Metafizyka szczegółów

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 160 (1996-01).

Rok czy dwa temu obejrzałem w naszej polskiej telewizji upchnięty gdzieś w okolicy północy film dokumentalny opowiadający historię życia ofiar jakiegoś felernego medykamentu, który, niczym rewolwer w ręku zabawiającego się w rosyjską ruletkę Boga, trafiał w co setną czy tysięczną przyjmującą go ciężarną kobietę - potwornie deformując dziecko w jej łonie. Dzieci takie przychodziły na świat np. bez rąk. A była w tym filmie scena, w której zakochany młodzian oświadcza się bezrękiej dziewczynie, i scenę tę zapamiętałem jako bodajże jedyną; cóż ten młodzian mianowicie uczynił? Nawleczony na łańcuszek pierścionek zaręczynowy zawiesił na szyi kalekiej wybranki. I pamiętam jeszcze moją pierwszą myśl, jakoś irracjonalnie zawistną: ech, żeby tak umieć wymyślać podobnie genialne szczegóły!

Nic tak bowiem nie uwiarygadnia dzieła literackiego, i nic nie nadaje mu takiego połysku skończonej doskonałości wizji - jak umiejętnie i oryginalnie dobrany szczegół. Zwłaszcza tyczy się to fantastyki. Wie to każdy, kto, przebrnąwszy przez siedmiotomową sagę z tysiącem nazw własnych i tuzinem map, całkowicie zapomniał co przeczytał po obejrzeniu wieczornych „Wiadomości”. Decyduje detal. I nie, wcale nie chodzi tu o to, aby gargantuicznym spiętrzeniem owych detali przytłoczyć i przydusić czytelnika. Ludziom, którzy nadal nie rozumieją, polecam zainteresowanie się malarstwem impresjonistów. Daltonistom zaś - powieści Jonathana Carrolla.

I zaraz popadnę w sprzeczność, bo bynajmniej nie twierdzę przy tym, iż są to powieści dobre. Nie wszystkie w każdym bądź razie. Nawet nie większość. A jednak - kolejna sprzeczność - lubię je. I właśnie nie tyle dla ich wartości literackich, co dla owej ujmującej szczerości, umiejętności wiarygodnego odbicia na ich kartach prawdziwego, namacalnego życia; podane w takim sosie trzy czy cztery elementy jaskrawo fantastyczne wywierają tysiąckroć większe wrażenie. I według mnie cała ta pozorna „horrorowatość” utworów Carrolla stanowi po prostu skutek uboczny owej metody: tu przeraża nas nie ludożerna ośmiornica w śluzie, lecz strach rodzi się z samego zaskoczenia niesamowitością, i być może jest to w istocie właśnie ten najprymitywniejszy, najczystszy rodzaj strachu. Utwierdza mnie w tym przekonaniu najnowsza książka Carrolla, „Poza ciszą”, która już tylko przez kogoś wyjątkowo mu nieprzychylnego może zostać uznana za horror. Po prawdzie niejeden zapewne w ogóle nie skojarzy jej z fantastyką.

Carroll napisał tylko trzy powieści, które w miarę bezboleśnie dałoby się przerobić na scenariusz filmowy - paradoksalnie, są to te trzy najlepsze („Kraina Chichów”, „Kości Księżyca”, „Poza ciszą”). Paradoks bierze się stąd, iż mozolnie budowane przez autora piramidy owych cudownych szczegółów zazwyczaj rozpadają mu się kompletnie gdzieś tak w dwóch trzecich powieści, pomysł zjada własny ogon, wątki, miast spleść się gładko w finale, rozpełzają się na wszystkie strony i czytelnik odkłada książkę z mętlikiem w głowie. Brakuje precyzji dobrego scenariusza. Fakt, że pomimo tego wszystkiego książki te czyta się z przyjemnością, mówi jednakowoż coś niecoś o artystycznym potencjale autora.

„Poza ciszą”, żeby być szczerym, trzyma się kupy dosyć długo, acz nie do końca; rozsypka zaczyna się kilkadziesiąt stron wcześniej. W tym wypadku Carroll klasycznie przeszarżował: za dużo chciał włożyć w jeden pomysł i nie potrafił się zdecydować co odrzucić; on po prostu nie umie się ograniczać. Opowiadana historia sama w sobie jest bowiem bardzo nośna. Oto samotny komiksiarz zakochuje się w kobiecie z dziesięcioletnim synkiem. Po jakimś czasie, już mocno zaangażowawszy się w związek, odkrywa, iż ukochana porwała tego chłopca od jego prawdziwych rodziców jeszcze gdy był niemowlęciem. Ale widzi, że jest ona dobrą matką, widzi, że dziecko jest szczęśliwe, no i sam kocha oboje - decyduje się więc zachować milczenie. Koncept jest zgoła genialny; na podobnym dylemacie moralnym zbudować można dzieło naprawdę niepospolite. Carroll sypie na dodatek tymi swoimi smakowitymi szczególikami z obfitością wręcz nieprzyzwoitą, jest tu parę takich fragmentów, nad którymi głośno rechotałem, parę takich, które długo zapamiętam.

Należy wszakże wypunktować również kilka sporych „ale”. Po pierwsze: nazbyt niejasne pozostają Carrollowe metafizyczne koncepcje: tożsamości ludzkich osobowości, jedności syna i ojca, czy wreszcie dziecka jako anioła stróża. Po drugie: chaotyczność zakończenia książki burzy niestety cały wcześniejszy realizm niewątpliwie mądrej i psychologicznie prawdziwej opowieści. Po trzecie: część ostatnia, ta rozgrywająca się po latach, jest stanowczo za krótka, za skromna w prezentacji zmian w życiu bohaterów. Trochę to czytelnika dezorientuje. Autor zadowala się wytłumaczeniem zaskakującej transformacji wrażliwego chłopca w grubiańskiego ulicznego chuligana poprzez stwierdzenie, iż wychowanie dziecka jest procesem z założenia nie do końca kontrolowalnym. To prawda, ale powierzchowna. Myślę sobie, że utrata tej rodzicielskiej kontroli bierze się stąd, że w ogóle dom i rodzina z pokolenia na pokolenie stanowią coraz mniejszy ułamek chłoniętej przez dziecko rzeczywistości, a na dodatek płytszy jest ich wpływ; i również z tego robi się ostatecznie rosyjska ruletka: kto wyrośnie z mego dziecka, anioł czy diabeł?

Jak na amerykańską powieść przystało, „Poza ciszą” pełna jest wygłaszanych z niezłomnym przekonaniem złotych myśli, Europejczyka cokolwiek zniesmaczających, takich rozbrajających stwierdzeń w stylu: „Życie jest jak most żelazny”. Przekopuję się przez nie z nadzieją znalezienia jakiegoś autentycznego samorodka (chociażby prawem statystyki). Oto i mój ostatni nugget: Litujcie się nad człowiekiem, który nie jest pewny swoich grzechów, rzecze w którymś momencie bohater, i z całą pewnością ma rację. W końcu naprawdę mu współczujemy. To dramat aż boleśnie prawdziwy; jest w nim również jakiś patos rodem z greckiej tragedii, owa nieuchronność złego wyboru. Warto przeczytać, polecam.

Jacek Dukaj

Jonathan Carroll „Poza ciszą”, tłum. Maria Korusiewicz, Rebis 1995, Seria z Salamandrą