Po co komu recenzje

Poniższy artykuł Rafała A. Ziemkiewicza ukazał się pierwotnie w miesięczniku ?Science Fiction? nr 26 (2003-05).

Dopiero niedawno zauważyłem, że w miesięczniku „Nowa Fantastyka” nie ukazała się dotąd recenzja ani jednej książki wydanej przez Fabrykę słów. Przepraszam: była jedna, z pierwszej produkcji tego wydawnictwa, czyli z Kronik Jakuba Wędrowycza. Kto czytał, wie, jaka. Potem – cisza. Przyznam nawet, że w swym nieokiełznanym zarozumialstwie fakt, iż od pół roku moja Cała kupa wielkich braci nie została w ogóle przez zasłużony miesięcznik zauważona, choć osobiście wysyłałem redaktorowi naczelnemu – na jego zresztą wyraźne życzenie – jeszcze szczotki przygotowywanego do druku zbioru, skłonny byłem tłumaczyć osobistymi idiosynkrazjami, żywionymi do mnie przez niektórych członków redakcji.

Dopiero po jakimś czasie zorientowałem się, że tendencja ma charakter ogólny, że po prostu książki Fabryki jakoś nie mogą do „Nowej Fantastyki” dotrzeć. Podczas gdy na przykład książki wydawnictwa Solaris trafiają tam bez trudu, niektóre nawet zanim się jeszcze ukażą. Może to nawrót choroby, na którą „Fantastyka” (wtedy jeszcze nie nowa) cierpiała u swego zarania? W pierwszych numerach przecież, kto jeszcze pamięta te czasy, recenzowała ona niemal wyłącznie książki wydane przez KAW, Małe zielone ludziki Borunia doczekały się nawet omówienia dwa lata wcześniej, niż doczłapały się do księgarń.

Nie jest to nic, za co bym chciał robić „Nowej Fantastyce” wyrzuty – ale jej przykład pobudził mnie do paru ogólniejszych refleksji o tendencji, która, jak podejrzewam, będzie się nasilać. Fabryka Słów nie jest w końcu wydawcą pisma, a czego oczekiwać, kiedy na rynku pojawiają się książki innego, konkurencyjnego miesięcznika? Sama „Nowa Fantastyka” też zresztą próbowała już kilka razy patronować swoim seriom wydawniczym, z różnym skutkiem. Nie było to bez wpływu na jej, nazwijmy to, politykę recenzencką. Jest już standardem, że kiedy pismo czemuś takiemu jak seria książkowa patronuje, to na własnych łamach zachwala, ile może. Krytyczne recenzje własnej produkcji byłyby sprzeczne z wymaganiami rynku, ale i zdrowym rozsądkiem („Skoro to kiepskie, to po co żeście wydali?”). Ale kiedy pismo wydaje książki, albo tylko z jakichkolwiek względów mocno kibicuje jednemu wydawcy, wszystkie inne książki stają się dla niego przede wszystkim produktami konkurencji. Może istotnie nie zauważać ich w ogóle staje się w takiej sytuacji wyjściem najlepszym? Chwaląc włazi się sobie samemu w szkodę, a jeśli się schlasta, nikt i tak nie uwierzy w obiektywizm recenzenta, choćby przypadkiem schlastano słusznie.

Zjawisko zresztą nie dotyczy tylko ani nawet nie dotyczy przede wszystkim fantastyki. Od paru już lat utarło się, że książki mają „patronaty prasowe”. Polega to, jak wszyscy wiedzą, na umieszczeniu na okładce książki, w miejscu mniej lub bardziej widocznym, logo gazety, z informacją, że właśnie owa gazeta dany tytuł poleca. Uważny czytelnik zauważył zapewne, że było tak również w wypadku kilku moich książek – co daje mi doświadczenie niezbędne, aby się o sprawie wypowiadać. Owoż nie wiem, co z takiej „baretki” ma samo pismo, ale wedle moich obserwacji książka nie ma nic, przynajmniej tak było w przypadku Nowej i „Polityki”. Wspomniany tygodnik dał Nowej prawo umieszczenia swej rekomendacji na jednej z moich książek. Na innej – z uwagi bodajże na politycznie niepoprawną treść – rekomendacji takiej odmówił, a sprzedaż obu tytułów nie różniła się ani o włos. Inaczej było z „Wprostem”, tu zaangażowanie tygodnika dało wyraźny efekt, ale nie ograniczyło się ono do metki na okładce, były też reklamy.

