Filozofia fantasy I

Poniższy tekst ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 179 (1997-08).

Póki autor kładzie w konstrukcję świata przedstawionego odseparowane od siebie fakty, wszystko jest w porządku. Wystarczy natomiast aby kilka z nich weszło ze sobą w interakcje, a już pojawiają się rysy. Im prezentacja bardziej rozbudowana, tym trudniej utrzymać koherencję przekazu; mistrzostwo w tym fachu mierzy się liczbą rzuconych i równocześnie utrzymywanych w górze kunsztem autora zmiennych.

Do napisania tego tekstu skłonił mnie „Błękit Maga” Ewy Białołęckiej. Nie zamierzam się pastwić nad tym opowiadaniem, skądinąd sympatycznym; wybór „Błękitu” należy przypisać raczej przypadkowi. Nie idzie mi o nieścisłości czy dysharmonie językowe w rodzaju niczym nie uzasadnionej anglicyzacji nazw. Białołęcka jedną ze swych krain zwie Northlandem. Widzi mi się to przykrym nawykiem wyniesionym z lektur polskich przekładów zachodniej fantasy, w których tłumacze rzadko bywają konsekwentni w onomastyce. Pomijam wyraźne mylenie pisma runicznego z ideograficznym (równie dobrze co o runie można by mówić o literze „Dłoń” czy „Ogień”). Idzie o wewnętrzną logikę utworu oraz proste implikacje jej zastosowania.

W jednym miejscu Białołęcka pisze, iż dla Wędrowca (typ maga) wszystkie odległości na świecie byly tylko krokiem przez niewidzialne drzwi, w innym zaś wspomina o niezbadanym Wschodzie i Zachodnich Kontynentach, gdzie może żyją gryfy, może nie, nie wiadomo. Otóż jedno z dwojga: albo Wędrowcy faktycznie potrafią dowolnie zakrzywiać przestrzeń i wtedy nie ma mowy o jakichś nie zbadanych zakątkach globu, ba, w ogóle - okolicznego kosmosu; albo też zakątki takie istnieją, ale wówczas podana definicja Wędrowca musi być błędna.

W jeszcze innym miejscu autorka opowiada, jak to młody mag zabrał się na gapę barką. Ukrywał się korzystając ze swych umiejętności tworzenia iluzji, a to w ten sposób, iż doprowadził do perfekcji iluzję „niewidzialności”, która polega na nałożeniu na wlasną postać obrazu tła. Spróbujmy to sobie wyobrazić. Przyjmijmy, iż rzecz jest do zrobienia w sytuacji, gdy mag stoi nieruchomo na jednolitym tle, blisko niego, a obserwator spogląda z pewnej odległości i prostopadle do owego tła (burty, muru, ziemi). W opowiadaniu mag bynajmniej nie ogranicza się do tego; używa „niewidzialności” nawet w ruchu, bezczelnie kradnąc jedzenie, potem przemyka po trapie na ląd pod okiem urzędnika liczącego wyładowywany towar. Nie trzeba być biegłym w optyce, aby pojąć, iż nałożenie na siebie wówczas iluzji tła tak, żeby pozostać prawdziwie niewidzialnym dla otoczenia, dalece przekracza opisane w tekście zdolności adepta szlachetnej sztuki mamienia oka.

