Drużyna drzewoświata

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 255 (2003-12).

Wawrzyniec Podrzucki – warto zapamiętać to nazwisko. Oto autor, który debiutuje w fantastyce nie opowiadaniem, lecz grubaśną powieścią, ba!, pierwszym tomem trylogii, i nie jest to fantasy, lecz najprawdziwsza science fiction!

Opowiedzieć świat książki to opowiedzieć cały na nią pomysł – również w tym „Uśpione archiwum” przypomina klasykę SF. Rzecz dzieje się wewnątrz jednego z siedmiu gigantycznych (mierzonych w tysiącach kilometrów) Drzew, jakie porosły, a właściwie prawie skonsumowały Ziemię, sięgając w końcu w kosmos. (Pomysł podebrany od Dysona). Drzewa stanowią produkt wyrafinowanej nanotechnologii na biologicznych algorytmach, która bynajmniej nie „wymknęła się spod kontroli”, lecz z premedytacją została użyta na pohybel ludzkości. Tymczasem jednak okazała się ludzkości zbawieniem, a zadaniem bohaterów cyklu – jak wnioskuję po pierwszym tomie – będzie zapobieżenie sfinalizowaniu Apokalipsy przez zmartwychwstałą projektantkę Drzew.

Taki quest czeka drużynę bohaterów. Bo gdy opowiedzieć samą fabułę powieści Podrzuckiego, objawia się schemat rodem z klasyki innej konwencji: fantasy. Oto młody człowiek o prawym i mężnym sercu opuszcza swą zapyziałą wioskę na krańcu świata/Drzewa, by towarzyszyć doświadczonemu awanturnikowi w misji zbawienia świata. Przyłącza się do nich m. in. przemytnik oraz piękna łowczyni nagród; tak tworzy się drużyna. Dzielny młodzian w trakcie questu poznaje prawdę o świecie/Drzewie oraz przeżywa pierwszą prawdziwą miłość. Spotykają ich liczne przygody. Ktoś umiera, ktoś inny zostaje wskrzeszony. Wędrówka trwa, CDN.

Jak widać, struktura fabuły w żaden sposób nie odbija struktury świata, zdarzają się też typowe właśnie dla fantasy rozwiązania deus ex machina; nie tu należy szukać zalet powieści. Największa jej zaleta to rozmach i szczegółowość wizji; już sam sposób opisu buduje obraz Drzewa jako „żywej maszyny”, a nie kolejnego teoretycznego konstruktu SF. Podrzucki radzi sobie bowiem z językiem wcale dobrze, w dialogach, które są lepsze niż narracja bezpośrednia, pozwalając sobie na rozkoszne słowotwórstwo. W ogóle styl i rytm opowieści poprawiają się wyraźnie na przestrzeni tych kilkuset stron. Kończyłem lekturę ze szczerą ciekawością dalszego ciągu, ciekawością świata poza Drzewem.

Jedyne zastrzeżenia do światotwórczej roboty Podrzuckiego mam, gdy chodzi o kulturę i mentalność mieszkańców Drzewa. Gryzą się tu ze sobą dwa założenia: zapomnienia, zmitologizowania cywilizacji i technologii sprzed wieków (bohater nie wie nawet, że znajduje się na Ziemi, w życiu nie słyszał o Murzynach); oraz poziom wiedzy ujawnianej m. in. w rozmowach postaci – bez problemu posługują się mianowicie XX-wiecznymi idiomami, odwołaniami do telewizyjnych stereotypów naszych czasów. Tak wybiórcza osmoza kulturowa jest nieprawdopodobna.

Interesujące wydało mi się gorące antyirracjonalistyczne nastawienie autora, doktora biologii – bardzo podobne do Eganowskich krytyk rozmaitych „nauk postmodernistycznych” i ideologii przeciwrozumowych podnoszących głowę nawet na uniwersytetach. Autor odsłania się wielokrotnie, tracąc dystans w opisach np. Kościoła Ostatecznego Rozgrzeszenia czy wydarzeń, które doprowadziły do powstania Drzew. Wawrzyniec Podrzucki zaprezentował się swoją pierwszą powieścią jako apostoł prawdziwie pozytywistycznej science fiction.

Jacek Dukaj

Wawrzyniec Podrzucki, „Uśpione archiwum”, „Yggdrasill” tom I, Runa 2003, cena: 28.50 zł.