Mistrzowie i rzemieślnicy

Poniższy tekst ukazał się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 255 (2003-12).

Fantastyka eksploracyjna przeżywa lepsze i gorsze lata, w tej czy innej formie obecna jest jednak zawsze, jako konwencja odwołująca się do pewnej uniwersalnej tęsknoty, do fascynacji tym, co tuż za horyzontem, mitycznymi morzami, legendarnymi lądami, obcymi planetami, nieskończonym kosmosem. W latach 90-tych XX wieku pojawiły się co najmniej dwa cykle, które można zaliczyć do kanonu fantastyki eksploracyjnej: trylogia Kima Stanleya Robinsona o Marsie oraz 9-tomowy (na razie) cykl Bena Bovy rozpoczynający się „Wschodem Księżyca”.

Cykle te powstawały równolegle i podobny jest ich rozmach oraz czas akcji. Różni je przede wszystkim strona literacka. Robinson stworzył dzieło totalne, wielowątkowe, niejednoznaczne w wymowie, dotykające bodaj wszystkich dziedzin życia, o malarskich opisach, wyborach i moralnościach nigdy oczywistych. Bova zaś daje nam wersję „dla początkujących”, fest czytadło: akcja szybka, prowadzona głównie dialogami, bohaterowie bez najmniejszych wątpliwości podzieleni na dobrych i złych, z czasem coraz bardziej komiksowi, sensacyjne kulminacje.

Jest to kreacja uproszczona także pod względem wizji przyszłości. O podboju kosmosu w obu cyklach decydują czynniki polityczno-gospodarcze. Gdzie wszakże Robinson pokazywał grę tuzinów lobbystów i kręte ewolucje idei, tam Bova opowiada historię jednej korporacji i kierującej nią rodziny. Bez wątpienia wersja Bovy jest atrakcyjniejsza, lżejsza, lepiej się ją czyta. Łatwiej też śledzić proste nienawiści i ambicje kilku osób niż fluktuacje globalnych trendów i zawikłane spory ideologiczne. Każdy proces historyczny można zbeletryzować w formule opery mydlanej czy prostackiego komiksu; z II wojną światową robiono to nie raz.

Jednak w zakresie i na sposób, jaki sobie wybrał, Bova (stary rzemiecha, autor kilkudziesięciu książek) wykonuje solidną robotę, budując wizję wykorzystania przestrzeni orbitalnej i Księżyca, a w kolejnych tomach - całego Układu Słonecznego. Choć istotnie „Wojnie” brak już tego dreszczyku klasycznej fantastyki pionierskiej, fascynacji surowym pięknem kosmosu i Księżyca. Tym niemniej skafandry kosmiczne uwierają, powietrze w habitatach cuchnie, statki kosmiczne to składaki odrapanych modułów, każde przedsięwzięcie trzeba wpierw policzyć do ostatniej kropli paliwa i, przede wszystkim, do ostatniego centa - już nawet w przygodowych czytadłach takie są standardy przyszłości SF końca XX wieku. Założenie nieco bardziej ryzykowne stanowi szeroko wykorzystywana nanotechnologia. Bova nieustannie balansuje na granicy czystej umowności (nano jak czary, ratuje życie nawet po poderżnięciu gardła) i zręcznych pozorów naukowości. Szybka akcja nie zachęca jednak do zatrzymywania się nad wątpliwymi szczegółami, zresztą nie tylko technicznymi (bo np. skąd król Lear w „Burzy”?).

Elementem, który zwraca szczególną uwagę, jest prognoza przejęcia władzy w USA (ba, na całym świecie!) przez koalicję fundamentalistów religijnych, wrogów racjonalizmu: ruch tzw. Nowej Moralności, jednoczący fanatyków wszelkiej maści i wyznania - co już wydaje się psychologicznym absurdem - pod sztandarami neoluddyzmu: nienawiści do nowych technologii, zwłaszcza nano. Na jego plecach rosną polityczne totalitaryzmy, w tym rząd światowy pod egidą ONZ. Są to wszystko dość jasne alegorie współczesnych fobii; np. w „Wojnie o Księżyc” oglądamy w akcji „żywe bomby”, samobójców w skafandrach kosmicznych z materiałem wybuchowym, z imieniem Boga na ustach atakujących księżycową bazę.

Podobne wątki pojawiają się w ostatniej dekadzie w amerykańskiej SF zaskakująco często, jawiąc się nierzadko histerycznymi karykaturami. Być może jednak jest coś na rzeczy, może trzeba tam mieszkać, żeby przeczuć takie zmiany klimatu. Fantastyka eksploracyjna, nieodrodne dziecko pozytywizmu, pierwsza podnosi krzyk, gdy zagrożony jest Rozum.

