Człowiek jest ...

Poniższy tekst ukazał się pierwotnie w czasopiśmie „SFinks” nr 21 (2000-01).

Człowiek jest coraz bardziej zabiegany, coraz więcej procentowo czyta w czasie „pomiędzy”, tych wykradanych tu i tam kwadransach i godzinach: w autobusach, w poczekalniach, w pociągach. Zaczynam doceniać rzeczy dotąd mi obojętne: format, wagę i wytrzymałość książek. Nieuchronnie obsuwają się one w kategorię jeszcze jednego dobra czysto użytkowego. Tym wyżej cenić sobie trzeba „książki par excellence”, piękne jako książki.

Na Boże Narodzenie Zysk i Prószyński wypuścili dwie takie pozycje, typowe wydawnictwa „gwiazdkowe”: grube a drogie (no, względnie drogie) tomiszcza antologii zachodniej fantasy: „Legendy” i „Złotą Księgę Fantasy”. Właściwie tytuł drugiej jest nieco mylący: zawarte w niej opowiadania to w większości nie fantasy, w każdym razie nie ta klasyczna, „czysta”. Odwrotnie „Legendy”: chyba właściwie tylko co do „Siódmej świątyni” Silverberga i „Posłańców” McCaffrey można mieć niejakie wątpliwości - fantasy? SF?

Obydwie pozycje polecam, chociaż niekoniecznie tym samym czytelnikom. „Legendy” zostały zaplanowane na bestseller i były bestsellerem. Przepis Silverberga (pomysłodawcy antologii) jest wyjątkowo prosty: zebrać w jednym tomie niepublikowane dotąd opowieści (po prawdzie: pisane na jego zamówienie) ze wszystkich najlepiej się sprzedających cykli fantasy. A proszę mi pokazać miłośnika fantastyki, który nie byłby zarazem fanem przynajmniej jednej z tych serii. Chyba nie ma takich. Przedsięwzięcie było zatem skazane na sukces. Teraz pozostaje Silverbergowi już tylko zebrać analogiczną pulę z najgłośniejszych serii SF; będą przecie kolejne święta, kolejne gwiazdki...

Z faktu jednak, iż przedsięwzięcie jest komercyjnym sukcesem nie sposób wyciągać wniosku, że stanowi ono zarazem artystyczną porażkę - nie ma takiej implikacji (co najwyżej mocna korelacja częstotliwościowa). Tak też i w „Legendach” znajdujemy przynajmniej trzy kawałki solidnej prozy. Najbardziej urzekł mnie „Błędny rycerz” George'a R. R. Martina (sporo w przedzie przed resztą stawki), rozgrywający się w świecie „Gry o tron”, choć parę wieków wcześniej. Opowieść ta pozbawiona jest całkowicie elementów magicznych, za to duży nacisk kładzie w niej autor na realizm historyczny (podobnie jak w całym cyklu) - i zaiste przy scenach walki na turnieju rycerskim zostałem dotknięty przez jakieś literackie deja vu, tak bliska zdała mi się ona scenie pojedynku z „Krzyżaków”. Dobrze czyta się również „Szeroko uśmiechniętego mężczyznę” (nareszcie Card bardziej humorystyczny niż moralizatorski) oraz „Ważkę” Le Guin (której puenta wszelako wiele traci przez etymologiczną rozbieżność polskiego i angielskiego).

Kolekcja zawarta w „Złotej Księdze Fantasy” jest bardziej zróżnicowana, są tu rzeczy stare i nowe, autorów nieznanych i mistrzów gatunku, przy czym połowa tych opowiadań była już w Polsce gdzieś-kiedyś publikowana (że wymienię „Śmierć na balu” Beagle'a, którą dobrze pamiętam z pierwszych lat „Fantastyki”). Selekcjonerem także tego zbioru był Silverberg. „Księga” zawiera dwakroć więcej tekstów niż „Legendy”, kosztuje o połowę mniej - i ją polecam goręcej, pod względem czysto literackim stoi ciut wyżej od „Legend”. Zarazem jednak ostrzegam: przypadkowy czytelnik może dać się zwieść tytułowi, jest to bowiem „fantasy” w znaczeniu najbardziej podstawowym - fantazji, bajki, „niesamowitej historii” - nie zaś tym zawężonym przez konwencję do realizacji prezentowanych chociażby w „Legendach”. Tak więc „Złota Księga” serwuje nam opowieści, z których ponad połowa wypełnia definicję horroru (podanego serio lub z przymrużeniem oka); w każdym razie rozgrywają się one na naszej Ziemi, współcześnie lub w bliskich historycznie realiach. Do wyjątków zaliczyć należy opowiadanie Fritza Leibera z cyklu o Fafhrdzie i Szarym Kocurze.

