Jak się okazuje, jeno o krok wyprzedzam swymi narzekaniami zamierzenia polskich wydawców. Tak więc errata do mych skarg z poprzednich „polecanek”. Zła wiadomość jest taka, że najprawdopodobniej to jednak Amber wydawać będzie dylogię „Endymiona”. Dobre są natomiast następujące: „Czarna Wieża” Kinga jest w planach Prószyńskiego, a Tim Powers już ruszył: „Wrota Anubisa”, potem „Last call”.
„Wrota” charakteryzują się tą właściwą dla Powersa mieszanką rzetelnej wiedzy historycznej, poplątanej intrygi oraz niesztampowej, „etnologicznej” magii. Są więc pojedynki egipskich czarnoksiężników w cokolwiek Dickensowkim Londynie, są podróże w czasie, jest wędrówka dusz między ciałami i ciał bezdusznych, są poetycko-metafizyczne naleciałości okołoblake'owe... No ale chyba wyrządzam tu Powersowi krzywdę, bo przede wszystkim rzec powinienem, że czyta się tę powieść niczym thriller.
Skoro już w tym klimacie zacząłem, to jeszcze coś z ducha fantasy: długo oczekiwana „Tigana” Guya Gavriela Kaya. Nie rozczarowuje; dobrze przemyślana, dobrze napisana (lepiej od „Gobelinu”, to już nie debiut). Fantasy bardziej intrygi niż miecza - w stylu, rzekłbym, „sycylijska”: boje niepodległościowe w krajobrazie winnic na słonecznych podwzgórzach półwyspu zwaśnionych księstw. Tak potraktowany wątek patriotyczny, rzadkość w fantasy, powinien w Polsce dać tej powieści sporą popularność.
Przejdę już do SF, po drodze zahaczając o wznowienie „Cieplarni” Briana W. Aldissa. Klasyka, oczywiście (patrzę na copyright: 1962; mój Boże, 38 lat!). Tryumf chlorofilu - nadeszła epoka roślin i do nich należy Ziemia. Jeden z najlepiej wykorzystanych w SF prostych pomysłów kreacyjnych, cały trick polega na logicznym wyciągnięciu konsekwencji, dociśnięciu wyobraźni do dechy. Rzecz poprzedzona jest dętym krytycznoliterackim wstępem, który stanowczo odradzam.
Dwa niezłe takie pomysły znajdziemy w „Ogniu nad otchłanią” Vernora Vinge'a. Pierwszy, i on zrobił na mnie większe wrażenie, to kosmologiczna zgoła koncepcja podziału galaktyki na strefy, w których, w zależności od średniej gęstości materii, zmieniają się delikatnie gradienty entropii - stąd: im dalej od jądra, tym wyższe IQ tubylców, a w próżni międzygalaktycznej AI transcendentują w inteligencje omal boskie. Drugi pomysł tyczy się wykreowanej przez Vinge'a rasy Obcych. Nie zamierzam psuć ewentualnym przyszłym czytelnikom przyjemności i zapewnię tu jedynie o jego oryginalności. „Ogień” ma natomiast jedną niezaprzeczalną wadę: nadmierną w stosunku do fabuły objętość; spokojnie można by skrócić go o połowę, tylko by zyskał.
Inna hard SF (ostatnio wyraźnie nią obrodziło): „Boża Maszyneria” Jacka McDevitta. Naukowe śledztwo na skalę kosmiczną, prowadzone przez archeologów na obcych planetach, wśród pozostałości wymarłych cywilizacji. Osobiście po takim streszczeniu kupiłbym rzecz z miejsca (pachnie Lemem, nieprawdaż?). Na dodatek jest to napisane przez McDevitta z zaskakującą lekkością, postacie mu ożywają pod piórem po krótkim dialogu, nie uświadczysz tu zbędnych długaśnych opisów, rozdymania wątków trzecioplanowych - nie to, co u Vinge'a.
Ale oto znowu cegła, i tę polecam m. in. właśnie dla jej objętości: „Zielony Mars” Kima Stanleya Robinsona, część druga trylogii. I jak zazwyczaj w przypadku tryptyków, środek w nich najmniej ciekawy: nie ma już tej świeżości kreacji a brak jeszcze suspensu puenty. Ale przypadek „Marsa” jest szczególny, Robinson opisuje tu krok po kroku proces terraformingu planety a także kreśli szeroko „historię przyszłości”, i takie nagromadzenie szczegółów, sześćset stron Marsa, Marsa, Marsa - służy utrwaleniu, uwiarygodnieniu w umyśle czytelnika autorskiej wizji. James Cameron zapowiedział realizację serialu na podstawie tej trylogii, ponoć już wykupił prawa... Otóż mam wrażenie, że KSR dokonał tu (próbuje dokonać) rzeczy, która niewielu udała się przed nim: narzuca mianowicie wzorzec wyobrażeń o przyszłości, w tym akurat przypadku - Marsa. Ta trylogia będzie odtąd stanowić nieunikniony punkt odniesienia. Już teraz mogę stwierdzić: to lektura obowiązkowa dla każdego SFana.
Na koniec coś z serii popularnonaukowych, tym razem z serii CiS-u. „Teoria chaosu a filozofia” Michała Tempczyka - w miarę przystępne wprowadzenie w temat dla tych wszystkich, którzy czytając w przeróżnych technothrillerach czy cyberpunkowych nowelach o atraktorach, przestrzeniach fazowych, bifurkacjach i innych takich, klną autorów za zbędne mędrkowanie. Ci, którym nie starczy czasu czy wytrwałości, mogą od razu zajrzeć do zamieszczonego na końcu słowniczka (poznają przynajmniej definicje, ale czy je zrozumieją, to inna rzecz). No i proszę się nie bać filozofii w tytule, nie ma tu „bycia bytu” ani piętrowych dialektyk.
Jacek Dukaj