Rozpatrzmy sytuację najprostszą, tzn. gdy obserwatorów jest zaledwie dwóch (na barce i w porcie z pewnością było ich więcej). Jeśli zatem jeden nie patrzy drugiemu przez ramię, a więc gdy spoglądają na maga pod różnymi kątami, ten zmuszony jest produkować nie jedną, a już dwie iluzje tła, każdą inną - ponieważ każdy z obserwatorów widziałby go na innym tle. Mag jednak nie wie, czy, kto i z jakiego miejsca nań patrzy; zmuszony jest zabezpieczyć się z każdej strony. Oznacza to, iż musi utrzymywać i modyfikować w czasie rzeczywistym pełną trzystusześćdziesięciostopniową iluzję tła. Obserwatorzy mogą znajdować się także na różnym poziomie, iluzja musi być zatem półsferyczna. Wciąż jednak byłoby to możliwe, niech ów Kamyk dysponuje tylko mózgiem o mocy obliczeniowej porównywalnej z Crayem. Kluczowe pytanie jednak brzmi: skąd on wie, jakie tła powinni w jego miejsce widzieć wszyscy ci potencjalni i rzeczywiści obserwatorzy? Otóż nie wie; nie ma sposobu, żeby wiedział; musiałby, będąc w ruchu, nieprzerwanie kontrolować widoki rozciągające się odeń w każdą możliwą stronę. Wątpię, czy podobną zdolnością dysponują nawet owi obserwatorzy; z pewnością nie Kamyk, który nie wykazuje żadnych przejawów opisanej na przykładzie Liścia choroby wszechpercepcji.

Pozornie drobniejsza i nie tak „techniczna” sprzeczność wiąże się z ułomnością Kamyka, jego głuchota. Dowiadujemy się, iż potrafi on czytać i pisać, lecz ojczystej mowy, usłyszawszy ją po raz pierwszy uszami smoka, nie pojmuje; porozumiewa się językiem migowym. Zdumiewające, iż stan ten nie ulega zmianie, pomimo długotrwałych treningów słuchowych odbywanych z pomocą Pożeracza Chmur. Mag, jak czytamy, zagłębia się w studiowanie dźwięków do tego stopnia, że godzinami ślęczy nad miską, wydobywając z niej uderzeniami różne tony w zależności od sposobu uderzenia, przedmiotu uderzającego itp. Potrzebne mu to będzie do tworzenia iluzji. Pomijam tu fakt następujący: człowiek głuchy żyjący w społeczeństwie, w którym nie ma obowiazku znać języka migowego, w naturalny sposób dąży do usamodzielnienia się, chociażby ucząc się czytać z ruchu warg. Dla osób głuchych od urodzenia bywa to nawet umiejętnością pierwotną, dziecko wpierw kojarzy tematycznie grymasy twarzy (uśmiech -- dobrze; zmarszczane brwi, zaciśnięte usta - źle), aniżeli jest zdolne pojąć wysoce umowną symbolikę ruchów dłoni i samemu koordynacyjnie zapanować nad kończynami tak, aby artykułować nimi swe patrzeby. Ale dajmy temu pokój. Piramidalna niewiarygodność psychologiczna leży bawiem w tym, iż Kamyk woli studiować język molestowanej akustycznie miski aniżeli swój ojczysty lengorchiański, w którym od dawna biegły jest już w piśmie. A przyporządkowanie dźwięków do ideogramów pozwoliłoby mu przecież na naukę mowy - bo nie jest niemy: wrzeszczy na wiatr podczas nadmorskiego lotu, A nawet gdyby był: tworząc iluzje dźwiękowe o takim stopniu złożoności jak echo upadającego w zamkniętym pomieszczeniu przedmiotu, bez problemu byłby w stanie „mówić iluzyjnie” tzn: siłą woli. Ale nie. Kamyk głuchy od urodzenia, nie czyni absolutnie nic w tym kierunku. Mam to za sprzeczność nawet większą niż godząca w fundamenty optyki życzeniowa jego niewidzialność.

