Dobrze ponad pół roku minęło od czasu, gdym spisywał ostatnie moje literackie typy dla czytelników „SFinksa” i uzbierało się trochę książek wartych zauważenia, a nawet trzy tytuły - w mojej opinii - obowiązkowe dla każdego SFana (tzn. takie, które grzechem byłoby przeoczyć). I od nich zacznę.
A zatem - „Zamieć” Neala Stephensona, tego od „Diamentowego wieku”. To jego wcześniejsza powieść, zarówno pod względem czasu powstania, jak i położenia na osi idei: świat „Wieku” opiera się na pomysłach stanowiących konsekwencje pomysłów rozwiniętych w „Zamieci”. Jest to mianowicie jajcarski cyberpunk wysokoenergetyczny, doprawiony sensacyjnym wywarem z lingwistycznych teorii Noama Chomsky'ego. Można go czytać jako thriller akcji lub thriller idei: i tu dreszcz, i tu. W żadnym razie nie nudzi; w istocie ciężko się oderwać. Hacker-samuraj, wycinający sobie drogę swymi mieczami zarówno w VR, jak i RL; jednoosobowe mocarstwo atomowe wypruwające z ludzi flaki za pomocą szklanych noży; mafia pizzerska; sumeryjskie algorytmy językowe etc.
Gdyby powieść tę napisał Gibson, posiadałaby ona pewien posmak kiczu; lecz Stephenson od początku jedzie ostro na karykaturze i człowiek, miast zastanawiać się nad realizmem, tylko rechocze. A jest z czego. Gibson posługuje się jednak angielskim omal klasycznym, tylko w dialogach idąc w gwary środowiskowe - podczas gdy „Zamieć” cała napisana jest slangiem. To już cyberpunk wyższego rzędu. „Neuromancer” powstał z zarażenia SF rozwijającą kulturą informatyczną; tymczasem ta kultura połknęła go i zasymilowała - i powtórna infekcja dała właśnie „Zamieć”. Stephenson bowiem to, w odróżnieniu od Gibsona, praktyk-programista.
Najnowsza jego powieść, imponujący objętością „Cryptonomicon”, rozgrywa się współcześnie oraz podczas II wojny światowej i opowiada o nigdy nie kończącej się wojnie kryptologicznej, przy okazji streszczając kilka wieków matematyki; ma to być pierwszy tom cyklu. Stephenson wyraźnie idzie w realizm, zostawiając SF za sobą, niby ten wąż zrzuconą skórę.
Kolejna lektura obowiązkowa to „Gniazdo światów” Huberatha, bodaj najdłużej oczekiwana polska powieść SF. Czy istotnie SF? Zmuszony obrać kategorię, rzekłbym tak: kryminał ontologiczny. Najgorsze, co mógłbym tu teraz zrobić, to streścić tę książkę. Zasadza się ona bowiem - podobnie jak każdy kryminał - na zagadce, której rozwiązanie w finale nadaje sens i usprawiedliwia cały utwór. Ale cóż to za zagadka! Jeśli potraktować tę fabułę jako śledztwo, byłoby to śledztwo w sprawie istnienia wszechświata. „Gniazdo” posiada nadto pewien haczyk, pułapkę na czytelnika: gdy za mocno się wczyta, może „wpaść” do książki.
Co sobie również cenię, Huberath nie oszczędzał na pomysłach (tzw. zawodowcy kierują się w SF zasadą: „największy efekt kosztem najmniejszej oryginalności”). Są tu trzy główne pomysły (warstwowa czasoprzestrzeń, odkształcacz pola probabilistycznego oraz książka w książce), gładko i logicznie zebrane w jeden Pomysł. Huberath pisze dosyć chropowato, kreuje światy ciężko depresyjne (kronika telewizyjna stanu wojennego do trzeciej potęgi) - w „Gnieździe” widać to tym bardziej, iż pochodzi ono sprzed ładnych paru lat. Wkład intelektualny i emocjonalny autora zawsze to jednak rekompensuje z nadwiązką. Jeśli szukacie powieści do namiętnych nocnych dyskusji - ta jest idealna.
