Jeśli ktoś ...

Poniższy tekst ukazał się pierwotnie w czasopiśmie „SFinks” nr 15 (1997-03).

Jeśli ktoś z nieobecności w mych poprzednich „polecankach” „Diamentowego wieku” Neala Stephensona wyciągał jakieś głębokie wnioski, błędnie czynił, bom po prostu nie zdążył się wpasować w cykl wydawniczy „SFinksa”. Teraz usiłuję nadrobić opóźnienie. Czytajcie. Kupujcie. To trzeba znać; to trzeba mieć; to już w tej chwili jest klasyka. Markery punktów załamań fali SF: „Neuromancer”, „Hyperion”, teraz „Diamentowy wiek”. Wkrótce co druga pozycja SF będzie oceniania przez odniesienie do „Wieku”. Wszystko to, co napisałem ostatnio a propos „Eksperymentu terminalnego” Sawyera i klucia się nowego podgatunku - tyczy się „Wieku” w dwójnasób, na dodatek Stephenson jest od Sawyera literacko lepszy co najmniej o klasę. Proszę przeczytać „Wiek” uważnie: nanotechnologia nanotechnologią, lecz czy nie jest to w istocie powieść o ewolucji kultury? Oto, co nazywam „fantastyką totalną”: jej autorzy zdają sobie sprawę, iż nauka, technika stanowią tylko jeden z elementów złożonego systemu. „Wiek” jest ostatnią i, jak dotąd, najlepszą powieścią Stephensona, teraz będą przekładane wcześniejsze, stąd nieuniknione rozczarowania; „Snow Crash” (jaki polski tytuł? głosuję na „Kaszanę”), jako zakręcony cyberpunk z lekkim przymrużeniem oka, powinien się jednak cieszyć wśród czytelników taką samą - jeśli nie większą - popularnością, co „Wiek”.

Skoro już o cyberpunku. Różne krążą opinie o „Grafie zero” Gibsona. Odnoszę wrażenie, iż ludzie mają mu za złe głównie to, że nie zdołali w międzyczasie zapomnieć „Neuromancera”. Cóż, nie da się dwa razy odkryć Ameryki. Nie sądzę jednak, żeby z tego powodu „Graf” miał być książką złą. Widać zresztą, że Gibson wciąż się rozwija. Proszę choćby zwrócić uwagę na język, styl, rytmizację zdań, melodię narracji (brawa za przekład dla PWC!). Proszę przeczytać na głos pierwszą stronę, te parę akapitów. Czym to smakuje? Dla mnie - ewidentnie Chandlerem. Nie dajcie Państwo również wiary wmawiającym Wam, iż Gibson poszedł w „Grafie” w klimaty fantasy, jakieś voodoo, bogowie, czary itp. Tłumaczy dokładnie, skąd wzięło się całe to zamieszenie: duchy Sieci to pozostałości (postschizofreniczne dzieci) zdezintegrowanej AI z „Neuromancera”.

Kilka lat później do spółki ze swym dobrym kumplem Brucem Sterlingiem spłodził Gibson powieść rozgrywającą się w Londynie alternatywnego XIX wieku, skomputeryzowanego do cna mocą tyleż silników parowych, co prewiktoriańskiego brytyjskiego industrializmu. Pomimo wątłości fabuły, prostoty/prostactwa transfiguracji (informatycy = dziurkacze; dyskietki = karty perforowane; itd.) i chybotliwej podstawy fizykalnej (kto przeliczy energetyczną wydajność tych minimaszyn parowych?) - przeczytałem rzecz z przyjemnością. Czy obrażę autorów, jeśli użyję w stosunku do ich dzieła epitetu „urocze”? Zapewne tak. A jednak... ci dżentelmeni w cylindrach kupujący na metalowe „karty kredytowe” produkty kierowanych przez Babbage'owe Maszyny tkalni; owi nieludzko uprzejmi policjanci („rączki, sir!”) korzystający z banków danych o przestępcach, danych zapisywanych na tysiącach kilometrów taśm; ów Napoleon, francuski superkomputer, w zgrzycie swych kół i przekładni fiksujący powoli od uderzenia w twierdzenia limitacyjne niepoczętego jeszcze Gödla... Urocze, urocze.

W tej samej serii MAG-a: „Wskrzesiciel” Seana Stewarta. Pozornie - niewydarzony horrorek. Lecz radzę zapamiętać autora. I świat, w cieniutkim „Wskrzesicielu” ledwie zarysowany. Tak zazwyczaj prezentują się przedwczesne debiuty przyszłych mistrzów: jest talent, jest pomysł - ale rozchodzi się to jakoś po kościach, brak zdecydowania, cel niejasny, puenta połowiczna. Bez wątpienia natomiast panuje Stewart nad językiem i postaciami. No i jest tu parę scen, które ujawniają doprawdy nieprzeciętną wyobraźnię autora, wizualną i emocjonalną (jest coś takiego).

