I znowu trzeba się powlec na potwornie nudną konferencję branżową na temat technologiczno-administracyjnych dupereli, o których wszyscy zapomną już następnego ranka. Przynajmniej firma płaci za przelot i hotel. Stracone trzy dni - konferencja oczywiście odbywa się w zabitej dechami dziurze na końcu Stanów, w której po wysłuchaniu prelekcji pozostaje tylko upić się w hotelowym barku w towarzystwie innych nieszczęśników zesłanych tu przez bezimienne bóstwa biurokracji. Ale wcześniej: godzina po godzinie po godzinie monotonnego bełkotu o statystykach, precedensach i ułamkach centów. Heroiczna walka z własnymi powiekami, opadną, nie opadną, opadną, nie opadną, opadają, o Chryste, która godzina, przespałem całą prelekcję! Na szczęście nikt nie zauważył, sąsiedzi tak samo otępieni.
Założę się, że pomysł na „Cyphera” przyszedł do głowy Brianowi Kingowi właśnie podczas podobnej konferencji, scena powinna przejść do klasyki gatunku. Bohater zasypia, zasypiają wszyscy - wtedy wchodzi na salę obsługa z aparatami rodem z „Mechanicznej pomarańczy”, zakładają je delikwentom na głowy, odsłaniają gałki oczne, wstrzykują do żył preparaty - a na ekranie, na którym dotąd przewijały się wykresy i słupki liczb, ożywa szaleńcza stroboskopia przekazu podprogowego, który cię zaprogramuje do realizacji tajemnych planów Korporacji - taki bowiem jest prawdziwy cel owych konferencji.
Cudna scena. Cały film jest w sumie dobry: żadna rewelacja i arcydzieło, ale obejrzałem z przyjemnością. Bardzo stylowy, a la Hitchcock i Mamet - przypomina ich dzieła niemal we wszystkim: dialogach, sposobie prowadzenia kamery, scenografii, kolorystyce, muzyce, nawet postacią graną przez Jeremy'ego Northama, odwołującą się do tradycji Hitchcockowych Everymanów, zwykłych ludzi stawianych w niezwykłych sytuacjach; Northam pozwala sobie na inteligentną ironię. Lucy Liu, rozpięta między debilnymi „Aniołkami Charliego” i świetnym „Kill Bill”, jako prawa ręka tajemniczego superszpiega też daje sobie tu radę wcale dobrze.
Fabuła startuje od schematu thrillera hi-tech: zatrudniony przez jedną megakorporację bohater wysłany zostaje jako szpieg do drugiej megakorporacji, która z kolei czyni z niego agenta podwójnego i sama śle pod przykrywką, itd. - i tak paranoja osiąga gęstość godną Dicka, w scenie hipnotycznej konferencji przekraczając granice science fiction. Manipuluje się pamięcią i manipuluje się realiami - bohater zmienia nazwiska, domy, żony...
Mogłaby to być realizacja paranoi spiskowych pociągnięta naprawdę do ekstremum i film łączący zagadkę kryminalną z zagadką filozoficzną; jednak mniej więcej w połowie orientujemy się, że reżyser (Vincenzo Natali, twórca słynnego „Cube”) nie ma takich ambicji, zadowoli się puentą z filmu akcji. Tu też do końca nie utrzyma napięcia, rozwiązanie zagadki zdało mi się dość oczywistym.
Niemniej - powtórzę - jest to film bardzo stylowy, z kilkoma świetnymi scenami i przynajmniej atmosferą paranoi oddaną umiejętnie. Taki Cronenberg wykorzystałby ten sam materiał do drapieżnego ataku na fundamenty rzeczywistości i zmysły widza - film Natalego ogląda się bez wysiłku, na luzie. Paranoja - ale w błyszczącym, eleganckim opakowaniu, z gwarancją bezpieczeństwa umysłu.
W sztuce to, co poczyna się w męczeńskim szaleństwie, prędzej czy później zawsze kończy na półce supermarketu.
Jacek Dukaj
„Cypher”. Reżyseria: Vincenzo Natali. Scenariusz: Brian King. Występują: Jeremy Northam, Lucy Liu i in. Czas: 95 min. USA 2002.