Powiadają, że nadchodzi czas hybryd. Jest to pewna oznaka dekadencji, słabości krwi, gdy tylko w jej zmieszaniu zachowujemy nadzieję na zdrowe, silne potomstwo. Proszę spojrzeć, co się dzieje w fantastyce: w ciągu ostatnich kilkunastu lat zaroiło się tu od tylu krzyżówek jej konwencji, że nieraz łatwiej znaleźć efektowną nazwę i definicję takiego podgatunku, niż utwory faktycznie realizujące jego założenia. Coś podobnego przydarzyło się steampunkowi. „Maszyna różnicowa” Williama Gibsona i Bruce'a Sterlinga obiecywała temu mieszańcowi cyberpunku z cofniętą technologicznie historią alternatywną wielką przyszłość - tymczasem brak nie tylko kontynuatorów, ale choćby utalentowanych naśladowców.
Tym niemniej krzyżujemy się dalej. Lecz czasami trudno odróżnić nową mutację od zapomnianego przodka. „Perdido Street Station” (oraz jej luźny sequel, „The Scar”) autorstwa niejakiego China Miéville, to hybryda steampunku właśnie z urban fantasy w rodzaju „Metropolity” Williamsa czy „Córki Żelaznego Smoka” Swanwicka. I już naprawdę nie mam ochoty wymyślać dla tej konwencji nowej nazwy - po co próbować umniejszać oryginalność kreacji, udając, iż jest to fragment jakiegoś większego trendu? Na razie China Miéville jest całym trendem. On sam, szukając stosownych określeń, cofa się do początku XX wieku, gdy rozróżnienie na SF, fantasy i horror nie było jeszcze jasne i mówiono na te wszystkie opowieści „weird tales”, jako i nazywał się publikujący je magazyn. Stąd twórczość China Miéville stanowiłaby „weird fiction”.
I już nie wiem: jest-li to hybryda starych trendów, czy też przykład powrotu do ich źródeł, do tego miejsca początku, z którego wyłoniła się cała fantastyka? Dziwimy się i chwalimy oryginalność, bo zapomnieliśmy o własnej historii.
Wbrew pozorom, China Miéville to nie pseudonim; sam twierdzi, iż takie imię wybrali mu rodzice-hippisi, kierując się brzmieniem słowa. Ze zdjęcia na okładce spogląda na mnie muskularny skin z kilkoma kolczykami w uchu. Znowu błędne skojarzenie. Miéville studiował antropologię i stosunki międzynarodowe, obecnie robi doktorat z prawa międzynarodowego. Kandydował także do Izby Gmin z ramienia radykalnych socjalistów. Aha, w wolnych chwilach rysuje komiksy.
Przytaczam te informacje o autorze, bo jego proza jest równie bogata, splątana, wieloznaczna i niekonwencjonalna, co jego życie. Wśród mistrzów i źródeł inspiracji wymienia, obok Philipa Dicka, Gene Wolfe'a, Mervyna Peake'a, Michała Bułhakowa i Franza Kafki, także daleko mniej znanych na Zachodzie Polaków: Bruno Schulza i Stefana Grabińskiego. I rzeczywiście, widać to w jego prozie.
Bohaterem „Perdido Street Station”, bardziej niż którakolwiek z postaci, jest Nowe Crobuzon, miasto-moloch, kilkumilionowa metropolia kamienia i stali, dymu i pary, wielkich, gotyckich gmachów i wrzących truciznami kanałów ściekowych. Jedna z jej dzielnic nazywa się Żebra, ponieważ góruje nad nią szkielet korpusu zwierzęcia zapomnianego gatunku, zagrzebany pod fundamentami wielusetmetrowy kręgosłup i przesłaniające słońce i księżyce żebra. W tym mieście obok ludzi żyją przedstawiciele dziesiątek przedziwnych ras: owadoidalne khepri, wodne vodyanoi, skrzydlate wyverny i garuda. Spotkać też można aberracje mechaniczne: Przerobionych, ludzi i zwierzęta z dosztukowanymi przez biotaumaturgów częściami mechanicznymi, czy wręcz rozmaite barokowe roboty u progu samoświadomej AI. Wszystko to, oczywiście, poruszane siłą maszyn parowych - co nie powinno stanowić obrazy dla fizyki, bo w tym świecie rządzi hemia, eliktryczność, taumaturgia, nekromancja i zautomatyzowana demonologia. Jednym z bohaterów jest Isaac, naukowiec pracujący nad Teorią Zjednoczonego Pola - ichnią wersją Great Unification Theory - sprowadzającą do tzw. „energii kryzysu” oddziaływania fizyczne, magiczne i psychospołeczne. Lecz każda próba rozróżnienia opisywanych przez Miéville fantastycznych efektów na „naukowe” i „magiczne” wypadnie idiotycznie: to są kategorie obce światu powieści. Weźmy taką Bombę Torque, spuszczoną z crobuzańskiego sterowca na wrogie miasto: skutki niczym po eksplozji nuklearnej, ale „choroba popromienna” objawia się np. nagłym znikaniem fragmentów ciała, niczym wymazywanych z rzeczywistości. Tak samo zespala Miéville z fikcją realizm społeczny i polityczny. Dokerzy vodyanoi strajkują, blokując rzekę: za pomocą tajemnej sztuki tak morfują masy wodne, że koryto rzeki przegradza kanion powietrza, którego żaden statek nie przebędzie. Burmistrz odpowiada posyłając milicyjne sterowce, z których spada desant mechaniczo-organicznych oddziałów, następuje masakra portowców, zakapturzeni milicjanci o kończynach wspomaganych parowymi siłownikami, zamknięci w ciężkich zbrojach, rozbijają ukrytą redakcję nielegalnej gazetki opozycjonistów... Jeśli kto sądzi, że to humorystyczna fantasy a la Pratchett, myli się całkowicie: bohaterowie mogą wymieniać żarty w swoim wulgarnym miejskim slangu, ale Miéville ani razu nie puszcza oka do czytelnika - dominuje ponury nastrój, czernie i szarości, ofiary cierpią naprawdę, niesprawiedliwości budzą naszą wściekłość, brzydota aż boli i nikt nie zostanie tu zbawiony mocą konwencji.
