- Huygens zbudował zegar regulowany przez wahadło. Jego tykanie odmierza wieczność, tak jak cyrkiel odmierza odległości na mapie. Dzięki tym dwóm przyrządom możemy mierzyć czas i przestrzeń, co w połączeniu z nową metodą analizy Kartezjusza pozwala nam opisać dzieło Stworzenia, a nawet, być może, przewidzieć przyszłość.
- To znaczy, że ten Huygens jest... kimś w rodzaju astrologa?
- Ależ nie! Nie, nie, nie! Nie jest ani astrologiem, ani alchemikiem, lecz kimś zupełnie nowym. I takich jak on będzie coraz więcej. Ich osiągnięcia mogą przewyższyć dokonania alchemików.
Kiedy właściwie narodziła się nauka - to, co dzisiaj rozumiemy jako „naukę”: sceptyczne dociekanie tajemnic natury w oparciu o empirię i racjonalną metodologię? Co zadecydowało, iż zwyciężyła taka jej wizja? Czy zwyciężyć mogła inna: „nauka alchemiczna”, „nauka astrologiczna”? Czy też istnieje tylko jedna słuszna metoda i prędzej czy później musiała ona zaowocować cywilizacją z komputerami, samolotami, sproceduralizowanymi wojnami i zmatematyzowaną gospodarką, z kinem, telewizją, internetem - oraz fantastyką „naukową”?
Informacja o świecie, jaką otrzymujemy z mediów, ze sztuki, dociera do nas już przefiltrowana przez mentalność wymuszoną specyfiką danego medium. Kino zatem jest ekstrawertyczne, ponieważ chorobliwi introwertycy bardzo źle radzą sobie z pracą zespołową, a tylko tak powstają filmy. Natomiast przeszłość naszej cywilizacji widzimy oczyma humanistów: historia jest dziedziną humanistyczną. Co przekłada się na literaturę historyczną, która ekscytuje się intrygami dworskimi, mariażami arystokracji, wojnami, żywotami generałów, poetów i kompozytorów. Tu przebiega linia demarkacyjna: o przyszłości piszą autorzy spod znaku nauk ścisłych (nierzadko praktykujący naukowcy); o przeszłości - humaniści.
Neal Stephenson w „Cyklu Barokowym” przełamuje ten schemat. W ostatnich trzech powieściach („Zamieci”, „Diamentowym wieku”, „Cryptonomiconie”) przesuwał granice SF po stronie jutra; teraz sięgnął w głąb, do korzeni całej cywilizacji Zachodu. Rozmach „Cyklu” odpowiada skali wyzwania. Na 3000 stron Stephenson prowadzi opowieść od 1655 do 1714 roku, przez niemal wszystkie kontynenty, z dwoma głównymi bohaterami (doktorem Danielem Waterhouse i Jackiem Shaftoe - włóczęgą, złodziejem i oszustem) oraz setkami postaci drugoplanowych, historycznych i fikcyjnych. Już na pierwszych stronach spotykamy Benjamina Franklina i Isaaca Newtona, przedstawiony zostaje Huygens i Leibniz. Odwiedzimy dwory królewskie, pola bitew (na początek Odsieczy Wiedeńskiej, z udziałem Jana III Sobieskiego oraz bezgłowego strusia), egzotyczne krainy epoki baroku - ale bohaterami tej opowieści są przede wszystkim ci, których nazywamy dziś „naukowcami”; od których „nauka” się zaczęła.
Fabułę uruchamia nie miłość czy zemsta, lecz spór o autorstwo rachunku różniczkowego; najciekawsze są tu pojedynki nie na szable i pistolety, lecz na idee (systemy Newtona i Leibniza). Stephenson wielką rolę w narodzinach nowożytnej nauki przypisuje Towarzystwu Królewskiemu, w którym Robert Hooke, Samuel Pepys i im podobni tworzyli podwaliny „filozofii naturalnej”. Fascynujące jest w ich dociekaniach pomieszanie myśli dla nas racjonalnych i całkowicie fantastycznych. U zarania, przed Big Bangiem nauki, wszystko w naturalny sposób łączyło się ze wszystkim. Leibniz przechodzi w dyskusji od kwestii Trójcy Świętej do problemu duszy i umysłu, a z niego - do kwestii świadomości maszyn liczących.
Język postaci, ich sposób myślenia i opisu rzeczywistości oparty jest na tym samym paradygmacie. Bohaterowie poruszają się po „kopernikańskich łukach”, postrzegają związki rodzinne w kartezjańskich siatkach i rozróżniają kolory podług barw planet.
„Cykl” zdecydowanie lepiej broni się jako całość, epicka powieść o historii Rozumu i narodzinach nowożytnej cywilizacji. Poszczególne części mają swoje słabsze strony. Pierwsza księga (1/3 „Żywego srebra”, czyli 1/9 całości) skupia się na ideach, Daniel Waterhouse to postać pasywna, służy głównie jako świadek i pośrednik dla wielkich umysłów epoki. I tu jednak nie opuszcza Stephensona charakterystyczna ironia.
Drugim głównym tematem „Cyklu Barokowego” jest formowanie ekonomicznych podstaw cywilizacji Zachodu. Zainteresowanie Stephensona systemem monetarnym i mechanizmami rynku było widoczne od początku jego twórczości; w „Cryptonomiconie” opisuje przyszłość e-pieniądza, tutaj - wiek niemowlęcy „gospodarki globalnej”. Za ten wątek odpowiada postać Jacka Shaftoe (wprowadzona w drugiej księdze), który fałszując angielską walutę stanie na drodze Isaaka Newtona, podówczas szefa Mennicy Królewskiej.
„Cykl Barokowy” powiązany jest z „Cryptonomiconem” także przez genealogię głównych bohaterów, obecność Enocha Roota, który „posiadł sekret długowieczności”, tudzież przez oryginalny „Cryptonomicon”, księgę szyfrów autorstwa Johna Wilkinsa, założyciela Towarzystwa Królewskiego. Jak Stephenson bawi się historią: Wilkins rzeczywiście napisał taką książkę o szyfrach, lecz zatytułował ją „Mercury”. Isaac Newton zaś tyle samo czasu, co teorii optyki i mechaniki, poświęcał alchemicznym eksperymentom z krwią menstruacyjną i zatruwającą go tytułową rtęcią (merkuriuszem); alchemiczne imię Newtona brzmiało „Jeova Sanctus Unus”, „Święty Jehowy”, anagram „Isaacus Neuutonus”.
Podobne fakty z dziejów Rozumu są mało znane, a symbolicznie ukazują, jak nieoczywistą i krętą ścieżką postępował rozwój nauki i racjonalizmu, stanowiącego podwaliny współczesnej cywilizacji człowieka. Licentia poetica pozwala Stephensonowi opisać rozdroża historii w wyjątkowo malowniczy sposób; ponieważ tak daleko zaszliśmy drogą Rozumu, inne muszą się nam teraz jawić drogami ułudy i fantazji.
- Co to jest?
- Róg jednorożca.
- Myślałem, że jednorożce to stworzenia mityczne.
- Cóż, ja nigdy żadnego nie widziałem.
- Skąd w takim razie wziął się ten róg?
- A skąd miałbym to wiedzieć, do diaska? Wiem tylko, że można je kupić w Amsterdamie.
Jacek Dukaj
Neal Stephenson, „Żywe srebro” tom 1, „Cykl Barokowy”, tłum. Wojciech Szypuła, MAG 2005, cena: ?