Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 259 (2004-04).
„Władca cesarzy” to druga część „Sarantyjskiej mozaiki”, zamykająca tę dylogię. Chwaląc tom pierwszy, „Pożeglować do Sarancjum”, odnosiłem się głównie do konwencji „fantasy parahistorycznej” (Sarancjum to Konstantynopol Justyniana), której Guy Gavriel Kay jest dzisiaj, obok George'a R. R. Martina, chyba najwybitniejszym przedstawicielem. Dla „Władcy” - jeszcze lepszego od „Pożeglować” - trafniejsza byłaby inna etykieta: „fantasy humanistycznej”.
Struktura powieści odpowiada charakterowi sztuki głównego bohatera (co prawda już nie tak wyeksponowanego), którym jest mozaicysta. Otrzymujemy więc kilkadziesiąt odłamków historii, które dopiero złożone razem stworzą zrozumiały obraz. Odłamek to człowiek; podziwiamy mozaikę ułożoną z ludzkich losów. Każdą z postaci darzymy tu uczuciem, każda nas obchodzi, w każdą wierzymy. Nie ma papierowych herosów i czarnych charakterów; zbrodnie rodzą się z tragedii i na koniec to morderczyni współczujemy najmocniej.
Fabuła rozwija się zaskakująco, lecz całkowicie logicznie. Zaskakuje przez podobieństwo do życia, nie przez podobieństwo do literatury. Niektórzy bohaterowie zginą, niektórzy przeżyją, wielu powie, że przegrało, nikt, że zwyciężył. Oto kolejna cecha charakterystyczna prozy Kaya: patos, ale patos miękki, nienachalny, powstający z drobiazgów, pozornie nic nie znaczących decyzji zwykłych ludzi, banalnych przypadków. Tak rodzi się poczucie przemijalności, świadomość kruchości życia. „Wszystko, co mamy, może zostać nam odebrane”. Równocześnie jednak czuje się tu oddech historii, dystans setek lat, z którego pochyla się nad rozsypanymi kamykami mozaiki melancholijny kronikarz. „Może kronikarze, malarze, rzeźbiarze, historycy, może to oni są prawdziwymi władcami cesarzy, nas wszystkich”.
Magii właściwie nie ma w ogóle i zapewne także dzięki temu szybko akceptujemy ów twardy realizm: jeden wypadek, pół akapitu, słowo możnowładcy - oznaczają dramat nie do odwrócenia. Są tu sceny wyjątkowego piękna i subtelności uczuć - nic u Kaya bardziej skomplikowanego od miłości kobiety i mężczyzny - i sceny wyjątkowego dramatyzmu, jak chociażby wyścig kwadryg. Jedyny zarzut, jaki w stosunki do „Władcy cesarzy” podnieść, dotyczy tych kilku miejsc, w których narracja traci potoczystość - i, jak w przypadku Brenchleya, nie wiem, czy to wada oryginału, czy przekładu.
Kay śni sen o Bizancjum - Chaz Brenchley w Trylogii Outremeru odnosi się z kolei bezpośrednio do wypraw krzyżowych i chrześcijańskiego królestwa utworzonego na ziemiach islamu. Brenchley rozpoczyna swą opowieść kilkadziesiąt lat po wywalczeniu od niewiernych Outremeru i odbiciu świętego miasta Ascariel, analogu Jerozolimy, w siedzibie odpowiednika Zakonu Templariuszy. Korzenie tego świata sięgają głęboko w historię prawdziwą, Brenchley jest jednak równie skrupulatny w uwiarygadnianiu fikcji, ta kreacja jest mocna, spójna, namacalna: wypalone przez białe słońce zamki na piaszczystych pustkowiach, zimny cień kamiennych murów, pył, pot i krew, i grzeszne namiętności między mnichami i rycerzami Zakonu - ale też subtelna magia światła i mroku, orientalnych iluzji, dżinny i ifryty, kraj heretyków ukryty w fatamorganie... Nie jest natomiast dla mnie jasne, jak Brenchley zamierza w dalszych tomach pogodzić fikcyjność tego świata, jego geografii, religii, kultury - z np. bezpośrednimi zapożyczeniami z biblijnej łaciny („fiat lux”); jeśli zamierza w ogóle. Pojawia się skaza na kreacji.
Fabuła splata się z losów nastoletniego mnicha, potem giermka rycerza zakonnego - oraz równie młodej szlachcianki ze wschodu, ofiary zaaranżowanego z góry małżeństwa. Spotykają się w pustynnej twierdzy Zakonu i tu rozgrywa się prawie cała akcja „Wieży Królewskiej Córy”; tu znajduje się tytułowa Wieża. Kto by się z powyższego zestawienia bohaterów domyślał plastikowego schematu „wieśniaka i księżniczki”, pomyliłby się okrutnie. Choć powieść kończy się rasowym cliffhangerem, daleko jej do bajkowych konwencji: Brenchley zaskakuje, wybierając rozwiązania mniej efektowne; może nawet kosztem mniejszej efektowności całej książki.