Bardzo wyśmiewał te „patronaty prasowe” Paweł Dunin-Wąsowicz, wydawca i to on właśnie wymyślił użyte przeze mnie powyżej szydercze określenie „baretka”. Chlubił się przy tym, że on „baretek” na swoich książkach nie umieszcza. I owszem, zachował się sprytnie: oficjalnych patronatów nie brał, ale przecież dla nikogo nie jest tajemnicą fakt, że wydana przez niego powieść Masłowskiej stała się bestsellerem bynajmniej nie z przyczyn literackich, bo jest to ciężko, choć poprawnie napisana nudna piła, którą ledwie można przebrnąć, a kiedy już ktoś to zrobi, okazuje się, że zupełnie nie było po co. Fakt, że Dunin sprzedał Masłowskiej, jak twierdzi, ponad pięćdziesiąt tysięcy egzemplarzy wynika wyłącznie z medialnego szumu, rozpoczętego entuzjastyczną recenzją na łamach poczytnego tygodnika i podpisaną przez literata tez ledwie się dającego przeczytać, ale wylansowanego przez media skutecznie, podobnymi metodami, parę lat wcześniej. Oczywiście gratuluję wydawcy i go podziwiam, trzeba grać w to, w co gra rynek, a rynek gra w lit-bradera. To znaczy: pisarz zyskuje rozgłos nie, jak kiedyś, dlatego że sprzedał wiele egzemplarzy książki i zyskała ona pozytywne recenzje, lecz dokładnie odwrotnie, książka się sprzedaje i jest pozytywnie recenzowana dlatego, że wokół autora narobiono rozgłosu. Wypracowanie Masłowskiej okrzyczano wielkim wydarzeniem, a taka na przykład powieść Dawida Bieńkowskiego Jest przeszła właściwie bez echa, zauważona i doceniona tylko w wąskim gronie znawców, choć, zupełnie odwrotnie niż by to podsuwał stereotyp, to właśnie lektura Masłowskiej jest ciężka i męcząca, a Bieńkowski pisze wyraziście, lekko i sprawnie. Ale większa część polskiej inteligencji kupuje książki na zasadzie bibelotu, nie żeby czytać, tylko żeby mieć, kiedy media przekonają ich, że to właśnie inteligentowi mieć wypada. Nie mam zresztą nic przeciwko, to równie godziwy powód do kupowania jak każdy inny, a kto się fartem załapał, ma prawo się cieszyć.

Tak czy owak, na udzielanie „patronatów prasowych” nad książką może sobie pozwolić takie czasopismo jak „Wprost”, które z założenia książek nie recenzuje, co najwyżej daje o niektórych nowościach informacyjne noty. Gdy jednak przedsięwzięciu sprzyja pismo mające stały dział recenzji, a już zwłaszcza, o zgrozo, pismo literackie, to wiarygodność jego recenzentów nieuchronnie zostaje podważona. Pamiętam spotkanie, na którym Maciej Parowski, atakowany za to, że pozytywnie zrecenzował jakiś strasznie pono kiepski film, wyjaśniał zupełnie otwarcie, że kiedy dystrybutor wykupił u niego na reklamę tego filmu okładkę, to on przecież nie może czytelnikowi tego samego na okładce polecać, a w środku odradzać. Smutne to, ale zrozumiałe, i z książkami pewnie nie może być inaczej.

Już o mały włos nie napisałem czegoś w stylu „tak oto upada dobry obyczaj, etos recenzentki, niezależność” etc., ale w porę kopnąłem się w kostkę – widać jeszcze do końca nie wszedłem w wiek, kiedy się zaczyna bezmyślnie idealizować wszystko, co było kiedyś. Nie, właściwie nie pamiętam czasów, kiedy „w recenzjach”, czy to głównonurtowych, czy naszych, było dobrze, uczciwie i obiektywnie. Owszem, zdarzali się recenzenci, do których można było mieć zaufanie. Zdarzali się tacy, którzy od czasu do czasu zawieszali przyzwoitość na kołku, by odpracować (niekiedy pod pseudonimem) redakcyjny musik. Zdarzali się i tacy, którzy notorycznie pisali na zamówienie, mało się przejmując uszczerbkiem na reputacji. Zmieniło się tyle, że weszły w paradę interesy wydawców, sprzedaż, słowem, sprawy biznesowe. W czasach, kiedy produkcję limitowały ministerialne zezwolenia na przydziały papieru, a nie popyt, liczyły się tylko znajomości i układy między redaktorami, zwłaszcza naczelnymi.

Cóż, czytelnicy to wiedzą i tak naprawdę – poza wypadkami odosobnionymi, jak wspomniana Masłowska – recenzje właściwie nie mają na nich wpływu. Ani nie zmieniają sprzedaży, ani, przypuszczam, nie przekonują nikogo do niczego. Osobiście zwracam na recenzje uwagę tylko jako na źródło informacji: o, ukazało się to i to. To, czy recenzja jest negatywna, czy pozytywna jako czytelnika nie obchodzi mnie w ogóle; wymagam tylko, by ukazała się szybko, a nie wtedy, gdy cały nakład dawno już wyprzedano lub puszczono na przemiał. Podejrzewam, że nie jestem w tym odosobniony.

Rafał A. Ziemkiewicz