Powtórzę, bo czytelnik już zapewne zwątpił, iż nie wziąłem tu na tortury „Błękitu Maga” Białołęckiej powodowany personalnymi animozjami do autorki: nie bawi mnie łamanie kołem tego tekstu, znam dziesiątki bardziej nadających się na Madejowe łoże. Rzecz się tyczy gatunku fantasy jako całości; „Błękit” miał jedynie nieszczęście posłużyć za pretekst. Na jego też przykładzie zaprezentowałem chroniczny brak odporności fantasy na potraktowanie gorącym żelazem logiki, ową rozkoszną dezynwolturę, z jaką autorzy zwykli w tym gatunku, podchodzić do kreacji świata i postaci, nie przejmując się „drobiazgami” w rodzaju wyliczonych wyżej. Czytelnik przełknie wszystko bez mrugnięcia, wszak to fantasy! (Miłośnik gatunku wskaże teraz oskarżycielsko gdzieś w bok i wytknie: „U nich też!” - co jednak nie stanowi żadnego argumentu).

Logika to podstawa, bez niej nie ma w ogóle mowy o żadnej filozofii. Nie istnieje taki rodzaj literatury, której twórca kreując dla potrzeb dzieła świat, uczyniłby to na przekór prawidłom logiki, uniemożliwiłby sobie bowiem w ten sposób jakąkolwiek komunikację z czytelnikiem: czytelnik nie miałby prawa czynić żadnych generalizacji ani wyciągać wniosków z zaszłych wcześniej w opowieści wydarzeń. Każde jedno posiadałoby charakter fenomenu, pozbawionego logicznych związków z innymi. J a k a ś logika musi obowiązywać zawsze; chociażby zupełnie pokręcona, ale - logika. Autor przy tym wcale nie musi sobie zdawać sprawy, że opisując dane zdarzenia dokonuje wyboru bądź kreacji logiki, to się dzieje podświadomie, u niego i - w odbiorze - u czytelnika.

Zacznijmy już przechodzić do ogółu. W „Błękicie” pojawia się kwestia metamorfizmu; Pożeracz Chmur, smok, potrafi zmieniać kształt. Jest to metamorfizm totalny, nie mający nic wspólnego z chociażby nie wiadomo jak zaawansowaną mimikrą - jedno ciało zmienia się w drugie, różne nawet masą. W fantasy stanowi to niewątpliwie jeden z popularniejszych czarów. Korzenie magicznego metamorfizmu sięgają królewiczów zamienianych w żaby i dwustuletnich jędz transformujących się w pół słowa w demoniczne ladies. Rozpatrując owe zjawisko zaczniemy się wreszcie zagłębiać w anonsowaną szumnym tytułem filozofię fantasy.

Załóżmy, że dana istota, z przyrodzenia bądź nabycia, posiada atrybut metamorfizmu, czyli zdolności kompletnej zmiany ciała. Ale w takim razie atrybut ten nie może być powiązany (wynikać, pochodzić, być zależnym) z właściwościami ciała. Skoro bowiem ustalamy, iż smok (jednorożec, skrzat, człowiek; to dowolne) potrafi się zmieniać w co zechce, w muchę na przykład (czemu nie, jeśli potrafi w psa - proporcja skoku masy mniej więcej taka sama), to aby nie uczynić owej umiejętności samobójczą, musimy zarazem ustalić, iż potrafi on potem retransformować się z muchy w smoka.

Zaraz, zaraz - jaki, u licha, o n ? Jeśli się zmienił w muchę, to nie jest już smokiem, jest muchą, kropka. Czy muchy w owym świecie posiadają atrybut metamorfizmu? Albo - żeby trzymać się standardu - żaby? Dobre sobie, metamorficzne żaby, a każda może przybrać na masie, ile chce; co to by była za fantasy, Pratchett jakiś gargantuiczny. Więc nie; tylko smoki. Musi zatem istnieć sposób na utrzymanie tożsamości (w której zawierałaby się zdolność do metamorfizmu) p o m i m o zmiany ciała.

