Podano nano

Poniższa recenzja ukazała się pierwotnie w miesięczniku „Science Fiction” nr 47 (2005-02).

Chciałeś, żeby kino SF dogoniło literaturę SF, chciałeś filmów pokazujących przyszłość nanotechnologiczną - no i masz, proszę: „One Point O” Renfroe i Thorssona; siądź teraz i płacz nad zmarnowaną szansą.

Tak sobie wyrzekam obejrzawszy właśnie ów film. Nanotechnologia na wielkim ekranie pojawiała się dotąd rzadko, a jeśli już, to jako wymienny pretekst dla fabuły, magofin (jak w „Agencie Codym Banksie”). Kino wyraźnie nie wie, jak rzecz ugryźć; znajduje się tu obecnie w podobnym punkcie, w jakim z virtual reality znajdowało się przed premierą „Lawnmower Man”. „One Point O”, oparty na autorskim scenariuszu pary reżyserów, nie obciążony wielkim budżetem, który musi się zwrócić za cenę uproszczeń fabuły i świata - zdawał mi się projektem idealnym dla wprowadzenia Hollywoodu w epokę nano-SF.

Nie zawiedli wykonawcy, prawie bez wyjątku dobrani spośród doświadczonych aktorów charakterystycznych drugiego planu; każdy wnosi tu sugestię tajemnicy samą swoją obecnością. Co dodatkowo zagęszcza atmosferę, bo nie zawiódł też operator, ani montażysta: rzecz dzieje się niemal wyłącznie we wnętrzach wielkiej kamienicy, fotografowanej w ciężkich, nasyconych barwach, cieniach i półcieniach, niekiedy z klaustrofobiczną intensywnością podpatrzoną u Aronofsky'ego. Nie zawiodła nawet reżyseria: to, co zaplanowali sobie do rozegrania, rozgrywają reżyserzy całkiem sprawnie.

Kłopot w tym, że najwyraźniej nie wiedzieli, jak fabularnie wykorzystać samo nano - zawiódł scenariusz. Zamiast konkretnego pomysłu, dostajemy dużo zagadkowych zdarzeń i sugestywnych niedopowiedzeń w mrocznym klimacie - standardowa metoda maskowania braku rzetelnej intrygi. Głównym bohaterem jest programista, któremu zlecono napisanie części kodu software'u, którego przeznaczenia jako całości nie zna nawet koordynator projektu (patent wzięty z „Zamieci” Stephensona). Kłopot w tym, że zbliża się deadline, a bohater, zamiast ślęczeć przy kompie, pogrąża się w Lynchowskich paranojach, śledząc sąsiadów (którzy oczywiście stanowią istną menażerię osobliwości), chlając litrami mleko i snując się po malowniczych korytarzach, gdzie pojawiają się policyjni detektywi, gdy w kamienicy znaleziony zostaje pierwszy trup. Jest także epizod z porno-VR, z chałupniczą AI, z podglądającym lokatorów przez kamery ochrony dozorcą itp. Kiedy na koniec wszystkie te zdarzenia wyjaśniają zaaplikowane w mózg bohatera nanoboty, wersja 1.0, tylko wzruszamy ramionami: równie dobrze scenarzysta mógłby tu wstawić Obcych, szalonego telepatę, antychrysta, egzotyczny narkotyk albo CIA - nanotechnologia pasuje tak samo dobrze/źle.

Na poziomie detali, pojedynczych scen są tu rzeczy godne uwagi. Bohater rzeczywiście przypomina prawdziwego programistę przy pracy, tzn. nie migają mu na piętnastu ekranach kolorowe animacje, jak to lubi pokazywać Hollywood - garbi się przy monitorze pokrytym ściegami nudnego kodu; nie klepie w klawisze jak szalony - czasami też myśli (to dopiero jest nieefektowne!). Mamy też oprzyrządowanego hi-tech kuriera motocyklowego wyspecjalizowanego w dziwnych przesyłkach - oczywista kalka Dowozicielatora ze Stephensona (znowu).

Zauważmy, że, wbrew pozorom, nanotechnologia na ekranie nie wymaga rozdętych budżetów. Bohater „One Point O” otrzymuje puste paczki - paczki, których zawartości nie widzi, nie jest w stanie zobaczyć (co tylko napędza jego paranoję). Doskonale wyobrażam sobie film zbudowany wokół działającej nanotechnologii, w którym tylko się o niej mówi: nanoboty z definicji są tak małe, że nie sposób ich ujrzeć. Można dostrzec efekty ich działalności - ale też nie zawsze, bo np. gdy oddziałują na mózg na poziomie synaps i neuronów takim efektem będzie właśnie jedynie zmiana behawioru człowieka. Podobnie jak w przypadku VR, jest to koncepcja, która, gdy doprowadzona do ekstremum, pozwala wziąć w nawias fantastyki cały świat, bez konieczności zalewania go fajerwerkami F/X.

Jacek Dukaj

„One Point O”. Reżyseria i scenariusz: Jeff Renfroe, Marteinn Thorsson. Występują: Jeremy Sisto, Deborah Unger, Lance Henriksen, Eugene Byrd, Udo Kier i in. Czas: 92 min. USA 2004.