Księga ciała

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w czasopiśmie „SFinks” (2002-07/08).

Niedawno upubliczniono sprawozdanie z przeprowadzonej kilka lat temu serii eksperymentów neurologicznych, polegających na zniszczeniu ośrodka dyskryminacji estetycznej w mózgu. Przeprowadzano je, rzecz jasna, na zwierzętach - ale zainspirowane to zostało analogicznymi upośledzeniami ludzi. Z badań osób dotkniętych schorzeniem wynikało, iż brak hamulców dla np. spożywania odchodów czy jakiejkolwiek innej czynności, dla której winniśmy móc wykształcić w sobie „naturalne” obrzydzenie, skorelowany jest z niskim poziomem empatii i niezdolnością do wykształcenia hamulców dla okrucieństwa. Szczury w owych eksperymentach wydawały się nawet postępować wbrew swemu instynktowi samozachowawczemu.

Nie pamiętam szczegółów i nie wiem, jaką wagę posiadają te badania, niemniej brzmią mi one o tyle prawdziwie, iż zgadzają się z tym odwiecznym przeczuciem - że mianowicie etyka stanowi pochodną estetyki. Innymi słowy, poczucie Dobra rodzi się z poczucia Piękna; tak samo ze Złem i Brzydotą. W sztuce zazwyczaj rozpoznajemy zależność odwrotną: że znakiem zła jest czerń, noc, rozpad, chaos i śmierć, brak harmonii i proporcji. Dlaczego jednak umysł reaguje obrzydzeniem na symptomy rozkładu, dlaczego łagodna krzywa i jasna barwa milsze mu są od wizualnych kakofonii? Jest coś w samych organicznych fundamentach naszej psychiki, co wiąże owe zmysłowe doświadczenia z uczuciem przyjemności, a trudno nazwać złym kogoś, na kogo samo patrzenie sprawia nam przyjemność.

Rzecz w tym, że istnieją od tej reguły wyjątki, obszary sankcjonowanej perwersji. Już Platon dziwił się, jaka to siła, co za ciemna fascynacja zmusza człowieka np. do przyglądania się wydanym na widok publiczny zwłokom. Odwrócenie biegunów estetyki i etyki rodzi doznania mocniejsze, dreszcze inaczej nie do poznania. Błąd w architekturze umysłu? Czy raczej wentyl bezpieczeństwa? Nurt ten przeniknął z wielką energią do kultury masowej, owocując chociażby setką postaci „pięknych złoczyńców”, obrazami estetycznie wysmakowanego cierpienia, czy wreszcie horrorami, w których i śmierć jest atrakcyjna, a w każdym razie fascynująca.

Nawet jednak na tym tle wyróżnia się Clive Barker: on nie spina bieguna Zła z biegunem Piękna, on podaje zło w całej jego ohydzie, a MIMO TO budzi dlań fascynację. A w każdym razie tak czynił w „Księgach krwi”, w „Hellraiserze” - jednak od czasu bodaj „Wielkiego, sekretnego widowiska” jego proza zaczęła wyraźnie odchodzić od prostych schematów popkulturowych. „Imajica”, którą sam Barker uważał za swe najważniejsze dzieło, może służyć za przykład sztandarowy. Przede wszystkim: to nie jest horror - raczej „fantasy psychologiczna”. Nie horror, bo Barker nie ma najmniejszego zamiaru czytelnika straszyć; może wzbudzić obrzydzenie - lecz nie strach. Fantasy - bo od magii i istot nadprzyrodzonych tutaj aż gęsto, na żadne racjonalne wyjaśnienia się autor nie sili, a często nawet wyjaśnienia nieracjonalne są mu zbędne. Wahałem się, czy nie dodać jeszcze do tego opisu przymiotnika „epicka”, ale choć rzecz jest stosownie obszerna (ponad 1000 stron) i bogata w krajobrazy i statystów, skupienie Barkera na myślach i uczuciach głównych bohaterów jest zbyt wielkie, ich związki zbyt hermetyczne.

