Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nr 158 (1995-11).
Słyszę jak tłumaczy laikowi jeden i drugi miłośnik Tolkiena, cóż to takiego, ta fantasy - taka baśń dla dorosłych, mówi mianowicie. Magia, księżniczki, jednorożce. Więc niby prawda. A wpadła mi ostatnio w ręce książeczka Petera Beagle'a (tego od „Śmierci na balu”), wydrukowana z logo Fantasy na obwolucie - a to właśnie nic innego, jak najczystszej wody baśń. Jeszcze zobaczymy „Królową śniegu” w jednej serii z „Conanem” wydaną, któż odróżni Hansa Andersena od Poula Andersona. Bracia Grimm zaś wszak nie mniej krwawi od Johna Normana. Wszystko zostaje w rodzinie, a taki wewnątrzgatunkowy kanibalizm nie jest przecież niczym nowym. Już słyszę siebie samego tłumaczącego wnukowi, że baśń to taka fantasy dla dzieci.
Beagle tymczasem napisał bajkę zbyt mądrą jak dla dzieci, ale ja będę się upierał, że nie jest to fantasy - także wbrew Sapkowskiemu, który zaliczył rzecz do klasyki gatunku. Data powstania tej ostatniej baśni to rok 1968; potem już rodziły się jedynie zdegenerowane pokurcze w rodzaju „Lasu Duncton”. „Ostatni jednorożec” Beagle'a jest odeń pięć razy krótszy i tylekroć lepszy. Zaklasyfikowałbym go jako baśń chociażby z racji języka (a kto wie czy nie jest to w istocie wyróżnik najważniejszy) - ta historia nie jest pisana, ona jest opowiadana: to luźna, spokojna gawęda, w której słowo posiada większą wagę, aniżeli wynikałoby to ze słownikowego jego znaczenia - sporo tu takich alogicznych zabaw nim, kojarzących mi się odlegle z Barańczakiem. Nawet czary działają u Beagle'a nie w oparciu o jakieś wielce skomplikowane systemy wykorzystywania magicznych mocy, ale dla semantycznej urody ich opisu. Tym większe gratulacje należą się tłumaczowi, który bez wątpienia stanął na wysokości zadania.
Zastanawiam się czy w ogóle streszczać fabułę tej książki; powiedzmy, że jest to historia jednorożca (jednorogini - rodzaj żeński!), co w poszukiwaniu swych zaginionych pobratymców przemierza świat, na którym już nikt nie jest nawet w stanie wymówić słowa „jednorożec”, a i widząc go, widzi tylko jakiegoś siwka. Potem dołącza do jednorogini smętny czarodziej-nieudacznik i, dla ratowania jej życia, zmienia ją w człowieka, i oto nie ma już jednorożców na świecie. Jednak w tej człowieczej piękności zakochuje się pewien książę... i tak dalej, i tak dalej. To bajka. Nawet jej bohaterowie, pozbierani z pożółkłych kart wielu innych bajek, wiedzą o tym. Smutna, jak większość bajek; do wielokrotnego opowiadania. Zbudowana z wielkiej mnogości małych i dużych metafor (wszystko w niej jest bowiem przenośnią, obrazem o podsłownym znaczeniu) na długo pozostaje w umyśle czytelnika ostrym odbiciem niedopowiedzianej idei, co zazwyczaj stanowi przywilej jedynie dobrej poezji.
Jacek Dukaj
Peter S. Beagle „Ostatni jednorożec”, tłum. Michał Kłobukowski, Alfa 1995, Fantasy Classic.