„Cóż za błogosławiony stan: nie mieć słów na opisanie okropności; milczeć o okrucieństwach, zamiast rozprawiać o nich z jarmarczną swadą” - konstatuje Clive Barker na początku „Wąwozu Kamiennego Serca”. Po czym sam zagłębia się w okropności opisy najdosłowniejsze.
To, co nieznane, przeraża zawsze bardziej od tego, co opisane - cichy dźwięk w ciemnościach, a nie diabeł na stu efektach specjalnych - Barker jednak już od dawna nie startuje w konkurencji horroru. Uwodzi estetyką, szokuje pięknem brzydoty; perwersje psychologiczne stanowią jedynie jej pochodną. Nigdy też więc nie przejmował się spójnością swych kreacji - furda logika, gdy chaos tak fascynujący. Odnosi wielkie zwycięstwo, jeśli zdoła zafascynować także czytelnika; jeśli nie - równie wielką porażkę. Nie dla Clive'a Barkera połowiczne sukcesy i chłodna akceptacja.
Pod tym względem „Wąwóz Kamiennego Serca” to Barker klasyczny, niczym nie zaskoczy. Historia rozgrywa się we współczesnym Hollywood. Grupka egotycznych postaci - aktor, jego agentka, producent, fanka - trafia do znajdującej się w tytułowym wąwozie willi, zbudowanej przez gwiazdę kina niemego z początku XX wieku. Gwiazda żyje, równie piękna i młoda, co wówczas: starożytna mozaika w podziemiach willi otwiera dla niej moc i tajemnice Kraju Diabła, fantastycznego świata zaklętego w dziele sztuki (vide „Kobierzec”).
Co w „Wąwozie” wydaje mi się zmianą pozytywną względem wcześniejszych powieści Barkera: otóż fabuła rozwija się tu jednak bardziej konsekwentnie, nie odnosi się wrażenia, iż opowieść rządzi autorem. Gorzkiego realizmu przydaje też „Wąwozowi” scenografia Hollywood, liczne plotki i anegdoty o sławach, pośród których Barker żyje na co dzień (naprawdę mieszkając w jednym z wąwozów LA). Ile razy jednak można demaskować obłudę Fabryki Snów? Pozostaje więc posmak banału.
„Nie ma uczty, którą można spożywać wiecznie z tym samym niespożytym apetytem; prędzej czy później nawet najambitniejszy żarłok odczołga się od stołu, żeby spokojnie zwymiotować”. Barker nie pisze wcale gorzej, ani z mniejszą wyobraźnią czy mniej poruszająco. Po prostu czytelnik zaczyna mieć już dość.
Znacznie ciekawej wypadają kreacje, w których skręcenie norm obyczajowych i psychologicznych stanowi punkt wyjścia, nie zaś osobliwą manierę. SF często przedstawia społeczeństwa oparte na różnych przedziwnych aksjomatach. Do tej właśnie tradycji nawiązują debiutanccy „Gobeliniarze” Andreasa Eschbacha, za ich dalekiego przodka uznać można opowiadanie Theodore'a Sturgeona „Czy gdyby wszyscy mężczyźni byli braćmi, pozwoliłbyś któremuś ożenić się z twoją siostrą?”.
Eschbach buduje społeczeństwo oparte na innym „gdyby”: totalnej władzy jednostki, władzy trwającej dziesiątki tysięcy lat i formującej ludzi z sankcją dosłownie religijną. Scenografia SF jest tu równie pretekstowa, co w „Fundacji” Asimova: międzygwiezdne imperium, obejmujące miliony planet i biliony istnień ludzkich. Oraz nieśmiertelny cesarz, którego słowo jest prawem, jakikolwiek absurd by zarządził - np. globalne systemy kastowe oparte na rytuale splatania kobierców z ludzkich włosów: jeden kobierzec przez życie jednego tkacza, z włosów jego żon i córek.
Bardziej niż powieść science fiction (a raczej zbiór opowiadań), jest to alegoria fabularna o zniewoleniu umysłu i duszy, przywodząca trochę na myśl moralizujące opowieści O. S. Carda: równie wciągająca w lekturze, równie ekstremalna w psychologii i wymagająca równie wielkiego zawieszenia niewiary. Sam problem wyzwolenia spod religijnej iluzji bardzo jest podobny do tego z „Ksenocydu”.
Celem Eschbacha, jak się wydaje, jest przeprowadzenie dowodu, iż człowiek to glina, którą w odpowiednich warunkach można ugnieść do dowolnego kształtu, jakkolwiek dziwnym by się nam zdawał - każda perwersja to tylko inna normalność. Czyż także nie dla doświadczenia obcości czytamy SF? Z „Gobeliniarzami” warto też się zapoznać jako z przykładem nowej fantastyki niemieckiej, w Polsce prawie nieznanej.
