Elvis Presley i John F. Kennedy kontra egipski wysysacz dusz

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Science Fiction” nr 39 (2004-06).

Elvis żyje!

Żyje, ale, niestety, po dwudziestoletniej śpiączce ledwo się porusza przy pomocy chodzika. Nocami przemierza w ten sposób obskurne korytarze domu starców, gdzieś na teksaskiej prowincji. Trafił tu na skutek nieszczęśliwego wypadku: zleciał ze sceny podczas występu. Zleciał, złamał biodro i zapadł w śpiączkę. Nie występował jako Elvis Presley, lecz Sebastian Haff - jeden z najlepszych (bo tak podobnych do Króla) imitatorów Presleya. Umowa była następująca: zamieniają się nazwiskami, by Elvis mógł wyrwać się z okowów swojej sławy i zakosztować normalnego życia - podczas gdy Haff zakosztuje jego sławy. Zakosztował, i to tak obficie, że zaćpał się na śmierć; tego Presley nie przewidział.

Więc teraz wegetuje w podrzędnym domu spokojnej starości, wspominając utracone życie i zanudzając pielęgniarki nostalgicznymi opowieściami. W które oczywiście nie wierzy nikt - za wyjątkiem poruszającego się na wózku elektrycznym Murzyna z pokoju obok. Jemu też nikt nie daje wiary. „Ta dziura w głowie wypełniona jest piaskiem - to po kawałku mózgu, który mi odstrzelili w Dallas. Trzymają go w podziemiach Białego Domu”. „Ale przecież Kennedy był biały!” „Musieli mi zmienić kolor skóry na czarny, bo w końcu cholerny Lyndon Johnson by mnie dopadł i wykończył”. „LBJ nie żyje”. „To go nie powstrzyma”.

Z innym trupem przyjdzie się jednak zmierzyć naszym bohaterom. Otóż od jakiegoś czasu w domu starców zdarza się dziwnie wiele zgonów; na ścianie wychodka pojawiają się egipskie hieroglify; nocami po domu grasuje gigantyczny skarabeusz... No i któż ma stawić czoła starożytnemu złu, jeśli nie Król Rock and Rolla i Prezydent Stanów Zjednoczonych?

Film nosi tytuł „Bubba Ho-Tep” (tak ochrzcili oni wysysającą ze starców dusze mumię). W streszczeniu prezentuje się jak zwariowana horror-komedia - i istotnie, nie jest to dzieło poczęte w normalnej wyobraźni - lecz zrealizowano „Bubbę Ho-Tepa” podług wszelkich reguł sztuki, w tonacji serio; dominuje nastrój melancholii. My się śmiejemy, nie śmieją się postaci - pełny naturalizm i powaga. Bruce Campbell przekonał mnie do swojego zniedołężniałego Elvisa Presleya od pierwszej sceny. Gdyby to nie była tak niskobudżetowa - wręcz partyzancka - produkcja, kto wie, czy nie zgarnąłby za tę kreację jakichś nagród.

Istnieje kategoria filmów „tak złych, że aż dobrych”; w większości zapełniają ją niezamierzenie śmieszne horrory. Otóż filmy w rodzaju „Bubby Ho-Tepa” - mam wrażenie - są już kręcone przez ludzi wychowanych na owych „wspaniałych gniotach”; teraz z pełną premedytacją próbują oni tworzyć podobne arcydzieła kinematograficznego absurdu. I czasami się im powodzi - jak powiodło się Donowi Coscarelliemu. Nikt nie powie, że jest to film „mądry”, „błyskotliwy”, „wybitny” czy „odkrywczy”. Ale gwarantuje półtorej godziny niezłej zabawy - i potem przez kilka miesięcy mimowolny uśmiech na samo jego wspomnienie.

Jacek Dukaj

„Bubba Ho-Tep”. Reżyseria: Don Coscarelli. Scenariusz: Don Coscarelli, na podstawie opowiadania Joe R. Landsdale'a. Występują: Bruce Campbell, Ossie Davis, Ella Joyce. Czas: 92 min. USA 2002.