Nie planowałem tego tekstu. Powstał on w dużej mierze jako kompilacja i rozwinięcie kilkunastu dyskusji e-mailowych (także publicznych postów) o sytuacji polskiej fantastyki, po których coraz wyraźniejsze stawało się dla mnie, iż nastąpiła właśnie głęboka zmiana: fantastyka nie jest już tą fantastyką, o której ja nadal z rozpędu mówię i do której przykładam stare kryteria. Należy zrewidować podświadome założenia i spojrzeć bez uprzedzeń.
Pierwszym warunkiem sensownej dysputy jest jasny ogląd faktów. Drugim wszelako – konsekwentna ich ocena.
Trzeba to powiedzieć głośno i wyraźnie: mamy boom na rodzimą fantastykę, jakiego nie zna historia polskiej literatury, a już na pewno – tej funkcjonującej w warunkach wolnego rynku.
Fundamentem tego boomu – warunkiem koniecznym, acz dalece niewystarczającym – była swoista „praca u podstaw” wykonana w latach 90-tych przez Mirka Kowalskiego i Nową oraz sukces komercyjny Andrzeja Sapkowskiego.
Należy jednak na ów proces patrzeć jak na start rakiety, odpalającej po kolei boostery i człony paliwowe: zrealizowana musi zostać cała sekwencja; gdy odpada jeden człon, włącza się następny.
Drugi silnik odpalił więc w roku 2002, kiedy pałeczkę po Nowej przejęły Runa i Fabryka Słów. A w ciągu trzech następnych lat nastąpiła dalsza specjalizacja i podział rynku:
1. Fabryka Słów zajęła pozycję dominującą, zarówno pod względem ilości wydawanych książek (ponad 20 tytułów rocznie), sprzedawanych nakładów, jak i zgromadzonych pod jedną marką autorów z „pierwszej ligi”. Ziemiański, Pilipiuk, Piekara sprzedają regularnie po ponad 10 tys. egz. (Wstyd przyznać, ale w blisko czterdziestomilionowej Polsce gwarantuje to status „bestsellera”). Fabryka wydaje bardzo dużo debiutów, organizuje antologie. Startowała z niskiego poziomu edytorskiego (jej fatalna redakcja i korekta były przez pewien czas przysłowiowe), który jednak systematycznie się podnosi.
2. Runa podąża ścieżkami mniej wydeptanymi, dłużej pracuje nad tekstami, wydaje się przedkładać jakość nad ilość (ok. 10 tytułów rocznie). Niekorzystnym ubocznym efektem tej strategii niskich obrotów jest mniejsza siła przebicia. (Fabryka Słów, a raczej firma dystrybucyjna Olesiejuka, daje swym „autorom flagowym” znacznie lepszą promocję i sprzedaż). Runa chyba zadowala się rolą „specjalistycznego wydawnictwa gettowego”, co wynajduje i promuje autorów, którzy, sprawdziwszy się na rynku, przejdą do większych oficyn.
3. Nowa zatrzymała przy sobie Andrzeja Sapkowskiego i to jest dziś jej największy (jedyny?) sukces. W fantastyce zbiera już raczej autorów drugiej ligi i wydaje coraz mniej (kilka tytułów rocznie); stopniowo zmienia profil na literaturę sensacyjną, kryminalną.
Od przypadku do przypadku Polaków wydaje także Solaris (głównie wznowienia), MAG przynajmniej częściowo zatrzymał przy sobie Kresa. Niektórym autorom (Kosikowi) opłaca się drukować książki we własnych wydawnictwach. Zresztą gdy spojrzeć na listę polskich powieści fantastycznych z 2005 roku, znajdziemy tam oficyny w rodzaju WAB, Świata Książki, a także Videografu, Copernicusa, a nawet Fundacji Sztuki na Rzecz Integracji.
Boom bowiem polega również na tym, iż nigdy dotąd nie było tak łatwo zadebiutować książką. W porównaniu z sytuacją z początku lat 90-tych, kiedy Polacy musieli się ukrywać pod anglosaskimi pseudonimami, aby w ogóle zostać wydanymi, jest to zgoła raj. Ba, teraz to wydawcy biją się o autorów, nierzadko licytując lepszymi warunkami finansowymi i promocją. Money talks.
Jednak być może najważniejszym jest skutek pośredni boomu: otwarcie na rodzimą fantastykę największych firm edycyjnych, bynajmniej w fantastyce się nie specjalizujących. Otóż nie ma w Polsce takiego wydawcy, który nie weźmie z pocałowaniem ręki autora gwarantującego sprzedaż na poziomie kilkunastu tysięcy egzemplarzy, i skoro polska SF-F udowodniła, iż dysponuje podobnym potencjałem, rychło okazało się, że jest taką samą literaturą jak każda inna.
Nowe polskie serie fantastyczne otwierają Zysk i S-ka, Wydawnictwo Dolnośląskie, otwarte na polskich fantastów jest Wydawnictwo Literackie... Być może oficyny, wzorem zachodnich molochów, będą tworzyć wyspecjalizowane oddziały; tak czy owak, trend z czasem się nasili.
To kolejna oznaka normalnienia rynku, nie inaczej bowiem ta hierarchia ułożyła się na świecie: małe wydawnictwa promujące debiutantów → średniaki wydające sprawdzoną „fantastykę skonwencjonalizowaną”, przeznaczoną głównie dla fanów, o stałej, solidnej sprzedaży, zazwyczaj właśnie filie koncernów → największe domy wydawnicze, publikujące Stephensona, Gibsona, Gaimana czy Kinga.