O ile cykl Bovy stanowi popularną wersję Trylogii Marsjańskiej Robinsona - o tyle „Modyfikowany węgiel” Richarda Morgana popularyzuje pomysły Grega Egana. Najpierw w opowiadaniach, potem w „Diasporze”, rozwinął Egan technologię i kulturę oparte na założeniu negującym postulat Rogera Penrose'a o pozaobliczalności i niemożliwości maszynowego zapisu ludzkiego umysłu. W swojej debiutanckiej powieści Morgan opakował je w formułę futurystycznego czarnego kryminału i sporządził efektowną powieść SF.

Pomysł na kryminał kryje się w samym założeniu: skoro umysł ludzki można skopiować, otwiera to drogę do nieśmiertelności - ciało się zużywa, informacja jednak zostaje zachowana. Człowiek równa się plikowi komputerowemu. Można go przesyłać między gwiazdami w zeroczasowych transmisjach, na miejscu przyoblekając w nową „powłokę”; można kopiować, tworząc własne różnocielesne wersje; można rozmaicie formatować i modyfikować („psychoperować”), zarażać wirusami komputerowymi; można wreszcie przeżyć własną śmierć, odczytując się z zapisanej przez zniszczeniem ciała kopii zapasowej. To właśnie uruchamia fabułę „Węgla”: wskrzeszony z backupu miliarder wynajmuje bohatera, by odnalazł mordercę; wszystko wskazuje na samobójstwo, lecz miliarder nie wierzy, że zabił się sam.

Powieść pokazuje powyższe założenia rozwinięte konsekwentnie i szczegółowo, wpływające na rozmaite dziedziny kultury. W tle mamy międzygwiezdny Protektorat i tajemniczych Marsjan - to jest dobre, oddziałuje na wyobraźnię. Wszakże reszta świata została dosyć mechanicznie przekopiowana z klasyki cyberpunku. Podobnie fabuła stanowi standardowy schemat wielkomiejskiego kryminału spod znaku Chandlera. Sukces Chandlera polegał jednak na atmosferze, postaciach, stylu, języku. Richard Morgan natomiast „Modyfikowanym węglem” w literaturze debiutuje i czasami niestety widać pewną toporność, nieporadność rysunku, być może jeszcze spotęgowaną w tłumaczeniu; bardzo by powieści pomógł czuły na poezję kolokwializmu redaktor.

Tym niemniej - czyta się to szybko i z zainteresowaniem, sceny wyświetlają się przed oczyma, logika konstrukcji świata zostaje zachowana. Być może Morgan okaże się nowym Sterlingiem czy Stephensonem, oni też nie zaczynali z najwyższej nuty. Być może nawet - on, nie Egan - stworzy w ten sposób cały nurt popularnej SF „transcielesnej”.

Trudniej tak spopularyzować autorów, których specyfika nie polega na konkretnych pomysłach technicznych czy kulturowych, lecz na głębszej oryginalności, sposobie przetwarzania rzeczywistości, stylu, nastroju - np. Gene'a Wolfe'a. Pozostaje więc sięgnąć po oryginał. Ukazał się właśnie pierwszy tom „Księgi Krótkiego Słońca”: „Na wodach Błękitu”. W odróżnieniu od dość luźnego związku „Księgi Długiego Słońca” z „Księgą Nowego Słońca”, teraz znajomość poprzedniego cyklu jest konieczna. Nie sposób nawet streścić „Na wodach” nie odwołując się do „Długiego Słońca”: głównym bohaterem jest tu Róg, tam postać drugoplanowa, po dwudziestu latach wyruszający na poszukiwanie Jedwabia, tam głównego bohatera. „Whorl” dotarł już do bliźniaczych planet Błękitnej i Zielonej, trwa kolonizacja światów zamieszkanych przez zmiennokształtnych, krwiopijnych inhumich...

Zbyt wcześnie, by wyrokować po pierwszym tomie o czymkolwiek, poza tym jednym: że to akurat zdecydowanie nie jest książka, od której należy rozpoczynać znajomość z Wolfem. Zachował on wszystkie cechy dlań charakterystyczne - niejednoznaczność opisywanych zdarzeń i postaci, przewrotną narrację, zmuszanie czytelnika do samodzielnego rozwiązywania tekstu - i dla człowieka wrzuconego tu tak nagle w nurt opowieści może się on okazać zbyt rwący i kręty.

Jacek Dukaj

Ben Bova, „Wschód Księżyca”, tłum. Maria Gębicka-Frąc, Solaris 2003, cena: 35.90 zł.

Ben Bova, „Wojna o Księżyc”, tłum. Maria Gębicka-Frąc, Solaris 2003, cena: 35.90 zł.

Richard Morgan, „Modyfikowany węgiel”, tłum. Marek Pawelec, ISA 2003, cena: 29.90 zł.

Gene Wolfe, „Na wodach Błękitu”, „Księga Krótkiego Słońca”, tłum. Wojciech Szypuła, MAG 2003, cena: 29.00 zł.