Z sześciu opowiadań składających się na „Gorsze światy” Cezarego Michalskiego jedno przedstawia historię alternatywną, cztery – wizje świata za około pół wieku, jedno – przeszłość odgrywaną w virtual reality według alternatywnego scenariusza. Michalski jednak wyraźnie nie przykłada wagi do podobnych kategoryzacji. Przyszłość to tylko pewna konwencja, datowania są symboliczne; podobnie umowna jest sama forma noweli, dominuje tu statyczny opis i refleksja. To raczej galeria alegorycznych obrazów fantastycznych, a przedmiotem tej alegorii jest współczesna Polska, jej treścią zaś – pluszowy totalitaryzm nieuchronnie tryumfującej demokracji liberalnej.
Pomiędzy biegunami utopii i antyutopii mieści się całe continuum literatury opisującej inne wersje naszego świata, ani dużo lepsze, ani dużo gorsze. Co łączy te dzieła: owe światy zawsze służą do prezentacji praktycznych realizacji idei. Co innego mówi nam jednak autor historii alternatywnej zwycięstwa Hitlera w II wojnie światowej, gdzie po prostu jeden i drugi polityk podjął inne decyzje i w efekcie żyjemy tam teraz w raju narodowego socjalizmu; a co innego – autor książki, gdzie Hitler zwyciężył, ponieważ heglowska dialektyka dziejów NAPRAWDĘ sprzyja Niemcom, a aryjczycy NAPRAWDĘ są rasą panów. Są utopie i antyutopie, światy w literaturze lepsze i gorsze – lecz są także światy zaledwie możliwe i światy konieczne.
Gorsze światy krótkich nowel otwierających i zamykających zbiór Michalskiego zrodziły się z przypadków historycznych (katastrofa samolotu, zamknięcie studenta w ubikacji), lecz dominujący ton i kod do odczytania całości dostarcza najdłuższa „Cela śmiechu” oraz symetryczne do niej: „Zmarnowany czakram” i „Telewizja Babilonu”. Objawia się w nich zasada konieczności historycznej równie niezłomna, co te Hegla i Marksa. Nie zadekretowano nam teraz żadnej historiozofii, niemniej przyjmujemy za oczywiste, iż ewolucja do demokracji liberalnej jest historycznie nieuchronna, a globalizacja to środek i etap w niej, jak według Marksa rewolucja proletariacka była etapem na drodze do wieńczącego historię komunizmu.
Najdosłowniej opisuje tę „antyutopię konieczności” „Cela śmiechu”, w której Michalski formułuje dogmaty owego historycyzmu. Totalitaryzm, jaki na niej wyrasta, nie posługuje się brutalnym aparatem opresji znanym z przeszłości. To totalitaryzm postmodernistyczny, pluszowy. Karą, którą straszy się dysydentów, jest wstawienie człowieka pod obserwujące go nieprzerwanie, dzień po dniu, rok po roku, kamery tytułowej celi a la „Big Brother”, transmisje z której oglądają miliony.
Doktryna Wolności po zadekretowanym Końcu Historii gwarantuje bezpieczeństwo po Epoce Wielkich Niepokojów: „dawno minionych czasach nieustającej eksterminacji. Na zmianę przeprowadzali ją na sobie Reakcjoniści i Postępowcy, zwolennicy Świetlanej Przyszłości i Nieskalanej Przeszłości.” Historia jednak się zatrzymała, prawica i lewica straciły rację bytu, podobnie jak nie istnieją partie „2 + 3 = 3” i „2 + 2 = 5”; WIADOMO, że 2 + 2 = 4.
Świętością demokracji liberalnej jest też własność – totalny nadzór elektroniczny rozwinął się u Michalskiego z idei kontroli antypirackich: aby piraci nie okradali koncernów medialnych, których udziałowcami są wszyscy. Nazwy koncernów są akurat prawdziwe; reszta – zalegoryzowana. Państwa zaszyfrowano w „Celi” markami z hipermarketów: USA to Jogobella, Rosja – Bakoma, Polska – Danonia etc. W „Zmarnowanym czakramie” kod jest cukierniczy: Polska to Cukierkowo, Süssenland, Wzgórze Wawelskie to Wzgórze Wedelskie etc. W Polsce z „Telewizji Babilonu” rządzą dynastie Urban-Lubomirskich, Kulczyk-Kwaśniewskich, Michnik-Bonieckich.
Przewijają się przez zbiór: metafora „pluszowego krzyża”, na którym cierpią kontestatorzy, oraz slogan „wolność to nieuświadomiona konieczność”. Można go rozumieć i w ten sposób, że ułudę wolności zachowuje tylko ten, kto pozostaje nieświadomym historycznych konieczności. Toteż jak w klasycznych dystopiach, dramat protagonisty zaczyna się w momencie rozdarcia zasłony iluzji; kulminacją większości opowiadań jest ujawnienie gorzkiej prawdy. Nie ma radosnych tryumfów.