Zarazem jednak musimy mieć świadomość, z jak niskiego poziomu ten proces normalnienia startuje; i nie jest to akurat specyfika fantastyki. Prawda wygląda tak, że polski rynek wydawniczy, w porównaniu z innymi branżami (reklamową, komputerową itp.), to nadal pół-zabawa, pół-chałupnictwo. Wydawca częstokroć sam nie wie, co wyda już za miesiąc (Zysk, Fabryka Słów). Tekst ledwo przetłumaczony i pośpiesznie przejrzany przez korektę idzie od razu do druku („Kiedy ukaże się książka X?” „Jak tłumacz wyzdrowieje, to przed Świętami”). Książki znajdujące się na wylocie cyklu wydawniczego i już ogłaszane czytelnikom nie ukazują się w ogóle („Horror show” Orbitowskiego w Aresie) lub, wycofane w ostatniej chwili, pojawiają się znienacka po paru latach („Podróż Mrocznego Księżyca” McMullena w Prószyńskim). Wiele rzeczy – np. rozmaite rytuały promocyjne – wykonuje się tylko dlatego, iż „zawsze tak robiono”; nie ma tu sprzężenia zwrotnego ze skutecznością, bo potencjalny zysk lub strata są tak małe, że oceniane wyłącznie „na czuja”. Cały budżet produkcyjny przeciętnej książki oscyluje wokół procenta budżetu reklamy telewizyjnej. Po prostu na razie tak płytki jest jeszcze rynek czytelniczy. (Podczas gdy proszki do prania kupują wszyscy).
Nastąpił już na dobre zmierzch epoki fantastycznych czasopism literackich jako ośrodków, wokół których gromadzą się autorzy, gdzie rodzą się trendy, toczą programowe dyskusje etc. W praktyce mowa tu o zmianie roli „Nowej Fantastyki”, po trosze na jej własne życzenie (gdy postanowiła być „ostentacyjnie komercyjna”), nie pojawił się bowiem żaden następca „Fenixa”.
Proces był jednak nieuchronny i zaczął się jeszcze w latach 90-tych. A przyczyny owej zmiany i, mimo wszystko, degradacji są trzy:
1. Spadek nakładu, a co za tym idzie, zmniejszenie impaktu czytelniczego – największe miesięczniki („NF” i „SF”) mogą liczyć na sprzedaż w granicach zaledwie 8-15 tys. egz.
2. Normalnienie rynku książki, tj. obfitość oferty fantastyki zagranicznej oraz nieporównywalna z żadnym okresem naszej historii łatwość debiutu książkowego Polaka.
3. Eksplozywny rozwój internetowych społeczności fanów fantastyki, rozmaitych portali, serwisów, periodyków sieciowych, for itp.
Poza „NF” i „SF” na papierze pojawiają się efemerydy o niewielkiej sprzedaży („Ubik”, „Magazyn Fantastyczny”, „Fantazyn”), wydawane głównie z pasji redaktorów, albo większe hybrydy powstałe z widzimisię hojnych decydentów (dodatek „Fantasy-Click”), o nie mniej niepewnym żywocie; niskonakładowy kwartalnik „Czas Fantastyki” lokuje się gdzieś pomiędzy.
Konsekwencją takiej sytuacji periodyków jest przede wszystkim kompletna zmiana statusu polskich opowiadań fantastycznych. Następuje ciągły i dość szybki spadek ich średniej jakości. Opowiadania – forma przeznaczona dla czasopism – przestały być „wizytówką” autorów, a taką rolę pełniły przez lata 70-te, 80-te i 90-te.
Autorzy uznani, „zawodowcy” coraz mniej czasu poświęcają na ich pisanie, jako że znacznie lepiej zarabiają na powieściach; a nie tak dawno proporcje te układały się odwrotnie, tj. na niekorzyść powieści. (Zastanawiającym wyjątkiem są tu niektórzy autorzy Fabryki Słów, która z nieznanego powodu preferuje zbiory opowiadań). Opowiadania stają się domeną debiutantów, którzy w ten sposób wyrabiają sobie nazwisko, co z kolei umożliwia im debiut w Fabryce czy w Runie i wejście na rynek książkowy, tj. powieściowy.
Ale już nawet ta rola wymyka się czasopismom: coraz więcej autorów debiutuje od razu powieściami!
Kto chciałby jednak narzekać na taki stan rzeczy, powinien sobie uświadomić, iż to także jest mechanizm zdrowego rynku książki: tak wygląda norma na świecie. Zarabia się na powieściach; opowiadania to niekonieczny dodatek. („Novelist” to „powieściopisarz”; wielu z nich w życiu nie napisało ani jednego opowiadania).
Co też tłumaczy niższą jakość najnowszych opowiadań zachodnich porównywanych w nostalgicznych wspomnieniach z opowiadaniami ze starych „Kroków w nieznane” czy z pierwszych lat „Fantastyki”: wtedy pokazywano nam najlepsze teksty z okresu, kiedy i zachodnie czasopisma fantastyczne były silniejsze.
Zresztą przekłady opowiadań zachodnich przestają być atrakcją także z tej przyczyny, iż coraz więcej tych opowiadań można przeczytać w oryginale za darmo i legalnie w sieci (a znajomość języka angielskiego nie stanowi już wielkiej bariery, zwłaszcza w środowiskach fanów SF-F).
Świetną ilustracją tezy o nowej roli opowiadań w fantastyce jest profil literacki „Science Fiction”. Pismo powstało w 2001 roku jako samodzielny projekt Roberta Szmidta, według jego autorskiego pomysłu. Otóż Szmidt sprofilował „SF” na tzw. „mniej wymagającego czytelnika fantastyki” i bardzo konsekwentnie realizuje ten program. Drukuje olbrzymią ilość opowiadań, niemal wyłącznie polskich, których lwią część stanowią teksty debiutantów; autorzy, o których nikt wcześniej nie słyszał, przewalają się tam już chyba setkami. Nie poddaje tych tekstów żadnej redakcji, nie pracuje z autorami. Nie płaci debiutantom honorariów (za „wynagrodzenie” starcza sam fakt druku). „SF” stanowi po prostu swoistą „papierową platformę promocyjną” polskiej fantastyki.
