Teoretycznie fantasy jest literaturą maksymalnie oderwaną od rzeczywistości: inaczej niż w SF czy horrorze, w fantasy nawet świat i reguły tego świata mogą zostać wymyślone, wręcz wzięte z sufitu (co prawda prawie zawsze bierze się je raczej z tradycji konwencji). Jakoś tak jednak dziwnie się składa, iż najlepsze osiągnięcia tej epiki z ostatnich kilkunastu lat stanowią powieści fantasy mocno związanej realiami historycznymi. Mam tu na myśli np. cykl „Pieśń Lodu i Ognia” George'a R. R. Martina (rozpoczęty „Grą o tron”), powieści Guya Gavriela Kaya (z „Tiganą” na czele) czy wreszcie „Koronę gwiazd” Kate Elliott. We wszystkich tych przypadkach mamy do czynienia z fantasy, którą wiedza historyczna wiąże niemal równie mocno, co znajomość praw fizyki - hard SF.
Hard fantasy...? Coś bez wątpienia jest na rzeczy: Kay sam przyznaje, iż najpierw zamierzał napisać powieść historyczną, potem dopiero zaczął zmieniać nazwy i geografię; Martin siedział w pracach historycznych przez lata, zanim przystąpił do pisania cyklu; o trylogii Kate Elliott mówi się nawet, iż jest to „alternatywna historia Europy”. To nieprawda - lecz to ten poziom wiarygodności. Wyobraźnia spętana ostrzejsza w swych projekcjach - bo skupiona...? Ryzykowna to teza. Niemniej korelacja istnieje.
Trylogia „Korona gwiazd” Elliott zaczyna się „Królewskim smokiem”. Z nieznanych mi przyczyn polski wydawca zataja przed czytelnikiem te informacje, łudząc go, iż ma do czynienia z zamkniętą całością (identycznie postąpił Zysk z „Grą o tron”). Tak nie jest; „Smok” kończy się ładnym cliffhangerem. Z nieufnością podchodzę do cykli, trudno mnie też nazwać bezkrytycznym miłośnikiem fantasy - Kate Elliott zaskoczyła mnie pozytywnie.
Zapewne, nie jest to dzieło wybitne, żadne olśnienie literackie. Na planie fabularnym wydaje się wręcz realizować ten sam wyświechtany schemat fantasy: tajemnica przeszłości, mroczne dziedzictwo, para młodocianych bohaterów dorastających do swego przeznaczenia i wysokich honorów, w tle konflikt polityczno-militarny, hordy zła nacierają z północy etc., etc. Elliott bierze jednak to wszystko w twarde prawidła historii, przydaje ponurego realizmu. Genealogie rodów panujących są tu tak samo splątane jak w średniowiecznej Europie; wojny dynastyczne równie zaciekłe; prawa prawdziwie feudalne (nie ma obowiązkowego w fantasy narzutu mentalności XX-wiecznego Amerykanina); relacja Kościół-państwo równie skomplikowana; spory religijne równie subtelne, a schizmy równie brzemienne w konsekwencje; los człowieka równie mocno związany tradycją (którym z kolei synem się urodziłeś, taka kariera ci przeznaczona: miecz lub kruchta); nawet fikcyjna lingwistyka świata Elliott odpowiada bogactwem języków i problemami transkrypcyjnymi sytuacji scholarów przedzierających się mozolnie przez manuskrypty łacińskie, greckie, arabskie, hebrajskie...
Rzecz jednak w tym, iż Kate Elliott nie ograniczyła się do roboty czysto odtwórczej i całą tę wiedzę zaaplikowała do kreacji posiadającej elementy oryginalne. Otóż średniowiecze Elliott jest średniowieczem sfeminizowanym, i to na wszystkich płaszczyznach - ale sfeminizowanym nie karykaturalnie, za to bardzo konsekwentnie i w zgodzie z wewnętrzną logiką. Zacznijmy od tego, iż w ichniej wersji chrześcijaństwa Bóg jest dwupostaciowy, uosobiony w równych sobie pozycją Panu i Pani (tak, ku literackiemu pożytkowi, wykorzystywać można postulaty współczesnych radykałów). Nie ma dogmatu o grzechu pierworodnym i pokuszeniu Ewy. Hierarchia kościelna jest zdominowana przez kobiety (o biskupach tam nie wspominają - biskupin mnogo; papieżyca to tzw. skoposa). Hierarchie władzy świeckiej (struktury władzy w ramach dynastii panujących) również skłaniają się ku przewadze płci pięknej - ale i to ma swoje logiczne uzasadnienie: w tak zekstremalizowanym feudalizmie o wszystkim decyduje linia krwi, a „prawo dziedziczenia jest niepodważalne jedynie po kądzieli”. Etc. (Polski edytor starał się wzmocnić ten obraz, siejąc po tekście literówkami zmieniającymi koniugacje żeńskie na męskie).
Jest to kreacja na tyle ciekawa i rozbudowana (np. Elliott dla potrzeb swej pseudopitagorejskiej magii rozpisuje całą alternatywną astronomię i astrologię), iż dłuższymi fragmentami czytałem „Smoka” z nastawieniem właściwym dla SF: starając się z podrzucanych wskazówek dedukować rozwiązanie nie postawionej jeszcze zagadki ontologicznej. Uwierzyłem w „twardość” reguł tej fantasy - jak w hard SF wierzy się, iż autor nie wyskoczy nagle poza fizykę. Być może to pokrewieństwo jest głębsze: przed „Koroną” Kate Elliott napisała cykl SF o Jaranie.
Krytyk-postmodernista zapewne zaciągnąłby ją do swego ogródka (lubi się ona bowiem bawić z czytelnikiem np. podrzucając przysłowia w rodzaju: „Nie ufaj Aretuzejczykom przynoszącym dary”), byłaby to jednak nadinterpretacja. Podobnie zresztą jak przypasowywanie wymowy powieści do jakichś wyższych ideologii. To wciąż jest przede wszystkim czytadło. Kilka godzin przyjemnej lektury i może kwadrans zastanowienia. Polecam.
Jacek Dukaj
Kate Elliott „Królewski smok”, tom 1 trylogii „Korona gwiazd”, tłum. Joanna Wołyńska, Zysk i S-ka 2000, cena: 39.00 zł