Inner horror

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 223 (2001-04).

Literatura jest jeszcze jednym sposobem opowiadania ciekawych historii - tak brzmi prawda obiegowa. Ale istnieje taka literatura, której głównym, i bodaj wyłącznym, celem nie jest przeprowadzenie przed czytelnikiem interesującej fabuły - lecz swoiste zaimplementowanie w jego umysł nowych, często dziwacznych, wręcz niemożliwych odczuć, wrażeń, emocji. Literatura jako nośnik inwazji psychicznej? Bo tak właśnie czuje się człowiek odłożywszy podobną książkę: jakby przejechał po nim mentalny walec.

I dokładnie w ten sposób pisze Kathe Koja. Nawet w najbardziej rozbudowanej fabularnie jej powieści - świetnych „Urazach mózgu” - zdarzenia w „świecie zewnętrznym” stanowią jedynie tło dla podróży po krainach wnętrza. A są to zaiste królestwa makabry i patologii. Co jednak czyni Koja wyjątkową nawet wśród twórców stosujących taką strategię: sposób narracji. Koja pisze w pierwszej osobie, głównymi bohaterami czyniąc mężczyzn - i te wglądy w psychikę drugiej płci wypadają na tyle przekonująco, że aż człowiek zaczyna tu podejrzewać grę pseudonimem. W żadnym razie nie da się o tej prozie powiedzieć: „kobieca”.

Wyjątkowość twórczości Koja polega wszakże na specyficznej subiektywizacji języka. Nie są to Joyce'owskie strumienie świadomości, lecz metoda pozostaje podobna: opowieść stanowi linearny upust zawartości umysłu bohatera. Każde zdanie zabarwione jest emocjonalnie (a Królem Emocji jest u Koja cierpienie). Każde zdarzenie - podane w gęstej aurze aktualnego nastroju narratora. Każde wspomnienie dialogu - napiętnowane jego manieryzmami. Każda postać - jego uprzedzeniami.

Wszystko, dosłownie wszystko, zanim dociera do czytelnika, przechodzi przez gęsty filtr pokancerowanej osobowości narratora - i to, co się zeń wylewa, to jest właśnie zanieczyszczony, nieprzejrzysty język, brudna ciecz słowna o ostrej woni i nieprzyjemnej barwie; wszakże szybko i bardzo mocno uderzająca do głowy, osadzająca się gdzieś na granicy zmysłów... Wychodzimy jak odurzeni zapachem farby ze świeżo malowanego budynku. W głowie - tępy ból. W myśli - dzikie skojarzenia. Tak zaraża się chorobami duszy.

Jest dziura w świecie. Jest Dziura-Niedziura; Nibydziura, punkt obłędu rzeczywistości - w starej pakamerze, piętro niżej. Nie zbliżaj się. Nie zaglądaj. Nie wkładaj ręki! On włożył. Nibydziura go pożera. Stygmat nicości na dłoni broczy lepkimi łzami.

Jest dziura w sercu. Gorąca mieszanka kompleksu niższości, desperackiej miłości do egocentrycznej kobiety oraz ponadprzeciętnych inteligencji i wrażliwości - wybuchła, pozostawiając śmiertelną ranę. On teraz będzie ją rozdrapywał, godzina po godzinie, ból przyciąga ból, wpełznie w tę pustkę; tak akceleruje się szaleństwo.

Ale nie to komiksowe, filmowe, kolorowa ekstrawagancja krzyku i przemocy; lecz szaleństwo prawdziwe, prawie szare, ciche, zrodzone z rozpaczy codzienności - czasami dojrzysz je w oczach milczącego współpasażera, w autobusie, pociągu.

Takie to horrory pisze Kathe Koja. Występują w nich - czasami może niepotrzebnie - elementy fantastyczne (w debiutanckim „Zerze” - owa Nibydziura) i, faktycznie, są to lektury przerażające, więc klasyfikacja wydaje się słuszna. Jednakowoż stawiać je obok książek Kinga, Rice, Barkera byłoby wielką niesprawiedliwością. Jest to proza zupełnie innej kategorii i klasy, fatalnie - moim zdaniem - niedoceniana, a chwilami ocierająca się wręcz o genialność.

Osobne pochwały należą się Robertowi Lipskiemu. Takich rzeczy nie tłumaczy się łatwo - tu jednak ocalało w przekładzie wystarczająco wiele, by powieść wciąż powalała niczym literacki psychotrop.

Jacek Dukaj

Kathe Koja „Zero”, tłum. Robert P. Lipski, Zysk i S-ka 2000, cena: 25.00 zł.