Kilkuletnia przerwa w ukazywaniu się polecanek spowodowała, iż w masie książek fantastycznych pojawiło się kilka takich, których znajomość uważam za prawie obowiązkową, a których nie miałem okazji zareklamować czytelnikom „SFinksa”. Zazwyczaj bowiem polecam książki warunkowo, zastrzegając, komu mogą się one spodobać, dla jakich elementów - mimo mierności innych - warto je nabyć; tym razem jednak będą to „polecanki bezwarunkowe”, sam creme de la creme.
- absolutna klasyka światowej literatury, dla dzieci i tych, co znowu chcą poczuć się dziećmi.
Kto nie zna, niech się wstydzi - nie przeczytał jako dziecko, teraz jest okazja, by się zapoznać, gdy kupił dla własnych dzieci. A ukazało się właśnie pięknie wydane wznowienie całości cyklu, wszystkich siedmiu tomów, od „Czarownicy, Lwa i starej szafy” do „Ostatniej bitwy”, w jednolitej szacie graficznej, z futerałem - prawdziwy box set. Klasyczne tłumaczenie Andrzeja Polkowskiego (to jeden z tych tłumaczy, do których polskie dzieci mają wyjątkowe szczęście, jako że tworzą oni w swych przekładach dzieła jeszcze bodaj lepsze od światowej klasyki), ilustracje Pauline Baynes.
„Opowieści z Narnii” stanowią moim zdaniem idealny pomost pomiędzy bajką a fantasy: jeszcze na tyle umowne, odwołujące się do dziecięcego przekonania, że wszystko jest możliwe, polegające na domyśle, że można je postawić obok baśni Andersena; zarazem już na tyle ukonkretyzowane i rozbudowane - te mapy fantastycznych krain, mnogość występujących w opowieści ich mieszkańców, reguły wiążące cuda - że można je uznać za pierwowzór klasycznej fantasy. I, do pewnego stopnia, „Narnia” nim jest.
- straszna a fascynująca opowieść o duszy gnijącej i miłości złej.
Śledzę twórczość Koja od pierwszej jej książki, jaka pojawiła się w Polsce. Pisarzy o tak chorej wyobraźni, takiej wrażliwości psychologicznej i tak oryginalnym języku należy - no, nie tyle hołubić, bo nam wtedy znormalnieją i stracą kły, ale - wskazywać każdorazowo czytelnikom, by ci nie zapomnieli, że istnieje w literaturze coś jeszcze oprócz plastikowych nowelizacji brazylijskich seriali, dla niepoznaki podawanych w rozmaitych konwencjach (SF, fantasy, sensacji etc.), zawsze wszakże podobnym drewnianym stylem. Aby pozostać normalnym, należy się co jakiś czas przeglądać w zwierciadle szaleństwa; ludzie wariują od tysiąc sto dwunastego takiego samego poniedziałku, nie zaś od niespodziewanej wizyty ekscentrycznego wujka. Powieści Kathe Koja stanowią taką ratunkową szczepionkę.
„Zero” można odczytywać na różne sposoby, ja jednak wolę w niej widzieć historię choroby duszy. Za alegorię/gadżet fantastyczny robi tu Nibydziura, osobliwe rozdarcie czasoprzestrzeni, ni z tego, ni z owego pojawiające się w pakamerze pod mieszkaniem bohatera. Facet zapada na chorobę, ponieważ ma za słaby system immunologiczny: zbyt dobre serce, zbyt słabą wolę, zbyt wielką wrażliwość. Ludzie go wykorzystują, między innymi (może przede wszystkim) kobieta, którą kocha. W dzisiejszych czasach nazywa się to brakiem asertywności. W niedostatku egoizmu, pożerani jesteśmy przez swoich bliźnich, i nie ostrzegają o tym żadne magiczne stygmaty na naszych dłoniach.
- zawsze czytaj dwa razy.
Właściwie co takiego jest w prozie Gene'a Wolfe'a, że w ciemno polecam wszystkie jego książki i sam wracam do nich wielokrotnie, nigdy rozczarowany? Wymieniałem już rozliczne jej zalety, które sprowadzić wszak można do trzech podstawowych walorów: bogactwa, inteligencji oraz stylu. Jest to literatura tak bogata treściowo, że przy kolejnej lekturze zawsze odkrywamy coś nowego; tak inteligentnie Wolfe podaje owe treści (szyfrując je i maskując), że do każdego opisu i dialogu podchodzimy niczym do kryminalnej zagadki; a czyni to w tak eleganckim, oszczędnym stylu, iż bez oporu dajemy się porwać z nurtem narracji i zaprowadzić, gdzie autor chciał nas zaprowadzić. Zresztą tak czy owak każdy utwór Wolfe'a należy czytać dwa razy, albowiem informacje i kontekst, których znajomość jest konieczna dla prawidłowego zrozumienia opisywanych zdarzeń, ujawniane są dopiero na końcu - co w przypadku cyklu oznacza ostatni jego tom. A i to nie zawsze, skoro cały cykl ma kontynuację.
