A mogło być tak pięknie!

Poniższy tekst ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 262 (2004-07).

W konwencji pozwalającej na dowolną kreację założeń świata, nie wykorzystać tej szansy i kreacji nie poświęcić czasu ni namysłu - to wielki grzech. Czy nie większy jednak - wykonawszy tu dobrą robotę, zmarnować ją następnie, budując na tak solidnych fundamentach opowieść koślawą, chybotliwą i pozbawioną uroku?

Czytam podobne książki sfrustrowany, omal zgrzytając zębami - bo widzę, czym mogłyby być. Na usta cisną się słowa przesadnej krytyki; trzeba się powstrzymywać, by nie odreagować zawiedzionych nadziei.

Spójrzmy, jak cudowną scenografię zbudował sobie Thomas R. P. Mielke dla swojego „Sakriversum” (fragmenty powieści drukowano ongi w „Fantastyce”). Siedmiusetletnia gotycka katedra, samowystarczalny świat ukryty na wysokościach pod jej dachem - miniaturowe domki, strumienie, pola - zamieszkały przez skarlałych do kilkucalowego wzrostu ludzi, od wieków kultywujących średniowieczne tradycje, posługujących się martwym językiem... A poza misternymi witrażami nieboskłonu Sakriversum - cichy, wyludniony świat po zagładzie atomowej; i jedyny człowiek w nim ocalały, spokrewniony przez średniowiecznego przodka z rodami Sakriversum.

Jak można coś takiego zepsuć? (Nóż się otwiera w kieszeni). Uczmy się od Mielkego. Po pierwsze, nie dajemy czytelnikowi bohatera, któremu by kibicował lub przynajmniej z zainteresowaniem śledził jego poczynania; niech się zadowoli tuzinami postaci co rozdział zmieniających zamiary i motywacje. Po drugie, żadnej jasnej linii fabularnej i celu intrygi. Po trzecie, furda suspens i puenta, zagadka ma tylko zagadkowo wyglądać (konia z rzędem temu, kto odnajdzie w książce sensowne wyjaśnienie stworzenia Sakriversum). Po czwarte, nieustannie obrażajmy inteligencję czytelnika, karmiąc go New Age'owym bełkotem o wyższości czucia nad rozumem, gnostyckiej tajemnicy kwarków, wytartymi sloganami o sekretach templariuszy oraz tysiącem innych absurdów historycznych, fizycznych i logicznych.

Nie ma takiego pomysłu, którego nie zmarnuje kiepskie wykonanie. Mielke wrzucił do kotła wszystkie konieczne składniki, zapomniał tylko o instrukcji przyrządzania potrawy. Rzecz w tym, iż w literaturze instrukcje takie nie istnieją; rola złośliwego krytyka właśnie dlatego jest tu tak łatwa, ponieważ w skończonym utworze każdy potrafi wskazać, co szwankuje - lecz powiedzieć z góry, co zadziała... takich mądrych nie ma. To, co poddaje się algorytmizacji - fabuły Harlequinów i bezmyślnych strzelanin - sztuką właśnie nie jest; ona zaczyna się tam, gdzie algorytmy nie sięgają. Zrozumiały staje się więc fetysz formy i stylu charakteryzujący dziś literaturę mainstreamową: gdy zestaw składników jest znany i niezmienny, o wszystkim decyduje wykonanie. Owo ograniczenie prowadzi do wynaturzeń - ale też uczy dyscypliny i szacunku dla słowa, których często brak fantastom.

