Księga Konfluencji

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w czasopiśmie „SFinks” (2002-02).

Tam, gdzie na pisaniu książek można naprawdę zarobić, obowiązują literaturę te same prawidła, co inne dziedziny showbusinessu i każdy sukces prowokuje naśladowców (naśladujących oryginał bądź już komercyjne jego kopie), przy czym część z nich faktycznie czyni to wyłącznie dla pieniędzy, a część po prostu dysponuje podobnym typem wyobraźni i wykorzystuje sprzyjający trend. Wydaje mi się, że w przypadku cyklu o Konfluencji Paula J. McAuleya, otwieranego „Dzieckiem rzeki”, mamy do czynienia z tym drugim wariantem.

W czyje tu ślady idzie mianowicie McAuley? Gene Wolfe'a. Punkt wyjściowy kreacji jest dokładnie taki sam: przyszłość tak odległa, że nie ma w ogóle sensu pytać o daty; epoka dekadencji, gdy szczytowe osiągnięcia techniki należą do przeszłości, żyje się wśród szczątków cywilizacji; upadek w ignorancję prowadzi do pomieszania kategorii nauki, magii i religii; chwalebna przeszłość zostaje zmitologizowana, a efekty wielkoskalowej inżynierii kosmicznej czy genetycznej uznane za „dzieło Boże”; zatracone rozróżnienie między tym, co naturalne, a tym, co sztuczne. Również na planie fabularnym istnieją wyraźne podobieństwa, oto bowiem śledzimy historię Yamy, młodzieńca o tajemniczym pochodzeniu, którego przeznaczeniem są rzeczy wielkie, acz uzasadnienie owego przeznaczenia nie jest mistyczne (magiczne), lecz całkowicie racjonalne; i z Yamą przyjdzie nam poznać prawdę o Konfluencji oraz przeszłości Homo sapiens. Nawet w stylu narracji poznać manierę Wolfe'a - tę strategię nieustannego wyprowadzania czytelnika w pole i narzucania wpierw zawsze fałszywych interpretacji, aż już po każdej postaci spodziewamy się, że prędzej czy później okaże się kimś innym, po każdym czynie, słowie - że z innych motywów zrodzone.

Czym wobec tego różni się McAuley od Wolfe'a? Oprócz szczegółów scenografii i intrygi, podstawowa różnica to ułatwienie czytelnikowi zrozumienia świata przedstawionego. Wolfe nie wyjaśnia - pozostawia na domysł: magia? technika? co prawda, co urojenie? co mit, a co historia? McAuley z miejsca zaś kładzie kawę na ławę: już po kilkunastu stronach dostajemy streszczenie dziejów Konfluencji. Więcej - u McAuleya sami bohaterowie, rozmaicie zmodyfikowani ludzie sprowadzeni do poziomu średniowiecza, mówią (i myślą) o „genotypach”, „maszynach” etc. Wolfe wstawiłby tu jakieś grecko-łacińskie neologizmy, obudował wokół nich całą kulturę mistyfikacji i poprowadził narrację z jej wnętrza. McAuley natomiast posiada język prosty, bezpośredni, i pisze z punktu widzenia XX-wiecznego racjonalisty.

W ogóle gdy mamy do czynienia z projekcjami cywilizacji tak odległych (w czasie i przestrzeni) język to największy kłopot. Uproszczenia autora same z siebie prowadzą do niespójności, ale w polskim wydaniu nie popisali się także tłumacz i redaktor: trzeba mieć ucho do neologizmów i za wszelką cenę unikać nadmiarowych odniesień do współczesności. Zdarzają się zresztą nieporadności zupełnie rozbrajające: „karaka” czy „turnia” nie są rodzaju męskiego, nie istnieje coś takiego jak „turń” - twórzmy nowe słowa, ale tam, gdzie tego wymaga opowieść.

Być może wszystko to sprawia wrażenie ostrej krytyki „Dziecka rzeki”, zapewne na skutek zestawienia z mistrzostwem Wolfe'a - ale w istocie przeczytałem tę powieść z przyjemnością i zaciekawieniem, lubię fantastykę o takim rozmachu wyobraźni (rzekłbym - kosmologicznym), gdzie trzeba stopniowo rozplątywać strukturę wymyślonego świata i dedukować jego reguły. McAuley nie gwałci też logiki i nie ulega zanadto konwencjom fabularnym. W sumie jest to bardzo porządna SF wolfe'opodobna.

Jacek Dukaj

Paul J. McAuley „Dziecko rzeki”, tłum. Edward Szmigiel, Zysk i S-ka 2001, cena: 29.00 zł.