Trzeci tytuł nie do ominięcia to biografia Philipa K. Dicka autorstwa Lawrence'a Sutina. Wszyscy dickolodzy przyznają, iż jest obiektywna. Ja mogę rzec, że jest dobrze napisana. Mnóstwo ciekawostek, szczegółów z życia Dicka (choć brak np. historii dekonspiracji Lema jako tworu KGB; i, jak ktoś słusznie zauważył, bliźnięta jednojajowe raczej rzadko różnią się płcią), także obszerne streszczenie jego twórczości. Sutin pisze trochę z pozycji fana, wchodzi jednak w życie Dicka z butami. Prawda, po śmierci, no i taka jest rola biografa - a jednak... Czytam z fascynacją cokolwiek chorobliwą. Im bliżej, tym więcej odstręczających detali widać. Wyłania się obraz człowieka małostkowego, o niezmiernie słabej woli, mściwego, trawionego nienawiścią do własnej matki... Coraz gorzej. A równocześnie z każdą stroną bardziej mu współczuję i więcej we mnie zrozumienia. W ten sposób przełamuje się bariery intymności. Sutin wykonał wspaniałą robotę.
Zastanawia tylko podejście biografa do doświadczonej przez Dicka teofanii. Wydaje się, iż hipoteza faktycznej boskiej interwencji nie jest tu ani razu brana serio pod uwagę. Wszystkie interpretacje przechodzą wpierw przez filtr psychoanalizy; nawet cytaty z „Egzegezy” służą jedynie jako świadectwa pośrednie. Marzy mi się, by np. Lynch zechciał opowiedzieć na ekranie historię spotkania pisarza SF z Bogiem; i tego, co takie spotkanie potem robi z inteligentnego agnostyka.
Piękna okładka. Dick, na tym zdjęciu niemal bliźniaczo podobny do Iana Holma w „Królu Learze”, spogląda na czytelnika łagodnymi oczyma śmiertelnie zmęczonego apostoła. Wie, ale nie potrafi wypowiedzieć.
Było sporo wznowień. Zwłaszcza Zysk postawił na tę strategię (tylko pochwalić!). Co jeszcze bardziej mnie cieszy - sporo wznawiano Gene'a Wolfe'a (bo to mój ulubieniec, o czym lojalnie ostrzegam). W Serii z Kameleonem ruszyła wspaniała „Księga Nowego Słońca”: Severian, Autarcha, były kat, spisuje ze swej absolutnej pamięci własną drogę na tron; najbogatszy i najoryginalniejszy ze znanych mi światów fantasy/SF. Wznowiono także dyptyk: „Żołnierz z Mgły” i „Żołnierz Arete” - dzienniki przygód najemnika o pamięci, dla odmiany, sięgającej zaledwie kilkanaście godzin wstecz, starożytna Grecja, fantasy mitologiczna (notabene Wolfe planował kolejne tomy, lecz wydawca mu odradził). Wszystko to jest literatura naprawdę piękna, pisana tak cudownie prostym, eleganckim stylem, że nadająca się wręcz do studiowania jako wzór. A przy tym fabularnie atrakcyjna, inteligentna i - wymagająca od czytelnika wielkiej cierpliwości, skupienia oraz pamięci zgoła ejdetycznej.
Wolfe powiedział kiedyś, iż nie uważa, by czytelnikowi należało daną informację podawać więcej niż raz. Oznacza to, że jeśli na dziesiątej stronie pierwszego tomu napisał, iż bohater jest mańkutem, czytelnik winien o tym pamiętać dwa tomy dalej, choćby już ani razu o tym nie wspomniano; i wyciągać wnioski dopiero na tej podstawie. Gorzej - u Wolfe'a większość informacji potrzebnych do wyciągnięcia prawidłowych wniosków podana zostaje dopiero ex post. Efekt jest taki, że wyobrażenie tworzone sobie przez czytelnika podczas lektury nijak nie odpowiada obrazowi końcowemu. Czytelnik musi aktywnie pracować nad „rozwiązaniem” powieści. Niektórych to odrzuca; niektórzy znowuż (w tym i ja, nieszczęsny) każdą inną literaturę mają odtąd za płaską i jakoś nierealistyczną.
Prócz wznowień, wychodzą Wolfe'a rzeczy nowe: „Księga Długiego Słońca” u MAG-a (tetralogia bardzo luźno powiązana z „Księgą Nowego Słońca”) oraz „Piąta głowa Cerbera” u Prószyńskiego. MAG na razie wydał „Ciemną stronę Długiego Słońca” i „Jezioro Długiego Słońca”. Ten cykl - choć wydaje się to niemożliwe - wprowadza czytelnika w jeszcze większy debet informacyjny niż opowieść Severiana: po pierwszych tomach nie wiadomo jeszcze prawie nic pewnego (ale spekulować może każdy do woli, proszę bardzo). „Piąta głowa Cerbera” prezentuje tę samą metodę pisarską w trzech opowiadaniach miast w trzech tomach. Swego czasu „Fantastyka” wydrukowała pierwsze z nich, tytułową „Piątą głowę Cerbera”. Nie najmądrzejsze posunięcie. Niewiele wywnioskujesz o słoniu po obmacaniu jego trąby.
