Historia i magia

Poniższy szkic ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 246 (2003-03).

Za pytaniami o fenomen popularności fantasy często kryje się – wyrażana dosłownie lub jedynie implikowana – pretensja i zdumienie, dlaczego „ludzie czytają TO, a nie science fiction”. Domyślne wyobrażenie oferuje model swoistych naczyń połączonych, w których stała ilość cieczy, to znaczy czytelników, jest wysiłkiem literackich pomp przepychana między menzurkami. Z tego już prosta droga do „obwiniania” fantasy za rzekomy spadek popularności innych konwencji fantastycznych.

Sam widzę to zupełnie inaczej. Kolejne tomy cyklu Roberta Jordana wchodzą w USA z automatu na pierwsze miejsce listy bestsellerów „New York Timesa”, bijąc największe hity niefantastycznej literatury popularnej – czyżby zastępy czytelników SF, niecnie wtem zwiedzionych na manowce fantasy, były aż tak liczne? Ta wielotomowa epicka fantasy atrakcyjna jest także dla czytelników zupełnie nie identyfikujących się wcześniej (a i nie czyniących tego teraz) z jakąkolwiek fantastyką. To, co ich do niej przyciąga, to nie są elementy fantastyczne, na pewno nie przede wszystkim. Równie dobrze mogliby czytać - i czytają – powieści przygodowe, historyczne, sensacyjne, romanse i kryminały. Fantasy nie kusi ich tu hasłami większej oryginalności, awangardowości, sprawności literackiej, magii bardziej magicznej i cudów bardziej cudownych – lecz bohaterów, z którymi łatwiej się utożsamiać, i opowieści bardziej wciągającej, bardziej epickiej.

Wielki jest głód epiki. Zarówno trudności z jej dostarczeniem przez literaturę realistyczną, mainstreamową, jak i zapotrzebowanie na nią – można odczytywać jako swoiste znaki czasu, tzn. epoki dezorganizacji historii, gdy na naszych oczach rozpadły się wszelkie schematy pozwalające dotąd opisywać świat i rozgrywające się w nim współcześnie wydarzenia jako oczywisty „ciąg dalszy przeszłości”, dostrzegać w pojedynczych faktach elementy jednego, wielkiego gobelinu Historii. Gobelin spłonął, literaturze pozostało opisywać kolorowe jego strzępy, ewentualnie próbować rekonstrukcji z pamięci. Lub z wyobraźni.

Przeklinane za schematyzm i infantylizm, niekończące się cykle fantasy, oferują właśnie to: pełne rozmachu, wielowątkowe opowieści o głębokim oddechu historii, rozpisane na dziesiątki, setki postaci, ujmujące w dramatyczne fabuły losy całych narodów, krain, konsekwentnie zmierzające ku jakiemuś logicznemu finałowi, kształtowi ostatecznemu. Niegdyś pozostawało to domeną powieści historycznej, teraz z rzadka osiąga ów efekt wielkoskalowa fikcja polityczna w rodzaju technothrillerów Toma Clancy’ego – poza tym jednak mamy tylko fantasy.

Do najambitniejszych, a w każdym razie najpopularniejszych cykli fantasy ostatnich lat należą bez wątpienia te autorstwa Roberta Jordana, George’a R. R. Martina i Stevena Eriksona. Mieszcząc się wszystkie w kategorii „magicznej epiki”, różnią się jednak na tyle, by spróbować na ich przykładzie wykreślić granice konwencji i znaleźć jej cechy charakterystyczne, punkty stałe.

Najlepsze zdanie z tej trójki mam o serii George’a R. R. Martina. On też najbliższy jest temu, co się tradycyjnie zwykło uważać za epikę historyczną. Rzekłbym nawet, iż – podobnie jak w przypadku Guya Gavriela Kaya – mamy tu do czynienia z powieściami historycznymi, jeno oderwanymi od konkretnego miejsca i czasu przez powierzchowne operacje zamiany nazw, detali scenograficznych i geograficznych itp. Jest to trend, który wyraźnie przybiera na sile w światowej fantasy. Martin (podobnie jak inni autorzy) planowanie takiego cyklu rozpoczyna od kilkuletnich studiów historycznych, mozolnego przedzierania się przez teksty źródłowe, powikłane genealogie skłóconych dynastii, pełnych bastardzkich potomków i władców wyniesionych na trony w zbiegu historycznych przypadków.

