Humanistyczny racjonalista

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w skróconej wersji w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 253 (2003-10)

Greg Egan jest pisarzem, który najdalej posunął światową science fiction w ostatniej dekadzie. „Stan wyczerpania” to pierwsza jego powieść prezentowana polskiemu czytelnikowi (aczkolwiek czwarta w chronologii dorobku). Nie jest to wybór najszczęśliwszy pod względem atrakcyjności fabularnej; nijaka okładka, nijaki polski tytuł i całkowity brak promocji też nie wróżą książce dobrze. Z drugiej strony być może rozsądnie jest zacząć lekturę Egana od swoistego katalogu głównych tematów jego twórczości, futurologii, trendów wyobraźni i wręcz obsesji.

Pierwsze sto stron „Stanu” to właśnie taki minikatalog, skompilowany z reportaży kręconych przez głównego bohatera, dziennikarza naukowego, oraz z przykładów z jego życia. Pozostałe trzy czwarte powieści rozgrywa się na sztucznej wyspie, nanorodnym Bezpaństwie anarchistów technologicznych, gdzie toczy się konferencja fizyków teoretycznych, mających przedstawić Teorię Wszystkiego – święty Graal fizyki, jednolity formalnie opis wszechświata – co jest przedmiotem kolejnego reportażu bohatera.

Powieść zaczyna się sceną chwilowego wskrzeszenia ofiary mordu – nagłej, brutalnej stymulacji chemicznej ciała, a przede wszystkim mózgu, by wydostać z jego pamięci portret zabójcy. Wszystkie podobne perwersje nauki, a wielka ich tu mnogość, Egan przedstawia z dbałością o wiarygodność detali (co przychodzi mu z łatwością o tyle, że sam pracował na styku medycyny i hi-techu), celem ich jednak nie jest epatowanie gadżetami i wynaturzeniami, lecz prezentacja ogólnych problemów i zadanie pytań – być może najważniejszych pytań XXI wieku. Jedna z postaci podsumowuje ów konflikt idei jako bitwę o dwa słowa, o definicje Zdrowia i Człowieczeństwa.

Gdzie mianowicie leży granica pomiędzy tym, co jeszcze jest leczeniem, a tym, co już przesuwa organizm ku nowemu ideałowi normalności? Bo gdy postęp biotechnologii czyni możliwym tak wielkie zmiany, położenie tej granicy staje się zależne wyłącznie od wyznawanej ideologii. Egan pokazuje tu rozmycie się kryteriów zarówno na planie owych ideologii, jak i konkretnych ich realizacji. Co leczy więcej niż „chorobę”? co jest już „nieludzkie”? Przepisanie się na nowy, sztuczny alfabet zasad DNA? Rozszerzenie wachlarza płci na siedem jej wariantów, z bezpłciowością włącznie? Dobrowolne operacyjne wywoływanie autyzmu?

Nie są to przy tym żadne fanaberie szalonych ekscentryków, lecz bardzo logiczne konsekwencje światopoglądów funkcjonujących już dzisiaj – jakkolwiek dla nas absurdalne, gdy doprowadzone do ekstremum. Z fascynacją śledzę tok podobnych rozumowań. Dobrowolni Autyści argumentują, iż ludzie upośledzeni już na tyle, że nie mogący wchodzić w normalne związki międzyludzkie, niemniej pragnący ich i cierpiący z tego powodu, powinni mieć prawo do neuromodyfikacji odejmującej im także owe tęsknoty i ów ból. Stoi za tym cała teoria ewolucyjnych uwarunkowań uczuć, wartości i zachowań. „Intymność jest jedynie wiarą – nagradzaną przez mózg – w to, że ludzi, których kochamy, znamy mniej więcej tak samo jak siebie samych”.

Intymność i kwestia niemożliwości rozumowego zapanowania nad dynamiką relacji międzyludzkich to bodaj główna obsesja Egana. Bohater „Stanu” stara się ratować swój związek, stosując się do logicznych zasad („Kocham ją. Jeśli się skoncentruję, jeżeli będę działał według zasad, nie ma powodu, dla którego nie miałoby to trwać”) i nie może pojąć, dlaczego one zawodzą. A nie jest przecież autystą – należy po prostu do osób, których na dziesiątki godzin pochłania bez reszty praca z komputerem, a w życiu codziennym zawsze zdaje się je oddzielać od innych jakaś dodatkowa bariera towarzyskiej niezręczności, skrępowania, niezrozumienia. Pisarze tacy jak Greg Egan czy Neal Stephenson starają się dać świadectwo i zanalizować pewne doświadczenie środowiskowe, zgoła pokoleniowe, charakterystyczne dla ludzi wyrosłych już po rewolucji komputerowej, lepiej komunikujących się z maszynami niż z Homo sapiens.

Powyższa kwestia stanowi zresztą odprysk szerszego tematu, stanowiącego tło chyba każdego utworu Egana: zderzenia racjonalizmu z irracjonalizmem. Egana fascynuje psychologia tego konfliktu światopoglądów oraz meandry samego racjonalizmu. W „Stanie” na przykładzie medialnych ataków na czarnoskórą laureatkę Nobla, autorkę Teorii Wszystkiego, Egan pokazuje ekstrema pewnych trendów obecnych już dzisiaj w naukach w rodzaju socjobiologii. „Całe pani podejście [tj. fizykalny opis świata] odzwierciedla męski, zachodni, redukcjonistyczny, oparty na lewej półkuli styl myślenia. Jak może pani to pogodzić z walką, którą prowadzi pani jako Afrykanka z imperializmem kulturowym?” Każda teoria jest bowiem tworem konkretnych ludzi i można ją zdekonstruować niczym tekst literacki; tak Teoria Względności kończy w postmodernistycznym bełkocie. A zdekonstruowawszy naukę, roztrzaskujemy sobie zarazem do reszty świat postrzegany. „W chwili gdy ludzie przestali rozumieć, jak działają otaczające ich maszyny, świat, który zamieszkują, zaczął się rozpływać w niezrozumiały krajobraz ze snów. Technika przekroczyła barierę kontroli i granicę dyskusji i stała się źródłem uwielbienia albo obrzydzenia, zależności albo wyobcowania”.