„Herbata z kwiatem paproci”, debiutancka powieść Michała Studniarka, również oparta jest na dobrym, oryginalnym pomyśle. Rzecz dzieje się w Polsce - a konkretnie w Warszawie - za kilkadziesiąt lat, w scenografii cyberpunkowej: machlojki w Sieci, wszczepy domózgowe i drobne cyborgizacje, taksówki powietrzne i korporacyjne wysokościowce. Na takie tło nałożył Studniarek obraz drugi: świata przedchrześcijańskiej mitologii słowiańskiej, z jego magią, przesądami i całą menażerią fantastycznych stworzeń. Ten świat nadal istnieje, zszedł tylko „do podziemia”. Co więcej: jego mieszkańcy postrzegają się już przez pryzmat ludzkiej (pop)kultury, przyjmują role i imiona z „Balladyny” tudzież z Szekspira; nie ma dla nich innej nazwy jak „elfy”. Pierwszy rozdział umiejętnie, nastrojowo wprowadza nas w tę hybrydową kreację; zacierałem ręce.

No i nastąpiło gorzkie rozczarowanie. Kilkadziesiąt kolejnych stron to opisy zdumienia i niedowiarstwa bohatera zderzonego z cudownością (co uchodziło w fantastyce sprzed pół wieku); potem też z fabułą nie lepiej, właściwie mamy tylko łańcuch epizodów, łączonych wyraźnie na siłę. Autor to czuje i tłumaczy się przed czytelnikiem z życzeniowych rozwiązań i sztucznych motywacji postaci - konstrukcja nie ustoi sama, trzeba ją podpierać ręcznie. Finałowa konfrontacja z królem „elfów” równie dobrze mogłaby się rozegrać sto, dwieście stron wcześniej. To byłoby świetne opowiadanie.

Powieść napisana jest poprawnie, a ożywia się przy okazji rozmaitych lokalnych, wręcz środowiskowych smaczków (trafiamy m. in. na konwent miłośników fantastyki). Na koniec pojawia się jeszcze jeden dobry pomysł: zderzenia mitologii pogańskiej z chrześcijańską, obiema równie prawdziwymi - ale jego Studniarek również nie wykorzystał.

W porównaniu z eklektyzmem „Herbaty”, „Oko” Zbigniewa Batki jawi się książką zgoła schizofreniczną: autor zmieszał tu ze sobą nie dwa-trzy pomysły, lecz pomysłów dziesiątki. Jak opisać to, co do niczego nie jest podobne? Naciągając skojarzenia, zaryzykuję takie przybliżenie: „Oko” to Marcin Wolski przyprawiony Mrożkiem, na semantycznym dopalaczu Stanisława Leca. Jednym słowem: odlot.

Fabuł tak zwariowanych streszczać nie ma wielkiego sensu; łatwiej wymienić, czego tu nie ma, niż co jest. W szczupłej książeczce Batko pomieścił tyle rozmaitych scenografii, wątków i anegdot literackich, że kompetentny opis utworu byłby dłuższy od samego utworu. Co najwyżej można rzucać hasła-obrazy: transatlantycka stodoła, markiz de Sade w konopielkowej wsi polskiej, Indianie-kanibale rearanżujący układ kontynentów Ziemi, wychodek-wodolot etc.

Jest to lekko napisane i lekko się czyta - tę bezkaloryczną lekkość znajduję jedyną wadą „Oka”. A może to moja wada jako czytelnika: nie wciągają mnie mianowicie historie same siebie biorące w cudzysłów. Otóż „Oko” jest taką nieprzerwaną jazdą na najwyższych obrotach absurdu, a znajdując na każdej stronie erudycyjny żart, aluzję, kabaretowy dialog, po stronach kilkudziesięciu tracę zainteresowanie samą opowieścią, jawnie pretekstową.

Nawet ja jednak muszę docenić kunsztowną robotę Batki - długimi partiami czyta się „Oko” jak partyturę burleski, w której każdy gest, słowo i śmiech zaplanowane zostały co do sekundy i milimetra.

Jacek Dukaj

Thomas R. P. Mielke „Sakriversum”, tłum. Joanna Filipek, Solaris 2004, cena: 37.90 zł.

Michał Studniarek „Herbata z kwiatem paproci”, RUNA 2004, cena: 25.50 zł.

Zbigniew Batko „Oko” SuperNowa 2004, cena: ?