Obejrzałem sobie ostatnio trochę świeżych straszydeł, obok amerykańskiej papki także „trylogię brytyjskiego horroru” - jak na własny użytek łączę wyprodukowane niemal równocześnie: „28 dni później” z genialnym początkiem, „Dog Soldiers”, bardzo zabawne (kwestia „There's no Spoon” zupełnie mnie rozłożyła) i okropnie nudną „Deathwatch”. (Charakterystyczne cechy wspólne tych filmów: wszędzie żołnierze, wszędzie bohaterowie powyżej wieku licealnego, wszędzie koncepcje związane z oryginalnością scenografii/lokacji - co za ulga po amerykańskich horrorach szkolnych!)
W następnej kolejności trafiłem na film pt. „May”, w reżyserii i według scenariusza niejakiego Lucky'ego McKee (znowu utalentowany prawie-debiutant!). Reszta ekipy też absolutnie mi z nazwiska nieznana. May to imię głównej bohaterki, granej przez Angelę Bettis - granej rewelacyjnie. Tu zresztą nie jest możliwe najdrobniejsze potknięcie, May nie schodzi z ekranu ani na chwilę, a postać została obmyślona tak precyzyjnie, że nie pozostawia żadnego pola dla improwizacji.
Punkt wyjścia jest bowiem następujący: upośledzona (potężny zez) i wychowana przez matkę o antyseptycznej duszy dziewczynka wyrasta na zakompleksioną, nieśmiałą, nadwrażliwą kobietę. Drobna, szczupła, o spojrzeniu nawet po korekcie wzroku zawsze uciekającym gdzieś w bok i od rozmówcy. Pracuje w klinice weterynaryjnej. Żyje sama, w ciasnym, zagraconym mieszkaniu, pełnym bibelotów i fantastycznych kreacji krawieckich. To jej hobby: szyje sobie ubrania. Maniera jej stylu: pomieszanie materiałów i kolorów, patchwork ekscentryczny. Za jedynego przyjaciela May ma trzymaną w szklanej gablocie lalkę. (Ów motyw wydaje mi się najsłabszy w całym filmie, osuwamy się tu w tandetną psychologię symboli).
May jest koneserem pięknych detali: zakochuje się w chłopaku ze względu na jego „doskonałe” ręce. Inne jej upodobania: cięcie ciała. Chłopak pokazuje jej nakręcony przez siebie horrorek o parze zakochanych kanibali. „No i co o tym myślisz?” „Urocze”, odpowiada szczerze May, „ale nie mogłaby mu odgryźć palca za jednym razem, trochę to naciągnąłeś”.
Punkt dojścia: krwawe jatki i May-seryjna morderczyni. Same morderstwa wszakże to szczegół, istotna jest droga, po jakiej do nich May doszła, i konsekwencja jej konstrukcji psychologicznej. To jedno z owych fascynujących ćwiczeń filmowych, literackich: jak uczynić wiarygodnym i polubić potwora, którego w przeciętnym horrorze traktujemy jak plastikowy rekwizyt? I kto wie, czy nie jest to ćwiczenie ze wszystkich najbardziej udane. (Bo „Hannibal” to już jednak była wersja pop. Przychodzi mi do głowy jeszcze „Dahmer” Jacobsona...)
Wydawałoby się, że taki film będzie ponury i mroczny; nic podobnego. Sfilmowany w jasnych, słonecznych przestrzeniach, z lekką muzyką, ma też sceny ewidentnie komediowe. Na przykład w klinice weterynaryjnej, epizody komicznej makabry. „Kiedy wyjeżdżałem na wakacje, mój pies miał cztery nogi. A teraz wracam i ma trzy! Zróbcie coś! Rzucam patyk - i nic, nic się nie dzieje!” Albo gdy May wyleguje się z książką na słonecznym trawniku. „Co czytasz?” „O amputacjach” „Do pracy?” „Nie, dla przyjemności”. I trzeba widzieć z jaką dziecinną szczerością, bez śladu niby oczywistej ironii odpowiada May - no cóż dziwnego, po prostu czyta sobie dla przyjemności o amputacjach.
Cały film jest dobry, chwilami bardzo dobry, ale ostatnia scena, ostatnie ujęcie - to się nazywa Geniusz i Sztuka, to wchodzi do historii kina, obok szalonego Nicholsona z siekierą, powstającego z trumny Nosferatu Murnaua czy potwora Frankensteina. Nie opowiem, byłbym świnia. Tak, krwawe, makabryczne - ale trzeba obejrzeć samemu. Często używa się frazy, jak to fantastyka „przekracza granice swej konwencji” i „wynosi film na wyższy poziom”. Otóż „May” robi coś podobnego z horrorem, transcenduje grozę i turpizm, buduje na nich, wykorzystuje do sięgnięcia ku wzruszeniom najwyższym.
Jacek Dukaj