Dlaczego wszakże „psychologiczna”? Kombinacje intryg, questów, wojen, politycznych spisków, które stanowią szkielet klasycznej fantasy - tu są zastąpione przez historię interakcji między postaciami, porywy uczuć, komplikacje psychologiczne, wiele rzeczy dzieje się bez wyraźnego powodu fabularnego, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni w fantasy a la Jordan. Nie sposób powiedzieć, dla osiągnięcia jakich celów, z jakich powodów bohaterowie wybierają się na te wędrówki wskroś fantastycznych krain - oni sami nie wiedzą: decyduje impuls, poryw serca, żądzy. Można to uznać za pójście na łatwiznę przez autora, przejaw życzeniowości fabuły: że bohaterowie robią, co mu akurat pasuje, bez wyraźnego uzasadnienia w opowieści (a wystarczy przecież zmienić nieco początkowe założenia), ale, nie da się ukryć, jest to strategia odświeżająca na tle całej tej fantastyki o fabułach mechanicznych, tworzonej podług algorytmów hollywoodzkiego scenopisarstwa - gdzie w każdej scenie o każdym bohaterze można łatwo powiedzieć, dlaczego robi to, co robi, i losy ich wszystkich opisywalne są, od początku do końca, prostymi zasadami przyczyny i skutku. Podczas gdy w rzeczywistości, w życiu, jakie znamy nie z książek i filmów, tak nie jest; w życiu częstokroć działamy sami nie zdając sobie sprawy z motywów (jeśli jakiekolwiek są), i to w postępkach najcięższych, najbardziej brzemiennych w dobro i zło - coś nam się przydarza, myśl czy uczucie czy żądza jak wypadek uliczny, katastrofa w duszy; potem tylko nieskładne relacje: „Czemu ja to zrobiłem?”. Clive Barker to rozumie i potrafi - a przynajmniej próbuje - pokazać w swojej prozie. Być może przesadza i część czytelników znajdzie z tej racji „Imajikę” psychologicznie niewiarygodną - ale przynajmniej stanie się tak dla jej bogactwa, rozpasania, szaleństwa uczuć, nie zaś schematyzmu i papierowości postaci.

Fabuła i świat w istocie są podobne do wcześniejszych prób Barkera, zwłaszcza „Kobierca”. Kobieta i mężczyzna - Judith i Gentle - wplątani zostają w nadnaturalną intrygę, która prowadzi do ujawnienia sekretów ich przeszłości i otwiera im drogę do fantastycznego świata, w tym wypadku - Czterech Dominiów. Ziemia jest Piątym, tym odciętym, o walce o przyłączenie którego - tzw. Pojednanie - opowiada większość tomu drugiego.

Prymitywny chwyt teraz wykonam i odwołam się do biografii autora - ale skojarzenia są tak mocne, że nie sposób się powstrzymać. Barker przez lata pracował w teatrze i „Imajica” pełna jest odwołań do sztuki aktorskiej, paradoksów scenicznego oszustwa, poniekąd stara się nawet odzwierciedlić strukturę przedstawienia teatralnego, a część dialogów sprawia wrażenie zaprojektowanych z przerwami na śmiech i oklaski. Znany jest również Barker ze swego głośno deklarowanego homoseksualizmu. W tym kontekście natychmiast zwraca uwagę wątek miłości Gentle'a i zmiennokształtnego, zmiennopłciowego Pie'oh'paha - próba jakby wprowadzenia w mentalność homoseksualną, przełożenia tej seksualności na język zrozumiały dla masowego odbiorcy: jak to płeć jest rzeczą wtórną wobec fascynacji drugą osobą, a ciało oszukańczym odbiciem naszych pożądań. Interesujące z tego punktu widzenia jest, z jaką pasją odmalowuje Barker figurę kobiety, jako siły posiadającej nad mężczyznami władzę absolutną, kuszącej, uwodzącej, tworzącej i niszczącej; zapomniane boginie kobiecości na fali New Age na dobre weszły do popkultury. Dychotomia płci była tak ostro mitologizowana wszakże wyłącznie przez kobiety (być może dlatego, że w ustach mężczyzn brzmiałoby to dziś jak brudny szowinizm) - a tu proszę: „To nie tylko kwestia płci. Jesteśmy innym gatunkiem istot. To, co dzieje się w naszych ciałach i umysłach, nawet w przybliżeniu nie przypomina tego, co dzieje się w nich. Mamy różne piekła, różne nieba; jesteśmy wrogami”. Krytyk-dekonstrukcjonista miałby z tego uciechy na sto stron sążnistej analizy.

Jest to proza bardzo zmysłowa nawet nie z racji gęstego oprzymiotnikowania (w czym lubuje się Anne Rice), ani też przez dosłowność scen erotycznych (choć takich tu się nam nie oszczędza), lecz przez niezmienny „ciałocentryzm” Barkera. On jest sensualistą w XIX-wiecznym rozumieniu tego słowa. Język, kolor, przedmioty martwe, nawet fantastyczne krainy jako takie, to znaczy ziemie i architektury - wszystko to jest wtórne w stosunku do ciała, kryjąc się w tle, wyblakłe, pociągnięte szybszą kreską i nie warte fascynacji. Rządzi ciało. Piękne lub brzydkie, młode lub stare, ludzkie lub nie, żywe lub martwe, ale - ciało. Od niego zaczynają się i na nim kończą żądze bohaterów; ono stanowi kontekst wszystkich zawirowań psychologicznych. Czy jest to opis spłaszczający? Czy imputuję tu Barkerowi płytką pornografię i infantylny materializm? Nie. Jak napisałem, to wcale nie musi być ciało piękne czy choćby ładne. Judith zakochuje się bez pamięci w starym, brzuchatym Oscarze - niemniej nieprzerwanie jest świadoma jego ciała, ze wszystkimi jego niedoskonałościami, a brzydota nie zostaje wykluczona z owej niewiadomego pochodzenia żądzy. I to również jest poniekąd odświeżające w kontraście z popkulturą, w której gładkość powłoki cielesnej stanowi synonim atrakcyjności lub też, skoro inaczej nie wypada, pomija się aspekt cielesny w ogóle.

