„Tęcza grawitacji” Thomasa Pynchona należy do tych powieści, od których faktycznej treści ważniejsza jest otaczająca je sława (lub niesława) - a przynajmniej takie można odnieść wrażenie, czytając rozmaite jej recenzje, większość bowiem ogranicza się do opisu literackiej kariery Pynchona, istotnie niezwykłej, oraz do sprytnego przytoczenia umieszczonego na tylnej jej okładce streszczenia powieści. Im poważniejszy krytyk, tym ostrożniej podchodzi do „Tęczy”, wystrzegając się samodzielnej oceny. Można pisać, że trudna, niezrozumiała, kontrowersyjna, miejscami obsceniczna; że o drugiej wojnie światowej i V-2 - ale na regularną krytykę wydaje się ta książka uodporniona całkowicie.
Cóż, przeczytałem ją z zaciekawieniem (chociaż trudno powiedzieć, że jednym tchem) i sądzę, że warto jej poświęcić te kilkanaście godzin; w sumie jednak rozczarowałem się, być może na skutek wygórowanych oczekiwań.
Pozwolę sobie zlekceważyć bogatą tradycję interpretacyjną „Tęczy” (bodaj do każdej powieści Pynchona powstaje osobny podręcznik „Jak czytać”), nie sięgnę też po przerażający arsenał krytyki dekonstruktywistycznej; niech to będzie recenzja maksymalnie przyjazna dla czytelnika, skoro sama książka taka nie jest.
A zatem: Czy mamy tu ciekawą, wciągającą, oryginalną fabułę i interesujących bohaterów? Czy zarażeni zostajemy jakimiś nowymi, sugestywnymi ideami, pomysłami, wizjami? Czy język opowieści, styl i rytm posiadają moc odmienienia nastroju czytelnika, narzucenia mu toku myśli i uczuć?
Z fabułą jest właśnie najgorzej. Zatrzymawszy się w lekturze w jednej trzeciej można wręcz odnieść wrażenie, że żadnej fabuły tu nie ma. To nieprawda: istnieje intryga wiążąca wszystkie - no, większość opisywanych wydarzeń i postaci (których jest legion). Problem w tym, że, po pierwsze, te związki są nieoczywiste i trzeba prowadzić swoiste śledztwo nad książką, by je odkryć; po drugie, nawet najuważniejszy czytelnik nie wykryje tym sposobem fabuły godnej epickiego rozmachu „Tęczy”, bo takowej Pynchon po prostu nie zaproponował.
Jest to główna wada tej powieści: że mianowicie nie bardzo stara się ona być powieścią. Fantastyczna historia Williama Slothropa, pawłowowską metodą uwarunkowanego w dzieciństwie do seksualnych reakcji na komponent wykorzystany potem w konstrukcji V-2, co pozwala mu erotycznymi podbojami w ostrzeliwanym rakietami Londynie przepowiadać (podświadomie) miejsca ich uderzeń, oraz późniejsze kontynentalne wojaże Slothropa - wszystkiego tego starczyłoby może na jedną piątą „Tęczy”. Co zatem z resztą? Reszta to dygresje.
Pynchon w tej dygresyjności przekracza według mnie ostatnie granice manieryzmu. Cudzoziemska twarz w tłumie wystarcza mu za pretekst do odpalenia kilkustronicowego eseju o ojczyźnie nieznajomego, skojarzenie za skojarzeniem, zdania bez końca i początku, płynie to wartko w strumieniu poetyckiego zgoła natchnienia, i nawet czyta się dobrze: kawałkami, impresjami, strona i strona, po eseiku do wieczornej szklanicy wina - lecz nie jako powieść!
Są więc wizje, są idee i pomysły, bogactwo ich nieprzebrane. Pynchon ma bardzo lekki spust wyobraźni i niewiele mu trzeba do zbudowania zaskakującego porównania, co na następnych kilku stronach rozbucha się w literacką symfonię, od której głowa boli. Historia Slothropa jest tu o tyle reprezentatywna, że istotnie najczęściej iskrzy Pynchonowi na styku wojny z erotyką, z czego co i rusz rodzą się obrazy tyleż śmieszne, co straszne i odrażające.
