Jak Czwartkowy z Piątkowym lodówkę budowali

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Science Fiction” nr 49 (2005-05).

Primer”, autorski film Shane'a Carrutha, nakręcony w większości w garażu i za ledwie 7 tysięcy dolarów, jest najlepszym filmem science fiction, jaki widziałem w ciągu ostatnich kilku lat. A gdy się nad tym dłużej zastanowić - jest jednym z bardzo niewielu filmów science fiction, jakie w ogóle ostatnio nakręcono. W odróżnieniu od dziesiątek wysokobudżetowych widowisk typu „hollywood fiction”, imponujących efektami specjalnymi, gwiazdami, pięknymi zdjęciami, świetną muzyką - wszystkim, oprócz pozorów naukowej wiarygodności, logiki i sensu.

Zaczyna się od czwórki kumpli, świeżych absolwentów technicznej uczelni, których nadal szczerze fascynuje nauka, mimo że pracują już w wielkich korporacjach, a część pozakładała nawet rodziny - zaczyna się od dwóch par kumpli, którzy po pracy, w garażowym warsztacie kontynuują swe studenckie hobby, bawiąc się w domorosłych wynalazców. Żartują, że sporo największych wynalazków w historii ludzkości powstało przez przypadek, jako niezamierzony efekt badań prowadzonych w zupełnie innym kierunku - i taka też jest ich metoda: kombinują z materiałami i urządzeniami zdobywanymi półdarmo, wynoszonymi z pracy lub z najprostszym sprzętem ze sklepu; a nuż coś im wyjdzie. Co jakiś czas trafia się drobny wynalazek, wątpliwa innowacja - ślą wówczas setkami listy do potencjalnych inwestorów. Film nam tego wszystkiego nie objaśnia i nie tłumaczy, nad czym para - Abe i Aaron - akurat pracuje; podsłuchujemy tylko ich rozmowy, obserwujemy ich działania. Oni sami wiedzą, co robią, nie muszą więc tego sobie opowiadać na użytek widza. Dzięki temu „Primer” zyskuje jakość paradokumentu, a niedostatki techniczne spowodowane niskim budżetem okazują się błogosławieństwem. (Był to też casus „Blair Witch Project”).

Abe i Aaron chcieli skonstruować nowy, wydajniejszy mechanizm chłodzący. Lecz od skojarzenia do skojarzenia, od okazji do okazji - bawiąc się nadprzewodnikami, skonstruowali maszynę wielkości lodówki, która niweluje pole grawitacyjne. Umieszczona w środku zabawka unosi się w powietrzu. Czy jednak maszyna niweluje tylko grawitację? Pierwszy znak: oddaje więcej energii, niż pobiera. Drugi znak: na pozostawionej w maszynie zabawce rozwinął się grzyb - w procesie, który (jak informuje bohaterów znajomy botanik) wymaga lat. Mnożnik czasu wewnątrz maszyny - obliczają sumiennie - wynosi zatem ok. 1300. Czyżbyśmy zbudowali wehikuł czasu? Nie wierzą, oczywiście. Dopóki nie zobaczą samych siebie z butlami tlenowymi w rękach, wychodzących z wynajętego garażu, w którym - odkrywają - zbudowali/zbudują dwie większe wersje maszyn. Przypominają one trumny lub hibernatory. Butle były po to, by się wewnątrz nie udusić.

Teraz już Abe i Aaron mają pewność, że podróżują w czasie.

Maszyna działa na zasadzie pętli: uruchomiona w chwili A, wyłączona w chwili B, transportuje umieszczony wewnątrz obiekt od A do B do A do B do A do B, etc., do 1300 razy. Naszym bohaterom wystarcza, rzecz jasna, przebyć pół jednej pętli: od B do A.

Zwalniają się z pracy. Wynajmują anonimowy pokój w anonimowym motelu. Nigdzie nie dzwonią, z nikim nie rozmawiają. (Należy minimalizować niebezpieczeństwo mimowolnych zakłóceń historii). Czekają do zamknięcia rynków giełdowych. Znajdują w notowaniach akcje o największej dziennej zmianie ceny. Jadą do garażu, zabierają butle, wchodzą do maszyn. Wychodzą rankiem. Jadą do motelu. Nigdzie nie dzwonią, z nikim nie rozmawiają. Łączą się tylko z biurem maklerskim i przez internet składają zlecenia. Po południu realizują zysk. Wracają do domu.