Cała magia u Barkera również pochodzi z ciała. Była krew, ślina, była sperma i odchody - w „Imajice” zaś moc odmieniania świata posiada ludzki oddech, pneuma. Odruchowo szukam reguł rządzących każdą magią i o ile w „Barkerze wcześniejszym” możnaby dla niej znaleźć prawidła estetycznej efektowności (tzn. że to mocniejsze, co bardziej piękne lub bardziej brzydkie), o tyle w „Barkerze późniejszym” magia zostaje odarta z tych rytuałów do prawie nagiej wolicjonalności. Magowie to po prostu ci, co silniej pragną. Nic dziwnego, że wśród największych czarnoksiężników spotykamy prawdziwych gigantów hedonizmu: żarłoków, rozpustników, sadystów i masochistów, chciwych bogaczy i obsesyjnych koneserów sztuki. Jest to jeden ze sposobów, w jakie otworzyć można fantasy dla wymagającego, dorosłego czytelnika: przez uczynienie z magii swoistego projektora, powiększającego i materializującego sekrety ludzkiej psychiki - proza psychologiczna nie mniej kolorowa od komiksu.

Powiedziawszy to wszystko, przyznać jednak muszę, że rzecz trąci tandetą. Jest coś właśnie komiksowego w serwowanej przez Barkera mitologii, coś powierzchownie filmowego w sposobie wykorzystywania Imajikowej magii. Krytykuję tu oczywiście konkretną strategię pisarską, nie zaś potknięcia w jej ramach; a moja niechęć bierze się z wrodzonego pociągu do syntezy, ujęć ogólnych, teorii całościowych i z upodobania do tego Porządku, planu podskórnego, który chcę ujrzeć w każdej wizji (w gruncie rzeczy więc - z prywatnych uprzedzeń estetycznych). A magia, geografia i ontologia Pięciu Dominiów są rozkosznie impresjonistyczne, chwilowy efekt przedkładany zawsze nad spójność kreacji, czytelnik szybko się przyzwyczaja, że na następnej stronie możliwy jest dowolny cud, a skoro tak, traci wiarę w reguły tej gry i maleje jego zaangażowanie. Nie ma banalniejszej i nudniejszej prozy niż katalog cudzych snów - gdzie wszystko jest możliwe, a nic nie dzieje się naprawdę - i „Imajica” niebezpiecznie zbliża się do tej granicy. W pomysł pięciu hierarchicznych krain/wymiarów, z których Ziemia stanowi najniższy i najmniej magiczny, naprawdę dałoby się włożyć znacznie więcej i znacznie więcej wycisnąć z tej konstrukcji ontologicznej; tymczasem dla Barkera to zaledwie usprawiedliwienie dla prezentacji dowolnej egzotyki ciała i ducha. Tylko że to już jest oczywiście lament za „Imajiką” nienapisaną.

Chyba jednak zbyt wielką wagę przykładam do drugorzędnej scenografii. Barker o czym innym chce nam opowiedzieć. Widać jak próbuje się przedrzeć do czytelnika i zdać relację z głębokich obsesji, obsesji Ciała, Miłości i Śmierci. Tak rodzą się wielkie grafomanie, ale także dzieła prawdziwej sztuki; jednako szczere, jednako bezkompromisowe, i czasami dzieli je doprawdy niewiele - na przykład nastawienie odbiorcy. Barker lubi podobne spacery po linie, ryzykowne zestawienia. Miłość i Śmierć stanowią dlań dwie twarze tego samego boga. W języku Barkera tłumaczy się je jako Fascynację i Rozkład. „Dlaczego właściwie śmierć miałaby być antyerotyczna? Gdyby razem umierali i gnili w ziemi, czy rozkład nie mógłby wskazać im nowych dróg miłości, odkrywać ich warstwa po warstwie, mieszać płyny ich ciał i szpik kości, aż połączyliby się ostatecznie?

Kto nie potrafi tak łatwo przestawiać sobie w mózgu biegunów Piękna i Brzydoty, lepiej niech po „Imajikę” nie sięga. Pozostałych zapraszam do teatru cudownych potworności.

Jacek Dukaj

Clive Barker „Imajica”: „Piąte Dominium” i „Pojednanie”, tłum. Wojciech Szypuła, MAG 2002, cena: 35.00 + 35.00 zł.