To mocna, buzująca energią i pomysłami powieść, dowód świeżej, oryginalnej wyobraźni, która nie uznaje ograniczeń ni autorytetów; ta radość, towarzysząca autorowi podczas konstruowania świata, udziela się czytelnikowi. Nie jest to jednak utwór doskonały w wykonaniu, pierwsze dwieście stron stanowi długą rozbiegówkę, ekspozycję miasta i bohaterów, fabuła rusza tak naprawdę dopiero od jednej trzeciej książki. Isaac hodował barwną gąsienicę żywiącą się narkotykiem telepatii, aż urosła do gigantycznych rozmiarów; nareszcie zamknęła się w kokonie, by dokonać przeobrażenia. Kiedy w dorosłej postaci wylatuje w niebo nad Crobuzonem i uwalnia czworo swych pobratymców, blady strach pada na miasto. Burmistrz dzięki naukowo opracowanemu rytuałowi „bezkrwawej ofiary” przyzywa Ambasadora Piekieł - ale Piekło odmawia pomocy...
Piszę o tej książce, namyślając się, czy jest to gatunkowa hybryda, czy wręcz przeciwnie: kontynuatorka tradycji dopiero potem zmutowanych w SF, fantasy, horror etc. - tymczasem temat samej „Perdido Street Station” stanowi łączenie obcych sobie elementów, hybrydyzacja biologiczna, psychiczna i ontologiczna. Lin, kochanka Isaaca, to khepri: głowa owada, ciało kobiety. Isaac jest człowiekiem. Ich miłość nie jest w oczach Miéville ani trochę bardziej „nienaturalna” niż niegdyś miłość białego i Murzynki; wszystkie dla niej przeszkody wynikają z uprzedzeń społecznych. Mafijny boss, pozujący do rzeźby Lin, hybryda hybryd, o którym nie sposób już nawet powiedzieć, co z czym się tu połączyło, wygłasza za autora jego credo: „Oto, na czym opiera się świat, panno Lin, co go napędza: zespolenie tego, co obce. Punkt, gdzie jedna rzecz staje się drugą. Dzięki temu ty, miasto, świat są, czym są. Oto, co mnie interesuje: obszar, gdzie przeciwieństwa stają się jednością. Miejsce hybrydyzacji”.
Z równym zaangażowaniem wypowiada się China Miéville o założeniach swej prozy i sytuacji fantastyki. „Skoro cała frajda polega na braku ograniczeń wyobraźni w fantasy, czemu nie wprowadzić zupełnie innych tematów? Czemu nie użyć fantasy do obnażenia społecznego i estetycznego zakłamania?” „Problem z tradycyjną fantasy polega na tym, iż rozpieszcza ona czytelników przez trzymanie się pewnych schematów. Tolkien mówił wręcz o „literaturze pocieszenia”, czego już naprawdę nienawidzę. Używać fantasy do pocieszania znaczy zdradzać ją; tego rodzaju fantasy nie jest po prostu dosyć fantastyczna”. „Wchodzimy teraz w nowy okres, renesans radykalizmu twórczego w fantasy, rzecz nie widziana od czasu Nowej Fali z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, stąd można ją ochrzcić Następną Falą. To jest literatura bezkompromisowa. Na taką literaturę zasługujemy”.
Jedyny to chyba przypadek, gdy w stu procentach zgodzę się z manifestem marksisty.
Jacek Dukaj
China Miéville „Perdido Street Station”, Macmillan Publishers Ltd. 2000