I to właśnie odbija się w „Pieśni Lodu i Ognia”: zimne, obojętne, amoralne okrucieństwo Historii. Martin do tego stopnia wyzwolił się tu z gatunkowych (i w ogóle: literackich) konwencji fabularnych, że wielu czytelników uważa, iż autor specjalnie robi im na złość, wyrzynając pozytywnych bohaterów i pozwalając tryumfować złym. Jest to wszakże lekcja, którą pierwszą winien przyswoić sobie każdy student tajemnic przeszłości: Historia nie ma sumienia, Historia nie zważa na dobre uczynki i czyste dusze, ani zresztą na bagaże grzechu, bo ci źli też tryumfują nie dlatego, że są źli, lecz ponieważ akurat okazali się sprytniejsi i/lub sprzyjały im okoliczności. Czyta się przez to „Pieśń” w nastawieniu pesymistycznym, w irytacji i złości, ale też z zaangażowaniem i ciekawością losów poszczególnych bohaterów (a imię ich legion) niemożliwymi do wyindukowania przez żadną podległą konwencjom fabularnym literaturę; wszelkie też próby streszczenia owej fabuły byłyby wielkim świństwem wobec potencjalnych czytelników.

Zresztą streszczenia owych epopei same w sobie sprawiają kłopot, liczba równoległych i równie ważnych wątków, jakie należałoby w nich opowiedzieć, jak tak wielka, że można tu tylko albo pozostać przy ogólnikach, albo skupić się na jakichś wybranych detalach, wykrytych cechach charakterystycznych – lub ich braku.

Jaki więc na przykład robi Martin użytek z magii? Otóż właśnie minimalny; a jeśli już, to przejawia się ona nie bezpośrednio, jeno w stworzeniach magicznych (smokach, żywych trupach), w tle, jako pewien (drugorzędny) aspekt kilku miejsc, przedmiotów – próżno tu szukać wypraw po magiczne pierścienie czy pojedynków na fireballe, czego jednak pełno u Eriksona i Jordana. „Pieśń Lodu i Ognia” to w 90% przygodowa kronika feudalnego świata, z jego kulturą, mentalnością, prawami, polityką i ekonomią oddanymi o niebo wierniej niż w niejednej powieści historycznej, o fantasy nie wspominając.

Cykle Jordana i Eriksona tym się różnią od „feudalnego realizmu” Martina, że w nich nie ma już żadnych hamulców dla wprowadzania elementów fantastycznych, w obu tych światach magia działa na wielką skalę: używana jest do równania z ziemią miast, unoszenia w powietrze gór, zmieniania geografii mórz i kontynentów, tworzenia nowych gatunków istot inteligentnych i zwierząt, teleportacji armii, wskrzeszania martwych, a nawet – czynienia z ludzi bogów (jak najbardziej dosłownie). W takim świecie nie tylko wojna, ale i wszystkie inne dziedziny życia w niewielkim już stopniu mogą się opierać na tradycjach średniowiecznych, renesansowych czy jakichkolwiek innych znanych z „naszej” historii; w istocie wojny najbardziej tu przypominają zderzenia mocarstw atomowych, z których każde chowa w zanadrzu jakąś Klątwę Końca Świata.

Sprawia to tę dodatkową trudność w konstrukcji fantastycznej rzeczywistości, iż cały ów kulturowo-scenograficzny „pakiet obowiązkowy” fantasy, wywiedziony ze zmitologizowanego średniowiecza – zamki, rycerze, miecze, konie, królowie i damy – przestaje tu mieć jakiekolwiek uzasadnienie wewnątrztekstowe. George R. R. Martin natomiast im bardziej się ogranicza i im większą „wierność historii” sobie narzuca, tym – paradoksalnie – bliższy jest ideałowi klasycznego świata fantasy; ta fantasy jest bardziej „prawdziwa”. Odwrotnie u Eriksona i Jordana: im więcej magii, niezwykłości i, było nie było, oryginalności, tym mniejsze prawo mają ich światy przypominać w czymkolwiek Europę sprzed kilku czy kilkunastu wieków.

