Podejrzenia co do istnienia Algorytmu, przeczucia rzeczywistości zwierzchniej względem naszej - poziomu „asemblera wszechświata” - gnębią człowieka od zawsze. Zmienia się tylko ich natężenie (fale podnoszą się i opadają; teraz widać krzywa idzie w górę) oraz język, jakim mogą zostać wyrażone. Trzeba to jasno powiedzieć:
Wszelako napięcie nie istniałoby, gdyby w zbiorowej podświadomości podejrzenia nie narastały już czas jakiś.
Stopniowo pojawiało się coraz więcej filmów, które za główny temat obierały procesy demaskacji rzeczywistości, przejrzenia jej powierzchniowej - a fałszywej - natury. Co prawda obrazy o takiej wymowie powstawały już wcześniej, no i nigdy nie zarzuciła tych wątków literatura, zwłaszcza w ramach konwencji SF - obecnie jednak owe straszliwe podejrzenia co do prawdziwego oblicza wszechrzeczy przeniknęły do kultury masowej, popularnej. Ludzie zaczynają Wątpić.
Punkt krytyczny wyznacza ekonomia. Oto produkuje się za 100 milionów dolarów „Matrix”, a 300 pójdzie na 2 jego sequele. Dlaczego? Ponieważ przyniósł wielki zysk; ludzie chcą to oglądać; chodzą nań do kina po wiele razy - bynajmniej nie dla efektów specjalnych (nie tylko), lecz własnie dla tej wizji świata, który „has been pulled over your eyes to blind you from the truth”. O czym się można łatwo przekonać skacząc po mnożących się w błyskawicznym tempie stronach fanowskich tego filmu czy zaglądając na poświęcone mu usenetowe grupy dyskusyjne. Spiratowany, w formie plików mpg-owych, krążył „Matrix” po akademikach i między wtajemniczonymi na miesiące przed polską premierą, ledwo ukazał się w USA. Wciąż krąży. Wielki sukces jego sprzedaży na DVD nikogo nie dziwi. Jeśli coś jeszcze w ogóle znaczy słowo „kultowy” - ten film stał się kultowy. Rezonans został wzbudzony. We właściwym czasie wypowiedziano właściwe słowa.
Ludzie jednak byli gotowi już wcześniej, już przeczuwano trend, kumulowały się w wyobraźni filmowców zwiastuny nadejścia. „Dark City” Proyasa, „eXistenZ” Cronenberga, „Truman Show” Weira, „13th Floor”, w kolejce czekają: „Neuromancer” wg Gibsona, „Timeline” wg Crichtona, „Avatar” Camerona i, dla małego ekranu, „Harsh Realm” Cartera; zaś filmy odwołujące się do coraz fantastyczniejszych teorii spiskowych trudno wręcz zliczyć.
Najrzadsze, bo najbliższe zarazem klasycznej paranoi, wyraża się w solipsystycznym przekonaniu, iż pewny mogę być jedynie własnego istnienia, a wszystko inne - podlega zakwestionowaniu. Zwątpienie to jednak nie kończy się na zdrowym fenomenologicznie „ja transcendentalnym” Husserla - lecz idzie dalej i zakłada premedytowany fałsz, gigantyczną operację omamienia jednostki za pomocą nieprawdopodobnie skomplikowanego Algorytmu sterującego indukatorami jej wrażeń. Częściej zetknąć się można z łagodniejszą formą Zwątpienia: podejrzeniem ciągłego deformowania przepływającej między ludźmi informacji. Stąd ma wynikać niemożność porozumienia się, drastyczna odmienność posiadanych obrazów rzeczywistości, poczucie alienacji, ucieczka w Formę. Wątpiący zresztą zazwyczaj sam nie uświadamia sobie własnych wątpliwości; konieczny jest impuls zewnętrzny, sytuacja kryzysu. Wówczas też nie nazwie tego zwątpieniem, a raczej przeczuciem, intuicją. On bowiem jedynie zdaje sobie sprawę, że coś jest nie tak, że coś tu się nie zgadza, że funkcjonowanie świata ulega jakimś zakłóceniom. Ukryte reguły wpływają na jego życie, coś się wynurza z głębszego poziomu rzeczywistości i deformuje swą masą kształty napowierzchniowe: sekretny Algorytm rządzi niewidzialną ręką.
Ewolucja zwątpienia Neo w „Matrixie” zaczyna się właśnie od takich przeczuć współczesnego Everymana: „It's that feeling you have had all your life. That feeling that something was wrong with the world. You don't know what it is but it's there, like a splinter in your mind, driving you mad”. Po ujawnieniu prawdy przez Morfeusza Neo przechodzi załamanie i krótką fazę zwątpienia totalnego. Kończy (a widz z nim) jako świadomy zafałszowań w przekazie informacji i uczący się nimi sterować: wstąpił na poziom Algorytmu.
Nie lepiej też jest ze stawianiem pytań. Spopularyzowanie idei virtual reality skanalizowało Zwątpienie w wizjach człowieka otorbionego komputerowym dostarczycielem bodźców. W „eXistenZ” bohater gubi się w rachubie poziomów rzeczywistości. „13th Floor” jest bardziej przewrotne - podważa byt samego bohatera. Wszakże przed erą VR ukazywano Zwątpienie uciekając się do narkotyków tudzież choroby psychicznej - przychodzi na myśl „Nagi lunch” wg Burroughsa. Zresztą język SF wyjątkowo dobrze sobie radzi z tym typem Zwątpienia, vide „They live” Carpentera. Najgorliwiej Wątpił chyba Dick.
Jeszcze wcześniej, przed erą rozumu - cóż cisnęło się na usta, gdy zaczynał niespodzianie dostrzegać pomniejsze raguły Algorytmu? Bóg. Bogowie. To, Co Niewidzialne.
Należałoby, rzecz jasna, spróbować odpowiedzieć na pytanie o przyczynę obserwowanego obecnie narastania Zwątpienia. Skąd akurat dzisiaj podobne nastroje? Co takiego się zdarzyło, iż ludzie przestali bezwarunkowo ufać swoim zmysłom i doszukują się jakiejś Drugiej Warstwy, Głębszych Reguł, Praw Ukrytych? Nie dowiemy się tego z artykułów prasowych, ani z omówień telewizyjnych - dziennikarze, rozpoznawszy korelację, jak zwykle przeprowadzili wnioskowanie po linii skojarzeń najprostszych: wszystkiemu winna virtual reality. Trzeba więc samemu ruszyć głową. Spójrzmy wstecz, na lata poprzedzające trend. Co takiego się wydarzyło? Co się zmieniło?
Któż bowiem może dziś rzec o sobie, że nigdy naprawdę, szczerze nie Zwątpił? Choćby w tej najłagodniejszej formie. Zwątpienie nie zależy od światopoglądu, wyznawanej (lub nie) religii, wykształcenia, wpajanej kultury. Któż z nas chociaż raz nie miał takiego wrażenia, że „coś złego dzieje się ze światem”; chociażby raz nie doświadczył takiego ciągu zdarzeń, po którym w poszukiwaniu odpowiedzi udałby się za Białym Królikiem wszędzie i połknął każdą pigułkę...?
Jacek Dukaj