„Krew i kamień” Tomasza Kołodziejczaka natomiast to książka nie nowa i dobrze znana. Na początku lat 90-tych na krótko zapanowała wśród polskich autorów moda na fantasy słowiańską, siermiężną, swojską mitologicznie, wypierającą się anglosaskich wzorców kulturowych; wyśmiewał tę modę m. in. Andrzej Sapkowski. Sam bardzo byłem zrażony do podobnej literatury z przyczyn czysto estetycznych: te światy wschodnioeuropejskiego prymitywu odrzucały mnie jak odrzuca spleśniały chleb, zjełczałe masło, ciasto zakalcowe.
W ten sposób tłumaczę sobie, dlaczego nie zwróciłem na nią większej uwagi, gdy ukazała się ta powieść przed laty; nie popełnię tego błędu przy jej wznowieniu. Dziś widzę, iż u Kołodziejczaka ta estetyka stanowi jedynie konsekwencję głębszych założeń konstruowanego świata: dokładnie na odwrót niż u Barkera. I o ile np. „Wracać wciąż do domu” Ursuli Le Guin można nazwać „kobiecą fantasy antropologiczną” - o tyle Kołodziejczak realizowałby tu „męską fantasy antropologiczną”.
Puszcze nieprzebyte, grody śródleśne z drewna i kamienia, krzemienne topory, kult Matki Ziemi, miód, pszenica i krwiste mięso - tak, ale nie dla ślepego „powrotu do słowiańszczyzny”, lecz ponieważ w ten sposób logicznie rozwijają się założenia owego świata. A więc przede wszystkim: całkowity brak żelaza, jakichkolwiek użytkowych metali. Cztery żywioły walczą o dominację - siły natury na granicy osiągnięcia samoświadomości. Na razie zwycięża Ziemia, ona więc najsilniej determinuje kształt świata: człowiek związany jest z krainą, w jakiej się narodził.
Ziemia - a zatem żywioł kobiecy, powolny, związany z cyklami przyrody, płodności. Lecz Kołodziejczak stawia na pierwiastek męski: zmagania są fizyczne, szybkie i brutalne, motywacje i ambicje proste i bezwzględne, władza pochodzi z mocy niszczenia, emocje poddają się logice intrygi i żelaznych praw. Niby rozkazy wydaje Czarna Matka - lecz struktura społeczna pozostaje ściśle patriarchalna.
Fabuła powieści jest dość prosta (choć nie zabrakło zagadki i suspensu) i w dużej części służebna wobec ekspozycji świata. Prostota stylu, psychologii, rysunku postaci pasuje jednak do tego świata - surowego, topornego jak nie do końca ociosany kamień. Książka kończy się rozprawą z czarnym charakterem, lecz konflikt polityczny nie zostaje rozwiązany, ani kształt świata przesądzony. Wizja i opowieść domagają się dopełnienia.
Wszystkie te próby, choć w tak różnych konwencjach podejmowane (grozy, SF, fantasy), zmierzają ku jednemu: ukazaniu i uwiarygodnieniu innej normalności. Nawet Barker przekroczył już granicę, do której innością szokował: teraz każe nam ją zaakceptować - fascynacja to tylko krok pierwszy. Eschbach i Kołodziejczak natomiast podejmują zamiar z pełną świadomością: inne założenia kultury, ten sam człowiek - co dostaniemy na koniec?
A teraz z zupełnie innej beczki, bo o drugim tomie „Achai” Andrzeja Ziemiańskiego. Jest on bezpośrednią kontynuacją tomu pierwszego i zachowuje wszystkie jego wady i zalety. Wady: prostacki, wulgarny język, toporne postaci, długie wykłady brutalnej filozofii życiowej autora, fabuła rozpięta od jednej jatki do drugiej. (Zmienia się natomiast w fabule proporcja wątków Mereditha, Zaana i Achai - dwa pierwsze niemal znikają). Zalety: niesamowite tempo akcji, nałożenie paradygmatu racjonalizmu na rzeczywistość magiczną oraz zagadki dotyczące świata powieści. Fantasy? SF? - autor mnoży tropy, podsuwając liczne odniesienia do współczesności, także formalne, np. pastisz sceny na schodach z „Pancernika Potiomkina” czy fortelu aliantów przed D-Day. Nadal można budować rozmaite teorie; przypomina to sytuację po drugim „Matrixie” i trzymam kciuki, by Andrzej w finale nie zawiódł naszych oczekiwań jak zawiedli Wachowscy. Trochę mi żal, że większość czytelników, którzy doceniliby te zagadki, odbije się od infantylnej formy powieści.
Jacek Dukaj
Clive Barker, „Wąwóz Kamiennego Serca”, tłum. Wojciech Szypuła, MAG 2003, cena: 39.90 zł.
Andreas Eschbach, „Gobeliniarze”, tłum. Joanna Filipek, Solaris 2003, cena: ?
Tomasz Kołodziejczak, „Krew i kamień”, SuperNowa 2003, cena: 28.00 zł.
Andrzej Ziemiański, „Achaja”, tom II, Fabryka Słów 2003, cena: 29.90 zł.