Głównym wyzwaniem stojącym przed fantastyką - a niekiedy wydaje mi się, że wręcz racją jej istnienia - jest problem spotkania z obcością. Nic naprawdę obcego nie można opisać znanymi nam słowy, odbijającymi znane nam myśli, utoczonymi przez znaną nam kulturę. Niemniej do tego właśnie dążymy: do wyjścia poza siebie, spotkania z kimś, kto nie jest do nas podobny, kto przynosi wyobrażenia, jakich nasze umysły same nigdy by nie zrodziły.
Ponieważ prawdziwa obcość z definicji pozostaje niedostępna, nawet autorzy SF muszą szukać punktów odniesienia w tym, co znane. Znajdują więc odbicie Obcego w historii i antropologii (w społeczeństwach tak odmiennych, że prawie nieludzkich), w odpadkach ewolucji (jakie formy przybrać może życie) i w ofiarach psychicznej dysfunkcji, spowodowanej przez sztuczne modyfikacje lub wrodzonej. O autyzmie pisał m. in. Egan w „Stanie wyczerpania”, analizując go od strony neurologicznej i przedstawiając wiarygodną argumentację Dobrowolnych Autystów; w „Otchłani w niebie” Vinge pokazał autyzm jako celowe przystosowanie do niektórych rodzajów pracy umysłowej; hackerzy i matematycy z „Cryptonomiconu” Stephensona cierpieli na łagodne wersje autyzmu, środowiskowe upośledzenie w komunikacji emocjonalnej i obyciu społecznym.
Wszystko to były jednak opisy z zewnątrz - Elizabeth Moon w „Prędkości mroku” spróbowała dać wgląd bezpośredni, spojrzeć oczyma autysty, przełożyć jego myśli i jego świat na nasze skojarzenia. Stanowi to klasyczny dla SF motyw kontaktu z Obcym, podany jednak w konwencji powieści obyczajowej. Jedynym koniecznym elementem fantastycznym jest tu nanoneurologiczna terapia, dzięki której pojawia się szansa wyleczenia autystów - czyli przebudowania ich mózgów, ukształtowania nowych umysłów na miejsce starych - zastąpienia jednych ludzi innymi. Jest to bowiem podstawowe pytanie i oś fabularna „Prędkości mroku”: jeśli urodziłem się, wychowałem i przez kilkadziesiąt lat żyłem jako autysta, to zmiana struktury umysłu na tak podstawowym poziomie, który określa mój sposób postrzegania świata, odczuwania emocji i rozumowania, moje upodobania i smaki, moje talenty - taka zmiana oznacza de facto samobójstwo: przestanę istnieć ja jako ja; na moje miejsce przyjdzie ktoś inny. Zapewne lepszy, to znaczy lepiej sobie radzący w ludzkiej społeczności; ale nie będę to już ja, nie ja.
I w którym momencie kończy się „inność”, a zaczyna „choroba”? Otóż właśnie Obcy w społeczeństwie Homo sapiens z definicji byłby osobą upośledzoną - czy to znaczy, że pomiędzy człowiekiem i Obcym możliwa jest tylko wojna, przymus podporządkowania i nawrócenia na własną normę, na swoją definicję „zdrowia”? I gdy autysta/Obcy decyduje się na taką unormalniającą kurację, to jakie racje mogą stać za tym wyborem z jego strony? (Tubylcy z wchłoniętych przez cywilizację Zachodu kultur przyjmują jej normy - muszą? chcą? muszą chcieć?) I czy w ogóle można te racje przełożyć na nasz język?