Z „Koła Czasu” Jordana jako ostatnia ukazała się w Polsce „Ścieżka sztyletów”; jest to tom ósmy, a skądinąd wiadomo, że rzecz nie zamknie się wcześniej niż w tomach dwunastu. Mowa tu o kilkunastu tysiącach stron. Po części rozmiary te są usprawiedliwione rozmachem (epickim właśnie) opowieści, po części wszakże wynikają ze świadomej strategii autora, strategii „rozdymania” fabuły i mnożenia wątków pobocznych, obranej, gdy cykl odniósł taki sukces, że wydawca zaczął Jordanowi płacić w ciemno siedmiocyfrowe zaliczki za każdy kolejny tom; kto zarzyna kurę znoszącą złote jajka?

Stąd wyróżnić można w ewolucji „Koła Czasu” trzy etapy. Pierwsze trzy tomy to klasyczna młodzieżowa fantasy questowa – bohaterowie przemierzają wszystkie opisane na mapie krainy, od jednego magicznego artefaktu do drugiego, przy tym dorastając, poznając świat i tajemnice magii i historii (także tę najbardziej klasyczną: kto jest prawdziwym ojcem głównego bohatera?). Od tomu czwartego („Wschodzącego cienia”) opowieść zmienia jednak charakter: przekroczony został próg wiedzy i potęgi, poza którym dalsze wędrówki, ucieczki i pościgi nie mają sensu. Odtąd po mapie przemieszczają się całe armie, zdobywa się miasta i państwa, a wszystkie intrygi i przygody posiadają kontekst polityczny, pionki w tej rozgrywce stanowią nie pojedynczy ludzie, lecz narody. Z racji podobieństwa polityczno-mistyczno-spiskowej otoczki fabuły „Koła”, czynione są często jego porównania do „Diuny” Herberta (także, po prawdzie, z racji podobieństwa Aielów do Fremenów). Do trzeciej fazy cyklu zaliczyć wypada ostatnie tomy, w których rozcieńczenie fabularne osiąga poziom brazylijskiej telenoweli i najwięcej miejsca poświęca Jordan opisom kłótni, knowań i sercowych uniesień drugoplanowych postaci kobiecych, których przybywa z tomu na tom w postępie geometrycznym.

Przewaga kobiet w „Kole Czasu” jest nie tylko ilościowa. Kobiety rządzą większością krajów w świecie Jordana. Kobiety posiadają monopol na posługiwanie się magią. Kobiety dysponują usankcjonowaną lokalnymi obyczajami władzą nad mężczyznami (aż do prawa do bezkarnego ich zabijania). Ponieważ narracja jest prowadzona z pułapu w najlepszym razie nastolatka, nawet dorośli mężczyźni wypadają tu infantylnie.

Na co jednak warto w tym wieloksięgu zwrócić uwagę: Jordan uczynił elementami samej opowieści refleksję nad Historią oraz sposoby manipulowania nią. Tytuł cyklu, „Koło Czasu”, bezpośrednio opisuje ontologię tego świata: losy ludzkie to pojedyncze nici w wielkim splocie Historii, tkanym przez Koło Czasu, obracające się w powtarzających się cyklach Wieków, tak, że najdalsza przeszłość jest zarazem najodleglejszą przyszłością. (I w istocie w retrospekcjach z czasów starożytnych Jordan pokazuje wystarczającą ilość futurologicznych gadżetów, rzucając co chwila niby-znajomymi nazwami, by prowokować wśród fanów gorące dyskusje, czy aby nie jest to „science fiction w przebraniu”, a dany mistyczny symbol – np. echem logo Mercedesa-Benza). Mieszkańcy tego świata są świadomi Historii, jak jeszcze jednej siły natury, obok pogody czy magii – walczą z nią, sterują nią (niektórzy są np. tzw. ta’veren, wokół których splatają się losy innych ludzi), niszczą ją (stosowna manipulacja Mocą pozwala na „spalenie” poszczególnych wątków Historii, nawet pod prąd czasu), podróżują wskroś niej (przemieszczając się między światami alternatywnymi), próbują ją oszukać (Jordan związał się tak ciasną siecią przepowiedni i proroctw co do przyszłych wydarzeń, że od pewnego momentu czytanie „Koła” przypomina dekodowanie biblijnego apokryfu – a bohaterowie też przecież znają te przepowiednie).