Mogę się z tą strategią zgadzać lub nie (jako czytelnik posiadający określony gust), niemniej to jest konkretna, wyrazista strategia, na dodatek – jak widać – ekonomicznie uzasadniona. Czego nie da się powiedzieć o „NF”, która pod rządami nowego właściciela doświadczyła już bodaj czterech naczelnych i tyluż zmian image’u, miotając się od ściany do ściany. W pewnej chwili byłem naprawdę przerażony, iż jest zdeterminowana powtórzyć samobójczy obłęd „SFinksa”, tzn. zrealizować hasło: „kolorowo, krzykliwie i o wszystkim” – czyli dla nikogo. Od kilku miesięcy widać lekką poprawę, tzn. stan pacjenta jest stabilny i wydaje się, że nie grozi mu zapaść śmiertelna, wszakże do powrotu do dawnego zdrowia droga daleka. I, po prawdzie, taki powrót – w tym i radykalny wzrost sprzedaży – wobec zmiany warunków, w których funkcjonują czasopisma fantastyczne w Polsce, nie jest już możliwy.
Jako się rzekło, ośrodki „życia fantastycznego” przeniosły się na dobre do sieci.
Czasopisma papierowe już przegrały z internetem na dwóch z trzech pól i przegrywają na trzecim:
1. Przegrały pod względem szybkości reakcji.
Kiedy ukazuje się nowa książka, recenzje w sieci pojawiają się już następnego dnia (albo i przed premierą); w naszych miesięcznikach – po miesiącu-dwóch, często jeszcze później. Tymczasem żywot przeciętnej książki liczony jest w tygodniach; potem recenzje w sposób znaczący mogą poprawić co najwyżej samopoczucie autora, bo nie sprzedaż.
A z własnego doświadczenia wiem, jak uciążliwa i stresująca jest walka z opóźnieniami papierowego cyklu wydawniczego. Nawet mozolne wyciąganie z wyprzedzeniem od wydawców „szczotek”, aby w ten sposób zniwelować powolność tradycyjnych periodyków, nie daje gwarancji powodzenia.
Pamiętając o tych opóźnieniach, spójrzmy jeszcze na porównanie nakładu/czytelnictwa i stanie się jasne, że jakkolwiek mierzone „znaczenie” recenzji książki w prasie fantastycznej jest mniejsze nie tylko od znaczenia byle notki w prasie codziennej, ale już także – od omówień w najpopularniejszych serwisach sieciowych.
2. Czasopisma papierowe przegrały z siecią pod względem miejsca poświęcanego publicystyce literackiej.
Od kilku lat rośnie w nich presja, by coraz bardziej skracać i komprymować recenzje. Uzasadnienia są różne: od konieczności zrobienia miejsca na obrazki i reklamy do wyrażanego mniej lub bardziej otwarcie przekonania, że „nasi czytelnicy nie lubią czytać”, toteż piszmy dla nich krótko i prostymi słowy.
Postępujący proces doprowadził do uświęcenia formy zdawkowej notatki ze zdaniem-dwoma oceny i skalą liczbową, która także graficznie ma wyrazić, o ile procent „Władca Pierścieni” lepszy jest od „Głosu Pana” lub na odwrót. Jest to najniższy rodzaj „recenzenctwa”, w żadnym razie – krytyka literacka! Krytyki, to jest osobistego odczytania, interpretacji, analizy i wartościowania książek, w „NF”, ani w „SF” się nie uprawia. (Uczciwie trzeba przyznać, iż prawdziwe dno „NF” ma tu już za sobą).
Jak daleko zaszedł ów proces, pokazuje inne jeszcze porównanie: oto łatwiej dziś o inteligentny tekst krytyczny o książce fantastycznej w prasie codziennej lub tygodniku opinii niż w czasopismach „branżowych”, teoretycznie fantastyce poświęconych.
A najwięcej tekstów o książkach fantastycznych ukazuje się w sieci. I są to teksty dowolnie długie. Nadto, skoro książka wywoła kontrowersje, może się o jednym tytule pojawić tych tekstów dowolnie wiele – tak rozmywa się granica między publicystyczną polemiką a otwartą dyskusją.
3. Czasopisma papierowe przegrywają na ostatnim polu: prestiżu.
Ongi recenzja czy artykuł w „NF” miały jakąś wagę. Stał za nimi autorytet pisma i autorytet autora. Teraz często większe zaufanie mam do kompetencji osób piszących w niektórych magazynach sieciowych.
Czasopisma sieciowe nie płacą, ale w prasie fantastycznej wierszówki są co najwyżej symboliczne, więc to również nie gra roli. I coraz więcej tu recenzji „fanowskich”, tzn. oceniających nie wartość literacką, lecz stopień „miodności” dla określonego targetu.
Skąd przyszedł ten trend? Otóż dobrze ponad 90% całej dzisiejszej publicystyki dokoła-SF-F-owej to właśnie teksty w Internecie, w różnych magazynach i portalach pół- lub całkowicie amatorskich, pisane przez fanów i z punktu widzenia fanów. W efekcie normalnym tonem recenzji z fantastyki (zwłaszcza polskiej) stał się młodzieńczy entuzjazm. (W sieci wyłamuje się z tego bodaj tylko „Esensja”, może niektóre kawałki w „Katedrze”). Cokolwiek nie jest entuzjastyczne, odbiera się jako złośliwą krytykę – i już odzywają się oburzeni fanowie (albo i sami autorzy). Negatywne opinie przemyca się we frazach stanowiących nieco uładzone odpowiedniki „nie tak zajebiste jak poprzedni tom”.