Na pewno stanowi wyjątek wśród pisarzy fantasy pod względem stylu - to znaczy: on w ogóle posiada charakterystyczny styl, pisze w sposób odmienny od Standardowej Narracji, która w przypadku 99% zachodnich autorów fantasy różni się tylko stopniem poprawności, czyli redakcji. Za styl ma więc „Wieża” u mnie plus, ale właśnie nie za redakcję: zdarzają się powtórzenia, dziwna interpunkcja, zdania bez sensu i szyku, zapewne odziedziczone z oryginału. Pozostaje poczucie niedoskonałości, satysfakcja czytelnika nie jest pełna.
W całkowicie inny nastrój wprowadzają „Łowcy czarnoksiężników” Marthy Wells. Stanowią oni poniekąd kontynuację „Śmierci nekromanty”: główną bohaterką jest córka bohatera „Śmierci”. W świecie Wells minęło tymczasem kilkadziesiąt lat i - tu znajduję wyjątkowość tej fantasy - nastąpił postęp, zarówno techniczny, jak i magiczny. To już jest czas bladych żarówek, topornych samochodów, pogrążonych w zaciemnieniu miast, na które spadają bomby ze sterowców odpornego na magię najeźdźcy z innego świata. W instytutach wojskowych młodzi czarnoksiężnicy, oderwani przez wojnę od karier naukowych, ślęczą nocami nad wzorami formuł ezoterycznych. Jak kryptolodzy łamaliby Enigmę, gdyby obok matematyki posługiwali się magią?
Wells wszakże nie zatrzymuje się na długo w instytucie i rzuca swoją bohaterkę w świat równoległy, będący właśnie klasycznym światem fantasy, z realiami średniowiecza, muskularnymi wojownikami i aktywnymi bogami. Owo zderzenie dwóch konwencji, fabularny dialog fantasy z własną tradycją mam za największy atut „Łowców”.
W sumie jest to lekka, wciągająca powieść przygodowa, z małym bonusem dla miłośników poszukiwań granicy między magią i nauką. Wells uczyniła protagonistką ironiczną samobójczynię, autorkę przygodowych romansów - wisielczy humor dodaje smaku historii, opartej przecież w gruncie rzeczy na klasycznym schemacie wojny ze złym królestwem. Decyduje wszakże scenografia.
Otóż wszystkie te trzy tytuły ilustrują tendencję, która - chyba już mogę to stwierdzić - stała się dominującą we współczesnej fantasy. Po pierwsze, czytelnicy zaczęli się nareszcie domagać oryginalności, więc, po drugie, autorzy jęli szukać sposobów na wprowadzenie do fantasy zmian wystarczająco dużych, by zaspokoić to pragnienie, a zarazem wystarczająco małych, by nie wykroczyć poza przyzwyczajenia czytelników, i tak, po trzecie, upowszechniła się pisarska strategia „wymiany scenografii”. Fantasy klasyczna buduje nieodmiennie na scenografiach zachodnioeuropejskiego średniowieczna - a tu mamy Konstantynopol, Bliski Wschód, II wojnę światową; uprzednio Wells umagiczniała XIX wiek, a Kay np. renesansową Italię.
Z dwóch możliwych ścieżek rozwoju fantasy („rozwój fantasy” - jeszcze niedawno brzmiało to jak oksymoron!) powyższa jest łatwiejsza, koncepcja powstaje tu na drodze operacji zgoła mechanicznej. Ścieżka druga (którą przeciera np. China Mieville) prowadzi w dzicz niezbadaną - w światy budowane na konsekwentnym rozwinięciu zestawów dowolnie wybranych, irracjonalnych założeń. Nie podmieniamy wówczas scenografii - konstruujemy nową od zera. Jest to trudniejsze i bardziej ryzykowne, bo największy sukces takiej kreacji - świat całkowicie odmienny od naszego - stanowi zarazem największą klęskę literatury - nic ona nie obchodzi czytelnika, niezrozumiała, pozbawiona punktów wspólnych ze światem mu znanym.
Analogicznie, największym sukcesem fantasy parahistorycznej będzie powieść historyczna par excellence (której Kay jest już blisko). Tak jak istnieje ukryte estetyczne pokrewieństwo między eksploracyjną SF i klasyczną literaturą marynistyczną, tak powieść historyczna okazuje się cichym mentorem fantastyki: pokazuje jedyną dostępną nam Inność, zarazem akceptowalną dla człowieka i stuprocentowo wiarygodną.
Jacek Dukaj
Guy Gavriel Kay Władca cesarzy, Mozaika sarantyńska tom 2, tłum. Agnieszka Sylwanowicz, Zysk i S-ka 2004, cena: ?
Chaz Brenchley Wieża Królewskiej Córy, Pierwsza księga Outremeru, tłum. Małgorzata Wieczorek, ISA 2004, cena: 32.90 zł.
Martha Wells Łowcy czarnoksiężników, Upadek Ile-Rien tom 1, tłum. Sylwia Twardo, MAG 2004, cena: 29.00 zł.