Muszę być bardziej ostrożny w mych rekomendacjach. Nie chodzi nawet o to, że mogę stać się przyczyną czyjegoś finansowego upadku, gdyby nieszczęśnik zamierzył sobie od razu kupić wszystkie wymienione przeze mnie pozycje, bo nie wierzę w tak zniewalającą perswazyjną moc mej prozy - ale już rzecze mi ten i ów czytelnik mych poprzednich „polecanek”, żem się zagalopował w zachwalaniu wcale nie tak wybitnych tytułów. Ha! Wszak ja nie twierdzę, że to same arcydzieła. Lecz w każdej z tych książek - tak sądzę - jest coś, przynajmniej jeden element, który może się okazać interesujący dla danej grupy sfanów; i staram się wskazać jaki i dla kogo. Bo utworów, które nadawałaby się do polecenia jako bardzo dobre każdemu, jest doprawdy znikoma ilość. A ja wychodzę z założenia, że zawsze lepiej czytać, niż nie czytać; to gra o sumie dodatniej.
Tym razem zacznę wszakże od książki dla każdego właśnie: Philip K. Dick „Płyńcie łzy moje, rzekł policjant”. Stawiam ją pośród pięciu najlepszych Kalifornijskiego Wariata, obok „Ubika”, „Zamku”, „Valisa”. Nie będę tu powtarzał zachwytów nad jego twórczością, wszyscy znają styl Dicka i wiedzą o czym pisze, on jest wierny swym paranojom i nie zdradza obsesji. Więc niby nic nowego; tylko, że naprawdę na wysokim poziomie. A przy powtórnej lekturze ta książka odkrywa drugie swoje oblicze. Zaskakujące. Dick, ów wieczny rozwodnik, ciągle w trakcie prawniczej batalii przeciwko którejś ze swych byłych żon - napisał oto powieść o miłości. Między innymi, oczywiście, bo jest tam także o wielu innych rzeczach, ale rdzeniem, leitmotiwem i problemem bodaj wszystkich bohaterów jest miłość, względnie jej brak.
Nie mogę się powstrzymać, by nie wskazać kolejnego - po pojawieniu się atrakcyjnych serii popularnonaukowych - pozytywnego trendu na rynku wydawniczym. Chodzi mi mianowicie o wznowienia, których jeszcze nie tak dawno ze świecą byś nie uświadczył. A teraz - proszę. I wybór zaskakująco celny. Prószyński stawia na Ursulę Le Guin; po „Lewej ręce ciemności” czas na cykl o Ziemiomorzu vel Archipelagu. Od mnogości tłumaczy i nadmiaru ich inwencji geografia i w ogóle nazewnictwo świata Geda skomplikowało się w Polsce niesamowicie - choć akurat ów Archipelag i Czarnoksiężnik to zasługa Barańczaka. Pora uporządkować całe zamieszanie. Sam kupuję te wznowienia, bo w wydaniu ś. p. Phantom Pressu „Czarnoksiężnik” rozlazł się mi się w rękach zanim doczytałem do połowy. Zaś fatalny przekład kolejnych tomów sprowadził je do poziomu makulatury niezależnie od jakości kleju. A wszak to już klasyka, kanon równie żelazny, co Tolkien. Więc też polecam każdemu.
Ponadto zwracam uwagę na prowadzone przez inne wydawnictwa serie Dzieł Zebranych Stanisława Lema i braci Strugackich. Jeśli nie w poszczególnych książkach, to w każdym razie w ramach tych serii znajdzie coś dla siebie nawet najwybredniejsza osoba; pełne spektrum, od rzeczy bardzo trudnych, poważnych, do wręcz humorystycznych grotesek, i to zarówno u Lema, jak i Strugackich, a wszystko najwyższej jakości - żaden tam Pratchett nie przebije w moich oczach „Poniedziałku”, co, jak wiadomo, zaczyna się w sobotę.
A skoro już jestem przy tzw. fantastyce lekkiej, to wybieram z nowości „Ucieczkę z Katmandu” Kima Stanleya Robinsona, tego od cyklu marsjańskiego. To dziwna książka; już na pewno nie dla każdego. Humorystyczna, ale nie w sposób nachalny, co jest zaiste rzadką zaletą; fantastyczna, ale zarazem realistyczna, coś jakby zbiór obserwacji kulturowych z Nepalu i okolic... Szukam celniejszych określeń i nie znajduję; dziwna, dziwna książka. Bardzo sprawnie napisana i z przyjemnością się czyta. Czy jedynie dla rozrywki? Jest w niej chyba coś więcej, niż się na pierwszy rzut oka wydaje; ale może się mylę.
I jeszcze jedna pozycja polecana warunkowo. Warunek jest następujący: musisz być, Czytelniku, miłośnikiem fantasy. Raymond E. Feist „Opowieść o Wojnie Światów”; pierwszy tom (bo to trylogia) wydany w Polsce w dwóch częściach: „Adept magii” i „Mistrz magii”. Odnosi się do tego cyklu wszystko to, co napisałem o „Kole Czasu” Jordana. Przewaga Feista polega na fakcie, że on ograniczył się do 3 woluminów (podczas gdy Jordan nie ogranicza się w ogóle). Pokrewieństwo rzeczonych utworów dodatkowo pogłębia dokonane przez Jordana „zapożyczenie” z „Opowieści” pomysłu inwazji na świat baśni narodu o kulturze i organizacji społeczeństwa wzorowanej na Japonii okresu władzy daimyo, i mam wrażenie, że u Feista zrobione jest to jednak lepiej.
Tym razem nie zachwalam żadnej książki polskiego autora, bo też i nie ma czego zachwalać.
Amen.
Jacek Dukaj