W konsekwencji, po pierwsze, każda normalna recenzja, pisana spoza tej mentalności i stosująca (obok gatunkowych) powszechne kryteria literackie, powoduje szok; po drugie – i to jest prawdziwe nieszczęście – zabija to ambicję w autorach, bo po co coś zmieniać, po co doskonalić się, szukać jakiejś oryginalności, skoro jest tak idealnie? Jak w pierwszych klasach podstawówki: wszystkim dajemy piątki, najniżej czwórki.
A najstraszniejsze, że sami autorzy zdają się nie zauważać, jaką krzywdę im się w ten sposób wyrządza.
Sieć stanowi naturalne środowisko owej „publicystyki fanowskiej”, lecz sieć – głupia głupotą setek smarkaczy, którzy z wypiekami na twarzy wypisują na forach pod anonimowymi nickami wściekłe idiotyzmy – ma przynajmniej tę zaletę, że pozwala samodzielnie wybrać głos krytyczny, któremu zawierzymy. Zawsze w reakcji na dominację jakiejś większości pojawiają się tu kontestatorzy i kłótliwi malkontenci, opowiadający się za alternatywnymi hierarchiami.
Natomiast fantastyczne czasopisma papierowe, jak się wydaje, nie mogą sobie po prostu pozwolić na dopuszczenie krytyki literackiej z prawdziwego zdarzenia: zależą już od innej większości. „Czas Fantastyki” powstał właśnie dlatego, by uwolnić łamy „Nowej Fantastyki” od tekstów poważniejszych. Rynek wyznaczył warunki brzegowe.
Od początku boomu wydawniczego na polską fantastykę obserwujemy wśród jej autorów szybką wymianę pokoleniową. Obecnie można już spokojnie stwierdzić, że większość publikowanych autorów należy do pokolenia, które nie tylko pisać, ale i czytać fantastykę zaczęło po roku 1989. A nie minie wiele czasu, gdy na tę większość składać się będą ci, co zadebiutowali już w boomie, tzn. w roku 2002 lub później.
Należy sobie uświadomić, jak fundamentalny jest to przewrót: dla tych autorów dzisiejsza sytuacja jest normalna, a wspominki fandomowych dinozaurów o walce z cenzurą, SF socjologicznej, Hollanku, politycznej i ogólnokulturowej wadze fantastyki, wojnie Ziemkiewicza z Parowskim, ba, nawet o czasie, gdy Nowa dzierżyła monopol na polską fantastykę – wszystko to będzie brzmieć coraz bardziej jak środowiskowa mitologia, której nie warto do końca dawać wiary.
Kto pozostał ze „starej gwardii”? „Reaktywowani” Andrzej Ziemiański i Jacek Piekara. „Reaktywowany” ostatnio Marek S. Huberath. Oczywiście Andrzej Sapkowski. Feliks W. Kres. Eugeniusz Dębski, Konrad T. Lewandowski, Andrzej Zimniak, znacznie słabiej już obecni. Zaledwie o kilka lat dłuższy staż książkowy od autorów „pokolenia 2002” mają Anna Brzezińska i Ewa Białołęcka. Są też autorzy, którzy, choć pokazali się wcześniej, dopiero w boomie mogli wydać książki: Jarosław Grzędowicz, Maja Lidia Kossakowska, Romuald Pawlak, Jacek Sobota, Andrzej Pilipiuk (po prawdzie właśnie sukces jego książek o Wędrowyczu na dobre boom uruchomił).
A z drugiej strony, proszę: Eryk Algo, Artur Baniewicz, Jakub Ćwiek, Rafał Dębski, Daniel Gromann, Maciej Guzek, Witold Jabłoński, Anna Kańtoch, Rafał Kosik, Magdalena Kozak, Jarosław Maździoch, Marcin Mortka, Krzysztof Piskorski, Wawrzyniec Podrzucki, Michał Protasiuk, Marcin Przybyłek, Jaga Rydzewska, Dariusz Spychalski, Michał Studniarek, Iwona Surmik, Izabela Szolc, Wit Szostak, Szczepan Twardoch, Sebastian Uznański, Milena Wójtowicz, Marcin Wroński, Mieszko Zagańczyk – kto o nich słyszał przed początkiem boomu? (Pewnie zresztą kilkunastu innych tu pominąłem). A dzisiaj to oni stanowią „bazę” literacką polskiej fantastyki, wielu z nich już z kilkoma tomami na koncie.
W konsekwencji:
1. Mamy mnóstwo książek, po których bardzo wyraźnie widać, iż autorzy na nich dopiero uczą się rzemiosła – od warstwy językowej po fabularną.
To normalne: trzeba kiedyś zadebiutować długą formą, trzeba kiedyś zdobyć te umiejętności; w każdej literaturze istnieje taki prąd – stały, powolny dopływ – autorów nowych, jeszcze niedojrzałych. Rzecz jednak w tym, iż zbieg zewnętrznych okoliczności (wymiana pokoleniowa, inwazja fantasy, boom na polską fantastykę itd.) spowodował, iż w ciągu kilku ostatnich lat ta „fantastyka debiutancka” stała się u nas nurtem głównym. Zalicza się do niej bodaj dwie trzecie książek Fabryki Słów, Runy i Nowej.
Sprzęgają się z tym inne tendencje. Ponieważ czasopisma nie pełnią już swej dawnej roli, autorzy nie przechodzą okresu „formowania”, nie są „prowadzeni” przez redaktora. Rzuca się ich od razu na głębokie wody wolnego rynku i gustów czytelniczych. To bardzo silna presja (dodatkowo zwiększana przez nowe, szybkie sprzężenia zwrotne „autor-czytelnicy-autor” możliwe dzięki sieci). Może powinniśmy przyjąć i ten proces za zdrową normę. Jej kosztem będzie kilka oryginalnych talentów wtłoczonych w koleiny oczekiwań Przeciętnego Czytelnika – bardzo rzadko debiutant objawia się już ukształtowaną osobowością twórczą.
