Motyle Oceanii, czyli Egan na wakacjach

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w „Miesięczniku” ŚKFu (2002).

Pożytek z bolącego zęba: przesiadując w dentystycznych poczekalniach, by odwrócić myśli od tego lodowatego ognia, przewiercającego się powoli po kości policzkowej ku oczodołowi, zabrałem się za zaległe lektury, i tak oto skonsumowałem między innymi „Teranesię”.

Ta powieść ma opinię najsłabszej w dorobku Grega Egana, a w każdym razie najmniej „Eganowej” - i muszę się z tym zgodzić, aczkolwiek nie oznacza to, iż się mu ona nie udała. Nieudane jest zakończenie (o czym niżej), zaś ta „niska zawartość Egana w Eganie” wynika po prostu z przyjętych założeń: to jest SF bardzo bliskiego zasięgu (lata 2010-2030) i, nie chcąc odejść od twardej linii naukowego prawdopodobieństwa, nie mógł sobie tu autor pozwolić na tak wiele, jak zazwyczaj. Wygląda więc to tak, że książka ma 340 stron, a wkład fantastycznych idei/wynalazków odpowiada przeciętnemu opowiadaniu Egana - praktycznie jest tu tylko jeden „mocny” pomysł: genetyki kwantowej.

Quid pro quo: mamy za to bogate tło kulturowe (Indonezja i okolice) oraz psychologiczne powikłania i „ciemny sekret dzieciństwa”. Czy nadrabia tym Egan wystarczająco? To zależy, co kto lubi. Fabuła jest taka: Para indyjskich biologów, podążając śladem zaskakującej mutacji motyli, trafia na małą, bezludną wyspę, wkrótce ochrzczoną przez ich 10-letniego syna, Prabira, Teranesią. Para ma również roczną córeczkę i kiedy region ogarnia etniczno-religijna wojna domowa, rodzina zostaje odcięta od świata na dzikiej wysepce, a na Prabira spada obowiązek opiekowania się siostrą. Rodzice giną i wokół tego obowiązku oraz poczucia winy za ich śmierć obracać się odtąd będzie życie Prabira. Nawet gdy oboje dorosną, Prabir podąży za siostrą (która poszła w ślad rodziców i studiuje biologię) na ekspedycję mającą na celu wyjaśnienie fenomenu rozprzestrzeniających się po Oceanii przedziwnych, „zbyt doskonałych” mutacji - po dwudziestu latach znów stanie na Teranesii.

Powstrzymam się przed ujawnieniem rozwiązania zagadki, byłbym świnia, to jest kryminał naukowy, jak wszystkie książki Egana - nie „kto zabił?”, lecz „jak oszukano wszechświat?”. Mogę natomiast wypunktować plusy i minusy. Ciekawe są historyczne/kulturowe fenomeny, opisywane z antropologicznym zacięciem przez Egana, jak IRA - Indian Rationalists Association - zwalczająca kulty rozmaitych „świętych mężów” ich metodami, tzn. jej członkowie wykonują te same fakirskie cuda (samookaleczenia, wędrówki przez ogień itp.), tyle że z hasłami racjonalizmu na ustach i w jego imię: „W nic nie wierzę, a patrzcie, nie boli mnie!”; albo tradycja związków „pela” między wioskami chrześcijan i muzułmanów, przymierza pomocy innowiercom w czasach wojen i pogromów, tak utopijna, że trudno mi było w nią uwierzyć - a jednak. Kwestia nieuchronnie rosnącej imigracji do Australii, już wcześniej poruszana przez Egana (Australijczyka przecież), tutaj powraca. Świetne są też fragmenty, w których Egan z kamienną twarzą pokazuje skutki zaraźliwej mody na pseudonaukę postmodernistyczną, te wszystkie gender studies, języki dekonstruktywistyczne, doktorowie New Age'owego bełkotu - jeszcze dosadniej niż w „Distress”, bo oczyma dziecka.

Ale Egana kupuje/czyta się dla czegoś innego i mnie tej szalonej jazdy po autostradach idei tu zabrakło. (Pocieszmy się: w „Schild's Ladder” najwyraźniej wraca do siebie, wygląda mi ona na paralelną kontynuację „Diaspory”). Nawet jednak gdy pisze on po prostu dramat rodzinny, jest to podane w specyficzny sposób, właśnie nie udziwniony, ale jakby uwolniony od kanonów literackiej/telewizyjnej sztampy, sprowadzony do podstaw i przemyślany od nowa, prosto i „racjonalnie”. Np. homoseksualizm Prabira nie jest dyskutowany w kontekście apoteozy inności, kulturowego wyzwolenia czy nowej wrażliwości - lecz pożytku z mutacji „ślepego zaułka”, która sama nie przekazuje swych genów, może za to zwiększyć szanse propagacji genów krewniaków. Ten sposób oglądu świata - tak zdroworozsądkowy, bezdogmatyczny i nie zatrzymujący się przed niczym, że jakoś podobny dziecięcemu zadziwieniu - wydaje mi się charakterystyczny dla autorów „nowej hard SF” (przyjrzyjmy się np. rozmowom bohaterów „Cryptonomiconu”) i dla całej generacji/środowiska, a nie reprezentowany w literaturze poza SF właśnie. (A może się mylę?). Bardzo chciałbym się zapoznać z młodzieńczym „An Unusual Angle” Egana, tam to było chyba podane in statu nascendi.

Zakończenie „Teranesii”, jak wspomniałem, skisło - trochę podobnie jak zakończenie „Quarantine”. Kiedy czytelnik już-już się spodziewa, że ujrzy w pełnej glorii realizację idei, do której autor go podprowadzał przez całą powieść, ten wykonuje unik, cofa się, wraca do bezpiecznego, starego świata. Nie posiada to przy tym żadnego fabularnego uzasadnienia poza happy endem, a i sam sposób ratunku wydaje mi się naciągany. Więc jednak kompromis z konwencją. Nawet najtwardsi czasem się uginają i wybierają „ścieżki bardziej wydeptane”.

Ale może jestem zbyt surowy... Ten ząb rwał jak jasna cholera.

Jacek Dukaj

Greg Egan „Teranesia”, HarperPrism 1999