„Każdy ma takich wrogów, na jakich zasłużył. Wrogami Jansena i nas, jego uczniów, były Pokemony”. Ta autoironia dobrze robi prozie Michalskiego. Trudno się bowiem oprzeć wrażeniu, iż autor wpycha swoich bohaterów i całą projektowaną sytuację społeczną w schematy opresji i oporu zupełnie nieadekwatne dla nowej epoki. Jak generałowie przygotowują się zawsze do poprzedniej wojny, tak filozofowie idei pozostają jeden paradygmat do tyłu.
Przeciwko czemu bowiem powstaje tu bunt? W gąszczu zgrabnych alegorii i sentencji ginie w końcu sens konfliktu. („Opór jest oparciem”, powtarza Jansen). Nie ma represji finansowych, upodlenia przez nędzę; problemem dysydentów jest właśnie obfitość dóbr materialnych. „Żadna rewolucja nie miała tutaj szans. Hipermarkety były pełne, żywność tania, nawet skromne zasiłki socjalne chroniły tutejszych bezrobotnych przed prawdziwym głodem”. I rzecz nie w tym, iż ukąszeni przez Hegla rządzący fałszują przemocą rzeczywistość wedle szczytnych teorii – bo z ludźmi można walczyć, zawsze pozostaje jakaś alternatywa. Tymczasem „Cela śmiechu” pokazuje dramat stokroć większy: rzeczywistość NAPRAWDĘ spełniającą przepowiednię Fukuyamy o końcu historii.
A jaką to alternatywę proponuje Michalski i jego uciskani przez pluszowy totalitaryzm dysydenci? Nie Wolność – więc co? Nie Własność – więc co? A może: „Wolność i Własność – tak, wypaczenia – nie”? Język alegorii i w tym jest użyteczny, że pozwala zamaskować brak jasnej odpowiedzi na te pytania.
A przecież Michalski potrafi uderzyć wprost. Zdecydowanie najlepszym pomysłem w „Gorszych światach” jest gra w virtual reality 13 grudnia 1981 roku. „Gra, która odmieni oblicze ziemi, tej ziemi!”. Młodzi z przyszłych pokoleń, naganiani do salonów gier zdżinglowanymi dźwiękami „Murów” Kaczmarskiego, naparzają się na ulicach wirtualnego, czarno-białego Krakowa jako ubecy i zomowcy, robotnicy i studenci. Genialne! Tylko że niewykorzystane fabularnie, podane jako nieruchome tło.
Narracja postępuje w opowiadaniach według jednego schematu: bohater zostaje przedstawiony w wyjściowej sytuacji (przy biurku, idący ulicą), a reszta tekstu to jego przemyślenia, wspomnienia, objaśnienia realiów. To pozwala autorowi przejść do formy para-eseju, w której czuje się najlepiej. Michalski umie przetłumaczyć nasz świat na język niebanalnych alegorii, lecz nie potrafi opowiedzieć tym językiem ciekawej historii. To literatura sucha, deklaratywna, statyczna. Jej największą siłą jest owa konsekwentna alegoryzacja, pozwalająca prezentować niematerialne idee poprzez opis zdeformowanych, doprowadzonych do granicy ich realizacji: światów „gorszych”.
Są tym „gorsze”, im bardziej konieczne. W „Gabinecie krzywych luster” człowiek ma jeszcze wpływ na historię i może przestawić jej zwrotnice. Natomiast w „Celi” i kolejnych nowelach kleszcze polityczno-ekonomicznych oczywistości zacisnęły się tak mocno, że nie tylko pochwyceni w nie obywatele przyszłej Polski nie widzą żadnej alternatywy, ale wkrótce nie widzi jej również czytelnik. Kończymy lekturę w nastroju czarnego fatalizmu. Da się walczyć z aparatem przemocy narzucającym siłą ustrój i ideologię – lecz jak walczyć z koniecznością historyczną?
Ona nie potrzebuje zastępów ubeków, konfidentów, Nieznanych Sprawców, sprzedajnych pismaków. Naciera z każdego programu telewizyjnego, z każdej gazety, z miliarda stron internetowych, z trendów rynkowych i kulturowych, z mody ulicznej i kolorowych reklam, z języka powszedniego. Ów „totalitaryzm soft” wtedy jest najgroźniejszy, gdy właśnie najmniej dostrzegalny. Można co najwyżej uciec gdzieś na wieś, w góry, hodować owce, wyplatać kosze (coraz więcej osób tak postępuje). Konsekwentna walka kończy się bowiem nieuchronnie na pluszowym krzyżu śmieszności. „Wrogami były Pokemony”.
Jacek Dukaj
Cezary Michalski „Gorsze światy”, Fabryka Słów 2006, cena: 24,99 zł