Zysk wznowił także dwie inne, jak najbardziej warte lektury, powieści: „Vaterland” Harrisa (po „Brunatnej rapsodii” Basila, najmocniejsza faktograficznie i najbadziej klimatyczna historia alternatywna o zwycięstwie Hitlera; nie sugerować się durnym filmem!) oraz „Wywiad z wampirem” Rice, pozycja już klasyczna, powieść, która rozpoczęła nowy nurt w literaturze grozy (tu skojarzenia z ekranizacją nie szkodzą).
W ogóle Zysk, jak się wydaje, zdominował rynek przekładów fantastyki, zarówno pod względem ilości tytułów, jak i średniego poziomu. Goni go Prószyński; MAG stawia zaś na jakość, konsekwentnie wyszukując rodzynki.
Nie przeoczył Zysk kolejnej - obok „Koła Czasu” Jordana - wielkiej epopei fantasy, rozpoczynającej się właśnie „Grą o tron”. Rzecz pisze, znany nam doskonale z „Piaseczników”, George R. R. Martin i od „Koła” jest to literacko lepsze co najmniej o klasę. Oczywiście, epicki rozmach, dziesiątki postaci, tuzin krain, bogate tło historyczne, sceny batalistyczne, intrygi dworskie etc. Ale także: chwalebna powściągliwość w szafowaniu magią, postaci nie tak łatwe do sklasyfikowania, żadnych forów dla bohaterów, każdy może umrzeć, no i mentalność prawdziwie feudalna (to rzadkie w fantasy). Martin planował trylogię, ale już się mówi o tomach sześciu. Po pierwszych stu-dwustu stronach wciąga i uzależnia. Ładne zakończenie (chociaż poniekąd cliffhanger).
W Serii z Kameleonem wyszedł „Wróbel” Marii Donny Russell, który w Ameryce narobił sporo szumu. Co, moim zdaniem, dowodzi tylko, do jakiego stopnia ignorowała dotychczas religię anglojęzyczna SF - „Kantyczka dla Leibowitza”, „Kwestia sumienia”, prześmiewcze kawałki Morrowa, cóż więcej? „Wróbel” to jest mniej więcej poziom „Kwestii sumienia”. Prawdę mówiąc mam mieszane uczucia co do tej powieści. Analityczna część mego mózgu wysuwa na plan pierwszy dostrzeżone wady: rozdęcie pomysłu na opowiadanie do pięciuset stron, pretekstowość scenografii SF, naiwność naukowa autorki i, co gorsza, bohaterów etc. Wydawca porównuje na okładce „Wróbla” do „Ptaków ciernistych krzewów”, zaiste, nie bez przyczyny. Dylematy teologiczne są tu tego samego kalibru: celibat i banalna teodycea. Przechwycony zostaje sygnał z Alfy Centaura, Obcy nadają pieśni. Pierwsza na miejsce przybywa ekspedycja Towarzystwa Jezusowego. Następni badacze zastają przy życiu tylko jednego jej członka, ojca Sandoza, w bardzo złym stanie fizycznym i psychicznym. „Wróbel” to spowiedź jezuity, aż po szczegóły straszliwego finału. I tu właśnie kryje się przyczyna, dla której ją polecam. Otóż ona nie ma przemawiać do umysłu, lecz do serca; to pocisk emocjonalny, precyzyjnie wycelowany w czytelnika. Znam osoby, które autentycznie płakały czytając zakończenie. To mocna powieść obyczajowa w kostiumie SF, sprawna manipulacja uczuciami. Będzie sequel.
Prószyński z kolei wydał „Chagę” Iana McDonalda. Dobra, klimatyczna hard SF. Obce krajobrazy w zasięgu ręki, na Ziemi, można wjechać na wielbłądzie, wlecieć sterowcem; bardzo bliska przyszłość. Zarodniki spadają z kosmosu i rozrastają się w wielusetkilometrową Chagę, „fulerenową dżunglę”, matecznik tajemnic i obcych technologii. Działa na wyobraźnię, oj, działa. Jest tam tego więcej: zagadkowe obiekty na orbicie Saturna, zmierzające ku Ziemi olbrzymie konstrukcje, Chaga w odmianach podmorskich, teorie, pytania, zagadki - to, co tygrysy lubią najbardziej. Minus (bo jakiś musi być): rzecz nie zamyka się w jednym tytule, też ma kontynuację.