Z „Legendami” wiąże się natomiast inna ciekawa kwestia. Jest to rzecz wydana - jak na polskie warunki - wręcz luksusowo, w standardzie zachodnich hardcoverów, licząca sobie stron 740... kosztuje 70 zł. Odruchowo przeprowadzam kalkulację: ostanie „połówkowe” tomy Roberta Jordana u Zyska kosztują właśnie po około 35 zł. Dlaczegóż więc czytelnikowi nie dać Jordana nie dzielonego, w twardych okładkach, na lepszym papierze, w większym formacie - a za te same pieniądze? Otóż okazuje się, iż nieprzekraczalnym progiem pozostaje tu dla wydawcy pułap możliwego jednorazowego wydatku przeciętnego czytelnika.

Podług tej logiki „Mistrz Zagadek z Hed” powinien się sprzedawać bardzo dobrze. Małe, tanie; fantasy; i początek cyklu. Nie jest to rzecz powalająca na kolana - niemniej bardzo przyzwoita, sympatyczna, dobrze i szybko się czytająca „bajkowa” fantasy. Rzecz wyszła u MAG-a w serii „Andrzej Sapkowski poleca”, tenże opatrzył ją wstępem. I nic dziwnego, widać wyraźnie u McKillip - w manierze deheroizacji baśni, w sposobie narracji - inspiracje dla fantasy AS-a. „Mistrz Zagadek z Hed” opowiada o wędrówce młodego władcy prowincjonalnego księstewka w poszukiwaniu odpowiedzi na liczne zagadki: dotyczące zarówno jego samego, jak i przeszłości i przyszłości całego jego świata. Ma, oczywista, przygody - ktoś dybie na jego życie, ktoś przeciw niemu intryguje, ktoś mu pomaga w ucieczce, być może ta sama osoba - książę zdobywa magiczny miecz, dociera do siedziby władcy-boga... i tu cliffhanger: trzeba czekać na tom drugi. Stosowna lektura na dwugodzinną podróż pociągiem. Jedyna wada: zbyt wielka na trzystu stroniczkach kumulacja nowych nazw i nazwisk.

Dla przeczytania „Miasta Złocistego Cienia” natomiast należałoby podróżować chyba z Zakopanego na Hel. 800 stron, i to znacznie większego od McKillip formatu. Gorzej: to pierwszy tom tetralogii. Wpisuje się ona w trend fantastyki wykorzystującej spopularyzowaną VR (w tym wypadku należałoby raczej używać skrótu „AR”: artificial reality - takiej złożoności i rozległości są to symulacje) jako uzasadnienie dla dowolnie fantastycznych fabuł i światów. Bo też na tym zasadza się atrakcyjność „Miasta”: na rozbuchanej scenografii, poza AR praktycznie niedopuszczalnej. I po prawdzie całe „Miasto” to jedna długa ekspozycja - nawet się w nim jeszcze wszyscy bohaterowie nie spotykają, sens intrygi nie zostaje ujawniony. Tad Williams, który zasłynął z monumentalnej trylogii fantasy „Pamięć, Smutek i Cierń”, zaaplikował teraz ten sam schemat fabularny do przygodowej SF: epicka fuga, pół tuzina wątków, cztery światy. Nie jest to nazbyt porywające czytadło, ani też nie powala Pomysłem: rażą też trochę łopatologiczne tłumaczenia technologii VR na początku książki. Dlaczego zatem ją polecam? Bo jest „Miasto” dokładnie tym, czym się obiecuje: panoramiczną, bajecznie kolorową, nie angażującą wyższych czynności umysłowych opowieścią dla młodszych i starszych miłośników fantastyki, a także tych, którzy się dotąd w ogóle z nią nie zetknęli; napisaną więcej niż poprawnie. Komu się podobała trylogia fantasy Williamsa, nie pogardzi też jego tetralogią SF. Solidna fantastyka „środka”.

Inny Williams: Walter Jon. Po odkryciu przez nieocenionego Miszkurkę z MAG-a inne wydawnictwa zabierają się za starsze rzeczy tego autora. Tym sposobem pojawił się w Polsce „Ryk tornada”, powieść sprzed dobrych kilkunastu lat, z okresu cyberpunkowego Williamsa (czy właściwie już postcyberpunkowego). Jak zwykle u WJW: warsztatowo bezbłędne, garść ciekawych pomysłów, wgryzający się w duszę klimat. Wystarczyłoby, żeby polecić - jest jednak jeszcze jeden powód. Powieść ta moim zdaniem jest jedną z tych kilku charakterystycznych pozycji zachodniej SF końca lat 80-tych, początku 90-tych, które pokazują na żywym organizmie proces dezintegracji cyberpunku, utraty przezeń tożsamości, zrzucania skóry konwencji. Założywszy, iż faktycznie istnieje coś takiego jak „postcyberpunk”, w „Ryku” obserwujemy go in statu nascendi. Z początku jest to bowiem jeszcze niby klasyczny CP: samotny protagonista w świecie wielkich korporacji, młodzieńcze gangi, modyfikacje ciała i umysłu... Ale potem akcja ucieka w kosmos, pojawiają się Obcy, widmo wojny międzygwiezdnej - cyberpunk nie potrafi tu już utrzymać wewnętrznej spójności, „czystości”, była to - jak się okazuje - konwencja nazbyt „domknięta”, próby ratunku przez sięganie na zewnątrz tylko jeszcze bardziej ją zanieczyszczają. „Ryk tornada” kończy jako taka mniej bajkowa, lepiej napisana space opera á la McMaster Bujold.

