Dwa Psy, jedna Studnia

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w czasopiśmie „SFinks”.

Nigdy mnie nie zachwycała proza Marcina Wolskiego; nawet „Agenta dołu” przeczytałem zaledwie z półuśmiechem. Być może jest to wina mojego nastawienia jako czytelnika: nie czytam dla zawartych w tekście dowcipów, ani też nie mogę się jakoś przekonać do narracji „w trybie przymrużonego oka” (zwanej czasami postmodernistyczną), która, biorąc w nawias wszystko, wyrzuca jednak poza niego czytelnika. Takie książki pozostawiają mnie doskonale obojętnym. Komiksowość wyobraźni Wolskiego oraz płaskość jego języka też nie pomagały.

Piszę powyższe, żeby uzasadnić rozmiar pozytywnego zaskoczenia, jakiego doznałem podczas lektury „Psa w studni”. Ściślej: podczas lektury pierwszej jego połowy, tych stukilkudziesięciu stron, na których bohater opowiada o swoim życiu w przedoświeceniowej Europie. Zmiana prawie całkowita; omal jakbym odkrył zupełnie nowego pisarza. Wydaje się, że Wolski nareszcie, po latach dowcipkowania w kostiumie SF na mniej lub bardziej poważne tematy, znalazł swą własną niszę, oryginalną i wartościową literacko formę wypowiedzi, nadto atrakcyjną dla czytelnika i „leżącą” Wolskiemu jako autorowi: wszak jest historykiem z wykształcenia. Fantastyka historyczna, tak chyba można ją określić.

„Pies w studni” opowiada dzieje niejakiego Alfreda Derossiego (a w każdym razie tak się z początku wydaje; nie będę jednak psuł puenty za wiele tu wyjaśniając). Derossi był filozofem, malarzem, alchemikiem... klasycznym przykładem człowieka, który „wyprzedza swoją epokę”. Epoką, w której powinien był się urodzić, jest oświecenie. Alfred Derossi, zwanym Psem, „Il Cane”, to da Vinci, Kartezjusz i Galileusz w jednym - Wolski genialnie splata fikcyjny życiorys fikcyjnej postaci, umieszczając ją w fikcyjnym państewku, na tle fikcyjnych wydarzeń epoki, okraszając tuzinami innych fikcji.

Lekkostrawna erudycja, z jaką autor miesza czytelnikowi w głowie, splatając historię z fantastyką historyczną, przywodzi mi na myśl co ironiczniejsze kawałki Umberto Eco. Wolski polskim Eco? Nie spodziewałbym się po sobie takiego skojarzenia; a jednak. Nawet język i styl pierwszej połowy „Psa” są o dwie klasy lepsze. Ba, rzecz wydaje się sięgać znacznie głębiej: końcowe partie tej połowy, opowieść o politycznych spiskach i religijnych manipulacjach w ojczyźnie Derossiego, to po prostu kawał porządnej literatury, mądrej i świetnie napisanej (tu z kolei skojarzenia biegną ku „Mszy za miasto Arras” Szczypiorskiego - dwie artystyczne trawestacje tych samych faktów). Na ile znam twórczość Wolskiego, jest to najlepsza proza, jaka wyszła spod jego pióra.

Potem jednak - niestety! niestety! - Alfredo budzi się w naszych czasach jako potentat pornobiznesu ścigany przez mafię, policję, przeniewiernych wspólników i Bóg wie, kogo jeszcze (wypełza Pies w cudzym ciele z tej samej Studni, do której wrzucony został przed wiekami - który jest prawdziwy? który zmyślony?) - i znowu robi się z tego komiks w stylu starego Wolskiego. Wraca tamten sposób narracji, tamta karykaturalność postaci i odbierające wszelką wiarygodność opowieści filmowe przerysowanie. Filmowe są dialogi i filmowa psychologia. Najgłębsze spory światopoglądowe rozwiązywane są w rozmowie wymianą dwóch gładkich banałów. Precz wszelka subtelność; tendencyjna nachalność nie pozostawia wątpliwości: mamy do czynienia z ideologiczną agitką. Złości to tym bardziej, że wiele poruszanych przez autora tematów (jak na przykład „odpowiedzialność” oświecenia za zło XX wieku) faktycznie jest interesujących i mogłoby rozwinąć się w ciekawe i efektowne konflikty także na planie fabularnym. Tymczasem - agitka.

Zaiste, dwie książki w jednej.

I nie wiem, nie jestem w stanie rozstrzygnąć na podstawie samego tekstu: czy to stylizacje i narzucona forma części pierwszej zmamiły mnie, sugerując nie istniejące głębie (to znaczy już istniejące - w moim umyśle - skoro zasugerowane), czy też to owa klasyczna „wolszczyzna” z części drugiej w nieuchronny sposób banalizuje i wypłaszcza wszelkie opakowywane w nią treści?

Tak czy owak, jest to najlepsza dotąd książka Marcina Wolskiego i winniśmy - krytycy, czytelnicy - chwalić go i zachęcać, by poszedł dalej w tę stronę. Być może następna jego powieść będzie już w całości taką „nową fantastyką historyczną”. Oby. Trzymam kciuki.

Jacek Dukaj

Marcin Wolski „Pies w studni”, SuperNowa 2000, cena: 25.00 zł