia.

Postmoderniści wobec tego uciekają do przodu: skoro ludzie i tak czytają książki przez książki, o książkach i w kontekście książek, to dajmy im jeszcze więcej literatury w literaturze. Nie wystarcza już, że czytelnik jest świadomy umowności świata przedstawionego; nie wystarcza, że świadomy jest go narrator; teraz wiedzą to nawet same dramatis personae. Zazwyczaj nie potrafię przejąć się opowieścią, która sama siebie bierze w cudzysłów, tak samo jak nudzą mnie przygody postaci błąkających się po virtual reality. A jednak „Porwanie Jane E.” Jaspera Fforde przeczytałem z dużą przyjemnością.

Być może dlatego, że pomimo całej umowności tego zrodzonego z literatury świata - wszyscy tam biorą literaturę tym bardziej serio. Wyznawcy spiskowych teorii teatru elżbietańskiego wędrują od drzwi do drzwi, przekonując do swojej wiary niczym Świadkowie Jehowy. Miłośnicy twórczości danego autora noszą jego nazwisko, ubierają się jak on, żyją jak on. Na ulicach klasycyści biją surrealistów. Manuskrypty i pierwsze wydania słynnych dzieł mają tak wielką wartość, że dla zapobiegania ciągłym kradzieżom i porwaniom dla okupu powołano Literackich Detektywów, LitDeków. Adaptatorów klasyki karze się za zbyt swobodne interpretacje. Który to proceder jest groźny podwójnie, bo obowiązuje „genetyczna ciągłość” między dziełem i wszystkimi jego kopiami: wymazując postać z oryginału, wymazujemy ją w ogóle z literatury - nie było takiej postaci, opowieść potoczyła się inaczej. A sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, gdy wynaleziony zostaje Portal Prozy, pozwalający na przechodzenie ze „świata rzeczywistego” do świata fikcji i z powrotem. Tym sposobem złoczyńcy porywają Jane Eyre ze środka powieści Charlotte Brontë; armie wzburzonych czytelników oblegają siedziby LitDeków; od naszej bohaterki, detektyw Thursday Next zależy los angielskiej klasyki...

Czytelnicy „Poniedziałku...” Strugackich pamiętają, jakie podróże po „światach przedstawionych” odbywał tam protagonista. (Czyż nie wspominałem, że czytamy książki przez filtr innych książek?) I chociaż Strugaccy naśmiewali się z siermiężnego socjalizmu, a Fforde - z brytyjskiego imperializmu, sposób, w jaki ci autorzy mieszają w ramach jednej opowieści dziesiątki elementów fanastycznych, że każdy z nich jeszcze bardziej napędza narrację i bynajmniej nie rozbija kreacji, ale ją umacnia - jest niemal identyczny. U Fforde'a mamy i historię alternatywną (rozszczepienie nastąpiło w okolicy wojny krymskiej), i podróże w czasie (ojciec Thursday skacze po przeszłości i przyszłości niczym Ijon Tichy), i wampiry, i demoniczne korporacje, i tajne bractwa... Czyta się to z przymrużeniem oka, z jakim zostało napisane: Fforde serwuje nam niewiele ponad rozrywkę, ale czyni to inteligentnie, z brytyjskim wdziękiem.

„Pasza-zade” Jona Courtenaya Grimwooda skonstruowana została podług tej samej metody, i nawet w większości te same elementy wykorzystuje: kryminał, historię alternatywną, SF-owe gadżety - nie będąc do końca ani kryminałem, ani powieścią o historii alternatywnej, ani SF. Kilka dni po przybyciu do Aleksandrii, gdzie, jako spokrewniony z arabską arystokracją, ma się bogato ożenić, bohater wplątany zostaje w morderstwo w wyższych sferach, spada też na niego obowiązek opieki nad małoletnią sierotą i zakochuje się w wyswatanej mu dziewczynie. Ciekawsze jednak od cokolwiek chaotycznego śledztwa są choćby retrospekcje z traumatycznego dzieciństwa i młodości bohatera. Kwestia alternatywności dziejów tego świata również pozostaje na trzecim planie, autor podrzuca nieliczne wskazówki, ale sam nie bierze ich serio: jedyny efekt rozszczepienia historii to przetrwanie Imperium Ottomańskiego i mocarstwowa pozycja krajów arabskich. Jest to typowa „naiwna” historia alternatywna, która powstaje z beztroskiego nałożenia na nasz świat kilku zmienionych elementów - i oto na Ziemi od co najmniej wieku idącej rozbieżnym kursem mamy CNN, Sony, Linuxa etc. Nie sposób podejść do tego z powagą. Tymczasem Grimwood pisze bez ironii i lekkości Fforde, bez postmodernistycznego przymrużenia oka; raczej w stylu czarnego kryminału i cyberpunku, epatując nazwami gadżetów, detalami liczbowymi itp. Za całą SF robi tu bowiem właśnie kilka gadżetów i modyfikacji genetycznych.

Jest to więc koktajl złożony w większości ze składników wziętych z literatury fantastycznej, ale przeznaczony dla czytelników w fantastyce niezbyt biegłych: używka rozcieńczona, obliczona na ich podniebienia. Ostatnio pojawia się coraz więcej takich utworów, fantastyka jest powoli konsumowana przez główny nurt. Historie alternatywne piszą już nawet autorzy pokroju Philipa Rotha, a William Gibson sprzedaje mainstreamowe remake'i z cyberpunku Williama Gibsona (vide „Rozpoznawanie wzorca”). Takim koktajlem jest też przecież „Porwanie Jane E.”.

Można zatem robić to lepiej i można gorzej. Najbliższe skojarzenie z „Pasza-zade” to „Sen_numer_9” Mitchella: też melanż wątków fantastycznych i pop (bardziej ambitny, lecz mniej spójny), też rzucony na tło egzotycznego miasta. Tam było to Tokio - u Grimwooda jest to alternatywna Aleksandria. Klimat dekadenckiej metropolii Orientu, zaskakujące różnice między Wschodem i Zachodem, egzotyczny miks kultur... Jako po prostu powieść sensacyjną „Pasza-zade” czyta się nieźle, lecz to właśnie al-Iskandarijja dodaje tego smaczku, dzięki któremu zapamiętujemy książkę jako coś więcej niż złożenie innych książek, które czytaliśmy wcześniej.

Jacek Dukaj

Jasper Fforde „Porwanie Jane E.”, tłum. Marzena Chrobak, Znak 2005, cena: 29.00 zł (oprawa miękka), 39.00 zł (oprawa twarda)

Jon Courtenay Grimwood „Pasza-zade. Pierwsza arabeska”, tłum. Dariusz Kopociński, Solaris 2004, cena: 33.90 zł