„Księga Długiego Słońca” nie stanowi takiego dopełnienia/wyjaśnienia „Księgi Nowego Słońca”, natomiast sama posiada ciąg dalszy w postaci „Księgi Krótkiego Słońca” (którą, owszem, z góry polecam). Czy „KDS” jest lepsza od „KNS”? Pytanie trochę bez sensu, owe cykle operują jednak w różnych poetykach, „KDS” to jest bez dwóch zdań science fiction, na tyle twarda, na ile to w ogóle możliwe u Wolfe'a, to znaczy mimo wszystko z silnym wątkiem religijnym i odczuwalnym w fabule piętnem niewidzialnego. Poza tym jednak Wolfe rozgrywa klasyczne motywy SF: lot wielopokoleniowego statku międzygwiezdnego, bunt maszyn etc. Ale tak, jak on to czyni, nie rozegrał ich nikt wcześniej. I przede wszystkim, gra nimi nie jest dlań celem samym w sobie: jak w każdej wielkiej literaturze, opowiadana historia stanowi pretekst dla próby opisu prawd ogólniejszych.
- kiedy kosmos był jeszcze romantyczną tajemnicą.
Jest taki rodzaj fascynacji science fiction, który wynika z samego faktu, iż opowiada ona historie rozgrywające się w kosmosie; czyta się ją wówczas głównie dla owego dreszczu towarzyszącego wyobrażeniu usianej gwiazdami nieskończoności, poczuciu jakiejś monumentalnej tajemnicy, w jaką obleczony jest każdy układ gwiezdny, zanim go bohaterowie nie spenetrują, i dla wszystkich szczegółów, smaczków, jakie się z powyższym wiążą. Bardzo podobne w swych emocjonalnych fundamentach jest zamiłowanie do literatury marynistycznej, z czasów wielkich podróżników i korsarzy, gdy mapy oceanów zamieszkiwały jeszcze węże morskie i krakeny. Kłopot w tym, iż tego typu SF już się praktycznie nie pisze.
Bynajmniej jednak nie cała klasyka science fiction eksploracyjnej została już w Polsce wydana i teraz właśnie Solaris nadrabia zaległości Sagą o Heechach Fredericka Pohla, z której znaliśmy dotąd tylko tom pierwszy, „Gateway - Bramę do gwiazd”. Cykl odwołuje się do tradycji owej „czystej SF kosmicznej”, wolny jest wszakże od charakterystycznych dla niej wad: płaskiej psychologii, drewnianego języka, fabuły ledwo pretekstowej. Nie zrazi więc dzisiejszego czytelnika, nie odtrąci archaizmem. Wierzę głęboko, że te wrażliwości - współczesnego miłośnika fantastyki oraz fana SF Złotego Wieku - nie są niekompatybilne; że nastoletniego fascynata cyberpunku tak samo może dziś wciągnąć opowieść o starożytnych artefaktach tajemniczej rasy Obcych, o śmiałkach dla pieniędzy wyruszających w kosmos na pokładach ich statków, nigdy nie pewnych, do jakiej gwiazdy zaprowadzą ich pokładowe komputery Obcych, i czy w ogóle z owych wypraw wrócą żywi...
- Wietnam XXI wieku w oparach południowoamerykańskiego mistycyzmu.
W oryginale „Życie w czasie wojny”; polski tytuł sugeruje bowiem raczej jakiś tandetny horror - a trudno o bardziej mylne skojarzenie. Lucius Shepard słabo jest znany polskim czytelnikom, opowiadania, które drukowała „NF” zupełnie nie oddają specyfiki jego stylu. Być może ktoś pamięta sprzed lat „Przepustkę” z antologii „Don Wolheim proponuje” - stanowi ona część pierwszą „Kocura”.
Shepard jest autorem nierównym, ma świetny styl, ale nie zawsze trafia z wyborem tematu. Niezaprzeczalnie jednak jego specjalność stanowi wojna bliskiej przyszłości, taki futurystyczny Wietnam - i w „Kocurze” pokazuje, na co go naprawdę stać. Są w tej książce fragmenty, które zaliczyłbym do najlepszej prozy, jaką czytałem ostatnimi laty. Rzecz jest nadto o tyle przejmująca, że cały futuryzm powieści stał się już czysto umowny, bo współczesne technologie militarne niewiele odstają od tych prezentowanych przez Sheparda, a i dla zaangażowania USA w wojnę w Gwatemali czy innym zakątku Trzeciego Świata nie trzeba, jak się okazuje, więcej niż miesiąc-dwa. Jedynym wyraźnym znakiem fikcji są tu narkotyki bojowe oraz całe to parapsychologiczne wojowanie, które stanowi trzon fabuły powieści; ono jednak nie jest podane w scjentycznej manierze technothrillerów, lecz oniryczno-gawędziarskim stylu iberoamerykańskiego realizmu magicznego - i tak oto otrzymujemy ową oszałamiającą mieszankę, prozę oryginalną, ostrą, barwną i nieco dziką, tym dzikszą, im głębiej wchodzi w egzotykę lokalnej kultury. Mocna rzecz.
