Na Marsa łąkach zielonych

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 202 (1999-07).

Przeczytawszy dwa tysiące stron gęstego druku, w jakich zamyka się „Marsjańska Trylogia”, stwierdziłem, iż chociaż rzecz jest dobra, chwilami bardzo dobra - na powtórną lekturę nie zdobędę się wcześniej, niż za jakieś 20 lat. Czyta się ją z ciekawością, lecz nie z przyjemnością; wciąga, lecz nie fascynuje; imponuje, lecz zarazem przytłacza. KSR zamierzył sobie napisać poważne, klasyczne dzieło SF, no i napisał je.

Prawdziwą fabułą, faktyczną osią intrygi są tutaj dzieje Marsa, nie zaś losy którejś z dziesiątek i setek prowadzonych przez autora postaci. Nie każdy czytelnik poczuje się usatysfakcjonowany śledząc przygody terraformowanej planety: a to nagłe zwiększenie dostarczanego na nią przez Słońce ciepła, a to na powrót jego zmniejszenie, to wzrost poziomu dwutlenku węgla, to znów wielkie roztopy. Bohaterów ta opowieść ma doprawdy wielu: pojawiają się i znikają; to nie Mars jest dla nich tłem, lecz oni są tłem dla Marsa. Nie sposób utożsamić się z żadną z postaci. Historia gna przed oczyma czytelnika niczym na filmie dokumentalnym, dziesięciolecia streszczane w obrazkowych kronikach.

Czy to źle? Czy to wada? Po prawdzie przecież autor nie miał wielkiego wyboru, terraforming planety to przedsięwzięcie wymagające czasu, czasu i jeszcze raz czasu; co prawda swym bohaterom wydłużył sztucznie życie, lecz nie mógł do końca zawiesić praw natury, usiłując i tu pozostać naukowo wiarygodnym. Więc czytelnik nie powinien czuć się oszukany: jeśli chce szybkiej akcji, niech po prostu sięgnie po inne książki.

Tu bowiem znajdzie np. ćwiczenie z konstrukcji idealnego ustroju politycznego, pomysł na rozbrojenie bomby demograficznej, opis katastroficznych skutków efektu cieplarnianego, przewidywania co do przyszłości poszczególnych nauk, wariacje na temat alternatywnych ekonomii, bogactwo kulturowych mutacji, analizę mechanizmów rewolucji, opis powstania, rozwoju, wreszcie skostnienia narodu i państwa. Długimi fragmentami czyta się to rzeczywiście z zainteresowaniem. KSR starał się tu dać pewną wizję następnych 200 lat rozwoju ludzkości, przekonać do swojej futurologii we wszystkich najważniejszych kwestiach; sporządzić własną, fabularyzowaną „Summę technologiczną” z Marsem jako poligonem doświadczalnym.

Zresztą akurat do propozycji politycznych mam najwięcej zastrzeżeń. Póki rzecz pozostawała w sferze niespełnialnych spekulacji rewolucjonistów, serwowane przez KSR utopijne absolutyzacje zachowywały nawet pewien pozór psychologicznej wiarygodności. Gdy jednak rewolucjoniści ci przedzierzgnęli się w konstytuantę i jęli utopię wprowadzać w życie, mimo wszelkich zastrzeżeń autora rychło okazała się ona dosyć naiwną wersją „komunizmu oświeconego”, z narzucanymi limitami własności, w 100% państwową ziemią i władzą skupioną w rękach coraz liczniejszych komisji itp.

Jednak pomimo częstych areologicznych kataklizmów i krwawych rewolucji, Robinson z determinacją maluje nam obraz Marsa jako prawdziwej Ziemi Obiecanej XXII wieku, nowych Stanów Zjednoczonych, miejsca najbliższego ideałowi doczesnej szczęśliwości. Felery ustroju kryją cuda technologii. Przecież jeśli siąść i logicznie pomyśleć - perswaduje nam autor - niemożliwe, żeby inteligentni i wyposażeni w całą wiedzę naszych czasów ludzie nie znaleźli rozwiązania! Człowiek może wszystko. Nie ma granic dla rozumu. Widać wraca moda na pozytywistyczną SF.

Pewne zamierzone nieścisłości kryją się w nie dyskutowanych w książce założeniach ogólnych: tempie terraformacji Marsa oraz opłacalności masowego transportu na trasie: Mars-Ziemia, Ziemia-Mars, nawet z uwzględnieniem kosmicznych wind. Oba te wskaźniki KSR z konieczności bardzo mocno zawyżył. Pojawiają się jednak (zwłaszcza w ostatnim tomie) przypadkowe nieścisłości mniejszego kalibru, np.: bohaterka doganiająca na piechotę uciekające z szybkością 300 km/h ruchome merkuriańskie miasto czy notacje typu „10-19 gigaelektronowoltów”.

Książek pokroju „Marsów” właściwie nie sposób streścić, miast tego recenzent wdaje się więc w dyskusję z autorem, co często sprawia wrażenie niezasłużonej srogości oceny. To prawda, rzecz jest w pewien sposób „zimna”, mechaniczna, pozbawiona koniecznego pierwiastku szaleństwa, narracja nigdy nie wydobywa się tu na wyższe poziomy energetyczne, język KSR to język opisu, statyczny. Lecz jego „Trylogię” naprawdę warto przeczytać, z pewnością nie będzie to lektura jałowa ani czas stracony.

Jacek Dukaj

Kim Stanley Robinson Zielony Mars, Błękitny Mars, tłum. Ewa Wojtczak, Prószyński i S-ka 1998, cena: 29.00 + 37.00 zł