Skoro już mowa o książkach starszych - SuperNowa wznowiła właśnie trylogię Edmunda Wnuka-Lipińskiego „Wir pamięci”, „Rozpad połowiczny” i „Mord założycielski”, zbierając wszystkie trzy powieści w jednym tomie (który mimo to nie kosztuje więcej, niż połówka Jordana). Rzecz jest teraz uważana za klasykę, wręcz sztandarową polską SF socjologiczną (nic dziwnego: jej autor jest Pierwszym Socjologiem RP) - ja jednak zapamiętałem te powieści przede wszystkim jako wciągającą, szybką i łatwą w lekturze fantastykę sensacyjną (być może z racji wieku, w jakim je czytałem). Warstwa znaczeń „wyższych” nie narzuca się czytelnikowi, nie przeszkadza w śledzeniu poczynań bohaterów, choć przedstawiony model świata jest bardzo wyrazisty, można Opowieści Apostezjańskie czytać tak i tak. Słowem: podwójna przyjemność. Dla młodszych miłośników SF może to nawet nieść pewien posmak egzotyki, niespodziewanej nowości.

Z czymś dokładnie przeciwnym stykamy się w „Transmigracji Timothy'ego Archera” Philipa Dicka. Jest to powieść zamykająca jego „trylogię objawienia” czy „trylogię śmierci” (chyba jeszcze nie posiada ona oficjalnej nazwy). Przypominam: zaczyna się „Valis”, potem „Boże inwazje”; potem: „Transmigracja”. Oprócz ciągłości obsesji nie ma między tomami innych powiązań. Część ostatnia jest z całej trylogii najsłabsza; również najmniej fantastyczna. Kto czytał biografię Dicka pióra Sutina, ten spostrzeże jak blisko autobiografii Dick się tu znalazł. To, co wcześniej kładł był PKD jako mniej lub bardziej metaforyczną „nadbudowę” swych pokręconych, nadfantastycznych fabuł - teraz prezentuje w pierwszej, podstawowej warstwie, w autentycznej historii apostazji i szaleństwa biskupa Pike'a (tu, zapewne dla ochrony przed pozwami, ochrzczonego Timothym Archerem). Rzecz dzieje się w latach 70-tych w Kalifornii. Śmierć krąży wokół narratorki, synowej biskupa, po zacieśniającej się spirali znaczonej zgonami bliskich; na koniec natyka się na Timothy'ego Archera. Rendez-vous ma miejsce na palestyńskiej pustyni - gdzie biskup udał się w poszukiwaniu pewnego grzyba. Grzyba, który jest prawdziwym inspiratorem i bohaterem Pisma Świętego, Duchem Świętym, Bogiem. Czujecie klimat? Nawet słaby Dick to Dick.

Na koniec dwie pozycje, które pewnie bym obraził nazywając „literaturą kolejową”, ale które zarówno ze względu na format, jak i objętość oraz nie wymagającą najwyższego skupienia treść - wydają mi się idealnymi lekturami do pociągu. (Proszę mi wybaczyć kryptoreklamę PKP w tych polecankach, ale piszę je właśnie do stuku żelaznych kół, zimowa szarość za oknem, wpółpasażerowie śpią albo właśnie czytają - i wszystko tak mi się kojarzy).

Mam tu na myśli „Krainę baśni” Paula McAuleya oraz „Milion otwartych drzwi” Barnesa. Obydwie powieści to porządnie napisana, niegłupia i oryginalna scenograficznie SF przygodowa. (Barnesa porównują w reklamach do Heinleina i nie jest to porównanie całkiem nieuprawnione). I również w tym bogactwie kreacji leży ich podobieństwo: obie kuszą czytelnika przede wszystkim proponowanymi wyobraźni światami. U McAuleya jest to Ziemia postnanotechnologiczna, u Barnesa - kosmos skolonizowanych planet. Świadomie nie wejdę głębiej w szczegóły, bo skoro to właśnie jest atutem owych książek, zmarnowałbym go pochopnie zagrywając tu nim ku zachęcie. Tego typu fantastykę czyta się, jeśli nie wyłącznie, to przynajmniej na równi z fabułą - dla przyjemności sukcesywnego odkrywania kolejnych praw skonstruowanego przez autora świata, kolejnych urokliwych detali, zaskakujących konsekwencji. I taką fantastykę, przyznaję, bardzo lubię; więc i na to proszę wziąć poprawkę.

Obaj autorzy rychło przypomną się nam następnymi książkami: Barnes - „Ziemią ze szkła”, sequelem do do „Miliona otwartych drzwi”; McAuley - Trylogią Spływu zaczynającą się od „Dzieci Rzeki”. Którą polecam tu z góry - bardzo klimatyczna, bardzo „Wolfe'owa” rzecz o rozległej, oryginalnej wizji (jak w przypadku Whorla: sztuczny świat).

Chyba dojeżdżam, wszyscy chowają książki, czas kończyć.

Jacek Dukaj