Łagodna śmierć mitu

Poniższy tekst jest pełną wersją, bez skrótów redakcyjnych, recenzji opublikowanej pierwotnie w „Tygodniku Powszechnym” z dnia 24 grudnia 2007 roku.

Nikt nie lubi oryginalnych książek.

Czytelnicy ich nie lubią, bo nie są w stanie stwierdzić przed zakupem, czy im się taka książka spodoba czy nie. Ideał osiągają tu kolejne tomy cykli opowiadających w ten sam sposób bardzo podobne przygody tych samych bohaterów lub ich potomstwa – każdy konsument literatury wie doskonale, co dostanie, nie ma nieprzyjemnych zaskoczeń.

Wydawcy nie lubią oryginalnych książek, bo to prawdziwa zmora marketingowa. Napisze autor (na dodatek o nieznanym nazwisku i nie skandalista) utwór, którego nie da się łatwo przyrównać do żadnego innego popularnego utworu – no i jak coś takiego sprzedać? jak zareklamować? jak stargetować? Koszmar.

Krytycy nie lubią oryginalnych książek, bo nie umieją, nie wiedzą, jak o nich pisać. Spójrzmy na początki karier wielkich indywidualności literackich: jakie potworne męki cierpieli i jakie wygibasy intelektualne wykonywali krytycy np. wokół Gombrowicza, zanim wykuto jaki-taki klucz interpretacyjny (po prawdzie musiał w tym pomagać sam Gombrowicz).

Jeśli książka wpisuje się w już istniejący trend (literacki lub społeczny, polityczny), jeśli jest „polską wersją” zjawiska światowego albo odpowiada na znane zapotrzebowanie – sprawa prosta: wiadomo, o co chodzi, mamy język, mamy kontekst, mamy płaszczyznę porozumienia z odbiorcą. Ale jeśli jakiś Kowalski czy Nowak wyszarpnął sobie z głowy i wychlusnął na papier cały osobny świat, nową wrażliwość, inny styl i sposób oglądu rzeczywistości... Jak tu rozmawiać z głuchym o melodiach?

Boję się, by w taki właśnie sposób nie przegapiono „Oberków do końca świata” Szostaka – książki, która idzie całkowicie wbrew dzisiejszym trendom, nie jest podobna do żadnych bestsellerów i ciężko ją opisać inaczej niż przez negację znanego.

Wieś poza czasem

Wszystkie Wichry grały i wszystkie skrzypiały.
W kadzidlańskiej karczmie grały muzykanty.
U Kacperków w izbie grały muzykanty.
W szopie w Rokicinach muzykanty grały.
Na weselu w Prawsi muzykanty grały.
U kowala w sieni muzykanty grały.
Na deskach pod lasem muzykanty grały.
A wszędzie, gdzie grały, ludzie tańcowali
Wichry wszystkie grały i wszystkie skrzypiały.
Kiedy grał który Wicher, cały świat się kiwał.
Kiedy grał który Wicher, cały świat wirował.

Zacznijmy od tego, że, jak widać, nie zupełnie jest to proza, ale też jednak nie poezja.

Każdy rozdział skomponowany został do innego oberka (zdarzają się także polki i mazurki), rytm ustalają zaś pomiędzy akapitami podobne „przyśpiewki”. Rzecz jest wzorowana na autentycznej (tzn. nie scepeliowanej) muzyce ludowej do tego stopnia, że rozmaite warianty Szostakowych oberków biorą miarę bezpośrednio z nagrań muzykantów weselnych, jakie uprzednio zgromadził autor. (Szkoda, że do książki nie załączono CD z nimi jako „soundtrackiem do tekstu”: jeden rozdział – jedna empetrójka).

Nie łatwo też nazwać schemat fabularny. Zaczyna się niby tradycyjnie: Było ich dwóch, Józef i Franciszek, z rodu Wichrów, muzykantów słynnych, a obaj tę samą kobietę kochali. Obaj ją stracili, obaj poślubili – otwarcie jak z powiastki ludowej, ale żaden wątek w „Oberkach” Szostaka nie kończy się zgodnie z tą tradycją. Książka została podzielona na dwie części: „Przed” i „Po”; nie jest to podział ścisły dla całej powieści, lecz właściwy dla większości wątków. W „Przed” historie jeszcze jakoś się mieszczą w starych formułach mitów; „Po” to koniec czasu mitów, wątki się rozłażą, brak tradycyjnych puent, morałów, domykających obrazów.

