Dopiero gdy człowiek zasiądzie do pisania takich „polecanek”, gdy musi sporządzić listę swych niedawnych lektur i wybrać godne wymienienia wydane właśnie tutuły sf czy fantasy - dopiero wtedy otwierają mu się oczy. Widzę teraz jasno jaka to latem panowała mizeria na rynku książki. Już nie mówię: arcydzieła; ale niechby chociaż rzeczy bardzo dobre. Liczę na palcach, raz, dwa, może trzy; jeszcze parę czysto rozrywkowych... No nie jest najlepiej. Tymczasem w katalogu „Verbum” znaleźć można sporo pozycji naprawdę wybitnych; co z tego, skoro wciąż tkwi przy nich literka C (najpewniej skrót od „Cierpliwie Czekaj Czytelniku”).
Zacznę tedy zachodząc z flanki, bo powrócę na chwilę do swego czasu już wspominanej przeze mnie serii Prószyńskiego i S-ki „Na scieżkach nauki”. Tym razem chodzi o pojedyńczy tytuł, „Samolubny gen” Richarda Dawkinsa mianowicie. Ponieważ zdaję sobie sprawę kto czytać będzie te słowa, zagaje w sposób następujący: jest to książka dla każdego fana sf, który zwraca podczas lektury uwagę na coś takiego, jak wewnętrzna logika kreacji czy wierność nauce. Zapoznawszy się, nawet pobieżnie, z wywodami Dawkinsa, będzie on mógł bezbłędnie rozróżniać wśród wymyślonych przez autorów sf obcoplanetarnych ekosystemów te prawdopodobne od nieprawdopodobnych (czytaj: wewnętrznie sprzecznych), tym samym rugując z science fiction byty ewidentnie baśniowe; nie wątpię, iż takowa brzytwa Dawkinsa uczyni wśród naszych kochanych Obcych prawdziwą rzeź. Poza tym można w „Samolubnym genie” znaleźć kilka teorii czysto fantastycznych, jak na przykład koncepcję replikatorów niematerialnych, czyli memów (ewolucja informacji).
Co się tyczy fantastycznych teorii, to wielką ich obfitość proponuje nam Konrad Lewandowski w swym zbiorze „Noteka 2015”. Zbiór jest tematyczny o tyle, że zawarte w nim teksty wiąże w jedną całość osoba głównego bohatera, znanego z „NF” redaktora Tomaszewskiego. Jak to się zdarza aż nazbyt często - najlepszymi opowiadaniami w książce okazują się te starsze, już znane; z przyjemnością jednak komunikuję, iż trzy nowe („Synara”, „Ogień”, „Myślokształty”) niewiele od nich odbiegają w dowcipie i rozmachu wyobraźni, w istocie „Myślokształty” spodobały mi się bardziej od „Półmiska”. Lewandowski prezentuje tu odmianę sf, która zdaje się być już na wymarciu, bo sf opartą na pomyśle, oryginalnej idei; myśl jest tu ważniejsza od czynów. Proszę zauważyć: red. Tomaszewski przez cały zbiór nikomu nawet nie daje w mordę; on po prostu MYŚLI, i to jego myśli doprowadzają do naszego zwycięstwa w polsko-amerykańskiej wojnie, kreują światowe trendy i mody, otwieraja przed nim przeszłość i przyszłość (bodaj najciekawszy z wynalazków Lewandowskiego: historioskop).
W kontraście: dla tych, co nie lubią myśleć, a preferują mordobicia i strzelaniny - powieść rozrywkowa par excellence, space opera dobra właśnie na lato: „Wróżbiarka” Mike'a Resnicka, pierwszy tom cyklu. Resnick powraca w nim na swój kosmiczny Dziki Zachód, znany m. in. z „Santiago”. Przyjemnie się czyta, jak zwykle u tego autora, mamy tu galerię barwnych postaci, ładnie rozegrane sceny, efektowne dialogi, trochę filmowej psychologii i - na koniec - zaskakujący zwrot akcji, wymuszający zmiane punktu widzenia czytelnika, co sprawia, że nie sposób nazwać tej space opery kompletnie bezmyślną. Niestety, nie mogę tego rzec o tłumaczeniu, witającym nas już na pierwszej stronie cudem translacji w rodzaju „najdalszego zasięgu zbadanej Galaktyki”. Może jednak udałoby się zwiększyć ów zasięg Galaktyki, dajmy na to podczepiając jej dodatkowe zbiorniki z paliwem, hę?
Od science fiction przeskakujemy do fantasy, i tu znów polskie nazwisko, zamierzam bowiem rzec parę ciepłych słów o książce Feliksa W. Kresa. Jako żywo, nie sądziłem, że kiedykolwiek się do tego posunę; doprawdy, przy największej nawet dozie złej woli trudno by mnie nazwać miłośnikiem twórczości Kresa. Bo prawda jest taka, że od czasu „Demona walki” nie zdarzyło mi się trafić na tekst tego autora, który by mnie ostatecznie nie zniesmaczył, czy to niewiarygodnością psychologiczną postaci, czy poplątaniem fabularnym. Jednakowoż, zachęcony pochlebną recenzją Jacka Soboty z pierwszego wydania „Króla Bezmiarów”, zdecydowałem się zakupić jego wznowienie (pono jest to wersja mocno zmieniona, w co chętnie wierzę, znając upodobania Kresa do upgrade'owania własnych utworów), i nie żałuję. W psychologii znaczna poprawa; takoż w fabule, która rozwija się od początku do końca po linii mniej więcej prostej, to znaczy - halsuje ostro, lecz na mieliznach nie osiada; irytuje jedynie ta ponura amoralność królująca w świecie Kresa, bo nawet po zastąpieniu dobra i zła przez równowagę i nierównowagę nie czyni on z nich systemu moralnego i zieje w tym miejscu pustka. Poza tym jednak sypać muszę komplementami: krwiste postaci, wciągająca akcja, inteligentna batalistyka. W żadnym razie nie jest to fantasy infantylna, baśń dziecinna, jaką wydaje się być podszyte dziewięćdziesiąt procent fantasy zachodniej, choćby nie wiadomo jak krwawej. Tę jakąś wyrachowaną drapieżność czuć nawet w Kresowej frazie, w zdaniach i akapitach twardych, suchych, w pojedynkę bardzo brzydkich. Nie wiem, czy „Król Bezmiarów” jest po prostu najlepszym tomem cyklu (bo to druga część zamierzonej na siedem tytułów „Księgi Całości”), czy też Kres ciężką pracą osiągnął wreszcie tak wysoki, stały poziom - planuję zapoznać się z resztą serii, dam znać czytelnikom „SFinksa”.
I to by było już wszystko, co zapadło mi w pamięć podczas letnich lektur. Miejmy nadzieję, że jesień zaowocuje dobrą fantastyką nieco obficiej, to zawsze lepszy okres dla wydawców i kiniarzy, ludzie próbują odpocząć po męczących wakacjach, trzeba im coś wepchnąć w oczy i uszy. Cóż, pożyjemy, zobaczymy.
Jacek Dukaj