Moon próbuje - i tu, jak sądzę, ponosi porażkę. Bohater „Prędkości mroku” w końcu bowiem godzi się na operację i operacja się powodzi (nie sposób oprzeć się tu skojarzeniom z „Kwiatami dla Algernona” i „Mechaniczną pomarańczą”). Cały ten happy end wydaje się jednak dorobiony na siłę i psuje wymowę skądinąd dobrej i niegłupiej powieści. Można się też czepiać prostoty „stylizacji autystycznej” konsekwentnie stosowanej przez autorkę, ale wolę podkreślać zalety ksiażki: bardzo rzadka to science fiction, którą nie zbudowano na fabule kryminału, thrillera, powieści przygodowej czy wojennej, lecz która używa fantastyki do sięgnięcia poza schemat i przyzwyczajenie, w mrok.
Drugi „Mrok” kwietniowy to początek debiutanckiego cyklu fantasy „Książę Nicości” autorstwa R. Scotta Bakkera; rzecz bardzo na Zachodzie chwalona i obwieszczona odkryciem w gatunku. Po pierwszych stukilkudziesięciu stronach zwątpiłem, czy czytam tę samą książkę; znudziły mnie one mocno i niemal odrzuciły. Bakker prezentuje tu większość kanonicznych wad fantasy: schematyczny świat wiecznego średniowiecza rozpisany od razu na tysiąclecia, cesarstwa, królestwa, bogów, magie i religie, okropne nadęcie stylistyczne, kronikarski nawał postaci i miejsc o udziwnionych nazwach, starożytne przepowiednie, bohater o supermocach rozrąbujący samodzielnie wraże watahy...
Potem wszakże robi się ciekawiej, w dwóch trzecich czytałem już ze szczerym zainteresowaniem: wątki się zazębiły, postacie nabrały życia, wyłonił się sens spod ponurych wizji i mętnego filozofowania. Otwierający cykl „Księcia Nicości” tom kończy się gdzieś na poziomie pierwszego Eriksona czy Kearneya: pionki zostały ustawione na planszy, intrygi zawiązane, tajemnice zasygnalizowane, armie ruszają w pole, machina narracyjna nabiera rozpędu. W przypadku Bakkera wyraźnie widać, jak uczył się on w trakcie pisania „Mroku”. Nie jest dobrze zaczynać od wieloksięgu, wszystkie błędy i niedociągnięcia debiutu pozostają wówczas z pisarzem na lata, nie może się on od nich uwolnić w kolejnych powieściach, ciągną go w dół jak kamień zawieszony u szyi.
Jednak pomysł, jak się wydaje, Bakker od początku miał skonkretyzowany. Tytułowy mrok stanowi tu metaforę wszystkich wpływów zewnętrznych, które warunkują - jako jawne i ukryte przyczyny - każde słowo, gest i decyzję człowieka. Nie my decydujemy - decyduje „to, co nas poprzedza”. Nie my mówimy - mówi przez nas „mrok”.
Jest to zatem klasyczny determinizm psychologiczny; konwencja fantastyczna pozwala go podnieść do rangi obiektywnej zasady świata i wykorzystać jako motor fabularny. Oto mamy więc bohatera pochodzącego z kultury (sekty?), która postawiła sobie za cel wyzwolenie spod władzy tego mroku: dyscyplinę umysłu doskonale kontrolującego siebie i otoczenie. W skali ludzkiego społeczeństwa oznacza to nieustanną walkę o dominację, pojedynki siły woli i intelektu, manipulacje uczuciowe i pułapki logiczne. Przy tym Bakker rozgrywa rzecz na tle wojny religijnej, gdzie wiara zderza się z wiarą i wiara zderza się z rozumem. Są więc wszelkie dane po temu, by w następnych częściach „Ksiażę Nicości” pięknie się rozwinął; tom, który je poprzedza, nie satysfakcjonuje literacko, ale daje nadzieję.
Jacek Dukaj
Elizabeth Moon „Prędkość mroku”, tłum. Jerzy Marcinkowski, ISA 2005, cena: 39.90 zł (twarda okładka, format 24 x 16 cm.)
R. Scott Bakker „Mrok, który nas poprzedza”, „Książę Nicości” tom 1, tłum. Maciejka Mazan, MAG 2005, cena: ?