Algorytm końca świata

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 242 (2002-11).

Nie jest prawdą, że świat nieustannie przyśpiesza, a tempo postępu technologicznego rośnie logarytmicznie. Można tu raczej mówić o posuwaniu się zrywami, o okresach wzmożonej płodności karmiących się nawzajem swymi myślami naukowców oraz o latach zwiększonego ssania rynku, na krótki czas bardziej otwartego na nowinki i ekscentryczne mody. Niewątpliwie natomiast dzisiaj znacznie łatwiej akceptujemy te zmiany, w znacznie więcej jesteśmy w stanie uwierzyć jako w „normalność”. Tym sposobem przesuwa się granica tego, co kultura postrzega jako fantastykę - w przód. Elementy, które jeszcze niedawno piętnowały utwór jako science fiction, są wykorzystywane w powieściach adresowanych do czytelnika mainstreamowego, i ten to łyka nie mrugnąwszy okiem: takie jutro to prawie jak dzisiaj.

Świetny przykład do owej tezy stanowi „Zagłada Księżyca” Jacka McDevitta, znanego w Polsce m. in. z porywającej „Bożej Maszynerii”. „Zagłada” traktuje o uderzeniu w Księżyc międzygwiezdnej komety i następującym w jego konsekwencji rozpadzie naszego satelity oraz globalnych kataklizmach - i częściej już opisywana jest po prostu jako „thriller” niż science fiction. W istocie bowiem wszystkie te technothrillery Clancy'ego et consortes, projektujące wielkie zagrożenia bliskiej przyszłości, posługują się dokładnie tą samą metodą - jedyna różnica, że nie wychodzą przy tym w kosmos. Ale kosmos też przestaje stanowić wyróżnik SF (vide „Zdobyć Intrepida” Harrisona).

„Zagłada Księżyca” posiada kluczowe cechy technothrillera: straszliwe multum postaci (można powiedzieć, że wszyscy są tu bohaterami drugoplanowymi); akcję ujętą w ścisły harmonogram, sekunda po sekundzie, i rozpisaną na kilkadziesiąt lokacji; stricte filmowe przeprowadzenie każdego wątku od ekspozycji do kulminacji (jeśli postać na stronie 400 ginie pod falą tsunami, to na stronie 300 musieliśmy zostać wpierw z nią zaznajomieni, jak popijała kawę w swym nadmorskim domu); prostą i suchą narrację trzecioosobową, z opisami na granicy toporności - cechy charakteru są tu równie oczywiste, co barwa włosów.

Lubimy czytać takie powieści, podobnie jak lubimy oglądać katastroficzne filmy; kuląc się przed monumentalną grozą, w mysim trzepocie serca i z gorącymi wypiekami, poddajemy się tej prymitywnej fascynacji niebezpieczeństwem, sami bezpieczni. Aby to jednak osiągnąć, niebezpieczeństwo musi być wiarygodne, bliskie, namacalne - nie sposób napisać dreszczowca o cieplnej śmierci wszechświata. Cały ów trend „thrillerów astronomicznych” (bo i „Młot Boga” Clarke'a, i „Moonseed” Baxtera, rozmaite „Armageddony” i „Dni zagłady”) pokazuje więc, iż w kulturze masowej dokonała się bardzo ważna zmiana: nastąpiło przejście do myślenia o ludziach jako o „mieszkańcach planety Ziemia”, naturalna akceptacja perspektywy kosmicznej. Ostatecznie wyrośliśmy z mentalności ptolemeuszowskiej, znamy i rozumiemy nasze miejsce w nieskończoności.

W samej powieści McDevitta próżno wszakże szukać wyższych refleksji, słowa i myśli jego bohaterów nie odstają od standardu amerykańskich seriali (w ogóle rzecz jest amerykanocentryczna i politycznie poprawna jak trza). Czyta się to szybko i przyjemnie, jednak owa sztywna, z góry założona konstrukcja intrygi pozbawia szansy na suspensy subtelniejsze od „zatopi Nowy Jork, czy nie zatopi”.

Polskie wydanie nie jest wolne od usterek. Skład pozostawia wiele do życzenia, niesamowite trudności napotyka tu też np. prawidłowa odmiana i zapis nazwiska Percivalla Lowella, a przecinek lubi pojawić się w zaskakujących miejscach. Również przypisanie tej książki do „Kanonu Science Fiction” stanowi według mnie błąd, początek spirali inflacji wartości, jak w przypadku Amberu, którego Mistrzami Science Fiction na początku byli Clarke i Silverberg, a teraz - jak niewiele już trzeba, by zostać Mistrzem.

Jacek Dukaj

Jack McDevitt „Zagłada Księżyca”, tłum. Jarosław Cieśla, Solaris 2002, Kanon Science Fiction, cena: 39.00 zł.