Grom z jasnego nieba

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 164 (1996-05).

Wędruje przez kosmos przez miliony lat, z rejonów Wszechświata, do których nigdy nie dotrzemy. Spada na Ziemię, a jak już spadnie, nastąpi apokalipsa - zaiste, dla autorów SF taki meteoryt to dar niebios. Jeden z najstarszych tematów, któż to sie zań nie brał - że wymienię Verne'a z jego „Łowcami meteorów” i Wellsa z „Gwiazdą”; jeśli zaś ambitnemu autorowi zależy na podbudowaniu naukowym, wyciąga sprawę meteorytu tunguskiego czy wyginięcia dinozaurów.

Klasyk SF Arthur C. Clarke postanowił dopisać się do tej listy i spłodził ostatnio dziełko zatytułowane „Młot Boga”. Lubię Clarke'a za opowiadania, te starsze, cokolwiek przeterminowane. Clarke w ogóle bardzo dobry jest w formach krótkich, jego powieści natomiast bardziej sprawiają wrażenie powieściowych szkiców, jakby pośpiesznych, powierzchownych, suchych. „Młot Boga” nie stanowi tu wyjątku. Intryga prościutka: orbita asteroidy Kali przecina się z orbitą Ziemi, Kali jest za duża, w atmosferze nie spłonie, jak rąbnie, to przeżyją tylko skorpiony i karaluchy. Mamy wiek XXII, Marsa skolonizowano, w Układzie Słonecznym tłok niesamowity, cóż prostszego, jak wysłać któryś statek, niech zepchnie Kali z kolizyjnego toru. Jednowymiarowość postaci z utworów ACC z lat pięćdziesiątych jest nawet sympatyczna, lecz te same charaktery transplantowane w fabułę A. D. 1993 to już trochę żenujące.

Jednak Clarke'a czyta się nie dla głębi psychologicznej analizy, lecz dla fachowości człowieka obeznanego z nauką i jak na te trzysta stroniczek uraczył on nas chyba satysfakcjonującą ilością science w fiction. Z pomysłami już gorzej, zapożycza się mocno, żadnych erupcji oryginalności; odgrzewa stare z poprzednich powieści (Spaceguard ze „Spotkania z Ramą”).

Cynicznie stwierdzę, iż najbardziej interesujące jest w „Młocie Boga” obszerne posłowie, może właśnie dlatego, że odnosi się do naszej współczesności. Czy nie ciekawszym (na pewno bardziej wymagającym) byłoby założenie podobnej rychłej kolizji Ziemi z asteroidą teraz, na przełomie wieków, a nawet tysiącleci? Jak by sobie ludzkość poradziła z tym zagrożeniem nie posiadając żadnej floty kosmicznej, jeno parę wahadłowców, o których terminy startów bukmacherzy przyjmują zakłady, oraz kilkadziesiąt stareńkich rakiet nośnych? Tożby była dopiero panika, burze mózgów i naukowa szamotanina, technothriller gotowy. Wyobraźmy sobie owe przepychanki polityczne: kto operację takową miałby organizować: ONZ, NASA, ESA, wojsko? - kto jest odpowiedzialny za co, kto da pieniądze, kto podpisze, a kto wystąpi w CNN? Kali nad naszymi głowami, a tu szef któregoś MSZ stanowczo się odcina.

No, ale tego właśnie Clarke nie napisał. Pożytek z tej książki przynajmniej taki, że ACC przeznaczył z honorarium sporą sumę na projekt „Feniks” SETI, dzięki czemu może się okazać jedynym twórcą SF, który od słów przeszedł do wspierania czynów.

Jacek Dukaj

Arthur C. Clarke: Młot Boga. Tłum. Magdalena Kucharska. Alkazar 1994.