Białe światło schizofrenii

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 184 (1998-01).

Schizofrenia ma wzięcie u pisarzy, zarówno ta ekstremalna, gdzie rozszczepienie osobowości jest niemal całkowite (np. w „Valisie” Dicka), jak ta pozornie łagodniejsza, objawiająca się psychozą maniakalno-depresyjną - lecz w rzeczywistości to dziedzina innych demonów. Próby ich opisu z zewnątrz skazane są na niepowodzenie; opis od wewnątrz jest z kolei nieczytelny. Kathe Koja w „Dziwnych aniołach” spróbowała pogodzić obie te metody.

Jest to pisarka celująca w opisach cierpienia psychicznego - kto zna jej „Urazy mózgu”, ten wie, że potrafi uderzyć swą brudną, zwichrowaną prozą niczym młotem. „Dziwne anioły” nie posiadają intensywności tamtej powieści, są znacznie łagodniejsze, być może dlatego, że to nie narrator - sfrustrowany fotograf - jest tu tym cierpiącym. Zafascynowany rysunkami wykonywanymi w ramach terapii przez młodego schizofrenika, obserwuje go dzień po dniu - jako przyjaciel, współlokator oraz swego rodzaju wampir psychiczny. Mimowolnie rejestruje jego powolną przemianę w wyżartego kwasem obłędu aż do jałowej bieli nieczłowieczeństwa anioła bólu.

Koja pisze w pierwszej osobie, z punktu widzenia mężczyzny; mam wrażenie, że daje to efekty bardziej interesujące niż w przypadku pisarzy-mężczyzn wnikających w umysły kobiet. Charakterystyczny styl Koja, do maksimum nasycający przekaz emocjami, czyniący z byle opisu manifestację stanu psychiki bohatera, sprawia, iż cała książka stanowi w istocie jeden skumulowany ładunek empatyczny. Nie tak silny, jak w przypadku „Urazów”, jednak dalece przekracza obowiązującą „normę”. Stanowi to zresztą kwestię bardziej stylu niż obranego tematu - o czymkolwiek Koja by pisała, jej proza wywierałaby zapewne to samo wrażenie brutalnej, nieprzyzwoitej wręcz szczerości i dziwności - chorobliwości! - zadzierzganych skojarzeń. Chwilami zdawać się może niechlujna, chwilami zaś zgoła odkrywcza. Literatura wytworzyła obszerny, acz zamknięty zbiór metafor, odniesień, porównań; zwrotów i sposobów odmalowywania sytuacji; pisarz wybija się na indywidualność poprzez walkę o wyzwolenie od posługiwania się tymi narracyjnymi modułami. Niektórym - większości - nie udaje się to nigdy i w najmniejszym stopniu. Koja natomiast ograniczona jest tylko czytelnością przekazu. To dzika, nieokiełznana kanonami stylistyki proza.

Umysłowe aberracje, psychiczne katusze, pokręcone uczucia - nadają się na jej temat zgoła idealnie. Taki sposób opisu (postrzegania) rzeczywistości wręcz wymusza jej deformację, oryginalność to syndrom choroby. Koja stosuje ten chwyt, by umożliwić czytelnikowi choć pośrednie wejrzenie w umysł szaleńca. Czy jej się to udaje? Nie; zdecydowanie przeważa jednak opis zewnętrzny i dominuje szaleństwo powstające w oku narratora: to on jest pryzmatem, na który pada białe światło schizofrenii. Lecz w takim razie jakie obrazy, projekcję czego śledzi w trakcie lektury czytelnik? Jakie cienie rzuca ów nie spełniony fotograf? Widać tu wyraźnie kolejną przewagę „Urazów” nad „Aniołami”, bo narrator „Aniołów” przez większość książki stanowi medium jeśli nie doskonale obojętne, to w każdym razie blade i jednobarwne. Paląca biel obłędu uderza przez tę kliszę prosto w źrenice czytelnika - oślepiony, bardzo długo mruga, nim z chaosu powidoków wyłowi jakiś konkretny obraz. Nie zawsze to się udaje. Światło jest bardzo mocne.

W fantastyce niewielką sławę zyskują autorzy których jedynym bądź głównym atutem pozostaje językowa sprawność, oryginalny styl, mistrzostwo warsztatowe. Na odwrót: wiele książek źle, niechlujnie napisanych szczyci się tu uznaniem i popularnością z uwagi na zawarte w nich pomysły scenograficzno-ontologiczne bądź rozwiązania fabularne. To tendencja naturalna, nic nie da bunt przeciwko niej. Lecz głupotą i samozubożeniem byłoby odrzucanie czy ignorowanie autorów takich, jak Kathe Koja - nie przydadzą oni gatunkowi masy mięśniowej, ale piękna z pewnością.

Jacek Dukaj

Kathe Koja Dziwne anioły. Tłum. Robert P. Lipski. Zysk i S.ka 1997. Cena 14,50 zł. Kameleon.