Stosunek Egana do religii nie jest wszakże tak jednoznaczny. Bohater „Stanu”, ledwo ocknąwszy się po ataku śmiertelnej choroby, przeprowadza długą rozmowę z medykiem, którego postać można odebrać jako swoisty porte-parole autora. Zaprezentowana jest tam ścieżka ewolucji duchowej: od tradycyjnych religii, przez filozofie antyreligijne, aż do „racjonalnego agnostycyzmu”. Egan nie jest pisarzem religijnym, lecz religia interesuje go chociażby jako zjawisko psychologiczne, socjologiczne, i podchodzi do niej z pełną powagą.

Porusza się on zazwyczaj po najdalszych rubieżach hipotez naukowych i w technologiach ograniczanych już tylko przez logikę tych hipotez, gdzie pojęcie „cudu” zmienia swój sens. Motywem powracającym u Egana jest poddanie samej natury rzeczywistości kształtowaniu przez człowieka: na tym opierają się główne idee „Quarantine”, „Permutation City”, „Teranesii” – w „Stanie” wykorzystuje w tym celu teorię Wheelera. Spór o interpretację owej kwantowej kosmologii stanowi oś intrygi „Stanu”. Najnowsze poglądy fizyków na rolę obserwatora w procesie kollapsu funkcji falowej stawiają rzecz w nieco innej perspektywie – tym niemniej jest to przednia zabawa intelektualna, jak zwykle u Egana.

Kilka słów o przekładzie. Egan może sprawiać tu kłopoty z trzech przyczyn: specjalistycznego słownictwa naukowego, naturalnie brzmiących kulturowych i technicznych neologizmów oraz nowej odmiany wprowadzonej dla osobników „pozapłciowych”, a w każdym razie wyłamujących się z dotychczasowej klasyfikacji na „jego”, „ją” i „ono”. Z pierwszą przeszkodą tłumacz sobie radził raz lepiej, raz gorzej, z drugą już miał poważne kłopoty (nie brzmi ten język naturalnie, nawet sama tytułowa choroba, w oryginale „distress”, okazuje się po polsku nieadekwatnym, wysilonym i mało chwytliwym „stanem wyczerpania”). Przy trzeciej poddał się całkowicie. Egan konsekwentnie stosuje w rozmaitych swych utworach odmianę opartą na trzech zaimkach: „ve”, „vis”, „ver” – w języku angielskim to wystarcza. W polskim, daleko bardziej fleksyjnym, wymaga budowy nowej koniugacji i deklinacji. Tłumacz wszakże poszedł po linii najmniejszego oporu, mieszając tu rodzaj nijaki z bezsensownie przekopiowaną z angielskiego v-odmianą: „vich”, „vego”. Zdarzają się także pomyłki słownikowe. Greg Egan, acz nie wirtouz pióra, zdecydowanie nie jest jednak kolejnym pisarzem hard SF o drewnianym stylu, u którego ważna jest wyłącznie treść, w całkowitym oderwaniu od formy. Trzeba go czytać z trochę głębszym zrozumieniem.

Gdybym miał wskazać jedną cechę charakterystyczną jego pisarstwa, wskazałbym przywiązanie do racjonalizmu. Nie jest to jednak w żadnym razie „SF pozytywistyczna”: Egan dobrze wie, że nie wszystko jest dla człowieka poznawalne i nie gloryfikuje bynajmniej płodów rozumu – w istocie więcej uwagi zdaje się poświęcać zagrożeniom przez nie powodowanym. Na każdym kroku jednak, w każdym opisie, motywacji i dyskusji jego bohaterów widać to zdroworozsądkowe nastawienie, zejście do podstaw problemu z wiarą, że, byle kierując się logiką i nie przyjmując a priori żadnych kulturowych „oczywistości”, każdy człowiek jest w stanie równie dobrze ów problem zdiagnozować. Rzecz w tym, że bynajmniej nie dotyczy to tylko nauki, ale i polityki, kultury właśnie, psychologii i stosunków międzyludzkich (gdzie Egan pokazuje, jak metoda zawodzi); wtedy zresztą najbardziej szokuje. Albowiem jest w tym podejściu jakaś dziecinna świeżość, szczerość, bezczelność myślenia. Egan zaprasza czytelnika: usiądźmy, pomyślmy spokojnie, a samodzielnie dojdziemy do największych zagadek religii czy fizyki kwantowej. I na takiej drodze przedstawia wszystkie owe „wykręcające umysł” pomysły, za które czytelnicy go cenią.

W istocie zaryzykowałbym uogólnienie znacznie mocniejsze: że podobny „humanistyczny racjonalizm” prezentują liczni autorzy nowoczesnej hard SF, także postcyberpunkowcy; że jest to wyróżnik pewnej epoki w science fiction, znak mentalnego powinowactwa jej autorów. Czy istotnie zwiastuje on jakąś kolejną Nową Falę, to inna sprawa. W każdym razie z tego kierunku wypatrywałbym jej nadejścia.

Jacek Dukaj

Greg Egan „Stan wyczerpania”, tłum. Paweł Wieczorek, Zysk i S-ka 2003, cena: 39.00 zł.