A ponieważ nie ma miary zewnętrznej w postaci niezależnej krytyki „pozafanowskiej”, autorzy tacy będą mieli wielkie trudności w ogóle z prawidłowym rozpoznaniem swego położenia. Samozadowolenie to śmiertelna trucizna dla ambicji.
2. Większość wyliczonych wyżej autorów nie poczuwa się do specjalnej łączności z tradycją polskiej fantastyki. (Wnioskuję z ich twórczości, wywiadów przez nich udzielanych i innych wypowiedzi publicznych). Identyfikują się z konwencją jako taką, nie z ojczystą literaturą. Przyjmując stan dzisiejszy za normalny, budują – zapewne niechcący i nieświadomie, po prostu pisząc to, co piszą – obraz i rolę science fiction i fantasy jako literatury stricte zabawowej, „fanowskiej”, wyzwolonej z wszelkich wyższych funkcji i znaczeń. Fantastyka została sprowadzona do gry konwencją i sprawności w opowiadaniu schematycznych historii przygodowych. Taką fantastykę znają, taką fantastykę lubią i taką fantastykę piszą.
Co znowu samo w sobie nie jest niczym złym, ani niezwykłym. Rzecz cała w proporcjach, w hierarchiach wartości i właśnie ambicji. A to jest ten okres – kilka lat – gdy kształt gatunku zostanie ustalony i utrwalony jako norma na pokolenie, jeśli nie dłużej. Do następnej rewolucji lub zapaści – będzie nasza fantastyka taką „literaturą debiutancką”, nisko mierzącą i nisko sięgającą, permanentnie niedojrzałą i zadowoloną z siebie.
To czarny scenariusz. Czy jest możliwy inny?
Ideałem polskich autorów fantastyki stała się pozbawiona wszelkich cech charakterystycznych, sztywna poprawność językowa. Autorów wyłamujących się z tego schematu mogę policzyć na palcach jednej ręki: Sapkowski, Brzezińska, Orbitowski, Szostak, może Podrzucki.
I nie chodzi mi wcale o neologizmy, wygibasy, udziwnienia, lecz o – wydawałoby się – podstawową umiejętność pisarską: plastyczność języka. Że autor nie buduje z prefabrykowanych modułów, każdy twardy jak diament – lecz formuje zdania, akapity, rytm opowieści tak, jak mu pasuje; że fraza jest miękka pod jego piórem.
Tymczasem Polacy piszą jakby przekładali z angielskiego. Angielski, język mało fleksyjny, ma bardzo sztywną składnię i prawie wszyscy jego tłumacze pozostają przy maksymalnie prostym przełożeniu na składnię polską. Nie mówię wcale o anglicyzmach frazeologicznych („całkiem interesujący”), znaczeniowych („biedak wyglądał patetycznie”) czy nawet składniowych (zaimkowanie) – lecz o tragicznym zawężeniu możliwości języka do jednej normy. (Poprawnej, oczywiście).
Przygnębiająco to wygląda w porównaniu z polską literaturą (także popularną) sprzed wojny, czy nawet z przekładami (sprzed 1990) z innych języków słowiańskich. Powstaje wrażenie, jakby dziś pisały już prostackie procesory językowe, nie ludzie; a w każdym razie jakby każdy tekst musiał po drodze przejść przez filtr takiego procesora.
W ten sposób, niepostrzeżenie, na przestrzeni kilkunastu lat, gdy 90% literatury w ogóle to takie przekłady z angielskiego – zamrożono język polski.
Proces sam się napędza. Bo na czym wzoruje się młody autor fantastyki? Przecież przekłady literatury niefantastycznej wyglądają tak samo. Po cokolwiek sięgnie – jeden wzór. I następni widzą, że on tak pisze, i tak jest dobrze; że wszyscy tak piszą, i tak jest dobrze – i nikt już nawet nie ma skali porównawczej.
Bo nie chodzi przecież o to, żeby wzorować się na Sapkowskim (czy Sienkiewiczu): to też byłoby zawężenie, zubożenie języka; ale żeby być świadomym tej rozpiętości językowej, poruszać się swobodnie we wszystkich języka możliwościach. A tu – nawet jak się urodzi jakiś autor z potencjałem na skalę trójoktawową, to dźwięku nie wyda poza tessyturą chóru.
W odwrocie tak głębokim, że prawie w zaniku znajduje się polska science fiction. Kto jeszcze ją pisze? Rafał Kosik, Wawrzyniec Podrzucki, Konrad Lewandowski – i to raczej z doskoku, nie za często; żaden z nich nie może się przecież równać pod względem wydajności czy popularności z Pilipiukiem czy Piekarą. Ziemkiewicz zmienił zainteresowania, Kołodziejczak milczy, Oramus milczy. Huberath i Zimniak, choć naukowcy, nigdy nie uprawiali fantastyki stricte naukowej. Cyran pozostaje przy opowiadaniach, nie za często zresztą pisanych.
Czy pojawił się ostatnio ktoś nowy? Przybyłek bawi się na razie konwencją gier w VR. Jaga Rydzewska bez powodzenia próbuje space opery. O hard SF powinienem chyba w ogóle zapomnieć. Może kiedyś w przyszłości zabłyśnie Michał Protasiuk, może Jakub Nowak... Żadnego pewniaka.
Rozwija się, ale jakoś rozwinąć się nie może horror fantastyczny: Nowosad już nie żyje, Zientalak zniknął ze sceny, nieudanymi książkami pokazali się Siedlar, Szolc i Maździoch. W mrocznej fantasy historycznej zbliża się może do horroru Witold Jabłoński. Jeden Łukasz Orbitowski twardo trzyma się horroru fantasy i próbuje zrobić w nim coś oryginalnego. Natomiast Grzędowicz, po świetnej „Księdze Jesiennych Demonów” (kto wie, czy nie najlepszej rodzimej literaturze grozy od kilkudziesięciu lat), cofnął się do etapu recyclingu gatunkowych schematów.
