Gdyby David Lynch

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Science Fiction” nr 37 (2004-04).

Oddaję za darmo dystrybutorom „Fear X” hasło reklamowe: „Najlepszy film Davida Lyncha, którego nie nakręcił David Lynch”.

Złudzenie jest absolutne; gdybym nie znał dobrze filmografii Lyncha, postawiłbym sporą sumę, że dzieło wyszło spod jego ręki. Sposób opowiadania historii, prowadzenia kamery, klimat poszczególnych scen i klimat całego filmu, wykorzystanie światła, cienia i kolorów, tempo narracji, a przede wszystkim sama opowiadana tu historia - wszystko jest stuprocentowo lynchowskie.

Tymczasem reżyserem „Fear X” okazał się kompletnie mi nieznany Duńczyk nazwiskiem Nicolas Winding Refn.

Przez pierwsze dwadzieścia minut trzeba oglądać film „na wiarę”. Dzieje się niewiele, pada ledwo kilka słów; bardzo powoli wciągamy się w obserwację życia głównego bohatera (którego gra - świetnie - John Turturro), tkwiącego w pustym domu z kolekcją kaset wideo przynoszonych z pracy. Pracuje w ochronie pasażu handlowego, a w domu, w tępej obsesji, ogląda w kółko ziarniste nagrania z kamer systemu bezpieczeństwa pasażu. Wypatruje jednego człowieka, jednej twarzy. Dom jest pusty, bo - dowiadujemy się stopniowo - żona bohatera nie żyje, została w tym pasażu zastrzelona przez nieznanego sprawcę. Pozostało jedynie kilka niewyraźnych ujęć nagłej zbrodni. Bohater wślepia się godzinami w jasny ekran telewizora, twarz krzywo zasznurowana, wypłukane z powiek oczy.

Jeszcze niewiele się wydarzyło, a reżyser już trzyma nas mocno za gardło. Potem bohater trafia na pierwszy ślad, bierze urlop, wyjeżdża, by kontynuować prywatne śledztwo... Już, starczy, cokolwiek więcej opowiem, narzucę swoje odczytanie filmu. „Fear X” został skonstruowany tak przemyślnie, że różna interpretacja drobnego szczegółu potrafi zmienić cały sens filmu i wszystkich zawartych w nim zdarzeń - widzowie spierają się potem między sobą, jak spierali się wyszedłszy np. z „Lost Highway”: każdy zobaczył co innego.

Przy tym Nicolas Winding Refn potrafi (to kolejne podobieństwo do Davida Lyncha) najbanalniejszą nawet scenę rozegrać i pokazać tak zręcznie, że widz mimowolnie nachyla się ku ekranowi i w irracjonalnym napięciu śledzi każdy gest, ruch, wymianę spojrzeń między postaciami. Napięcie nie pochodzi z fabuły, buduje je sama konstrukcja sceny, całkowicie niezależnie od intrygi filmu. (Lynch podług tej metody złożył swój „Mulholland Drive”: kilkanaście genialnych sekwencji, zmieszanych razem w bezkształtną plamę, swoisty test Rorscharcha dla odbiorcy). W „Fear X” widać to jak na dłoni w scenie wizyty hotelowej prostytutki w pokoju bohatera. Postać absolutnie spoza fabuły, nic o niej nie wiemy, niczego nie oczekujemy i niby niczego nowego nie wnosi - lecz w każdej sekundzie spodziewamy się tu jakiegoś Objawienia i usiłujemy rozszyfrować znaczenie jej słów i zachowań.

Deszyfracja - w tym cała rzecz. „Fear X”, w odróżnieniu od „Mulholland Drive”, podaje nam w fabule pełne i spójne wyjaśnienie - w istocie więcej niż jedno. To jest bowiem ten rodzaj filmu, który zmusza do ponownego odtworzenia go w głowie po zakończeniu seansu. Zaraz, moment - reflektujemy się - coś tu nie pasuje. Przecież on nie mógł... A może... Czy rzeczywiście...? I zaczynamy zbierać kolejne szczegóły, odkrywać kolejne wskazówki ukryte w prostych ujęciach.

W ogóle historia jest opowiedziana w sposób niezwykle prosty, wręcz ascetyczny. Mamy tylko jedną scenę odbiegającą od realizmu, ale i ją możemy uznać za projekcję emocji bohatera. To więc odróżnia „Fear X” od klasycznego Lyncha. Film Refna jest spokojny, cichy, kameralny, jak najdalszy od gorączkowego rozedrgania „Lost Highway”. Nie jest jednak zimną logiczną układanką. Po równo angażuje umysł, serce i zmysły - doprawdy rzadki przypadek we współczesnym kinie.

W jaki sposób wyławiać takie perełki, niskobudżetowe produkcje z zerowym budżetem na reklamę i promocję? Współczesny konsument kultury przyzwyczaił się do absolutnej bierności: w zalewie konkurencyjnych ofert, ze wszystkich stron atakujących jego zmysły, jedyne, co musi zrobić, to od czasu do czasu łaskawie przyzwolić, by ten czy tamten produkt wepchał mu się do umysłu przez oczy lub uszy. Umiejętność aktywnego odbioru kultury zaginęła niemal całkowicie. Rozumowanie przebiega następująco: Skoro muszę poczynić wysiłek, by do takiego dzieła dotrzeć, to znaczy, że i tak nie warta ono mojej uwagi, jego twórcy najwyraźniej mnie lekceważą, nawet nie próbując przekrzyczeć innych.

Trzeba od nowa uczyć ludzi samodzielności. Najprostsza metoda to podążanie za nazwiskami. Podobał ci się dany film? Zapamiętaj nazwiska jego twórców i sprawdź, w czym jeszcze maczali palce. Hubert Selby Jr., współscenarzysta „Fear X”, wcześniej napisał i adaptował dla Darrena Aronofsky'ego „Requiem for a Dream”. Autorem zdjęć do „Fear X” jest Larry Smith, który współpracował wielokrotnie z Kubrickiem (i rzeczywiście, można się tu w sporej ilości ujęć doszukać „Kubrickowego spojrzenia”). Sam John Turturro to aktor tak utalentowany i tak charakterystyczny, że warto przynajmniej zasięgnąć informacji o każdym filmie z jego udziałem.

Jacek Dukaj

„Fear X”. Reżyseria: Nicolas Winding Refn. Scenariusz: Hubert Selby Jr. i Nicolas Winding Refn. Występują: John Turturro, Deborah Unger, William Allen Young. Czas: 91 min. USA 2003.