Nie ma w tym jednak żadnej dowolności, rozprzężenia dyscypliny pisarskiej. W istocie niewiele znam w Polsce tak „ostrych” powieści koncepcyjnych: gdzie autor od początku do końca panuje nad formą i treścią, podporządkowując je głównemu zamysłowi. W tym przypadku jest to analiza rozkładu mitu, i nawet nie konkretnego mitu, lecz samego „myślenia mitycznego”.

Oto wygrywając na skrzypkach oberki wokół wsi, Jakub Wicher zatrzymuje historię, zaklina ją, żeby omijała Rokiciny. Następuje symboliczne wejście w czas mitu, czas wyjęty z historii, „czas zawsze” – czas rytuału, kolisty i powtarzalny. Sama historia rodu Wichrów to niemal paralela mitu o początku świata. „Przybył Maciej Wicher znikąd, spoza horyzontu, od wiosek nieznanych. / Przybył do Rokicin drogich, do Rokicin błogich, z wiosek nienazwanych”. Ten, który jest pierwszy i od którego zaczyna się liczenie czasu, nie może sam mieć przodków („przedpierwszych”), on zawsze pochodzi znikąd, z pustki, rodzi się z niczego. Konieczną częścią mitu są także opowieści o czynach heroicznych legendarnych antenatów: Maciej Wicher „wkupił się” w wieś dokonując dzieła nie lada, odzyskał mianowicie skradziony z nieba Księżyc.

Ale ten „czas mitu” nieuchronnie się kończy. Po śmierci Jakuba i ponownym uruchomieniu historii synowie opuszczają Józefa: Paweł emigruje do Ameryki, Piotr ucieka na studia – zmieniają się w „miastowych”, obcych, i nie ma już komu przekazać tradycji oberkowej, grania weselnego. Wizyta Józefa i Marii w mieście na weselu syna to najbardziej tragiczny moment w całej powieści. Współczujemy wyrzuconym poza nurt „nowego życia” rodzicom, ale tu pęka i łamie się cały świat.

Na początku była muzyka

Wit Szostak powiada, że „Oberki” to „próba pokazania niewystarczalności pewnej ludowo-mitologicznej narracji do opisu zmian naszego świata”. Tak, widać w tekście ten zamiar – nie jest to jednak książka pisana „z wewnątrz” wrażliwości chłopskiej, według metody obiektywizacji wyobrażeń ludzi wyrosłych jeszcze w myśleniu magicznym. Nawet język Szostaka sygnalizuje dystans, stylizacja jest w rytmie (melodyce), nie w słownictwie. Mamy zresztą wątki w rodzaju ukrywanego przez Wichrów niemieckiego pułkownika studiującego pisma Mistrza Eckharta – rzecz zdecydowanie spoza „wiejskiej wrażliwości” (w cywilu Szostak jest filozofem).

Ulegając odruchowi opisywania nowego przez stare (nieznanego przez znane) łatwo też sprowadzić „Oberki” do jednej z dwóch konwencji: ubaśniowienia, poetyzacji wsi lub literatury etnograficznej, spod znaku „ocalenia odchodzącego w zapomnienie”.

To chyba naturalne i uniwersalne skrzywienie, iż próby mitologizowania wsi podejmują głównie autorzy patrzący na nią z zewnątrz. Ciągnie się to od młodopolszczyzny, ba, od Romantyzmu i z tradycji jeszcze dawniejszych; w ostatnich dwóch dekadach przyszła zaś następna fala: Stasiuk, Kolski, Tokarczuk – urokliwa inność, magiczny eskapizm. Wieś czaruje miastowych; natomiast autorzy tam urodzeni, jak Redliński, podchodzą do rzeczy raczej z dystansem i ironią. Być może rzeczywiście jedynie obcy widzi cudowności nie zezwyczajnione; a być może tylko nakłada na brudną codzienność filtr pięknych a fałszywych wyobrażeń.

Szostak, choć „miastowy”, i w te tradycje się nie włącza: „Oberki” zdecydowanie nie próbują opisywać „prawdziwej” polskiej wsi, ani destylować z niej jakichś kulturowych powszechników czy mitów regionalnych – klucz etnograficzny również sprowadzi nas na manowce. Wydaje się wręcz, iż tekst został świadomie oczyszczony z wszelkich specyficznych rekwizytów, wyróżników skupiających uwagę na lokalnej odmienności; rzecz dzieje się na Równinie Radomskiej, ale właściwie mogłaby się dziać w dowolnej wsi polskiej.

No, tylko że nie wszędzie tak popularne są akurat oberki.