Gołym okiem widać, że dominuje fantasy.
Wszelako polską specyfiką jest fantasy nieortodoksyjna, „przyprawiona”, tzn. z domieszką jakiejś innej konwencji. Lubimy trochę pokombinować; to dobry znak. Nawet autorzy fantasy najbardziej klasycznej – Brzezińska, Białołęcka, Kres, Surmik – próbują w niej jednak na swój sposób odejść od kanonu.
Obrodziło fantasy postmodernistyczną, gdzie co chwila puszcza się oko do czytelnika zza realiów parahistorycznych: począwszy od Sapkowskiego przez Mortkę, Pawlaka i Pacyńskiego, na gronie młodych autorów Fabryki Słów skończywszy. Mniej pisarzy wybiera „twardą” fantasy historyczną (Komuda, Jabłoński, może Pawlak), to widać okazuje się trudniejsze.
Atrakcyjna i pojemna jest za to formuła fantasy miejskiej: Studniarek z „Herbatą z kwiatem paproci”, Guzek z „Królikarnią”, Kozak z „Nocarzem”, Wójtowicz z „Podatkiem”, także Mortka z „Wojną runów”. Kańtoch pisze fantasy w konwencji kryminału. Piekara i Kossakowska – przygodową fantasy religijną, a raczej dokołareligijną. Nie jest to bowiem „fantastyka religijna” w rozumieniu np. C. S. Lewisa – do niej bliżej Szydzie, Sobocie, Huberathowi.
Zaś największe sukcesy ostatnich lat – „Achaja” Ziemiańskiego, „Pan Lodowego Ogrodu” Grzędowicza – to akcyjne hybrydy fantasy z SF.
Mamy wreszcie fantasy humorystyczną, w której specjalizuje się Pilipiuk. Lecz przecież ów lekki, satyryczno-postmodernistyczny ton stał się w polskiej fantastyce już niemal powszechnym – tak pisywał Pacyński, tak pisuje Pawlak i Mortka, Ziemiański i Białołęcka, większość debiutantów, nawet Ziemkiewicz ostatnio tak pisze. Widać bardzo nie na czasie i niemodnie jest przemawiać ostro, serio i szczerze.
Wspomniany Pacyński może być uznany za pioniera w Polsce specyficznego podgatunku: fantastyki militarnej. Na Zachodzie jest to bliski krewniak space opery, podobnie dobrze się sprzedający (u nas promowany wytrwale przez wydawnictwo ISA).
Lecz to na obrzeżach głównych nurtów fantastyki pojawiają się jeszcze w Polsce rzeczy naprawdę oryginalne, bo powstałe nie z odbicia konwencji, lecz właśnie z osobistych fascynacji autorów: utwory Wita Szostaka, Szczepana Twardocha, obyczajowe horrory Jarosława Grzędowicza i Łukasza Orbitowskiego; także „Wody głębokie jak niebo” Brzezińskiej. Ale są to wyjątki, nawet jeśli doceniane nagrodami, to nie zdobywające na razie wielkiej popularności i nie pobudzające naśladowców/kontestatorów.
Albowiem coraz więcej autorów fantastyki wybiera u nas ścieżki łatwiejsze, już prawie nikomu nie chce się chcieć.
Koniunktura na polską fantastykę wytwarza ciśnienie przyciągające nowych autorów – powtórzę z satysfakcją: iloma debiutami książkowymi obrodziło! – i ci nowi autorzy niemal bez wyjątku piszą pod owego mitycznego Przeciętnego Czytelnika Fantastyki. Jasne, przewaga popu to zdrowa proporcja – ale przyrost jest drastycznie nierównomierny!
Patrząc na listy publikacji dla tegorocznych nagród, widzę jedne „Miasta pod Skałą” Huberatha, które zdecydowanie wyróżniają się na tle kilkudziesięciu lepszych i gorszych powieści „do przeczytania i zapomnienia”. (No, jest jeszcze „Hotel Wieczność” Szydy, bardzo ambitny, bardzo nieudany). Huberath ma coś do powiedzenia, pisze w ramach konwencji, ale nie konwencją, jest w tym myśl i szczerość i siła wizji oryginalnej (choć książka ma przecież też wady).
Szukam najlepszego słowa, by krótko opisać powyższą różnicę tym, co sami jej nie dostrzegają. (Czy można nauczyć smaku literackiego?) Nie chodzi przecież o to, o czym się pisze, ani też nie do końca o to, jak się pisze. Sandor Marai zanotował w „Dzienniku”: „Charakter to już pół talentu”. Myślę, że to najlepsze przybliżenie: polska fantastyka staje się literaturą bez charakteru. Miałką, przyjemną, okrąglutką, słodziutką, podsuwającą każdemu łebek do głaskania, a przede wszystkim: wtórną myślowo.
Nie istnieje przymus tworzenia sztuki wyłącznie ambitnej, i to w żadnej konwencji. Jednak bez wątpienia coś złego jest z konwencją, w której autorzy i czytelnicy wyznają w tak przytłaczającej większości pogląd, iż sztuka ich genre’u nie powinna być ambitna. Że samo domaganie się wartości „pozazabawowych” i nazywanie błahej literatury przygodowej błahą literaturą przygodową jest czymś złym („bo przecież to fantastyka!”). Rzecz jasna, nadal można interesująco omawiać polską fantastykę i dyskutować znaczenie motywu wampira albo kulturowy kontekst przewagi fantasy nad SF – tak samo powstają magisterki i doktoraty o wpływie sitcomów na obyczajowość Polaków czy o nowych trendach w pornografii. Każda działalność człowieka jest pewną funkcją semiotyczną, ale nie każda jest sztuką.
Idzie mi o zaburzenie proporcji. Nie: we wszystkich książkach SF-F musi chodzić o coś więcej. Ale: powinny istnieć także takie książki SF-F, w których chodzi o coś więcej. Boję się, iż ta tradycja na naszych oczach zanika.