Świat Stevena Eriksona oferuje spośród tych trzech sag tło najgłębsze, ciągłość Historii na przestrzeni nawet nie stuleci i tysiącleci, lecz setek tysięcy lat. Erikson jest z wykształcenia antropologiem i archeologiem – i snuje swoją opowieść w skali antropologicznej właśnie, tzn. z kontekstem i przez odniesienie do wydarzeń nie tylko że sprzed czasów dzisiejszych królestw, map, języków, religii, ale – sprzed epoki ludzi, z ciemnej przeszłości, gdy inne rasy zamieszkiwały świat, a on inny posiadał kształt. Czasami natknąć się można na pozostałości po nich: dziwne ciała zamrożone w milionletnim lodzie, echa zapomnianych tragedii zakodowane w najstarszych obyczajach, ruiny ruin.

Jak sam opowiada: „Chciałem, by czytelnik poczuł, że wstępuje w środek w pełni rozwiniętej historii i może podejrzeć jedynie ułamek rozgrywających się zdarzeń. Gdybym pisał o Imperium Rzymskim, czy powinienem zacząć od Etrusków? Greków? Człowieka z Cro-Magnon? Gdzieś zacząć trzeba”.

Specyfiką kreacji Eriksona pozostaje ponadto wyjątkowo solidne przemyślenie – oryginalnych przecież – ontologiczno-teologiczno-magicznych podstaw tej rzeczywistości. Wymieniam te trzy aspekty razem, ponieważ nie sposób ich rozdzielić: wstępując na ścieżkę magii, można dokonać Ascendencji na poziom bogów, wejść (duchem i/lub ciałem) do tzw. Grot, z których każda rządzi się swoimi prawami, daje inny rodzaj mocy i przypisana jest do innych ras, krain, form bytu. Kształt świata jest jedynie odbiciem procesów zachodzących na poziomie Grót, podobnie jak nasza widzialna rzeczywistość jest jedynie entą konsekwencją praw fizyki kwantowej. Wszystko to jest daleko bardziej skomplikowane niż jakikolwiek system mageogonii (tak go nazwijmy), z jakim się dotąd w fantasy spotkałem; może tylko ten zawarty w „Ars Magice” się z nim równa. A skojarzenie z role-playing game jest o tyle słuszne, że Erikson jako Mistrz Gry sam prowadził kampanie RPG, testując w praktyce realizm fikcji.

I o ile w przypadku mageogonii Jordana nie sposób oprzeć się wrażeniu, iż w kolejnych tomach dodaje on jednak nowe założenia, wyciągając je z rękawa, dobudowując do uprzedniej konstrukcji pod dyktando bieżącej fabuły – o tyle Erikson stosuje strategię dokładnie przeciwną: z góry zaplanowane i przemyślane w najdrobniejszych szczegółach reguły rządzące światem ujawnia bardzo powoli, od niechcenia, nigdy wprost, jedynie przez pokazanie ich w działaniu, i są to reguły niezmienne i kompletne, uruchomione od razu w całej swej złożoności.

Owocuje to dwoma rzadkimi w tym gatunku efektami. Po pierwsze, w miarę poznawania tych reguł, zdarzenia i całe wątki z wcześniejszych tomów zyskują nowe znaczenia i nagle okazują się czymś więcej niż kolejnymi typowymi dla fantasy modułami fabularnymi, za jakie z początku można je wziąć; jest to zdecydowanie cykl do wielokrotnej lektury. Po drugie, skoro autor zyska takie zaufanie czytelnika, że ten uwierzy w niewzruszoność i konsekwencję owych ukrytych zasad – w tym założoną postać Historii fikcyjnego świata, z której przecież wynika jego stan aktualny – zasady te stają się dlań taką samą „zagadką ontologiczną”, co teorie fizyczne, matematyczne, biologiczne czy informatyczne w science fiction: dedukuje się je z podsuwanych wskazówek i opisywanych zdarzeń, buduje hipotezy i domyśla się „prawidłowych rozwiązań”. W klasycznej fantasy, czy w fantasy Jordana, a nawet Martina, ten rodzaj suspensu jest niemożliwy: świat podlega tam fabule, nie fabuła światu, „wszystko płynie”, nie ma praw, których nie możnaby – jakoś – złamać.