Pierwszą i najważniejszą warstwą jest tu bowiem muzyka – Szostaka wpierw zafascynowało brzmienie ludowych melodii. Jeździł po tych wsiach, nagrywał starych muzykantów, samemu uczył się grać na skrzypcach oberki. Reszta przyszła potem.

Wokół takiej właśnie historii opleciona została druga część powieści.

Przyjechali chłopcy na wieś po stare oberki.
Po co wam wiejska muzyka w waszych miastach wielkich?
Przyjeżdżajcie do Rokicin po stare oberki.
Pewnie ich wam nie potrzeba w waszym mieście wielkim.
Przyjeżdżajcie do Rokicin, do starej chałupki.
Babka z dziadkiem już czekają odganiając smutki.
Czeka na was stara Maria i Józef starutki.

Przyjeżdżają i nagrywają, uczą się je grać. Jest to już jednak czas „Po”: co z tego, że ocaleje muzyka? Umarło to, co znacznie ważniejsze, dla czego muzyka stanowiła tylko dodatek, ornament. Możemy postawić doskonałe kopie np. piramid Majów, ale nie ożywimy przez to ich kultury, nie „wejdziemy” w ich mitologię.

Zamiast mitu

Metoda przetworzenia realnego w magiczne, formuła „przechodzenia w mityczność”, nałożenie „zawsze i wszędzie” na „tu i teraz” – to jest w „Oberkach” ważniejsze niż konkret, na którym Szostak ową operację przeprowadza. Cofamy się do wsi, ponieważ ona była przed miastami. Mitologia miasta to co najwyżej popkulturowe „urban legends”, które rządzą się już innymi zasadami.

Bo czy są one jeszcze „mitami” w tradycyjnym znaczeniu, czy tylko czymś, co zajęło tu następny szczebel ewolucyjny, wypełniło niszę? Odpowiada na te same potrzeby, lecz przecież nie objaśnia reguł rządzących rzeczywistością, nie oferuje „lokalnej kosmologii”, nie uczy rytuałów zachowania w kluczowych momentach zapętlonej, kolistej historii, a przede wszystkim – nie jest traktowane z powagą przynależną sacrum.

Eksperyment literacki Szostaka pokazuje nie zanikanie kultury wiejskiej, ale zanikanie w nas wszystkich owego zmysłu odpowiedzialnego za tradycyjne myślenie mityczne. Przecież kiedy czytamy podobne „narrracje pozarealne”, nie rezonują one już jak ongi rezonowały klasyczne mity, ani nawet jak dziś wciąż w pewnym stopniu rezonują nawet u ateistów niektóre toposy chrześcijańskie (duszy, życia pośmiertnego czy rodzicielskiego stosunku Boga i człowieka). Wszelkie próby retellingu starych mitów mogą więc odnieść sukces co najwyżej na poziomie literackim. Prawdziwym wyzwaniem jest odkrycie i wypełnienie żywą treścią struktury tego, co mit zastąpi, po-mitu.

Można przypuszczać, iż np. nie będzie się on już odnosił do świata jako zamkniętej, cyklicznej sekwencji rytuałów natury, bóstw i ludzi – lecz procesu linearnego, z założenia nieprzewidywalnego, w którym jutro zawsze inne jest od wczoraj. Na nic więc tu kulturowe treningi sztywnych kodeksów zachowania, religijne warunkowania do konkretnych reakcji na dane bodźce. Idzie raczej o wdrożenie przez po-mit do takiego modelu osobowości, który daje najlepsze szanse ciągłego przystosowywania się do nieustannie zmieniającego się świata. A zatem nie rytuał, lecz pierwsza pochodna rytuału.

Co przetrwa – ot, moda, architektura albo na przykład oberki, muzyka, czyli doznania czysto estetyczne, zupełnie już wyprane z oryginalnych znaczeń, sensów. Przy dźwiękach szamańskich bębnów, które ongiś otwierały wrota do zaświatów i rządziły duchami przodków, urządzamy dziś przyjęcia. W zabytkowych kościołach na Zachodzie więcej widzimy turystów niż wiernych. Mitologia starego świata w końcu staje się rozrywką nowych barbarzyńców.

Tak dokładnie kończą się „Oberki”: sceną „wymazywania” całego świata – wytarta do czysta zostaje treść, trwa natomiast sam oberek, to znaczy melodia, pusty rytm: – – – – – – –, – – – – – –.

Wichry wszystkie grają i wszystkie śpiewają.
Co z nami będzie, gdy poumierają?

Jacek Dukaj

Wit Szostak „Oberki do końca świata”, PIW 2007