Inna tendencja to świadome obniżanie sobie poprzeczki przez autorów, którzy już pokazali, że stać ich na więcej.
Dobrym przykładem jest wspomniany Jarosław Grzędowicz, który naprawdę wziął mnie za flaki „Księgą Jesiennych Demonów”, czuło się, że zostawia na papierze strzępy duszy, że facet „ma charakter”, a przy tym – chyba najlepiej wyćwiczone pióro w całej polskiej fantastyce. A teraz: pusta perfekcja „Pana Lodowego Ogrodu” i rozciągnięty z opowiadania „Popiół i kurz”, sprawnie napisany, lecz też zaledwie z kilkoma przebłyskami osobowości autora, w fabule jak z Grahama Mastertona. Co to za wyzwanie: przeskoczyć Lumleya czy Feista? Przeskoczyć samego siebie, o, to jest coś!
Z jakimś męczeńskim uporem powiela się Feliks W. Kres, pierwszy charakternik polskiej fantasy. Marcin Wolski, który w „Psie w studni” pokazał się jako polski Eco, znowu tworzy sensacyjne komiksy prozą. Także w Romku Pawlaku błysnęła iskierka – teraz płodzi humorystyczną fantasy niskich lotów; czekam na zapowiadaną fantastykę historyczną serio. Nadal też czekam, by Anna Brzezińska podążyła drogą, którą otwarła „Wodami głębokimi jak niebo”; tymczasem wypuszcza przeróbki i kolejne półtomy cyklu o Twardokęsku. (Przekleństwo pisarzy, którzy debiutują cyklem powieściowym: po dziesięciu latach nadal ręka debiutanta prowadzi pióro). Pośmiertnie odkrywana twórczość Tomasza Pacyńskiego ani się zbliża do ciężaru gatunkowego pełnego politycznej pasji „Września”. Konrad Lewandowski, zamiast przekuć na dobrą literaturę oryginalne zainteresowania, od lat boksuje się z własnym ego i połową fandomu. Powtarzalnym rzemieślnikiem lekkiego postmodernizmu stał się Sapkowski. Itd., itd. Jałowiejemy.
A przecież nie jest tak, że – według miary SF-F „masowej” – Polacy piszą złe rzeczy; nie. Statystycznie biorąc, wypadamy w tej konkurencji znacznie lepiej od Amerykanów, np. nie ma u nas w ogóle wybijanych spod sztancy cykli nowelizacji RPG itp. (kwestia głębokości rynku, bardziej opłaca się importować).
I zdaję sobie sprawę, że musi istnieć mocna podstawa rynkowej i czytelniczej piramidy. Tylko że wtem rozpadł się jej szczyt. Albo autorzy sami schodzą w dół, albo idą budować inną piramidę (jak Ziemkiewicz), albo po prostu nie ma zmienników dla emerytów. Taki mamy Zeitgeist, że młody autor, widząc, co się drukuje, co się sprzedaje, co się w środowisku chwali, świadomie/podświadomie nagina się do tego wzorca. Ba, naginają się przecież autorzy starsi, doświadczeni.
Gdybyż problem sprowadzał się do naturalnej ewolucji pisarzy, wyrastających z jednych tematów w inne...! Wspomniany Ziemkiewicz odszedł teraz na dłużej do prozy mainstreamowej, żałuję bardzo, że nie pisze SF z czasów „Walca stulecia”, ale zarazem przyjmuję, że jest to sytuacja bez porównania zdrowsza niż sytuacja autora, który od dwudziestu lat kopiuje samego siebie i na pewno z fantastyki nie wyskoczy, bo najwyraźniej w ogóle nie zależy mu na przełamaniu własnych ograniczeń. Jeśli chcemy mieć pisarzy naprawdę twórczych i kierujących się swoimi zainteresowaniami/obsesjami, a nie konwencją i przyzwyczajeniem czytelników, to musimy zaakceptować, że w jakimś procencie droga ich rozwoju wyprowadzi ich poza SF-F. To nie jest rzecz, którą można kontrolować.
Albowiem przekleństwem fantastyki (podobnie jak kryminału, romansu, thrillera) jest coś zgoła przeciwnego: „zapętlenie” autorów, radosne ich dreptanie w miejscu: żadnej ewolucji, żadnego rozwoju, ambicji – tylko ente tomy cykli, przygód tego samego maga, detektywa czy szpiega, albo kopie kopii kopii schematów fabularnych.
Autor nie ściga się z sobą, nie próbuje przekroczyć swojej wyobraźni, popchnąć gatunek i w ogóle literaturę do przodu, dać czytelnikom coś, czego się nie spodziewali i spodziewać nie mogli, „nawrócić” ich na siebie.
Celem jest zadowolenie konsumentów literatury takich, jacy są.
Jak możemy wyrażać pretensje pod adresem czytelników spoza „getta fantastycznego”, że nie dostrzegają niezwykłości fantastyki, skoro jest to niezwykłość spod sztancy, krojona od metra i produkowana dla zaspokojenia pragnienia na niezwykłość dokładnie taką?
A może rację mają ci, co odmawiają w ogóle prawa do stawiania przed fantastyką podobnych wymagań, wskazując na zaburzenie perspektywy, z jakiej spoglądamy: że niby urodziliśmy się w literaturze nienormalnej, postawionej na głowie.
Przed rokiem 1990 fantastyka widziała się nam jakimś wyróżnionym ponad inne „językiem labiryntu”, dodatkowo ufajnionym przez oficjalną pogardę – a teraz się budzimy po zmianach, jak, nie przymierzając, polski Kościół, i dziwimy się, czemu wszystkie te wyższe role, które zdawały się przez Boga nam przeznaczone, wymykają się po kolei z rąk; aż do tego strasznego przebłysku intuicji: teraz jest normalnie.