Porównując owe trzy cykle, nie sposób nie poczynić także następujących konstatacji: o ile mianowicie istnieje powszechny consensus między krytykami i nawet zagorzałymi fanami „Koła Czasu”, iż cykl ten z tomu na tom traci na jakości (co zresztą wydaje się tendencją naturalną dla cykli fantasy), o tyle istnieje równie powszechny consensus (i to dopiero stanowi powód do zdumienia), iż „Pieśń Lodu i Ognia” staje się z każdym tomem lepsza.

Serie te ustalają nowy standard stylu i sposobu narracji: o powieściach Martina i Eriksona powiedzieć, że są „ponure”, „mroczne”, „krwawe”, to mało. U Eriksona ciężko w ogóle wskazać postaci jednoznaczne pozytywne i negatywne, wszyscy tam posiadają jakieś motywy i cele, i wszyscy stosują środki czyniące ich w oczach oponentów uosobieniem zła. Martin, co prawda, przedstawia bohaterów, którym czytelnik może kibicować, ale i oni mają swoje ciemne strony, a ich wrogowie – strony jasne. Tylko Jordan trzyma się klasycznego, tolkienowskiego podziału na Absolutne Zło i resztę świata. Lecz ta reszta świata jest wewnętrznie mocno skłócona, a i wśród najbliższych sprzymierzeńców Czarnego roi się od spisków. Zresztą Jordan nieustannie zachęca nas do podejrzewania wszystkich o wszystko – nic nie jest jednoznaczne, niepodważalne.

Pod względem literackim „Opowieści z Malazjańskiej Księgi Poległych” lokują się gdzieś pomiędzy „Pieśnią Lodu i Ognia” a „Kołem Czasu”: mniej infantylne od „Koła”, ale i mniej sprawnie napisane od „Pieśni”, nie wciągają tak jak cykle Martina i Jordana, który, cokolwiek by o nim nie mówić, jest przecież czytadłem wysokiej klasy. U Eriksona przywiązanie czytelnika do bohaterów jest najsłabsze i ich losy zdają się nie stanowić pierwszoplanowego tematu.

Pierwszoplanowy temat stanowią losy świata. Podobnie zresztą u Martina i Jordana, ale oni sprawniej wykorzystują do jego prezentacji swoich bohaterów. We wszystkich trzech przypadkach mamy jednak do czynienia z kulminacją procesów sięgających na setki, tysiące lat w przeszłość – jakbyśmy śledzili ostatnie przekształcenia monumentalnego równania, zawierającego w swych zmiennych opis całego świata, tego, co było, i tego, co będzie.

Jacek Dukaj

Część książek jest dzielona przez wydawców na dwa tomy, niekiedy o różnych tytułach. „Koło Czasu” funkcjonuje na polskim rynku w dwóch wersjach: dwu- i jednotomowej (wydanie poprawione).

George R. R. Martin „Pieśń Lodu i Ognia” („Gra o tron”, „Starcie królów”, „Nawałnica mieczy”, „A Feast for Crows”)

Robert Jordan „Koło Czasu” („Oko Świata”, „Wielkie Polowanie”, „Smok Odrodzony”, „Wschodzący cień”, „Ognie niebios”, „Triumf chaosu”, „Korona Mieczy”, „Ścieżka sztyletów” „Winter’s Heart”, „Crossroads of Twilight”)

Steven Erikson „Opowieści z Malazjańskiej Księgi Poległych” („Ogrody Księżyca”, „Bramy Domu Umarłych”, „Wspomnienie lodu”, „House of Chains”)