A bez wątpienia potrafi je też opisywać. To jest mistrz języka i należą się tłumaczowi wyrazy najwyższego uznania, że zdołał oddać po polsku owe, zaiste Joyce'owskie, zasupłania i transy skojarzeniowe. Charakterystyczne dla Pynchona jest ciągłe balansowanie na granicy rubaszności, liryczności, wulgarności i patetyzmu; że nigdy nie następuje niekontrolowana kolizja tych estetyk, stanowi dowód literackiej wirtuozerii autora.
Musiałbym cierpieć co najmniej na rozdwojenie jaźni, by samodzielnie oceniać książkę jako kontrowersyjną - niemniej walczą we mnie dwie przeciwne o niej opinie. Analityczna półkula mózgowa szepcze mi o pięknych detalach, wielkim kunszcie rzemieślniczym, zawartych w całości „małych arcydziełach”; półkula syntezy mówi zaś o braku spójności, kręgosłupie fabularnym w ciężkiej atrofii, ogólnej amorficzności i rozpadzie na pojedyncze składniki. Jak to pogodzić - nie wiem; niemniej lojalnie zdaję raport.
I jeszcze jeden fenomen umysłowy: po kilku dniach od odłożenia „Tęczy” zaczyna się w pamięci czytelnika drugie, „pośmiertne” jej życie. Ponieważ jest to układanka o nie do końca zdeterminowanym finalnym kształcie, kombinacja literackich zmiennych, w jakiej zamarznie ona we wspomnieniu odbiorcy, zależy od niego samego w stopniu daleko większym, niż dzieje się to zazwyczaj w przypadku powieści; taki rodzaj prywatnej, „intymnej” interpretacji charakteryzuje poezję, muzykę, malarstwo abstrakcyjne. Pobudza się wówczas ośrodki skojarzeniowe odbiorcy i czeka, co wykwitnie mu na neuronach (jeśli w ogóle cokolwiek). Podobna indukcja bywa bardzo efektywną metodą, należy jednak być świadomym, że tu dokładnie kończy się królestwo Sztuki: człowiek wystarczająco wrażliwy doznaje artystycznych impresji obserwując mrówkę na kamieniu. Czy to czyni z niej automatycznie dzieło sztuki? Kto w taki razie byłby jego Autorem?
W tym sensie można zgadywać, iż autorem Pynchona-piszącego-„Tęczę” jest wojna, to znaczy Wojna: metafizyczna bestia masowego zniszczenia ludzi, kultury i cywilizacji. Pynchon alegoryzuje ją aż do przesady, obmacując ze wszystkich stron jak przysłowiowi ślepcy słonia. I tak dostajemy w jaskrawych kaskadach: sceny śmieszne i sceny obsceniczne, tragedie śmierci i miłości i teorie fantastyczno-naukowe, wulgarne limeryki i poetyckie kolaże... Bez końca; bez związku; bez celu.
Ta tęcza załamuje się pod własnym ciężarem, ulotne piękno kształtu i barwy nie jest w stanie utrzymać w powietrzu tak potwornej masy literackiej.
A jednak - pozostają w czytelniku liczne kolorowe odpryski, zadziory ze słów, obrazów, drapieżnie wgryzające się w wyobraźnię, kolczaste ziarna obsesji, stylistyczne origami, od których myśli wykręcają się w Möbiusa.
„Lecz któż naprawdę może wiedzieć, czego chce Wojna, skoro pozostaje tak nieogarniona i odległa... tak całkiem nieobecna. Być może nie jest nawet świadomym bytem - w rzeczywistości nie jest życiem. Być może wykazuje tylko okrutne, zupełnie przypadkowe podobieństwa do życia. W „Białym Nawiedzeniu” trzymają od dawna pewnego schizofrenika, który wierzy, że to on jest drugą wojną światową. Nie dostaje gazet, odmawia słuchania radia, a jednak w dniu inwazji na Normandię temperatura skoczyła mu do trzydziestu dziewięciu stopni. Teraz, kiedy zaciskają się odruchowo kleszcze ze wschodu i zachodu, mówi o ciemności spowijającej jego umysł, o wyczerpywaniu się jaźni... Odżył w czasie kontrofensywy Rundstedta, jakby zaaplikowano mu nowy zastrzyk energii. (...) Jego dni są policzone. Umrze w dniu zwycięstwa”.
Bez wątpienia mamy tu do czynienia z wielką literaturą. Nie jest to jednak dobra powieść.
Jacek Dukaj
Thomas Pynchon „Tęcza grawitacji”, tłum. Robert Sudół, Prószyński i S-ka 2001, cena: 69.00 zł.