- zapowiedź Nowej Fantasy?
Narzekam na fantasy, ponieważ jak dotąd jest to konwencja nagradzająca u twórców nieoryginalność, lenistwo umysłowe i wybór tzw. linii najmniejszego oporu. W istocie nagradzają je oczywiście czytelnicy, głosując pieniędzmi na takie właśnie książki. Fantasy próbująca wyłamać się z owego kanonu, jeśli już przejdzie przez sito wydawcy, który przecież widzi, co się dzieje na rynku, ginie pod masą standardowych wieloksięgów o Wyprawie Bohaterskiej Drużyny Przeciwko Odwiecznemu Złu. Zatrzymanie gatunku w rozwoju usprawiedliwiane jest m. in. przez zdefiniowanie go tak wąskimi kategoriami: wszystko, co wyłamuje się z dotychczasowej tradycji, mówią fundamentaliści, co nie pachnie Tolkienem i wprowadza elementy nowe, to już nie jest fantasy (analogicznie, science fiction stanowiłyby wyłącznie opowieści o naukowej ekspedycji na nieznaną planetę). Niech i tak będzie. W takim razie ja poszukuję i polecam Waszej uwadze Nową Fantasy.
Czy „Opowieści z Malazjańskiej Księgi Poległych” Stevena Eriksona, rozpoczynające się „Ogrodami księżyca”, należą do niej? Z pewnością łamią wielką ilość schematów dotychczasowej fantasy; również wkład własnej wyobraźni autora jest tu olbrzymi, pod względem pomysłowości gadżetowo-scenograficzno-ontologicznej Erickson bije na głowę okrzyczanego Roberta Jordana, a wyróżnia się nadto chwalebnym rygoryzmem fabularnym: tom pierwszy to w istocie zamknięta opowieść, coś w rodzaju prologu do cyklu, można czytać w oderwaniu, bez wiszącego nad nami szantażu emocjonalnego, wymuszającego zakup kolejnych części, aby dowiedzieć się o dalszych losach bohaterów - ich losy dopełniają się na kartach „Ogrodów”. Jest ten cykl sygnałem wyraźnej zmiany konwencji, być może (daj Bóg!) początkiem trendu.
- 90% historii i 10% fantasy.
Nie ukończony i do końca raczej się nie zbliżający cykl fantasy złożony z tomów grubych jak cegły - i ja to polecam? No cóż, owszem; aczkolwiek powód wydać się może cokolwiek przewrotny. Otóż moim zdaniem „Pieśń Lodu i Ognia” Martina warta uwagi właśnie dlatego, że tak niewiele w niej w gruncie rzeczy fantasy. O magii raczej się tu wspomina, niż ją stosuje, a i to rzadko; a jeśli już, nie w ma tym nic z owej dowolności magicznych interwencji, która obraca większość powieści fantasy w ćwiczenia z fabularnego deus ex machina, gdzie w dowolnej chwili może zdarzyć się dowolna rzecz, jaką zażyczy sobie autor, a konwencja to usprawiedliwi. George R. R. Martin takich tricków nie stosuje. Stąpa twardo po ziemi; podobnie jego bohaterowie. Właściwie są to powieści historyczne, tyle że osadzone w historii fikcyjnej - ale nie mniej przez to „realistyczne” od średniowiecznych sag rycerskich.
„Starcie królów”, tom drugi, przynosi solidną porcję fabularnych niespodzianek, zwrotów intrygi i nowych zagadek. Streścić dzieło tak epickie nie sposób i zresztą nie chcę tego czynić, jego siła leży bowiem poniekąd w tym, że co i rusz zaskakuje czytelnika - gdy np. ginie postać, o której sądziliśmy, że zaplanował ją autor uczynić osią całego cyklu. A tu proszę: wystarczy jeden zły dzień i heros martwy. Dla szans jego przeżycia nie ma znaczenia bilans uczynków dobrych i złych, i czy czytelnik się do postaci przyzwyczaił, i czy to „wypada” - giną wszyscy, prędzej czy później, jak to w życiu (jak w historii), i żadna magiczna siła nie chroni nikogo tylko dlatego, że jest on elementem opowieści, którą czytamy.
Jacek Dukaj