Hobby: Kontakt

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 247 (2003-04).

Jack McDevitt, gdy nie zapatrzy się w schematy hollywoodzkich thrillerów, pisuje SF lekką, łatwą i przyjemną; taki też jest jego „Bezkresny ocean”.

Wizytujemy tu przyszłość znaną nam doskonale z setek innych książek. Statki FTL, skolonizowane pobliskie ziemiopodobne planety (większość akcji rozgrywa się na jednej z nich, Greenway), genetyka gwarantuje każdemu minimum dwieście lat w zdrowiu - poza tym jednak technologicznie i kulturowo jest to wyidealizowana współczesna Ameryka klasy średniej. Ludzie żyją sobie luksusowo, niby zarabiając pieniądze i płacąc za luksusy, lecz równie wiele czasu poświęcając rozmaitym kosztownym hobbies, w rodzaju nurkowania w greenwayowym oceanie - albo międzygwiezdnych podróży w poszukiwaniu Obcych.

Ludzkość w „Bezkresnym oceanie” pozostaje bowiem samotna, nie znaleziono śladów nie tylko obcej inteligencji, ale jakiegokolwiek obcego życia, i powoli zaprzestaje się wysiłków jego poszukiwania, zamiera ekspansja. Zajmują się tym już tylko nieliczne prywatne instytuty i fundacje, np. eksplodując seryjnie gwiazdy dla zwrócenia uwagi. Milionerzy natomiast wybierają się w swych luksusowych jachtach na wyprawy w nieznane. Hobby: łowy na Obcych. Siostra głównej bohaterki uczestniczyła w jednej z takich wypraw i zginęła w tajemniczych okolicznościach; po latach bohaterka podejmuje śledztwo.

Co wydaje się w tej powieści warte uwagi, to różne ciche założenia przyjęte przez autora dla umocowania fabuły. Ludzkość nie interesuje się kosmosem i cofa się „do wewnątrz”, ponieważ 99% populacji zamknęło się w światach VR. Mamy tu też przykład Kontaktu zakończonego fiaskiem z powodu uprzedzeń i konfuzji po stronie człowieka, nie Obcych. W sumie jednak trudno oskarżyć McDevitta o jakiekolwiek większe ambicje - poza ambicją sprawnego opowiedzenia historii.

A rzecz zaiste czyta się piorunem, autor robi wszystko, by nie zatrzymywać na dłużej uwagi czytelnika: zdania są krótkie, proste, prawie zupełnie pozbawione metafor i bardziej wymyślnych figur stylistycznych, z minimalną ilością przymiotników; bohaterowie piękni, sympatyczni i nieskomplikowani; fabuła jednotorowa i intryga odkrywana w tempie ani za wolnym, ani za szybkim. McDevitt pozostaje również powściągliwy w sferze obyczajowej. Idealna to książka dla zachęcenia do science fiction młodego czytelnika - a i dorosły, pamiętający jeszcze wzruszenia, jakie budziła w nim stara, dobra SF eksploracyjna, przeczyta „Bezkresny ocean” bez bólu.

Jacek Dukaj

Jack McDevitt „Bezkresny ocean”, tłum. Agnieszka Jacewicz, Solaris 2002, Kanon Science Fiction, cena: 39.00 zł.