Prószyński wydał ostatnio dwie grubaśne antologie amerykańskiej SF (zresztą zważywszy na stosowane papier, czcionkę i interlinię, byle 400-stronicowa powiastka w jego edycji urasta do potwornej cegły). Z porównania średnich poziomów zawartych w nich opowiadań zwycięsko wychodzi „Nebula '92”, lecz to w „Nowych legendach” znalazł się tekst, na który pragnąłbym zwrócić szczególną uwagę. Chodzi mianowicie o „Dywany Wanga” niejakiego Grega Egana. Pomysł, na którym opiera się to opowiadanie (zagadka do rozwiązania podczas eksploracji obcej planety! - tak, tak), należy do kategorii tych naukowych łamigłówek, w których lubowała się SF czasów sprzed Nowej Fali, a które faktycznie „łamały głowę”, bo wykręcały, deformowały, trwale zmieniały perspektywę czytelnika. Kto jeszcze, prócz nieuleczalnych fanów Lema, potrafi się dziś otworzyć na tego rodzaju metafizyczny wstrząs? Z „Nowych legend” polecam jeszcze „Rachunek rozpaczy” Blake'a i „Projekt «Promienistość»” Scholza (absolutnie żenujący jest tu natomiast Anderson). W „Nebuli '92” lektury warto przeczytać: „Nawet królowa” Willis, „Koniec rzeczy” Benforda, „Góra przyszła do Mahometa” Kress i „Miasto Prawdy” Morrowa.

Od czasu do czasu w propozycjach „Verbumu”, gdzieś między trzydziestym Conanem a pięćdziesiątą Norton, pojawi się curiosum w rodzaju Marqueza, Carpentiera czy, ostatnio, Olgi Tokarczuk. Że ja ich książek w każdych jednych „polecankach” enumeratywnie nie wyliczam, to nie oznacza, iż nie dorastają poziomem; sam dzięki Wojtkowi uzupełniam w tym zakresie swą bibliotekę. Spośród wymienionych akurat najbardziej „czuję” Marqueza, a „Sto lat samotności” jest w katalogu. Zwracam się zwłaszcza do co młodszych klientów V2, których ominąć mogła literacka choroba zwana „gorączką iberoamerykańską”. To też jest fantastyka, i też jest klasyka! Hańba nie znać! Kupować i czytać! Więcej tu takiego przyśniedziałego lekko srebra błyska z Wojtkowych suplementów: Campanella, More, Bacon, Wells, Verne, może Fowles, w „Antykwariacie” chyba Żuławski (Jerzy)... O, teraz z kilkudziesięcioletnim poślizgiem ukazały się „Kroniki marsjańskie” Badbury'ego, gdzieś zapewne zalega Stapledon, Zamiatin, Orwell i Huxley... To już nigdy nie będą „nowości”! A znać trzeba, chociażby dla umiejętności odróżniania oryginalności prawdziwej od tej zasadzającej się jedynie na czytelniczej sklerozie.

Zejdźmy już z tej katedry. Polecę teraz RPG. System nazywa się „Dzikie Pola”. Ma parę wad czysto technicznych (np. sposób obliczania biegłości), lecz w porównaniu z konkurencyjnymi systemami dostępnymi po polsku wypada na szóstkę. No i ten Sienkiewicz...! Inni mają rycerzy króla Artura, kowbojów, samurajów - a my mamy Sarmatów. Zdecydowawszy się już grać a wahając się w wyborze systemu - sięgnij wpierw po „Dzikie Pola”.

I znowu nagły przeskok: z Zaporoża na Marsa. „Czas Marsa” Roberta Zubrina proszę potraktować jako obowiązkową lekturę wprowadzającą do długo oczekiwanej trylogii Kima Robinsona. Podobnie jak „Śniegi Olimpu” Clarke'a, jest to dzieło entuzjasty, jednak znacznie bardziej pragmatycznego, zawierające znacznie więcej danych.

Na zakończenie jedyne polonicum w tych „polecankach” (jeśli nie liczyć „Pól”): „Druga podobizna w alabastrze” Marka S. Huberatha, czyli zbioru opowiadań krakowskiego fizyka ciąg dalszy. Z nowości jest tu tylko tytułowa mikropowieść, w efekcie średnim poziomem książka zdecydowanie przewyższa „Ostatnich...”, bo „Podobizna” (tzn. mikropowieść; ale można tak rzec o całym zbiorze) to jest jednak kawał porządnej literatury. W ciągu kilku ostatnich lat powstało w Polsce - wobec dotychczasowej pustki na tym polu - zdumiewająco wiele utworów zajmujących się historiami alternatywnymi, i przeważnie są to historie za punkt rozszczepienia biorące właśnie sam początek naszej ery, jakieś zawirowanie u źródeł chrześcijaństwa; a niedługo czeka nas jeszcze „Quietus” Inglota. Czy ktoś podjął już próbę wyjaśnienia tej koincydencji? Polscy autorzy fantastyki nie płodzą setek powieści i tysięcy opowiadań rocznie, aby mogło to przejść jako fluktuacja statystyczna. Czego to zatem jest znak? Czy ktoś ma pod ręką łodygi krwawnika? Marku, czy to Ty jesteś Człowiekiem z Wysokiego Zamku? Co przebłyskuje w deszczowe dni spod szarego betonu kościołów? Dostrzegacie kątem oka? Imperium nigdy nie upadło; lecz po lekturze „Podobizny” nie chce mi się w to wierzyć, zbyt ponura to wizja. Za oknami deszczowy październik, z Gruzją przegraliśmy trzy do zera, Nobla dostał klown-komunista, co się dotknę telewizora, to Krzaklewski... niech ktoś mi poleci jakąś dobrą książkę.

W kolejnych „polecankach” postaram się dla odmiany postawić na ilość - o ile będzie aż tyle nowości wartych polecenia, co nie jest pewne.

Jacek Dukaj