Andrzej Ziemiański chciał stworzyć łatwo i szybko się czytającą fantastyczną powieść przygodową - i cel ten w znacznej mierze osiągnął, taka właśnie jest „Achaja”. Dopisywanie mu jakichś wyższych ambicji i ganienie następnie za ich nie zrealizowanie uważam za krzywdzące go nieporozumienie. Ustawił sobie poprzeczkę tam, gdzie ją sobie ustawił, a naszą rzeczą jest teraz sprawdzić, czy wziął tę wysokość bez strącenia i w jakim stylu.
Jako się rzekło, jest to szybka opowieść przygodowa, poprowadzona w trzech wątkach (tytułowej księżniczki Achai, czarownika Mereditha oraz pary sympatycznych łotrów, Zaana i Siriusa). Scenografia pochodzi z fantasy (i mamy do czynienia z magią), jednak Ziemiański daje również liczne sygnały, iż oglądamy tu świat przyszłości (czy naprawdę 500 lat po biskupie Berkeleyu, jak w pewnym momencie słyszy Meredith?); a być może okaże się, że wszystko to jest jakąś wersją VR, są przesłanki i dla takiej interpretacji. Lubię podobne zagadki ontologiczne, gdy mam co dedukować ze świata i po co analizować jego szczegóły. Ciekawy jest pomysł pokazania, jak rozumowania racjonalne łamią przesądy (np. statystyka użyta dla opanowania zarazy), acz tu już można zarzucić autorowi nazbyt proste kopiowanie z „naszego” świata, bo w świecie „Achai” magia (lub jej analog) naprawdę funkcjonuje i Baconowska metodologia naukowa nie może doń tak gładko pasować. Jednak owo nałożenie „inżynierskiej logiki” na systemy magiczne owocuje np. skokowym czarem transmutacyjnym Mereditha, który chyba wejdzie na stałe do historii fantasy; acz zdarza się Meredithowi zamienić w orła, zachowując przy tym ludzki mózg, co znowu wiele wspólnego z logiką nie ma.
Całe pozytywne wrażenie wywarte swymi pomysłami Andrzej Ziemiański zdołał zepsuć przez sposób ich podania. Minimalnym wymaganiem dla podobnych książek jest, aby język nie przeszkadzał w lekturze - tu, niestety, przeszkadzał mi bardzo. Że styl prosty i niewyszukany, a humor niskich lotów - okay; ale dlaczego jest to tak niechlujne, dlaczego nie poświęcono czasu, by poprawić rażące frazy, niezręczne porównania, błędy stylistyczne? „Achaja” sprawia wrażenie napisanej w jednym rzucie: co raz padło na papier, to zostaje. Ziemiański w pewnym momencie pozwala sobie na autousprawiedliwienie: język literacki nie powinien się różnić od języka mówionego, piszemy jak mówimy. Nie, nie, nie!
Na dodatek rzecz jest przeładowana wulgaryzmami. Czy trzeba, czy nie trzeba, klną wszyscy, w mowie i w myśli, klnie nawet sam narrator. Obce są mu wszelkie subtelności opisu; to już nie „rysunek grubą kreską”, to rąbanie siekierą. Gwara żołnierska, więzienna - rozumiem; ale tu wulgaryzmy spadają ciężką strugą nawet podczas rozmyślań astronomicznych, i bynajmniej nie jest to śmieszne. Ziemiański nie potrafi się po prostu powstrzymać, a i nie powstrzymał go edytor, pozostały więc w tekście także odautorskie filipiki np. nt. wpływu praw wyborczych kobiet na wybuch wojen światowych, nijak nie odnoszące się do świata powieści. Językowi i stylowi odpowiada zresztą konstrukcja bohaterów: bodaj tylko dwaj (Zaan i ojciec Achai) odbiegają cokolwiek od schematów. Tytułową Achaję autor ubija do postaci twardego, niezwyciężonego superherosa na najbardziej wytartych sztancach pop-kultury, np. podsuwając jej w osobie współwięźnia - mentora i nauczyciela szermierki.
Można się świetnie bawić przy lekturze „Achai”, jeśli człowiek da się porwać opowieści i przestanie zwracać uwagę na formę, zaakceptuje konwencję. Wtedy będzie śledzić losy bohaterów z prawdziwym zainteresowaniem, podobnie jak przecież dobrze się bawimy na hollywoodzkich superprodukcjach - bo pod względem tempa fabuły jest „Achaja” literaturą akcji najwyższej klasy.
Jacek Dukaj
Andrzej Ziemiański „Achaja”, tom I, Fabryka Słów 2002, cena: 29.99 zł.