Bo w normalnych czasach Kościół nie stanowi substytutu partii politycznej, a fantastyka – substytutu literatury pięknej.
Czyżby taka była okrutna prawda?
1. Należy przygotować się na dalsze unormalnienie, pogłębienie rynku książki.
Od dwóch lat sprzedaż literatury pięknej rośnie po kilka procent. Tworzy się nowa infrastruktura (rozbudowują się sieci księgarń, wchłaniając mniejsze podmioty), rośnie też sprzedaż przez Internet. Książka jako towar przebija się do mass-mediów. Coraz częściej pojawiają się w TV jej reklamy. Jest to proces o narastającej dynamice: po przekroczeniu pewnego progu zatrzymać go będzie mogło już tylko np. drastyczne podniesienie cen.
Kto z polskich autorów w ciągu najbliższych kilku lat, w tej „epoce łatwych debiutów”, wyrobi sobie nazwisko (markę), znajdzie się w sytuacji naturalnej przewagi nad „później urodzonymi”; tak samo ówcześni młodzi zdolni, którzy nie wepchnęli się do wind kariery w 1989 roku, do dzisiaj nie mogą darować swym odrobinę starszym kolegom, którzy „złapali falę”.
Geniusz zawsze się przebije, ale wydawnictwa nie będą już czuły tego zgoła przymusu, by szukać nowych, młodych polskich pisarzy, jaki opanował je 2-3 lata temu.
Warto mieć tę świadomość: teraz jest czas wyjątkowy; okno być może już się zaczęło zamykać. Kto czeka na „lepszy moment”, niech kopnie się zza biurka i weźmie za realizowanie ambicji. Zazwyczaj bowiem największą bezczelnością (przebojowością) charakteryzują się grafomani, a ludzie prawdziwie utalentowani i wrażliwi, przekonani, iż „tylu jest lepszych ode mnie”, tylko szukają wymówek dla swej nieśmiałości.
2. Musi powstać platforma dla rzetelnej krytyki literackiej polskiej fantastyki.
„NF” już owej roli nie pełni, „SF” nigdy do niej aspirowało; pisałem wyżej o sytuacji branżowych periodyków. Publicystyka internetowa (fanowska) stanowi zaś niestety antytezę takiej krytyki.
Może z „Czasu Fantastyki” wyewoluuje coś ciekawego, jeśli wydawca pozwoli mu urosnąć ponad empikową niszówkę; może należy pokładać nadzieje w sieci. Ale na razie – książka taka jak „Miasta pod Skałą” Huberatha czy „Wichry Smoczogór” Szostaka wpada tu w krytycznoliteracką próżnię.
Pomijając wszystko inne, recenzenci wyćwiczeni w omawianiu przygód Arivalda, Achai czy Wędrowycza, za jedyne kryterium oceny mający frajdę i łatwość lektury, innej „krytyki” właściwie nie znający – niezależnie od swych najlepszych chęci, nijak nie potrafią takiej książki ugryźć; odbijają się od niej. Takie książki w coraz większym stopniu są w SF-F „ciałami obcymi”. Stworzenie ośrodka krytyki literackiej polskiej SF-F – nie krytyki akademickiej, hermetycznej, lecz o tyle popularnej, że równoległej do krytyki „fanowskiej” i właśnie otwierającej czytelnikom (i autorom) oczy na inne standardy i konteksty – musi być więc uznane za priorytet.
Żaden demoniczny mainstream nie wykrada nam wartościowych dzieł – fantastyka sama je wypiera.
3. Bo getto jest przede wszystkim w nas i kto tak woli, może w nim pozostać. Uprzedzenia też zresztą za naszego życia nie znikną: muszą wpierw wymrzeć ich nosiciele, a są między nimi już ludzie młodsi ode mnie. Wszyscy jednak chyba się zgodzimy, iż przekraczanie granic tego getta staje się coraz łatwiejsze.
Następuje właśnie wymiana pokoleniowa w redakcjach gazet, stacji radiowych, telewizyjnych, nowe pokolenie buduje nierzadko od podstaw media elektroniczne. Fantastyka będzie się coraz częściej przebijać – pytanie: jaka fantastyka?
W pewnym stopniu bowiem zależy to od nas samych: czy chcemy być traktowani według taryfy ulgowej, czy na równych prawach z inną literaturą. Nie można pchać się na ring zawodowy i potem łkać, że piorą po pysku bez litości.
Weźmy za przykład takie „Wody...” Brzezińskiej: potraktować je według miary Jordanów i Martinów, czy według miary Olgi Tokarczuk? A przecież to się zaczyna już na etapie etykietowania w wydawnictwie, okładki, blurbu, promocji etc. Nic nam nie przyjdzie po czerwonych dywanach ścielonych pod nogi, jeśli wejdziemy na nie krokiem żebraka, przepraszająco uśmiechnięci, ze znaczkiem niepełnosprawnego w klapie, śliniący się na najchudsze komplementy.
Sami sobie odpowiedzmy: czy rzeczywiście fantastyka jest literaturą gorszego rodzaju, że musi się chować za zaniżonymi kryteriami oceny i taryfami ulgowymi? „Fantastyka, a popatrz, niegłupie”. Boże drogi, nie o to przecież chodzi!
W naszym najlepiej pojętym interesie jest więc skończyć ze zwyczajem wzajemnego poklepywania po plecach i pochwałami dla czytadeł do poduszki, byle nie nudnych i poprawnie napisanych. Co jest ważniejsze: dobro literatury czy dobre samopoczucie środowiska? Od tego rozstrzygnięcia zależy obraz polskiej fantastyki za pięć-dziesięć lat.
Wierzę, że przyszłość gatunku ograniczonego do jałowej komercji nie jest nam w sposób konieczny przeznaczona – polska fantastyka znowu może stanowić chlubny wyjątek.
Jacek Dukaj