Z problemu tego zdawała sobie sprawę Ursula Le Guin, jej Ged razu pewnego zmienił się w ptaka, a potem nie potrafił już odmienić się w człowieka. Ale i ona zrobiła unik: nie wiadomo, z jakiej przyczyny wprowadziła płynność transformacji osobowości, tzn. że zmieniać się można, byle nie na długo, bo się „zapomina” w nowej postaci (skopiował to później Eddings w „Belgariadzie”). Lecz ten sposób jedynie piętrzy sprzeczności. Magia Ziemiomorza Le Guin opiera się na słowie; jest to zatem magia „ostra”, słowo definiuje jednoznacznie, „człowiek” lub nie „człowiek”, nie można tam być ptakiem w dziesięciu procentach, w dziewięćdziesięciu sobą (czy na odwrót). Wypowiadam słowo „wilk” i zmieniam się w wilka; nie mówię: „wilk, ale częściowo ja” - mówię: „wilk”. Po zmianie jestem zatem wilkiem. Nie ma tu mowy o żadnej płynności; powolnym „wyciekaniu” ludzkiej psychiki. Przed chwilą byłem sobą, a teraz jestem wilkiem. Skoro jestem wilkiem, nie jestem sobą. W momencie rzucenia czaru ginę „prawdziwy ja”, w to zaś miejsce pojawia się wilk. Widać tu jasno całą sprzeczność: wszak to śmierć. Zyskaliśmy zwierzę, straciliśmy maga; bilans jest ujemny. Coś zgrzyta w mechanizmie świata.

Wyjście jest możliwe. Trzeba sięgnąć poza ciało, poza materię. Przypiszmy atrybut metamorfizmu; szerzej: tożsamość - niematerialnej duszy: Dokonujemy w ten sposób wymiennej transakcji sprzeczności, kupując do dziś nie rozstrzygniętą przez filozofów zagadkę interakcyjności ducha i ciała. Jest to już sprzeczność niejako „oswojona”, dobrze obmacana intelektualnie, kulturalnie bogata, podczas gdy sprzedana była nędzną, suchą sprzecznością logiczną wywiedzioną z niepewnych aksjomatów światów fikcyjnych.

Co więcej - obierając taką strategię handlu filozofiami, czynimy sobie z fantasy literacki instrument zdolny do operowania na tkance pytań i problemów rzeczywistych i aktualnych; kwestionowane było, że to w ogóle możliwe w tym gatunku.

Projekcja starych, dobrze znanych zagadnień filozoficznych w światy z upowszechnioną magią, zaskakująco odświeża i wyjaskrawia te zagadnienia; gatunek objawia tu swą niewątpliwą specyfikę. Weźmy na przykład przedstawioną wyżej kwestię niematerialnej duszy i metamorfizmu. Skoro tożsamość osobowa trwa niezależnie od nie wiadomo jak daleko posuniętych przekształceń ciała, to znaczy, że nie jest przywiązana do istnienia żadnej konkretnej jego cechy - a więc do ciała w ogóle. Bezpośrednią implikację tego odwarunkowania stanowi niekonieczność materialnej egzystencji. Redukując się ze smoka do psa, z psa do żaby, z żaby do muchy czy ameby, a mimo to wciąż będąc sobą - w istocie lokujemy własny byt całkowicie poza empirią. Skokowo, absorbując masę z otoczenia, wracamy do postaci smoka. Kim byliśmy, będąc sobą, w fazie ameby? Do czego redukujemy się w śmierci? Gdzie jesteśmy gdy nas nie ma? Co wówczas czujemy? Czy czujemy cokolwiek - choćby upływ czasu? Jak zatem możemy samowładnie wydobyć się z tego stanu? Czy oznacza to konieczność postrzegania pozazmysłowego w dosłownym znaczeniu, bo w braku jakichkolwiek zmysłów? Jak w ogóle może umrzeć istota metamorficzna?

Oto, co nazywam, z braku lepszego określenia, filozofią fantasy.

Jak każda, składa się głównie z pytań. Za miesiąc, w następnym odcinku, zasygnalizuję kilka podstawowych; dla ich pełnego rozwinięcia trzeba by książki.

Jacek Dukaj