Firmowy autor Prószyńskiego, Orson Scott Card, przypomina się obyczajowym horrorem „Zagubieni chłopcy”. Obyczajowy - przez stron 400; horror - przez ostatnich 40. Świetnie napisana opowieść o młodym mormońskim małżeństwie. W ogóle jest to chyba najlepszy kawałek prozy, jaki dotychczas wyszedł spod pióra Carda. Elementy nadnaturalne doprawiają wykreowany świat, gdy już nie jesteśmy w stanie weń nie wierzyć. King zrobił bardzo podobnie w także najlepszej swojej powieści: „Smętarzu dla zwierzaków”. Tak oto dyskutują ze sobą językiem horroru mormon i liberał, inteligencja emocjonalna i racjonalność popkultury. Polecam, oba tytuły zresztą (Prószyński wznawia bowiem co lepsze rzeczy Kinga).
MAG natomiast, że zacytuję klasyka, „robi swoje”. Po świetnym „Aristoi” Waltera Jona Williamsa następne tytuły tego autora. „Metropolita” i „Miasto w ogniu” to dwa pierwsze tomy trylogii rozgrywającej się na przykrytej Kloszem planecie, gdzie sztukę feng shui rozwinięto do takiej perfekcji, iż z geomantycznych zależności między masami można bezpośrednio czerpać wszechużyteczną energię, tzw. plazmę, która daje nieśmiertelność, pali miasta, manipuluje genami, kontroluje umysły itd. To tyle jeśli chodzi o świat - bo tajemnice nie zostają odkryte, zasady rzeczywistości wyjaśnione; Williams trzeciego tomu jeszcze nie napisał. Ale czytelnik nie może się oderwać, śledzi karierę Aiah, ambitnej głównej bohaterki, od szarej urzędniczki do narodowej bohaterki - schemat znany, lecz sprawnie odrobiony, kibicujemy strona po stronie. Co dalej, co dalej? Williams jest fachman bez dwóch zdań.
Takoż MAG-a: „Córka Żelaznego Smoka” Swanwicka, którego tu uprzednio chwaliłem za „Stacje przypływu”. „Córka” to fantasy, ale fantasy całkowicie oryginalna. Niemożliwe? Ha, przeczytajcie, przekonacie się. Com postulował w „Filozofii fantasy”, to Swanwick (w większości) zrealizował w „Córce”, na swój Swanwickowy sposób. Świat z baśni, legend - ale konsekwentnie pociągnięty do przodu, tak, że można tu już rozgrywać (jak napisałby Lem) „gry wyższego rzędu”. Magia jako oczywistość, magia w miejsce nauki - i co z tego wynika w każdej z dziedzin życia. Tak. Dalej już tylko cyberfantasy.
Dla miłośników klasycznej, przygodowej SF, nie głupiej, ale i znowu nie ambitnej: „Dziedzictwo Heorotu” spółki Niven, Pournelle i Barnes. Grupka zdanych na własne siły kolonistów musi rozwikłać tajemice miejscowego ekosystemu i stawić czoła konsekwencjom swych zabaw z ekologią, przy których „Park Jurajski” to wesołe miasteczko. Fest czytadło. (Z sequelem).
Jakżebym mógł nie wspomnieć o zwieńczeniu wiedźmińskiej sagi? Chociaż, Bogiem a prawdą, kto miał kupić „Panią Jeziora”, już kupił; kto nie, tego i tak nie przekonam. Dość powiedzieć, że Sapkowski poradził sobie z zamknięciem cyklu na czwórkę z plusem. Byłaby piątka, gdyby nie wciśnięty metodą deus ex machina mit arturiański; to samo zniesmaczyło mnie we „Fionavarskim Gobelinie” Kaya. Ale poza tym - Sapkowski w wysokiej formie. Nie jest to oczywiście ten dowcip i rytm, co w opowiadaniach, lecz na pewno lepsze niż w poprzednich tomach. Cykl fantasy, który z czasem idzie w górę - rzadkość. A jeszcze taki, po którym widać, że autor przemyślał sobie fabułę na samym początku, nie dąży na siłę do happy endu i nie boi się zakończeń definitywnych... ha, rzecz to prawie niebywała.
Jacek Dukaj