Po każdym kolejnym powtórzeniu algorytmu kapitał rośnie i zyski są wyższe. Gdy osiągną taką wielkość, że sama ta spekulacja zacznie wpływać na fluktuacje kursów giełdowych, Abe i Aaron będą milionerami.

Ale - nie ma nic darmo. Podróżującym pod prąd czasu psuje się charakter pisma - coś się rozprzęga w ich układzie nerwowym, wkrótce bazgrzą jak przedszkolaki. Po wyjściu z maszyny zdarzają się krwotoki z uszu. Dlaczego? Nie wiadomo. To jest realistyczne podejście: żadna technologia, zwłaszcza u swych narodzin, nie może być do końca objaśnialna. (Podczas gdy zazwyczaj w SF otrzymujemy jedną, pewną teorię doskonale tłumaczącą fenomen).

Wszystko to jednak jest zaledwie wprowadzeniem do głównej intrygi, której już streszczał nie będę, albowiem jej opisanie w ciągach przyczynowo-skutkowych stanowi podstawową atrakcję filmu - podobnie jak klasyczne kryminały logiczne czyta się dla frajdy samodzielnego rozwiązywania zagadki, „zza pleców” książkowego detektywa. Dość powiedzieć, że zapętlenie czasowe ulegnie zwielokrotnieniu; powstaną maszyny-matrioszki, wehikuły zamknięte w wehikułach, o przeciwnie skierowanych wektorach czasu, „rozciągniętych” pętlach; zaś Abe i Aaron spotkają kolejne wersje samych siebie i przygody Ijona Tichego z „Podróży siódmej” wydadzą się w porównaniu fabułą dziecinnie prostą. Bohaterowie chcą m. in. zapobiec strzelaninie na wieczornym przyjęciu, ale aby to zrobić, muszą „powrócić” do tego momentu w pętli od poranka, dokładnie tak samo przeżywając cały dzień, chodzą więc z minisłuchawkami w uszach, mechanicznie powtarzając poprzednio wypowiedziane słowa, by nie rozerwać łańcucha przyczyn i skutków - nie żyją, lecz odgrywają swe życie - raz, drugi, dziesiąty, setny, aż do skutku. Cały film zamknięty jest właśnie w klamrze narracji z dyktafonu, nagrania dokonanego w przyszłości przez jedną z wersji Aarona - którą? Tę „pierwszą”, oryginalną? Która jest oryginalna?

Tylko raz czy dwa razy padają w filmie pytania o głębsze konsekwencje działań pary wynalazców - etyczne, psychologiczne, filozoficzne - lecz cała akcja ustawiona została w ten sposób, by sprowokować je u oglądającego.

Primer” to bowiem o tyle wyjątkowy film SF, że nie zakłada, iż jego odbiorcy są głupsi od jego twórców. Bohaterowie zachowują się tak, jak zachowałby się na ich miejscu inteligentny widz. Nie rozmawiają o oczywistościach - zadają sobie od razu te pytania, które my byśmy sobie zadali. Czytali przecież książki, które my czytaliśmy, oglądali filmy, które oglądaliśmy. Wyprzedzają nas tylko dlatego, że mają więcej czasu do namysłu między poszczególnymi zdarzeniami (po prawdzie, nieskończenie wiele czasu).

Primer” zdobył główną nagrodę na festiwalu w Sundance. Nie rozbił oczywiście box office'ów, ale jest nadzieja, że zachęci do podobnej fantastyki kolejnych twórców, a może i producentów. Byle nie zachęcił ich za bardzo: zazwyczaj powyżej kilkunastu milionów dolarów budżetu, scenariusz filmu SF głupieje o połowę z każdym kolejnym włożonym w realizację milionem.

Trzymajmy kciuki za garażowych filmowców, których nie stać na Bradów Pittów i rozbuchane CGI.

Jacek Dukaj

„Primer”. Reżyseria i scenariusz: Shane Carruth. Występują: Shane Carruth, David Sullivan i in. Czas: 77 min. USA 2004.